“Wiara, miłość, śmierć” to trzymająca w napięciu, bezbłędnie skonstruowana i zaskakująca powieść, momentami wkraczająca w klimat noir.


Wiara, miłość, śmierćDuisburg. Na moście nad Renem stoi policjant gotowy do skoku.

Duchowny Martin Bauer, chcąc go powstrzymać, wspina się na barierkę i sam rzuca się w toń. Zaskoczony funkcjonariusz skacze mu na pomoc. Wspólnie dopływają do brzegu. Bauer zaryzykował i wygrał.

Jednak kilka godzin później policjant ginie po upadku z dachu parkingu. Wszystko wskazuje na samobójstwo − przeciwko mężczyźnie toczyło się dochodzenie w sprawie nadużyć finansowych. Bauer nie wie już, w co ma wierzyć, a rodzina zmarłego tylko pogłębia jego wątpliwości. Szukając prawdy, stawia wszystko na jedną kartę…

Doskonały realistyczny kryminał z duetem śledczych, jakiego jeszcze nie było! Rezolutna, pewna siebie funkcjonariuszka i policyjny duszpasterz – bezkompromisowy i niedoskonały, za to umiejętnie pertraktujący z Bogiem.

Peter Gallert, Jörg Reiter
Wiara, miłość, śmierć
cykl: Kroniki Martina Bauera
Przekład: Anna Bittner
Wydawnictwo Initium
Premiera: 15 stycznia 2019
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

Wiara, miłość, śmierć


1

Pocił się. Kurtka munduru nieprzyjemnie ocierała mu kark. Stracił czucie w palcach. Lodowaty metal paraliżował mu ręce, a zimno przenikało go do szpiku kości. Nie miał siły, by się puścić. Nie było to jednak konieczne – jego napięte do granic możliwości mięśnie same za niego zdecydują. Spojrzał w dół, na rzekę obojętnie podążającą w kierunku morza. Łódka policji wodnej walczyła z prądem, by utrzymać swoją pozycję. Wyglądała jak zabawka, którą kiedyś sprezentował synkowi na Boże Narodzenie. Niemożliwe, żeby to było aż dwanaście lat temu.
Było cicho. Policja zamknęła most dla ruchu dokładnie w godzinie szczytu. Najprawdopodobniej zablokował połowę Zagłębia Ruhry. Nie słyszał kolegów, którzy na jego polecenie trzymali się na dystans, wiedział jednak, że są na niego wściekli. Znowu czekały ich nadgodziny i telefony do domu: „Kochanie, wrócę później”. Jak długo normalne małżeństwo może wytrzymać taką pracę? Jak długo znosił to jego związek? Kiedy zaczął się rozpadać? I dlaczego tego nie zauważył? Nie miał bladego pojęcia.
Usłyszał sygnał policyjny i obejrzał się. Cywilne auto z nałożonym kogutem pędziło pasem postojowym w kierunku mostu. Ciekawe, kogo przywieźli? Psychologa od negocjacji? Chyba nie – facet, który wyskoczył z auta, też nosił mundur. Wszystko jedno zresztą, to nie grało żadnej roli. Keunert przechylił się jeszcze bardziej, dolna część barierki wpiła się mu w ścięgna Achillesa. Stał po jej złej stronie i nie miał już żadnej opcji powrotu.

Martin Bauer na początku kariery spróbował zawrzeć z Bogiem układ: im mniej ofiar śmiertelnych, tym mniej papierosów. Przez te wszystkie lata liczba trupów się nie zmniejszyła, mimo to do dziś dotrzymał umowy. Dni, w których nikt nie umarł, w których nie nadeszły informacje o ofiarach, były dla niego dniami bez papierosa.
Człowiek na moście żył. Jeszcze żył. Walter Keunert, sierżant policji, żonaty, jedno dziecko. Bauer poprosił o przeczytanie mu danych z akt, gdy pędził służbowym autem prowadzonym przez Verenę Dohr po pasie postojowym na kompletnie zakorkowanej autostradzie A40. Mijając kilometrowy sznur aut, widział w oknach samochodów uciekające twarze. Malowała się na nich złość.
– Zbyt mało danych, żebym mógł je wykorzystać – stwierdził Bauer.
– Musi to panu wystarczyć. – Młoda komisarz ostro zahamowała.
Zatrzymała się z przodu mostu, niecały metr przed stojącym w poprzek radiowozem. Bauer wyskoczył z auta, zanim Verena wyłączyła silnik. Policjanci przywitali go kiwnięciem głowy. Bauer znał niektórych z nich od lat; inni wyrażali respekt przed jego rangą. Pagony jego kurtki wyróżniały się dwoma małymi krzyżami zamiast znanych im gwiazdek, określających stopień służbowy. Policjanci na posterunku liczyli się z nim. Trochę to trwało, ale w końcu stał się jednym z nich; poznał ich lęki i problemy do tego stopnia, że sam je przejął.
Podszedł do niego oficer dowodzący. Bauer tylko potrząsnął głową, biegnąc między radiowozami.
– Mam iść z panem? – usłyszał wołanie Vereny.
– Nie. – Nawet się nie odwrócił.
Keunert stał w najwyższym punkcie mostu, po zewnętrznej stronie barierki. Z daleka wydawało się, że wykonał niewielki ruch, ale Bauer był pewny, że sierżant pochylił się do przodu. Zaczął biec. Przejeżdżał przez ten most setki razy, w normalnych warunkach zajmowało mu to niecałą minutę. Teraz był sam na pustym moście. Słyszał uderzenia swoich butów o asfalt. Wzniesienie drogi, którego, siedząc w aucie, nigdy nawet nie zauważył, teraz sprawiało wrażenie góry; oznakowania pasów drogowych, które normalnie mijał w mgnieniu oka, w tej chwili kosztowały go zadyszkę; jezdnia wydawała się szersza niż płynąca pod nią rzeka, a droga, którą musiał przebyć, by dotrzeć do pochylającego się w kierunku śmierci mężczyzny, nie miała końca. Bauer biegł na granicy sił.
Poczucie, że stoi w miejscu, rosło wraz z lękiem, że dotrze na miejsce za późno. Nie miał szans na zwycięstwo. Nie w ten sposób. Zmniejszył tempo. Widział, że Keunert go obserwuje. To dobrze. Czuł na plecach denerwujące spojrzenia policjantów. Wszystko jedno. Szedł, szybko, ale bez pośpiechu, z każdym krokiem wyrównywał oddech i uspokajał się.
Gdy doszedł do połowy mostu, nie bał się już niczego. Jeszcze dziesięć metrów. Keunert nie spuszczał go z oczu. Jeszcze pięć.
– Zatrzymać się!
Bauer przeskoczył przez barierkę.
– Mówię serio!
Zatrzymał się tuż przy poręczy mostu, niecałe trzy metry od Keunerta. Widział pot na jego czole, ciemne plamy na kołnierzu jego kurtki, zbielałe kostki zesztywniałych rąk, ściskających barierkę. Policjant miał głębokie cienie pod zaczerwienionymi oczami, tak jakby od dawna nie spał albo od dawna pił, ale jego spojrzenie było klarowne.
Bauer znał tego człowieka. Nie miał pamięci do nazwisk, ale twarzy nigdy nie zapominał. A tę dopiero co widział, jakiś tydzień wcześniej. Podczas obławy w burdelu w Vulkanviertel jedna z dziewczyn rzuciła się przez okno. Uderzyła w asfalt cztery piętra niżej, tuż przed jednym z aspirantów, w którego ramionach zmarła, nie odzyskawszy przytomności. Wezwano Bauera, ale gdy przyjechał, jeden z doświadczonych policjantów zajął się już nowicjuszem. Bauer nie spytał wtedy o jego nazwisko, ale teraz je poznał – Keunert.
– Jak się czuje pański młodszy kolega?
– Proszę jego spytać – zripostował Keunert. – Proszę odejść i jego spytać!
Bauer spojrzał w dół.
– Czemu nie użyje pan swojej broni? Miałby pan stuprocentową pewność.
– Widział pan kiedyś, jaki potem jest bałagan? – Bauer przytaknął. – Ostatnie Boże Narodzenie, mała dziewczynka w Marxloh. Tragedia rodzinna. Pisano o niej we wszystkich gazetach.
– Był pan tam? Jeden z moich kolegów też. Przykro mi.
Keunert wyglądał na poruszonego.
– Panu chyba nie musi być przykro – prychnął. – Nie ma pan o mnie najmniejszego pojęcia. – Patrzył w wodę.
– Proszę mi więc o sobie opowiedzieć.
Keunert milczał przez chwilę; bezgłośnie pracowały mu mięśnie szczęki. A potem spojrzał na Bauera i całkiem spokojnie powiedział:
– Proszę odejść.
Duchowny spojrzał mu w oczy i zrozumiał, że mężczyzna widzi przed sobą już tylko jedną drogę – w dół. Nie wahając się ani sekundy, zdjął kurtkę.
– Co pan robi?
Bauer zacisnął dłonie na barierce. Było zimno. Podciągnął się i przełożył jedną nogę na drugą stronę barierki.
– Co pan wyrabia?
Przełożył drugą nogę i opuścił się po zewnętrznej stronie. Na wąskim gzymsie mieściły się tylko koniuszki jego stóp.
– Oszalał pan?
Bauer odwrócił się w kierunku wody, zmieniając pozycję rąk. Gdy oderwał jedną z nich, by ją przełożyć, poczuł w brzuchu ciężką, niemal przyjemnie ssącą siłę wody. Wolną dłonią ledwie udało mu się chwycić barierkę za sobą, na której od razu zacisnął palce.
– Jest pan nienormalny!
– A pan nie ma odwagi się puścić – odciął się Bauer. – Czeka pan, aż pańskie ręce dadzą za wygraną, prawda? Cholernie się pan boi.
– A pan nie? Myśli pan, że pański Bóg pana ochroni?
– Sądzi pan, że Bóg istnieje?
Keunert spojrzał na niego, zaskoczony.
– To pan jest klechą, ja się na tym nie znam!
Bauer wzruszył ramionami.
– Zobaczymy.
– Dlaczego „my”?
Bauer nie odpowiedział. Patrzył w dół, na rzekę. Była cholernie daleko. Obaj w milczeniu stali nad przepaścią. Cały świat się zatrzymał, tylko rzeka nadal płynęła, równomiernie i niepowstrzymanie. Bauer nie był w stanie oszacować, czy minęły sekundy czy może minuty, gdy rozbrzmiał ostrzegawczy sygnał łódki policyjnej. Usłyszał barkę, jeszcze zanim pojawiła się pod jego nogami. Przesuwała się szybko, silnik pompował ropę w tym samym rytmie, co uderzenia jego serca. Gdy odpłynęła, wszystko ponownie ucichło.
– Pan nie jest samobójcą – powiedział Bauer. – Samobójcy są egoistami. Chłopak czy dziewczyna?
– Co?
– Nie chce pan, by pańskie ciało wyglądało jak rzeźniczy stół. Chce pan zaoszczędzić tego widoku dziecku. Ma pan syna czy córkę?
Keunert przełknął ślinę. Bauer strzelił w dziesiątkę.
– Syna – wydusił. – Piętnaście lat. Już mnie nie potrzebuje.
– Bzdura. – Keunert milczał. – Przecież pan wcale nie chce umrzeć.
– Mimo to skoczę.
– Nie umrze pan.
– Co to znaczy?
– Jest pan policjantem…
– Być może nim byłem – przerwał mu gorzko Keunert.
Bauer niewzruszenie potrząsał głową.
– Nie można przestać nim być. Nie ktoś taki, jak pan. Uratuje mnie pan.
– Uratuję? Co to za bzdury?
– Mam nadzieję, że jest pan dobrym pływakiem. Bo ja nie. – Bauer spróbował się uśmiechnąć. I puścił barierkę.
Oczy policjanta rozszerzyły się ze strachu. Duchowny przez moment jeszcze tkwił w stanie zawieszenia, po czym skoczył. Policjant patrzył, jak spada w toń, jak macha ramionami i jak – wyprostowany niczym struna – po zdecydowanie zbyt długim locie rozbija stopami ciemną taflę.
– Co za świnia! – dyszał ciężko.
A potem też skoczył.
Verena Dohr miała złe przeczucia, gdy zobaczyła, jak Bauer w połowie drogi przestał biec i ruszył spokojnym marszem. Nie wierzyła w intuicję, wolała się trzymać faktów, które dawały jej możliwość działania.
– Pani ksiądz już wysiadł – kpił oficer dowodzący, stojący obok Vereny. Był dwa razy starszy od niej.
– Zamknij się.
Mężczyzna z niedowierzaniem popatrzył na młodszą koleżankę z wydziału kryminalnego. Jedno jej spojrzenie zamknęło mu gotowe do protestu usta.
– To nie jest mój ksiądz – odpowiedziała Verena. – I wie, co robi.
Jej wzrok znów podążył za Bauerem. Wszyscy przyglądali się, jak powoli idzie po moście, nikt nic nie mówił. Patrzyli, jak dociera do samobójcy, zdejmuje kurtkę i wspina się na barierkę.
– Jest pani pewna? – warknął dowódca.
Tym razem Verena nawet na niego nie spojrzała. Co Bauer, do cholery, planował? W tym samym momencie zaskoczyła. Odwróciła się i popędziła w kierunku karetki.
– Biegiem! – krzyknęła do sanitariuszy.
Bez chwili wahania pobiegła do schodów dla pieszych, prowadzących na brzeg rzeki.
Dowódca spojrzał na nią z zaskoczeniem, a potem usłyszał zmieszane szepty kolegów. Odwrócił się. Most był pusty. Na brzegu Bauer rzygał wodą z Renu. Verena stała obok i patrzyła na niego bez krzty współczucia. Jeden z sanitariuszy podtrzymywał kompletnie przemoczonego duchownego.
– Najlepiej wszystko wyrzygać, przynajmniej nie dostanie pan sraczki. – Bauer haftował tak długo, aż zaczął zwracać żółć. – Głęboki wdech i myśleć o czymś przyjemnym, to zawsze pomaga! – Sanitariusz niemal matczynym gestem głaskał Bauera po plecach. Ten, ciężko dysząc, spróbował się wyprostować. – Pomału! Lepiej niech pan najpierw usiądzie. – Bauer potrząsnął głową, nie był jeszcze w stanie mówić. – No dobra, ale proszę mi tu nie zemdleć!
Sanitariusz opatulił duchownego folią termiczną. Bauer nie zwracał uwagi na ponure spojrzenie Vereny. Szukał wzrokiem Keunerta, który właśnie odepchnął innego sanitariusza i zbliżał się do Bauera. Cały ociekał wodą.
– Jest pan cholernym szaleńcem! – darł się. – Co pan sobie, do cholery, wyobraża!
– Ja też chciałabym to wiedzieć – zawtórowała mu Verena.
Bauer udał, że ich nie słyszy.
– Żyje pan – wyjąkał.
– Cholerny dupek – syknął Keunert, po czym odwrócił się i odszedł.
– Hej, gdzie pan idzie? – zawołała za nim Verena. – Proszę się nie oddalać!
Chciała pobiec za Keunertem, ale Bauer chwycił ją za ramię.
– Proszę go zostawić.
– Serio? A jak znów wdrapie się na most i będzie próbował skakać?
Bauer potrząsnął głową.
– Jest na to zbyt wściekły.
– W takim razie czuje się dokładnie tak jak ja!
Zbliżył się do nich oficer dowodzący z dwoma kolegami z policji wodnej, jeden z nich był przemoczony do suchej nitki. Oboje mieli nietęgie miny.
– Zawiezie mnie pani do domu? – Bauer uśmiechnął się półgębkiem do Vereny.
Z trudnością wdrapał się na skarpę, najbardziej stromy odcinek pokonał na czworakach. Poza Vereną nikt tego nie widział, dowódca i policjanci z komisariatu wodnego nie zwracali już na niego uwagi. Verena wrobiła ich w dyskusję o zakresie obowiązków, zanim zdążyli naskoczyć na Bauera. Teraz stali na brzegu i kłócili się, który z nich musi spisać raport. W jednej kwestii się zgadzali – a mianowicie, że policyjny duchowny jest kompletnie świrnięty.
Na stromych, krętych schodach prowadzących na most całkowicie zawiodły siły Bauera. Jego ubranie było lodowate i nieprzyjemnie kleiło się do ciała, każdy oddech powodował nieznośny ból, a nogi nie przestawały drżeć. Zatrzymał się; idąca za nim Verena milczała. Stała jeden schodek dalej, w każdej chwili gotowa do pomocy. Bauer nie wątpił ani sekundy w tę gotowość, mimo że kobieta była prawie o głowę niższa i na pewno o dwadzieścia kilo lżejsza od niego.
– Muszę wrócić do sportu – wydusił przepraszająco.
– Proponuję skoki do wody – odpaliła.
Bauer nie mógł powstrzymać śmiechu. Poczuł, jak jego przepona się kurczy, a za chwilę wsparło go ramię kobiety. Z trudem udało mu się przejąć kontrolę nad oddechem.
– Już lepiej? – Verena miała poważny wyraz twarzy.
Przytaknął, ale nadkomisarz nie puściła go, aż dotarli na górę.
Ruch na autostradzie wracał do normy. Policjanci przestawili radiowozy na boczny pas i przepuszczali kierowców. Przy samochodzie służbowym Vereny czekał siwowłosy mundurowy o zmęczonej twarzy. W ręce trzymał kurtkę – na jej pagonach widniały małe krzyże.
– Dziękuję – powiedział, ściskając dłoń Bauera. Podał mu kurtkę i bez słowa wrócił do kolegów.
Bauer włożył kurtkę, a potem wraz z nadkomisarz wsiedli do samochodu. Przemierzyli most w ciągu niecałej minuty. Jechali, milcząc. Bauer spoglądał przez okno, gdy mijali zakłady chemiczne. Ściemniało się, trząsł się z zimna, wszystko go bolało. Zaryzykował swoje życie, uratował inne, ale czuł pustkę.
Zbliżali się do Białych Olbrzymów – były to wysokie na dwadzieścia pięter koszmarki architektoniczne, które powstały w latach siedemdziesiątych, zastępując połowę starego osiedla górniczego, zrównanego w tym celu z ziemią. Verena skręciła w jego drugą połowę. Wąskie alejki wiły się wśród sękatych drzew oraz solidnych, przypominających angielskie osiedla, ceglanych domków z niewielkimi ogródkami, pełnymi zieleni. Przed jednym z nich Verena się zatrzymała. Ciepłe światło sączyło się z okien na parterze, samochód żony Bauera stał na podjeździe, rower jego córki leżał na środku ścieżki, prowadzącej do drzwi wejściowych.
Poczuł, że jest w domu.
Verena wyłączyła silnik.
– Zdaje sobie pan sprawę, że dzisiejszy wybryk pociągnie za sobą konsekwencje? Lutz od dawna chce się pana pozbyć.
– Nie ma szans. Nie jest moim szefem.
– Ale jest moim, do cholery!
– Nie zrobiła pani nic złego.
– To ja wciągnęłam pana w tę akcję!
– Powiem, że przechodziłem tamtędy przypadkowo. Most mam przecież po drodze na komendę.
– Gówno pan powie! Nie potrzebuję osłony, a już na pewno nie od pana!
Bauer spojrzał bezradnie na nadkomisarz. Jej oczy były pełne złości.
– Czemu jest pani na mnie taka zła?
– Nie jestem zła. Po prostu nie mam ochoty przyzwyczajać się do kolejnego świra z pańskiej branży. Po panu mam już serdecznie dość.
Bauer się uśmiechnął.
– Proszę przestać się szczerzyć – warknęła i włączyła silnik. – Wynocha!
Wysiadł. Verena ruszyła z kopyta, drzwiczki samochodu zatrzasnęły się, zanim zdążył jej podziękować.