Czy przeznaczeniem historii jest wieczne rozpoczynanie wszystkiego od nowa? To klasyczne pytanie zasługuje na postawienie szczególnie w odniesieniu do zjawiska narodzin i upadku imperiów.


Upadek wielkich imperiówOd czasów starożytnych na wszystkich kontynentach pewne krainy za sprawą potęgi miecza, złota i ducha urastały i urastają do rangi dominujących mocarstw i panują nad dużą częścią świata.

Ale tak jak każde imperium powstało, tak również upadło lub kiedyś z różnorodnych przyczyn upadnie.

Imperia – zniszczone przez dwie wojny światowe, upadek totalitaryzmów i schyłek Europy, która od XVI stulecia dominowała nad światem – w czasach świętowania końca historii wydawały się skazane na to, by spłonąć na „stosie marności”.

Jednak o ile imperia przemijają, to imperializm nie umiera nigdy, czego dowodem są zadziwiające metamorfozy Chin, nieustanne odradzanie się Rosji, by nie zapominać o trwałej potędze Stanów Zjednoczonych.

 
Upadek wielkich imperiów
pod redakcją Thierry’ego Lentza i Patrice Gueniffey
Przekład: Witold Grzechnik
Wydawnictwo Bellona
Premiera: 8 listopada 2018
 
 

Upadek wielkich imperiów


Spis treści

Wieczny powrót
1. Koniec Imperium Aleksandra
2. Długa agonia imperium rzymskiego na zachodzie
3. Gwałtowny upadek perskiego imperium Sasanidów
4. Pięć zgonów cesarstwa karolińskiego
5. Niedokończony sen arabskich imperiów
6. Imperium mongolskie – kolos na glinianych nogach
7. Pięćdziesiąt pięć dni Konstantynopola
8. Od Imperium meksykańskiego do hiszpańskiego
9. Kronika zapowiedzianej śmierci: koniec Świętego Cesarstwa
10. Długi zmierzch imperium hiszpańskiego
11. Napoleon albo koniec francuskiego marzenia
12. Dziewięć żywotów cesarstwa chińskiego
13. Finis austriae
14. Koniec imperium osmańskiego
15. Ostatnie dni Trzeciej Rzeszy
16. Rozpad cesarstwa japońskiego
17. Odwrót imperium brytyjskiego: od potęgi do autorytetu
18. Tragedia francuskiego imperium kolonialnego
19. Koniec ZSRR albo druga śmierć imperium rosyjskiego
20. Schyłek imperium amerykańskiego?

Wieczny powrót

„Każde imperium upadnie”[1] – napisał Jean-Baptiste Duroselle. Potwierdza to dwadzieścia zaprezentowanych tutaj esejów. Jeśli pominiemy imperia, których historia właśnie trwa – o ile Stany Zjednoczone można nazwać imperium – a także te, których dzieje zaczynają się na nowo – a więc Chiny i być może Rosję – to od czasu podbojów Aleksandra Wielkiego sprzed dwóch tysięcy trzystu lat do imperiów kolonialnych założonych w XIX wieku żadne z nich nie przetrwało. W książce tej zaprezentowano pierwszą całościową historię ich upadku, zapraszając Czytelnika na wędrówkę przez blisko 25 stuleci historii świata.
Różnice między tymi imperiami za bardzo przeważają nad podobieństwami, by można było wypracować jedną metodę opowiedzenia o losach każdego z nich. Tak samo jak ludzie, są one podobne do siebie przede wszystkim za sprawą swojego końca. Poza wspólnym kresem trudno byłoby znaleźć dziedzinę, w której dostatecznie jasno widać, że są one potomstwem tego samego rodu.

Kiedy zdefiniowano imperium jako zdominowanie pewnej liczby bytów politycznych lub niepolitycznych – a więc państw, prowincji, plemion, ludów, kultur – przez inny byt – tym razem już polityczny – to powiedziano wszystko albo prawie wszystko. Istnieją imperia o charakterze terytorialnym, a także takie – choćby imperia stepowe, których dzieje po mistrzowsku zrekonstruował René Grousset[2] – ich terytorialny zasięg jest niepewny, a granice płynne. Znamy imperia lądowe i morskie, przemysłowe i finansowe, a także takie, które związane są z nowymi technologiami. Czyż jeden z bohaterów Ojca chrzestnego Francisa Forda Coppoli nie porównuje mafii do imperium rzymskiego, którym miała się ona inspirować? I rzeczywiście istnieją też imperia zbrodni – dzisiaj być może najpotężniejsze ze wszystkich. Imperium jest więc pojęciem elastycznym, nabiera konkretnego kształtu tylko w odniesieniu do specyficznej formy panowania – zgromadzenia różnych jednostek wokół jakiejś władzy centralnej, której dyrektywy są realizowane w pośrednim i zdecentralizowanym trybie administracyjnym i w zakresie tego imperium – albo kiedy porównuje się je do innych form politycznych występujących w dziejach: miasta-państwa, a później państwa narodowego. Bardziej ogólnie słowo to – wywodzące się od łacińskiego imperium – oznacza władzę najwyższą i – jak mówiono w średniowieczu – „doskonałą suwerenność” tego, kto stanowi prawo i nie podlega prawu nikogo innego. Imperator jest więc królem królów, toteż gdy w XII–XIII stuleciu król Francji, którego tron był w tamtym czasie jeszcze słabo zabezpieczony, postanowił wzmocnić swoją niezależność od innych ziemskich potęg, nakazał legistom, by ogłosili go „imperatorem w swoim królestwie”, co oznaczało, że będąc wyposażony we władzę najwyższą, nie musiał tłumaczyć się przed nikim, z wyjątkiem tej jedynej władzy, którą stawiał ponad sobą, a więc władzy Boga[3].
Imperia, o których będzie tutaj mowa, są od siebie odległe w czasie i przestrzeni. Różnią się też między sobą pod względem formy. Ich prawodawstwo zmierza ku jednolitości jak w imperiach rzymskim albo napoleońskim (jakkolwiek efemeryczne miało się okazać to ostatnie), konfederacji, jak w imperium azteckim, systemowi raczej luźnemu, jak ten w Austro-Węgrzech, lub organizacji tak skomplikowanej jak ta w imperium osmańskim. Ich legitymizacja może się opierać na różnych fundamentach, na przykład na religii, na pragnieniu zniszczenia wrogiego imperium (Aleksander Wielki przeciw Dariuszowi), na poczuciu misji cywilizacyjnej (Rzym, Bizancjum, a później hiszpańskie i francuskie imperia kolonialne, których motywacje miały nie tylko merkantylny charakter) albo też na woli wprowadzenia porządku politycznego zgodnego z prawem religijnym (islam) lub z tym świeckim proroctwem, jakim w przypadku Związku Sowieckiego był marksizm-leninizm.
Sama długość trwania poszczególnych imperiów zniechęca do dokonywania jakichkolwiek porównań: kilkanaście lat państw Aleksandra czy Napoleona, niemal sto lat imperiów inkaskiego i azteckiego – o ile to ostatnie będziemy datować na czasy trójporozumienia między miastami Mexico, Texcoco i Tlacopan (1428–1521) – jedno stulecie cesarstwa Karola Wielkiego, trzy stulecia imperium hiszpańskiego, cztery wieki założonego przez sukcesorów Mahometa (wraz z awatarami, które dotrwały do czasów rekonkwisty w końcu XV wieku), pięć wieków Rzymu, osiem niemieckiego Świętego Cesarstwa Rzymskiego, blisko tysiąc lat cesarstwa bizantyjskiego. A przecież można jeszcze dodać dwa tysiące dwieście lat „cesarstw chińskich”, które – jak uświadomi nam Danielle Elisseeff – miały nie mniej niż „dziewięć żywotów”! Nikt nie wie, kiedy imperium zginie – nie wie tego przede wszystkim jego założyciel. I dlatego to założone przez Adolfa Hitlera i zaprogramowane na tysiąc lat zawaliło się po latach siedmiu.
Okoliczności upadku poszczególnych imperiów można porównywać tylko z największą ostrożnością: mamy tu długą „agonię” cesarstwa bizantyjskiego, „chroniczne wyczerpanie” niemieckiego Świętego Cesarstwa u progu XIX wieku i imperium osmańskiego na początku XX stulecia, niedający się przezwyciężyć kryzys sukcesyjny w cesarstwie Karola Wielkiego, militarne klęski Austro-Węgier w roku 1918 i Rosji w 1917, wewnętrzny rozkład w przypadku imperium mongolskiego, a także Związku Sowieckiego w 1991 roku. Imperia często upadają wskutek wojny, ale mogą też się rozpadać w czasie pokoju. Ich koniec czasem jest spokojny i nie towarzyszą mu wielkie lamenty – tak było ze Świętym Cesarstwem Rzymskim w 1806 roku – jednak częściej bywa tragiczny, co w przypadku III Rzeszy przybrało formę prawdziwej apokalipsy[4].
Jeśli zaś chodzi o przyczyny upadku, to są one zbyt różnorodne, by po ich spisaniu i uporządkowaniu możliwe było wykrycie jakichś prawidłowości, a tym bardziej reguł, których zastosowanie we wszystkich przypadkach zapobiegałoby powtarzaniu błędów przeszłości.
Skoro imperium jest zorganizowanym bytem państwowym, albo stara się takim być, to czasem właśnie jego sposób organizacji je osłabia. Jeśli Święte Cesarstwo pogrążyło się w zobojętnieniu, to czyż nie było tak – między innymi, bo to niejedyny powód – dlatego, że z biegiem czasu stało się tak niespójne, iż jego instytucje prawie do niczego już nie służyły, z wyjątkiem organizowania poczty łączącej państwa członkowskie tego zrzeszenia, które długo mieniło się dziedzicem cesarskiego Rzymu? Jeśli imperialna mrzonka Aleksandra nie przeżyła swojego twórcy, to czy nie dlatego, że ten przedwcześnie zmarły zdobywca tak mało troszczył się o organizację zdobytych terytoriów? Czy nie powinniśmy poszukiwać „początku końca” imperium osmańskiego albo imperium mongolskiego w tym, że brakowało w nich politycznej i administracyjnej racjonalności? Czyż niepowodzenie Karola Wielkiego nie miało swych źródeł – pomijając konflikty między jego dziedzicami – w niezdolności do stworzenia amalgamatu kultury frankijskiej i rzymskiej?

Imperium może też cierpieć na osłabiające je choroby wrodzone, czasem nawet tego nie podejrzewając. Demografia potrafi zaburzyć wewnętrzne proporcje, które zapewniają stabilność: rozwój demograficzny Hiszpanii, Japonii, Anglii czy Francji stał się zbyt mało dynamiczny, by utrzymać przy życiu ich potęgę, podczas gdy kraje skolonizowane, czasem przy wsparciu osadników, aspirowały do niepodległości, która jawiła się tym mniej chimeryczna, im bardziej metropolia chyliła się ku upadkowi.
Cóż dopiero mówić o nieskończonej różnorodności politycznej, historycznej, etnicznej, religijnej lub kulturalnej, która może występować w rozległym imperium, a tym bardziej w imperiach kolonialnych? Jeśli zaś imperia rzadko zajmują się usuwaniem tych różnic lub przynajmniej ich zmniejszaniem, ich równowaga siłą rzeczy jest nietrwała i zawsze narażona na załamanie. Bardzo często pokojowa koegzystencja tylu różnych interesów opiera się jedynie na sile i przemocy, po którą sięga imperialna władza, którą dzisiaj mamy tendencję idealizować[5].
Nie mniej ważna jest osobowość imperatora. Nie wystarczy, by był on uważany za pomazańca, wysłannika, boskiego syna lub mieszkańca państwa Boga lub bogów. Boska rękojmia nie zwalnia go z obowiązku posiadania talentu politycznego, zdolności militarnych i umiejętności administracyjnych, nawet jeśli wyjątkowa osobowość kilku założycieli imperiów była przyczyną tego, że ich dzieło nie przetrwało. Czy uwierzylibyśmy, że władza Aleksandra, który kroczył za swoim geniuszem, mogłaby się jakoś zinstytucjonalizować? Czy możemy wyobrazić sobie następcę Napoleona, który utrzymałby jego władzę i zdobycze, gdyby te nie rozwiały się jak sen w śniegach rosyjskiej zimy?
Kiedy imperium istnieje, potrzebuje jeszcze jakiegoś systemu sukcesyjnego, który nie zawiera zarodka osłabienia władzy lub rozpadu terytorium, nie mówiąc już o zagrożeniach właściwych każdemu systemowi dziedzicznemu. Nawet gdybyśmy założyli, że udałoby się przezwyciężyć te rozmaite przeszkody, pozostaje jeszcze kwestia zaakceptowania władzy przez poddanych, o czym świadczy długa lista imperatorów obalonych lub zamordowanych.
Nie pomijajmy też warunków materialnych, które ciążą na władzy zwierzchniej. Tak samo jak środków komunikacji, sieci drogowej i rzecznej, a nawet wyboru wspólnego języka urzędowego. W jaki sposób władza Karola Wielkiego mogła być egzekwowana w całym imperium, skoro trzeba było tygodni, by przesłać najdrobniejszy rozkaz znad Ebro nad Morze Bałtyckie? Jak można mówić o prawdziwej organizacji w „nomadzkim” imperium Czyngis-chana? Jak, przy braku nowoczesnych środków transportu, Montezuma mógł kontrolować terytorium z pewnością o wiele mniej rozległe niż liczące 33 miliony kilometrów kwadratowych cesarskie Chiny, ale pozbawione koni i dróg? Jak później Hiszpania była w stanie trwale utrzymywać spoistość imperium rozciągającego się na nie mniej niż trzech kontynentach?
Do przyczyn wewnętrznych dochodzą jeszcze te związane z trudnością, z jaką przychodzi sprawienie, by imperium zostało zaakceptowane przez potęgi sąsiednie. Przez samo swoje istnienie stanowi ono zagrożenie dla ich bezpieczeństwa. Jest bowiem albo zbyt rozległe i dysponujące zbyt wielkimi zasobami, albo przeciwnie – zbyt ubogie, by zadowolić się tym, co posiada… Musi więc pochłaniać swoich sąsiadów, wciągać ich w orbitę swojej władzy albo zginąć, zalane przez koalicję tych, którzy się go boją lub pożądają jego bogactw i potęgi. Imperium, by przetrwać, musi podbijać, co tak wyjaśnił Bonaparte:

„Moja władza zależy od mojej chwały, a moja chwała od zwycięstw, które odniosłem – zwierzył się pewnego dnia swojemu sekretarzowi, Bourrienne’owi. – Moja potęga upadłaby, gdybym jej nie podpierał większą chwałą i nowymi zwycięstwami. Podbój uczynił mnie tym, kim jestem, i tylko podbój może mnie utrzymać”[6].

U niego pokój realizuje się przez wojnę – przez wojny, które okażą się wojnami bez końca. Jednak podbój kosztem krajów słabszych albo leżących na peryferiach imperiów, z którymi rywalizuje, niczego nie rozstrzyga. Wymaga natomiast odszkodowania, a zdobywcy nie zawsze są na tyle przewidujący, by je przyznać. Aleksander Wielki i Napoleon źle traktowali tych, którzy ich wspierali. W efekcie nie tylko byli porzucani, ale jeszcze widzieli, jak ich dawni dłużnicy przyłączają się do wielkiej, ostatecznej koalicji. Albowiem jeśli jakieś wielkie mocarstwo dąży do umocnienia swojej hegemonii, sprawia, że powstają przeciw niemu coraz szersze koalicje, które w końcu zawsze okazują się zwycięskie. Na myśl natychmiast przychodzą liczne przykłady: Hiszpania, Habsburgowie, Napoleon i III Rzesza, by nie wspomnieć o sfanatyzowanej Japonii generała Tōjō[7].

Nie można też zapominać, że imperia często padały ofiarą swoich finansowych potrzeb, szczególnie wtedy, gdy finansowanie działań wojennych wymagało wprowadzania podatków, których wymiar szybko przekraczał granice wytrzymałości[8]. Potęga imperium zależy bowiem nie tylko od jego siły militarnej, lecz również od ilości bogactw, które jest w stanie zmobilizować w drodze produkcji lub konfiskaty. Środki przeznaczone na rozwój lub utrzymanie hegemonii nie przestają rosnąć zarówno wskutek wzrostu wydatków, jak i niedoboru dochodów. Często to właśnie erozja tego „wigoru wojny” [którym są pieniądze – przyp. tłum.] ostatecznie przyczyniała się do upadku imperium. Aleksander podążył do Egiptu po swoich zwycięstwach pod Tyrem i Gazą, ponieważ chciał zawładnąć żyznymi ziemiami delty Nilu i w ten sposób zapewnić sobie zaopatrzenie w zboże. Bizancjum upadło wskutek powolnego zduszenia wymiany handlowej. Kto wie, ile susze i kryzysy żywnościowe kosztowały imperium Montezumy, znajdujące się pod presją demograficzną, której nie mogło opanować? Tutaj przykłady również można by mnożyć bez końca.

Pomimo całej tej heterogeniczności istnieje wielka pokusa naszkicowania teorii fenomenu imperium. Wielu było takich, którzy tego próbowali, począwszy od Monteskiusza, Edwarda Gibbona i Arnolda Toynbee[9].
Czyż w dziejach Zachodu – by trzymać się tylko jego granic – nie widać łańcucha form politycznych, który od antycznej polis prowadzi do cesarstwa powstałego w wyniku jej zaniknięcia, a następnie do państw narodowych, które w formie suwerennych królestw narodziły się na gruzach cesarstwa rzymskiego po fiasku prób zmierzających do jego wskrzeszenia?[10]
Temat ten zresztą znowu staje się modny, jako że imperia, które jeszcze niedawno zdawały się należeć do definitywnie zamkniętej historii, dzisiaj próbują zastępować państwa narodowe. Pojawia się coraz więcej publikacji na ten temat[11]. Jak już zauważono, imperia istniały na długo przed pojawieniem się narodów, a historia tych ostatnich jest bardzo świeża i krótka. Czyż to nie w Mezopotamii i Asyrii – a więc w kolebce rolnictwa, cywilizacji miejskiej i pisma – pojawiły się pierwsze imperia przed ponad trzema tysiącami lat? Czyż to nie w Chinach za czasów dynastii Tang (618–907) działało najlepiej zorganizowane państwo w dziejach ludzkości? Zauważono również, że o ile naród jest wynalazkiem europejskim, o tyle zjawisko imperium przekraczało granice cywilizacji i pomimo swych niezliczonych niuansów miało wymiar uniwersalny, którego model państwa narodowego nigdy nie mógł osiągnąć, chociaż Europa w czasach swojej potęgi wyeksportowała go do różnych zakątków świata. Uważa się też – zgodnie zresztą z duchem czasu – że między różnymi imperialnymi eksperymentami istnieje dostatecznie dużo punktów wspólnych, by można było naszkicować ich wspólną teorię. O ile jednak kiedyś próbowano szukać elementów tej teorii w dziejach Rzymu, który był postrzegany jako najbardziej oczywisty wzór imperium, o tyle dzisiaj – jako że krytyka europocentryzmu zobowiązuje – podstawy wspólnej interpretacji staramy się znaleźć poza granicami Europy[12]. Trzeba powiedzieć, że dzisiejsi historycy zbyt często cierpią na chorobę porównywania. Zamiast – jak trzeba – wywodzić z każdego indywidualnego doświadczenia historycznego to, co jest w nim uniwersalne za sprawą jego moralnego znaczenia albo płynących zeń nauk, obierają drogę przeciwną. Zakładając z góry istnienie jakiegoś obiektywnego bytu – o którym można powiedzieć to samo, co Joseph de Maistre o Człowieku pisanym wielką literą, że jeśli taki istnieje, to zdecydowanie bez naszej wiedzy[13] – zdają się widzieć w historii ludów, narodów, a nawet imperiów wiele zwykłych, porównywalnych ze sobą odmian jakiegoś jednego losu.
Powróćmy jednak do zacytowanego na początku tego wstępu słynnego zdania Jeana Baptiste’a Duroselle’a. „Każde imperium upadnie” – napisał on w 1981 roku po tym, jak Hélène Carrère d’Encausse przepowiedziała już załamanie się imperium sowieckiego[14]. Bez wątpienia oni oboje sądzili – czasami błędnie – że przyszłość ZSRS jest narażona na szwank wskutek jego rosnącej niezdolności do utrzymania spójności imperium, podczas gdy w rzeczywistości to kryzys samego systemu komunistycznego – rozkład jego centrum – miał w końcu doprowadzić do dezintegracji jego imperium. Niemniej pozostaje faktem, że lata osiemdziesiąte, zapoczątkowane powstaniem w Polsce NSZZ Solidarność i zakończone obaleniem muru berlińskiego, z całą pewnością oznaczały koniec pewnego cyklu – cyklu dezintegracji imperiów, który rozpoczął się wraz z XX stuleciem. Rzesza Niemiecka, cesarstwo austro-węgierskie, cesarstwo rosyjskie oraz imperium osmańskie zostały zmiecione przez nawałnicę z lat 1914–1918, Chiny dynastii Qing obalone przez rewolucję w 1911 roku, podczas gdy druga wojna światowa miała stanowić zapowiedź upadku imperiów kolonialnych stworzonych w XIX stuleciu. Zawalenie się imperium sowieckiego, które nastąpiło pół wieku później, wydawało się potwierdzać ten wyrok: czas imperiów terytorialnych dobiegł końca. Z trzech najważniejszych typów organizacji politycznej, wokół których obracała się historia świata – miasta-państwa, imperium i państwa narodowego – to drugie spoczęło na mocno przepełnionym cmentarzu umarłych reżimów politycznych, a zwycięstwo stało się udziałem państwa narodowego – od tego momentu jedynej możliwej formy politycznej. Tak samo jak w okresie międzywojennym geografia Europy wzbogaciła się o nowe, mniej lub bardziej stabilne państwa powstałe na gruzach obalonych imperiów, tak samo po drugiej wojnie światowej świat od Afryki do Azji zapełnił się nowymi państwami, których liczbę jeszcze bardziej zwiększył upadek Związku Sowieckiego w 1991 roku.
Ćwierć wieku po obaleniu muru berlińskiego odnosi się już inne wrażenie. Niektóre z tych nowych państw osłabły albo – jak dawna Jugosławia – całkiem zniknęły. Oczywiście państwa i narody pozostały głównymi aktorami na scenie światowej polityki, ale i jedne, i drugie straciły zarówno na godności, jak na stabilizacji i potędze. Państwo narodowe naprawdę nie ma już dobrej prasy. Narodziło się na początku epoki nowożytnej, gdzieś między połową XVI i XVII wieku, jako odpowiedź Europy na rozdźwięki religijne pomiędzy protestantami i katolikami, które rozprzestrzeniły się na kontynencie i zagroziły jego zrujnowaniem. Państwo sprawujące suwerenną władzę na terytorium określonym powszechnie uznawanymi granicami i nad ludnością, która na tym obszarze żyła, jawiło się jako warunek pokoju wewnętrznego, bezpieczeństwa zewnętrznego, spokojnego korzystania z praw, wolności i swobód gwarantowanych przez władzę publiczną, a nawet z możliwości zbiorowego uczestniczenia w sprawach wspólnoty, co – krótko mówiąc – było politycznym wyrazem pewnej idei dobra wspólnego.
Od tamtego czasu wydarzyło się wiele tragedii. Państwo narodowe zostało obciążone wieloma negatywnymi, choć nie zawsze uzasadnionymi wyobrażeniami. Miało więc ono trwożliwie zamknąć się w swoich granicach i żywić wrogie uczucia wobec świata zewnętrznego, opierać się przed cyrkulacją zarówno ludzi, jak i dóbr, być protekcjonistyczne i egoistyczne, przedkładać dominację nad wolnością, podporządkowywać interesy społeczeństwa swoim własnym interesom, celebrować obywatelskość, ale i uświęcać nierówności, być heroldem ideologii odpowiedzialnym za wywołanie dwóch wojen światowych, eksploatować planetę w celu zaspokojenia swojej żądzy władzy, starać się za wszelką cenę wyplenić różnice obyczajów i wierzeń i wreszcie – odpowiadać za masakry i ludobójstwa, które okryły żałobą XX stulecie.
Unia Europejska powstała po drugiej wojnie światowej w opozycji do odpowiedzialnych za tę tragedię państw narodowych, ponieważ uznano, że pokój europejski nadejdzie poprzez federalizm, który ograniczając suwerenność narodów, pozwoliłby pójść dalej i z większym sukcesem niż wcześniejsze, nieśmiałe próby zacieśnienia więzi między państwami. Pojawiły się one w czasach kongresu wiedeńskiego w latach 1814–1815, po zakończeniu wojen rewolucyjnych i napoleońskich, a więc długo po tym, jak opat de Saint-Pierre zredagował na początku XVIII wieku jeden z pierwszych projektów „wiecznego pokoju”, a także później – z chwilą przyjęcia w 1864 roku pierwszej konwencji genewskiej (w sprawie traktowania rannych żołnierzy) i powołania do życia Ligi Narodów w roku 1919. Ta Europa o federalnych skłonnościach, otwarta i pozbawiona wewnętrznych granic nie podbiła – delikatnie mówiąc – serc Europejczyków, jednak narody utraciły w niej dużą część swoich praw i prestiżu. Wojny, które pustoszyły byłą Jugosławię w latach 1991–1999, oraz późniejsza dekompozycja narodów Bliskiego i Środkowego Wschodu, będąca skutkiem zamachów z 11 września 2001 roku i amerykańskiej interwencji w Iraku w roku 2003, obciążyły i tak już niezbyt imponujące dossier sprawy narodowej. Imperium i civitas – w szerokim sensie – znalazły w tym możliwość nieoczekiwanego powrotu do łask, nawet jeśli prawdą jest, że szeroko podzielane dzisiaj odczucie stania „na krawędzi jednej z tych wielkich szczelin ludzkiej historii, które zmieniają jej bieg” zmusza w efekcie do bycia bardziej czujnym wobec „ogromnych głębin historii”[15].