Przejmująca historia o wierze i dramatycznych wyborach napisana przez autora scenariusza kultowego filmu pod tym samym tytułem, nagrodzonego w 1986 roku Złotą Palmą ze wspaniałymi kreacjami Roberta De Niro i Jeremy’ego Ironsa oraz z muzyką Ennio Morricone.


MisjaXVIII wiek. Łowca niewolników Rodrigo Mendoza po zabójstwie brata popełnionym w porywie gniewu, chcąc odpokutować zbrodnię, zwraca się do Boga.

Jego losy splatają się z losami jezuitów, którzy w sercu paragwajskiej dżungli nie tylko nawracają tubylców, ale też wprowadzają ich w arkana rzemiosła i muzyki.

Pewnego dnia jednak stają wobec wyboru: być posłusznym władzom kościelnym i zostawić Indian na pastwę łowców niewolników czy walczyć i umrzeć za prawdę i wiarę…

Robert Bolt (1924–1995) – brytyjski dramaturg, autor wielu granych na całym świecie sztuk teatralnych oraz scenariuszy filmowych, obsypany wieloma nagrodami, otrzymał m.in. Oscara za scenariusz do filmu „Doktor Żywago”.

Robert Bolt
Misja
Przekład: Adam Szymanowski
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 13 listopada 2018
 
 

Misja


CZĘŚĆ PIERWSZA

1

W 1725 roku Rodrigo Mendoza miał czternaście lat, kiedy pewnego dnia o pierwszym brzasku zobaczono unoszącą się na wodach zatoki w Kadyksie łódź jego ojca Alvara. Jedno wiosło utknęło między stępką a ławeczką, a na dnie poniewierała się pusta butelka po winie. Alvaro wpadł w gnuśne wody podczas przeładunku. Kilka worków zboża nadal czekało na transport, więc kierujący przeładunkiem Cesare Matius umieścił je we własnej łodzi i powiosłował w stronę oczekującego statku Grosso. Na pytanie, gdzie jest Alvaro, wzruszył ramionami i wskazał zatokę.
Poszedł do domu Mendozy, zastukał w drzwi i zdjąwszy kapelusz, powiedział Rodrigowi, że jego ojciec nie żyje. Osierocony chłopak cofnął się do środka i po chwili wyszedł, prowadząc ze sobą trzyletniego brata Philippa. Następnie udał się nad zatokę, by uważnie obejrzeć ojcowską łódź. Kazał bratu zająć się zabawą, sam zaś przyjął krótkie cygaro, którym poczęstował go Cesare, i wysłuchał, co ten ma mu do powiedzenia.
– Współczuję ci z powodu śmierci ojca.
– Dziękuję.
– Łódź jest teraz twoja – ciągnął Cesare, zakreślając w powietrzu łuk swoim cygarem.
– To prawda – odparł chłopak.
– Oczywiście nie poradzisz sobie z nią.
– Spróbuję.
– Kto będzie pilnował Philippa?
– Ja.
– Posłuchaj, postanowiłem dać ci dziesięć dineros za łódź wraz z koncesją.
– Jest warta dwadzieścia.
– Nic podobnego. Powiedzmy, dwanaście.
Mendoza spojrzał na łódź, a potem do góry, na Grosso, trzymasztowy awizowiec zakotwiczony w porcie.
– Czy przeładował całe zboże, zanim wypadł z łodzi?
– Dokończyłem za niego – wyjaśnił Cesare.
– Całą robotę?
– Ostatnią partię.
– Dziękuję. Dobrze wiedzieć, że kiedy wody zatoki zabierają właściciela łodzi, nie zapomina się o nim. – Chłopak spojrzał w bok. Doszedł do wniosku, że Cesare musi wypłacić mu pełną należność. Po chwili odciągnął brata od zabawy kamykami. – Muszę mieć trochę czasu, żeby pomyśleć o śmierci ojca.
– Jasne.
Mendoza kupił kawałek sera, trochę chleba, butelkę mleka i wino. Kiedy odgrodził się już drzwiami od panującego na zewnątrz upału i znalazł w domu, za który ojciec płacił tygodniowo, oddał mleko, a także połowę chleba i sera Philippowi. Odmówił modlitwę za zmarłych, a następnie usadowił się przy ścianie i patrzył w okno, kiedy Philippo jadł chleb z serem, i potem, kiedy brat położył się na boku i zasnął. Ściany pociemniały, a okno pojaśniało od gwiazd, ale Mendoza nie przestał rozmyślać.
Nie kochał ojca. Matka, Katarzyna, była zupełnie inna, ale śmierć zabrała ją, kiedy wydawała na świat Philippa. Od tego czasu ojciec nie zwracał najmniejszej uwagi na dwóch synów, a ukojenia szukał we flaszce. Wszystkie uczucia Mendozy skierowały się ku młodszemu bratu, otuliły dziecko, a i Philippo uwielbiał go wzajemnie i patrzył na niego jak na najwyższy autorytet.
Teraz, kiedy ojciec nie żył, Rodrigo mógł wprawdzie zostać z Philippem i zarabiać na życie przeładunkiem, lecz oznaczałoby to, że jego brat wyrósłby na człowieka niewykształconego jak on sam. Jedyne wyjście to zostawić chłopca u sióstr w San Fernando, a samemu spróbować sił po drugiej stronie oceanu. Postanowił zobaczyć się następnego dnia z matką przełożoną.
Wziął flaszkę wina i ułożył się na twardym jak kamień posłaniu, naciągając na siebie płócienne worki, z sercem pełnym przygnębienia. Może najlepiej byłoby zająć się przeładunkiem. Zapewniłoby to im obu jako tako dostatnie życie. Ale następnego ranka udał się do przytułku w San Fernando.
– Pytanie tylko, czy możesz sobie na to pozwolić. Niestety, pobieramy tutaj opłaty – oznajmiła matka przełożona. – Jaki masz zawód?
Czemu nie powiedzieć, że jestem synem arystokraty mieszkającego tam na wzgórzach? – przemknęło mu przez głowę. Wtedy to, że nie umie czytać, nie miałoby najmniejszego znaczenia. Ale matka powiedziała mu, że kłamstwo jest złą rzeczą; prowadzi prosto do piekła. Rzekł więc:
– Zajmuję się przeładunkiem statków.
Matka przełożona pochyliła głowę. Przeładunek statków! – pomyślała. O Boże!
– Bierzemy piętnaście dineros rocznie – wyjaśniła.
Twarz Mendozy zastygła. Liczył, że weźmie dwadzieścia za łódź. Wtedy zostanie mu pięć na rozpoczęcie nowego życia za morzem. Skinął głową.
– Czy mieści się w tym wszystko?
– Przecież powiedziałam. Piętnaście dineros.
– Dostarczę te pieniądze jutro.
– Skąd je weźmiesz?
– To moja sprawa.
– Gdzie mamy umieścić Philippa, jeśli nie będzie cię stać na piętnaście dineros rocznie?
– Nie ma nikogo. Może zostać ogrodnikiem w klasztorze.
Matka przełożona powstrzymała uśmiech. Oto młodzi! Cały świat wydaje się im prostą ścieżką. Pochyliła się do przodu.
– A co z tobą?
– Chcę ruszyć za morze.
Ach, za morze! – pomyślała. To zupełnie inna sprawa.
– Masz jakieś plany? – zapytała.
Mendoza skinął głową; pieniądze za łódź zabezpieczały mu widoki na przyszłość.
Tego samego dnia po powrocie do wsi odszukał Matiusa, który zaproponował mu czternaście dineros za łódź.
– Nie – odparł Mendoza. – Dwadzieścia.
Widząc jego stanowczą minę, Cesare rzekł:
– Szesnaście.
Mendoza potrząsnął głową.
– Dwadzieścia.
Cesare wzruszył ramionami i odszedł. Ale wieczorem wrócił i oznajmił:
– Posłuchaj, długo się nad tym wszystkim zastanawiałem. Jesteś sierotą i nie masz co ze sobą zrobić. Moja cena wynosi teraz siedemnaście. Oto ręka.
Mendoza zignorował wyciągniętą dłoń.
– Cena wynosi dwadzieścia.
Cesare rzucił wiązankę przekleństw i trzasnąwszy za sobą drzwiami, poszedł do domu. Następnego ranka, kiedy wszyscy jeszcze spali, znowu się zjawił, by dobić targu z chłopakiem.
– Posłuchaj, oto moja ostateczna propozycja. Jeśli nie zgodzisz się na nią, wycofam wszystkie poprzednie. Osiemnaście.
Mendoza rzekł tylko:
– Dwadzieścia.
Cesare się poddał.
Rodrigo wziął pieniądze, zawinął pięć dineros w strzęp płótna i ciasno się nim opasał, po czym wziął pozostałe piętnaście i zaprowadził Philippa do sierocińca.
– Bóg z tobą, Philippo – rzekł i pocałował brata na pożegnanie.
Chłopiec rozumiał wszystko, ale płakał przez cały dzień i całą noc i bił głową o ściany tak, że nawet stare kamienie klasztoru nie pozostały obojętne.
Mendoza spakował w domu mały tobołek, rozejrzał się jeszcze i zamknął za sobą drzwi. Zszedł do portu. Stały tam trzy trójmasztowe awizowce wyruszające właśnie do Ameryki Południowej: Grosso do Hawany, Nuestra Señora de Pilar do Caracas, Concepción do Buenos Aires.
Usiadł na molo i patrzył na łódki kursujące między nabrzeżem a statkami.
O trzeciej przyjechał wielki powóz. Wysiedli z niego mężczyzna, dwie damy oraz młodzieniec i z trudem, korzystając z pomocy, usadowili się w szalupie. Woźnica i jeden z majtków załadowali dwa wielkie kufry; na rozkaz bosmana wszyscy marynarze ujęli wiosła i szalupa popłynęła w kierunku Concepción. Po południu starsi pasażerowie powozu wrócili, ale bez młodzieńca. Jedna z kobiet była zalana łzami, a mężczyzna pocieszał ją, kiedy wsiadali z powrotem do powozu i odjeżdżali. Mendoza zjadł swoją kromkę chleba i czekał.
O siódmej długa szalupa z Concepción dostarczyła z powrotem pasażera na nabrzeże i Mendoza poszedł za nim. Młodzieniec pomaszerował z ponurą miną do miasta i usiadł w jadłodajni na otwartym powietrzu, a potem zrzucił na ziemię filiżankę z kawą; był bliski łez.
– Proszę – powiedział Mendoza i podsunął mu inną filiżankę.
– Dziękuję – rzekł młodzieniec.
– Concepción, prawda, señor?
– Tak.
– Mówiono mi, że to dobry statek.
– Okropny. Brudny.
– Naprawdę?
– To moja pierwsza podróż.
– Ach, señor, doskonale rozumiem.
– Pewnie masz za sobą niejeden taki rejs?
– Nie na pokładzie Concepción, señor. Na wielu innych. – Nie do końca mijało się to z prawdą. Pływał na wycieczki na drugą stronę Zatoki Kadyksu.
– Byłeś kiedy w Buenos Aires?
– Nie, señor.
– Mam tam być wspólnikiem w interesach mojego stryjecznego dziadka.
– Ach, señor, musisz więc mieć tęgą głowę do rachunków.
– Niestety nie. I dwie inne osoby będą dzieliły ze mną kabinę.
– Tego należało oczekiwać, señor.
– To prawda.
– Czy masz, señor, ochotę na jeszcze jedną filiżankę kawy?
– Nie, dziękuję. – Młodzieniec był wdzięczny, że ktoś o niego dba. Zapytał: – Masz rodzinę w Kadyksie?
– Tylko brata, señor. Jest pod dobrą opieką.
– Nie mam służącego na tę podróż.
– Naprawdę, señor?
– Czy dałbyś się namówić, żeby popłynąć jako mój służący do Buenos Aires?
– Nie, señor.
– Dlaczego?
– Nie mam pieniędzy na powrót.
– Opłacę twój powrót.
– Rozumiem, ale ile to wyniesie, proszę mi wybaczyć?
– Mógłbym dać ci dwumiesięczną zapłatę.
– To brzmi bardzo kusząco, señor.
– Cztery dineros plus dwa jako dwumiesięczna zapłata.
– Ale kapitan może nie znaleźć miejsca dla służącego, señor.
– Sam mu o tym powiem w imieniu dziadka.
Następnego dnia wypłynęli z Kadyksu. Ostatnie, co zobaczył Mendoza, to widok pięknej wieży przytułku w San Fernando oraz Cesare wiosłującego w łodzi jego zmarłego ojca.
Powolne kołysanie statku sprawiło, że Mendoza dostał choroby morskiej, ale posłusznie wykonywał rozkazy kapitana, oficerów, bosmana, podoficerów, zwykłych majtków, a także swojego młodego pana i nigdy się nie skarżył. Uważnie przyglądał się nawigatorowi, podążając spojrzeniem za jego wzrokiem, patrzył na łopoczące skraje żagli albo błądzące prądy oceaniczne. Tylko milczący i zamknięty w sobie nawigator wiedział, gdzie się znajdują.
Tydzień po tygodniu Mendoza czekał, aż marynarze zjedzą swoje porcje, zanim sam dostał kawałek solonej wieprzowiny i garść sucharów. Sypiał wśród cuchnących łańcuchów kotwicznych.
W miarę upływu dni marynarze mieli coraz bardziej wynędzniałe twarze.
Na Wyspach Kanaryjskich na pokładzie pojawił się chłopiec okrętowy imieniem Salvador. Miał około piętnastu lat i niechlujny wygląd. Rozejrzał się dokoła i doszedł do wniosku, że pod nim jest tylko Mendoza, tak więc kiedy miał do wykonania jakąś plugawą robotę, wołał Rodriga i kazał mu się do niej zabierać.
Kiedy wpłynęli w tropiki, kapitan pozwolił obu chłopcom spać na pokładzie dziobowym. Pewnej upalnej nocy Mendoza otworzył oczy i zobaczył powoli obracające się gwiazdy, a blisko swojej twarzy – zdumioną twarz Salvadora. Chłopak uśmiechnął się niemądrze i cofnął rękę, którą trzymał na pasie Rodriga w miejscu, gdzie ten ukrył swoje pieniądze.
Mendoza odruchowo zacisnął rękę na karku Salvadora i przewinął się na przeciwnika. Marynarz z nocnej wachty przybiegł, żeby popatrzeć, bo walka między dwoma chłopcami to zawsze lepsze niż nic. Tarzali się po pokładzie. Salvador wrzeszczał i klął, natomiast Mendoza walczył z zaciśniętymi zębami. Jego twarz znalazła się w pobliżu gardła przeciwnika, który na chwilę znieruchomiał, a potem zawył. Mendoza, schwytany w krzepkie ramiona marynarza, miotał się ile sił.
– Jezus Maryja! – warknął mężczyzna i odrzucił go od siebie.
Rodrigo odzyskał swobodę ruchów i natychmiast runął znowu na Salvadora. Marynarze chwycili chłopaka i wylali na niego parę wiader słonej wody. Dopiero kiedy prawie się utopił, zrezygnował.
Mężczyźni roześmieli się niepewnie.
– Matko Boska, kto by pomyślał, że ma w sobie takiego diabła!
Po tym incydencie Salvador omijał Mendozę z daleka. Rodrigo miał wreszcie święty spokój. Ale także nikt inny nie odnosił się do niego po przyjacielsku.
Nawigator oznajmił, że przed nimi jest już Montevideo, i cała załoga była na masztach, kiedy Mendoza zobaczył w końcu blade szczyty górskie wynurzające się z szarego morza. Przed nimi było Buenos Aires. Popłynęli wzdłuż nabrzeża, po czym rzucili na brzeg szeroki trap.
Młody panicz zapłacił Rodrigowi, obdarzył go skinieniem głowy i uśmiechem i udał się na brzeg, gdzie zniknął wraz ze swoimi dwoma kuframi w towarzystwie stryja ojca i ładnej kuzyneczki. Cała trójka wsiadła do powozu i tyle ich Mendoza widział.
Obróciwszy się z powrotem w kierunku morza, zobaczył, jak w oddali przesuwają się powoli jakieś dziwne okręty zdążające w stronę przeciwległego brzegu zatoki. Wypatrzył tam port i cztery, może pięć statków stojących na kotwicy.
– Co to jest? – zapytał stojącego w pobliżu marynarza.
– Colonia del Sacramento.
– A te okręty?
– Do transportu niewolników.
Pod koniec dnia, kiedy oficerowie i załoga otrzymali wypłatę i pozwolono im zejść na ląd, Mendoza także zszedł wreszcie po trapie i ruszył do miasta.
Błądząc bez celu, trafił na publiczny plac, który zapewniał cień dzięki zwieszającym się gałęziom dorodnych drzew, i zobaczył stragan, w którym sprzedawano placki nadziewane wieprzowiną. Kupił kilka i jadł je, siedząc koło fontanny.
Wielkie wrażenie zrobiły na nim ulice i nowoczesne domy, budowle publiczne ozdobione delikatnymi ornamentami i okazałe kościoły, które miały w sobie coś swojskiego. Ale były tu także dziwne, wrzaskliwe i jaskrawo upierzone ptaki i słońce grzało zbyt mocno, a z dróg wzbijał się delikatny biały pył, okrywając wszystko całunem.
Poddani króla Hiszpanii robili wrażenie na pół żywych. Siedzieli na skwerze w rozluźnionych kaftanach, z rozpiętymi klamrami u spodni, ziewali i zaczynali jakieś gesty, których nie mieli jednak siły dokończyć.
W cieniu kościoła drzemała grupa tubylców – brunatnooliwkowych, muskularnych, w łachmanach. Przyglądał się im uważnie, ale odwzajemniali mu się spojrzeniami całkowicie pozbawionymi wyrazu.
Wstał i podszedł do grupki Hiszpanów.
– Dzień dobry, señores. Czy potrzebujecie chłopca do pracy?
– Nie.
– Może więc znacie, señores, kogoś, kto potrzebuje?
– Nie. – Obrzucili go przelotnymi spojrzeniami i odwrócili się tyłem.
Wśród rozćwierkanych gałęzi zaczął tężeć mrok. W pobliżu ktoś grał na gitarze. Mendoza usiadł koło fontanny.
Przechodził tamtędy oficer ze statku w towarzystwie mężczyzny koło czterdziestki o twarzy pokrytej bliznami. Ujrzawszy Mendozę, zwrócił się do towarzysza:
– Tutaj masz tego chłopaka, jeśli wystarczy ci chłopak.
– Tak, wystarczy.
Oficer skinął na Mendozę.
– To mój przyjaciel, Palacio.
– Dobry wieczór, señor Palacio.
– Ile masz lat?
– Czternaście.
– Poradzisz sobie z łodzią?
– Radzi sobie z łodzią – oznajmił oficer.
– Potrzebny mi ktoś, kto popłynąłby barką do Asunción.
– Asunción – powtórzył Mendoza. – Rozumiem.
– To dwieście mil w górę rzeki. Proponuję pół dinero.
– Cały, señor – odparł Mendoza.
Mężczyzna się roześmiał.
– Niech będzie cały! Barka nazywa się Flores. Biegnij teraz do portu i powiedz kapitanowi, że to ja cię przysłałem.
Kapitan okazał się srogim starym mężczyzną, który raczył ledwie burknąć, kiedy Mendoza się przedstawił. Podczas wyprawy nie wypowiedział ani jednego zbędnego słowa. Barka miała dziewięćdziesiąt stóp długości, duży żagiel rozprzowy, po cztery wiosła z każdej strony i wyładowana była towarami żelaznymi z Madrytu. Czternastu tubylców podnosiło żagiel i opuszczało go, kiedy wiatr zmieniał kierunek.
Kiedy wypłynęli, Mendoza zajął miejsce przy sterze. Kapitan przyglądał mu się przez jakiś czas, a potem, zadowolony, że nowy daje sobie radę ze sterowaniem, usiadł i wpatrywał się niewidzącym spojrzeniem w meandry wody. Mendoza nigdy nie widział tak szerokiego koryta. Oba brzegi porastała splątana puszcza. Wskazał na mulistą rzekę.
– Duża.
– Tak.
Skinął w stronę błotnistej wody przepływającej obok łodzi.
– Słaby prąd.
– Tak.
Spojrzał na złożoną z tubylców załogę. Byli pogrążeni jakby w letargu.
– Co to za ludzie?
– Guarani.
– Guarani?
Żadnej odpowiedzi.
W ojczystej Hiszpanii nikt nie dbał o to, czy kapitan jeszcze żyje. Tutaj czekał na koniec swoich dni.
Z głównego pokładu doszło ich parę słów.
– Co to za język?
– Guarani.
– Czy pochodzą z tych stron?
Kapitan wskazał na ogromną, niemą puszczę, która brała rzekę w swoje władanie.
– Stąd?
– Stamtąd. – Stary wskazał gdzieś daleko w górę rzeki.
Mendoza przyjrzał się im.
– Są głupi.
– Tak.
Co wieczór przybijali do brzegu w jakimś miejscu, gdzie wyrąbano puszczę na przestrzeni mniej więcej mili, i ich oczom ukazywała się wioska składająca się z trzech lub czterech chat i kościoła, w otoczeniu wielkich farm, dworów i pól, na których pasło się bydło, rosła kukurydza albo założono sady. Guarani rozpalali ognisko i przyrządzali im papkę kukurydzianą, którą wraz z owocami popijali tanim czerwonym winem.
Mendoza w czasie wyprawy widział trzy takie wioski, a dalej ogromna puszcza zamykała się za nimi, wdzierając się ukradkiem w wodę. Wystarczyło jedno mocne pociągnięcie wiosłami, by znaleźli się przy drzewach. Załoga Guarani wpatrywała się w puszczę i półgłosem wymieniała między sobą gardłowe dźwięki.
Indianie spostrzegli, że Mendoza przygląda się im, i znowu ich twarze straciły wszelki wyraz.