“Białoczarny” to poruszająca, sprawna satyra na kwestie rasowe, a także opowieść o dorastającym Gunnarze Kaufmanie, współczesnym Afroamerykaninie, który nie jest ani trochę typowy.


BiałoczarnyDobitnie i bezpardonowo Gunnar oznajmia, że nie jest siódmym synem siódmego syna siódmego syna. Co prawda chciałby nim być, ale do tego statusu brakuje mu sześciu braci i trzech wujków, a los, nie dając mu ich, bezlitośnie go odarł z mitologicznego dziedzictwa.

I tak właśnie, w sposób niezapomniany, zaczyna się wyboista droga, którą Gunnar wyprawia się w wiek męski.

Z niespotykanym talentem do przekazania języka potocznego, do przetworzenia języka w celu wywołania całkowicie nowego świata, Paul Beatty dowodzi, że jest jednym z najoryginalniejszych i najbardziej pomysłowych pisarzy naszych czasów.

“Białoczarny” jest jednocześnie literacki i uliczny, osobisty i wszechstronny, wielokulturowy i wielopokoleniowy, to żywiołowa epopeja, wciągająca i aktualna.

Paul Beatty jest autorem powieści “Slumberland”, “Tuff” i “The White Boys Shuffle”, a także dwóch tomów poezji, “Big Bang Take Little Bank” i “Joker, Joker, Deuce”. Zredagował książkę “Hokum: An Antholohy of African-American Humor”. Mieszka w Nowym Jorku.

Paul Beatty
Białoczarny
Przekład: Ewa Penksyk-Kluczkowska
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 14 listopada 2018
 
 

Białoczarny


Prolog

Z jednej strony ten cały numer z mesjaszem to jakaś porażka. Z drugiej – zdołałem obsadzić odwieczny wakat na stanowisku afroamerykańskiego przywódcy. Zniecierpliwieni obywatele drugiego sortu nie muszą już umieszczać anonsów w niedzielnych ogłoszeniach drobnych.

Czarnego demagoga przyjmę od zaraz
Wymagane umiejętności niezbędne do poprowadzenia podzielonego, uciśnionego i wyobcowanego ludu do ziemi obiecanej oraz zdolności komunikacyjne. Uposażenie proporcjonalne do kompetencji. Doświadczenie niekonieczne.

Jako poeta, a zatem ekspert od smutnego przymusu, jestem nadzwyczaj kompetentny. Moja książka, Hydromelanina, sprzedała się w nakładzie stu dwudziestu sześciu milionów egzemplarzy. Słuchają mnie naukowcy, bezdomni i polityczni spiskowcy. Przywódca Czarnej Społeczności? Robota w sam raz dla mnie.
Nie miałem rozmowy kwalifikacyjnej. Dwadzieścia dwa miliony dotychczas niestowarzyszonych dusz powołały mnie do pełnoetatowej służby w roli złego czarownika i rodzica zastępczego członków porzuconego narodu. Karmię ich papką daremności, obnażam nieświadomość, że istnieje coś takiego jak czarna Ameryka, i beznadziejność wysiłków. W zamian dostaję fanatyczne ptasie posłuszeństwo. Dokądkolwiek się udam, długa kolejka czarnych gąsiątek podąża za plastikowym nakręcanym wieszczem, prowadzona sprężyną ku autodestrukcji. Przecinają informacyjną autostradę, za żadne skarby nie rozglądając się na boki. Gdyby jakiś potentat filmowy kupił prawa do ekranizacji mojego życia, w streszczeniu w „TV Guide” przeczytalibyśmy:

W walce o wolność młody poeta przekonuje czarnych Amerykanów, żeby porzucili nadzieję i zabili się w kulminacyjnym katastroficznym momencie. Kupa śmiechu i szalonej zabawy. Odrobina przemocy i wulgaryzmów.

Poszukując równości, czarni próbowali już wszystkiego. Błagaliśmy, buntowaliśmy się, dostarczaliśmy rozrywki, zawieraliśmy mieszane małżeństwa – i ciągle traktuje się nas jak gówno. Nic nie działa, po co więc znosić powolną śmierć z powodu toksycznego uzależnienia i amerykańskiej etyki pracy, gdy można wybrać natychmiastową gratyfikację samobójstwa? Chwalebnie opierając się instynktowi przetrwania, czarni – jak jakieś lemingi – napływają do Hillside w Kalifornii. Codziennie z nadzieją wpatrują się w niebo, w kalifornijskim smogu wyglądając metalicznej atomowej kropki, która będzie miarowo rosnąć, aż wybuchnie jakieś trzysta metrów nad naszymi naturalnymi i przetworzonymi głowami. To będzie Upadek Wyzwolenia. Diabli wezmą knajpy, miejsca w autobusach i specjalne toalety; nasze zbiorowe samobójstwo będzie ostatecznym sit-inem.
Wszyscy tu są, wszelkiej maści czarni Amerykanie, czyniący ostatnie przygotowania przed przenosinami do Elizjum jakieś pięćset lat po naszym przybyciu do tego czyśćca. Elegancki gość, który pracował w korporacyjnej kancelarii i wił się wśród waszych protekcjonalnych wysiłków, by wciągnąć go w small talk, zastanawia się, czy wyłączył kuchenkę, a potem wybucha śmiechem na ten cały absurd. Nieszkodliwy były demokratyczny burmistrz twojego miasta pisze mierny elegijny wiersz, ignorując ten cały absurd. Fajna młoda czarnulka, do której śliniłeś się na wuefie w ósmej klasie, przechadza się po ulicy, patrząc, kogo by tu jeszcze rzucić na kolana. Kobieta, która siedziała obok ciebie, ściskając torebkę, gdy czekałeś rano na autobus, a potem wbiła ci łokieć w splot słoneczny, walcząc o wolne miejsce, zamierza zadzwonić do szefa i do ostatniej chwili gadać pierdoły, a potem wystawić słuchawkę w stronę wybuchu i podsumować: „Jutro nie przyjdę do pracy. Zostanie ze mnie, kurwa, tylko węglowy pyłek. Koniec niewolnictwa, ty jebany krwiopijco”.
Zeszłotygodniowe wydanie „Time’a” nazywa mnie Hebanowym Szczurołapem z Hameln. W „U.S. News & World Report” byłem „prowodyrem etnicznego harakiri”. Historia dopisze moje imię do listy szalonych mesjaszów, którzy siedzą na piekielnej odprawie, gdzie diabeł sprawdza listę obecności: Jim Jones, David Koresh, ten koleś, który prowadził szarżę Lekkiej Brygady, Charles Manson, generał Westmoreland i ja. Te karty to moje wspomnienia, bitewne szczątki przerażonego dezertera w wiecznej wojnie o uprzejmość.

Dzidziuś mamusi i może tatusia

1

Inaczej niż typowy smutnawy biedny prostaczek szlachetny w obliczu rasizmu białej hołoty ożeż czarny bohater magiczny na miarę Pulitzera nie jestem siódmym synem siódmego syna siódmego syna. Chciałbym, ale zrządzeniem losu brakuje mi sześciu braci i trzech wujków. Wodzowie i królowe siedzący na szczycie starego dobrego Kilimandżaro wykluczyli mnie z testamentu. Nic mi nie zapisali, skąpe gnoje. Okrutnie pozbawiając mnie mitologicznego dziedzictwa, moich tubylczych supermocy. Nigdy nie miałem danych od boga zdolności, dzięki którym mógłbym powalić rasistowskich złoczyńców swoją plemienną pieśnią, machnięciem zdobionej koralikami laski czarownika czy srogim spojrzeniem. Może jakiś głupek w rodzinie dał dupy i znieważył staruszków. Wkurwił bóstwa, może za dużo abrakadabry czy coś i proszę – synowie muszą cierpieć za grzechy ojców.
Nazywam się Kaufman, Gunnar Kaufman. Jestem czarnym Orestesem w przeklętym rodzie Atrydów. Za sprawą trwożliwej sekwencji DNA niemrawo podążam śladem długiego szeregu tchórzliwych czarnuchów, Wujów Tomów i przekiepskich wiernych sług. Jestem synem numer jeden bojaźliwego kurewskiego rasisty, który był trzecim synem czarnucha z lizusowskiego, sprzedawczykowskiego rodu, a ten z kolei był rzeczywiście siódmym synem, acz tylko walkowerem. (Dziadek Giuseppe Kaufman położył się na swoim śpiącym starszym bliźniaczym bracie Johannie, udusił go i przywłaszczył sobie upragniony tytuł siódmego syna). Od chwili narodzin rodzice wpajali mi, że powinienem wielbić surrealistyczne wyskoki i prokreacyjne krętactwo moich przodków. Ich śmiałe czyny i wyczyny wuja Toma przekazywano nam podczas wykładów historii, gdy siedzieliśmy przy matczynym stole nad makaronem z serem. Nie ma nic gorszego niż głośny griot, a moja matka była najgłośniejsza.
Mama, Brenda W. Kaufman, samotnie wychowała mnie i siostry po ciężkiej walce o opiekę, po której ojcu został w szyi porcelanowy odłamek z półmiskowych pocisków. Po rozwodzie postanowiła dopilnować, by jej dzieci znały swoich przodków. Jako brooklyńska sierota, która nigdy nie poznała rodziców ani nie widziała na oczy swojego aktu urodzenia, mama uznała za swoje bękarckie korzenie historię patriarchalnej rodziny ojca.
W letnie popołudnia Nicole, Christina i ja siadaliśmy na podłodze przed mamą i śledziliśmy rodowód, sunąc palcami po nabrzmiałych żyłach jej ziemistych nóg. Kładła swoje szkaradne kończyny na poduszkę, a my badaliśmy swój ród, spiłowując z jej stóp twarde jak kamień nagniotki i inne skórne skorupiaki.
Zaczęliśmy od podstaw. Uwaga, dzieci przy pracy. Nicole, moja najmłodsza siostra, którą przezwałem Niewiarygodnie Niezłomnym Wyjcem, rozpoczynała przepytywanie w swoim egocentrycznym stylu, cały czas skrobiąc wzgórek martwego naskórka będący lewą piętą mojej matki.
– Mamooo, czy ja jestem adoptowana?
– Nie, nie jesteś adoptowana. Pokazywałam ci w zeszłym tygodniu rozstępy. Włóż w to trochę wysiłku, na Boga. Ściągnij skórę palcami, jeśli musisz, jasna cholera.
Wtedy Christina, dziecko średnie, której czule nadałem rdzennie amerykańskie imię Palce-w-nozdrzach-kciuk-w-ustach-i-smarki-dosłownie-kurwa-wszędzie, sięgała po emocje, żeby zacieśnić więzy relacji matka–córka.
– A ja i Gunnar?
– Nie.
– Możesz to udowodnić? – pytała zdenerwowana i nieprzekonana Christina, oddychając ciężko. Z jej nozdrzy wypływały bańki gęstego śluzu.
– Które ślady na twoim brzuchu są moje?
– Chrissy, jeśli ktoś jest na tyle durny, żeby się przyznać do ciebie, to uwierz mu na słowo.
– Mamooo…
– Co, Gunnar?
– Stopa ci śmierdzi.
– Lepiej siedź cicho, jeśli nie chcesz wypełniać papierów do szkoły wojskowej.
Ten zaawansowany kurs genealogii Kaufmanów zaczynał się dopiero wtedy, gdy mama wracała z pracy. Zarabiała na nasze utrzymanie, badając nieszczęsnych biedaków pod kątem chorób wenerycznych w darmowej przychodni w East Los Angeles. Pamiętam, jak z rozkoszą układała na stole ostre narzędzia ze stali nierdzewnej i lśniące polaroidy dokumentujące najbardziej zaawansowane przypadki. Polerując wzierniki i cewniki, opowiadała o „kłuciu kutasów” i „przeszukiwaniu pizd”. Przysięgam, że gdzieś w jej nieznanej przeszłości wędrowni minstrele tańczyli cakewalka na oświetlonych świecami scenach teatrów.
Kolacje o dziewiętnastej przypominały lunaparkowe występy z udziałem Mamy Niesamowitej Wariatki. Ocierała tłuste wargi i uczyła nas o potwornościach chorób przenoszonych drogą płciową, serwując tłuczone ziemniaki i zdjęcia chorych cipek. Zadając cios ostateczny, otwierała zestaw profilaktyczny, wyciągała niebieską prezerwatywę i wsadzała do nozdrza zakończony zbiorniczkiem koniec. Następnie siedziała z pomiętym kondomem, który kołysał się jej u nosa i odbijał od brody przy każdej sylabie, zachwalając radości bezpiecznego seksu. Nagle zatykała wolne nozdrze palcem i jednym niuchem wciągała nienawilżaną gumę do nosa. Otwierała usta, wyciągała lepki już kawałek lateksu, podnosiła go tak, by wszyscy mogli zobaczyć, i triumfowała:
– Tadam! A teraz do jedzenia.
Zabawom nie było końca przez cały posiłek. Chociaż nie ma dowodów, że właśnie do niej należy tytuł najgłośniejszego na świecie griota, Księga Rekordów Guinnessa wymienia ją jako najgłośniejszego przełykacza na świecie.

PRZEŁYKANIE. Brenda W. Kaufman (ur. 1955) z Los Angeles nagrała przełknięcia o mocy 47 decybeli (dla porównania: ruchliwa ulica = 70 db, silnik odrzutowca = 130 db), goszcząc 3 maja 1985 roku w programie Davida Lettermana, gdzie piła nowojorską wodę kranową.

W urodziny mamy zawsze oglądam wideo z jej występem. Człowiek o brytyjskim akcencie przystawia jej mikrofon do gardła, gdy ona z zapałem pije czystą wodę ze szklanki. W prawym dolnym rogu ekranu widać wskaźnik głośności, którego igła skacze jak wściekła przy każdym donośnym przełknięciu. Krzyczymy z siostrami jak wariaci, ilekroć igła wskakuje na czerwone pole.
Kiedy po powrocie piła mleko, z dumą kolejno przykładaliśmy palce do podskakującego jabłka Adama. Pomiędzy poszczególnymi łykami mama spytała o pracę domową i polamentowała nad naszymi porażkami edukacyjnymi. Wreszcie odstawiła z hukiem szklankę po mleku, otarła palcem górną wargę i wrzasnęła:
– Widzicie? Nie ma takiej rzeczy, której Kaufman by nie zrobił. Te wasze podręczniki do historii słowem nie wspominają o waszym praprapraprapraprapradziadku od strony ojca, Euripidesie Kaufmanie? A pewnie, ni chu, chu. Rozdajcie te bułeczki, a mama wam opowie o Czarnuchu z kolonii, który sam by się postawił na nogi za sznurówki, gdyby tylko miał buty. Pierwszy z kolorowych, który był kowalem swego losu. Słuchasz mnie, Gunnar?
– Ehe.
– Że co?
– Słucham, mamo.
Mama umiała opowiedzieć wykurwistą historię. Zaczęła od Euripidesa Kaufmana,najmłodszego niewolnika w historii, który kupił sobie wolność. Słyszałem, jak pobrzękują kajdany duchów czarnych Kaufmanów przemykających pod oknami jadalni. Martwe asfalty, które ocierały wysuszone usta i trzymały się za burczące puste brzuchy, wpatrując się w pieczone kurczaki i czekając, aż mama o nich opowie.
Za mały, żeby wytapiać i kuć żelazo w bostońskiej kuźni swojego pana, Euripides zajmował się w niewoli czarną robotą. Gdy już pobiegał na bosaka po miejskim bruku, załatwiając rozmaite sprawy, szukał zajęcia, którym mógłby wypełnić czas próżnowania. Siedząc na trawiastych brzegach rzeki Charles, patrzył, jak żonglerzy wyciągają kasę od sentymentalnych przechodniów. Siedmioletni Euripides dostrzegł źródło dochodu. Ten bystry przedsiębiorczyk pobiegł do domu, nasmarował swoją czarną jak sadza skórę olejem do lampy i usadowił się pod najruchliwszym wejściem do parku Boston Common. Każdy przechadzający się bostończyk, który go mijał, reagował na służalczy uśmiech Euripidesa i lśniącą skórę zatroskanym: „Mogę ci pomóc, chłopcze?”. Na co Euripides odpowiadał: „Zechciałby pan pogłaskać mnie po głowie na szczęście? Sześć pensów”.
Wkrótce Euripides miał stałą klientelę patrycjuszy i konserwatystów, angielskich żołnierzy i milicjantów, którzy przesuwali dłońmi po szczeciniastej czaszce, by zapewnić sobie szczęście i życie pozagrobowe. Pół roku później postanowił zgolić głowę, by zintensyfikować doznania dotykowe klientów, i biznes rozkwitł. Właściciel i eponim Euripidesa szybko się dowiedział, że małe smołowate dziecko swoją pomysłowością przynosi sławę jego warsztatowi. Wkrótce zaczęli do niego napływać klienci, którzy chcieli podkuć konia, a także pogłaskać głowę małego czarnego gnojka. Podjeżdżali, przywiązywali konia do pachołka i mówili: „Cztery nowe podkowy, Chauncy. Gdzie Euripides? Tydzień temu zapomniałem poklepać go po tej szczeciniastej czaszce i stara mnie przyłapała, jak ruchałem czarną dupę na strychu. Chodź no tu, ty łysy talizmanie, ty”.
Pewnego pogodnego wiosennego dnia dziewięcioletni Euripides rozgryzał, ile policzyć za „Jaki milutki” połączone z uszczypnięciem w policzek. Podniósł wzrok i ujrzał czarnego chłopca mniej więcej w swoim wieku, wystawionego na sprzedaż za piętnaście funtów koło straganu z owocami: „Słoneczka, jak już wam upudrują peruki, może w drodze powrotnej skusicie się na kilka pomidorów, główkę sałaty i czarnego dzieciaczka?”. Zmyślny mały biznesmen chciał poznać własną wartość, więc spytał swojego spoconego właściciela o twarzy czarnej od węgla, czy na wolnym rynku jest wart piętnaście funtów. Pan Kaufman zapewnił Euripidesa, że taki bystry bambusek jak on jest wart dwakroć więcej. Na to Euripides sięgnął do torby i rzucił na kowadło trzydzieści funtów zaoszczędzone z interesu głaskania po głowie. Wyszedł z kuźni jako dziewięcioletni wolny człowiek, w ogóle nie zastanawiając się nad kupnem kapelusza. Później został marynarzem, pływał na statkach handlowych i zyskał niespodziewaną sławę, gdyż – jak to ujęła mama – to on stał za masakrą bostońską.
Legenda rodzinna mówi, że 5 marca 1770 roku Euripides Kaufman umiejętnie uchylił się przed przeznaczoną dlań kulą i tak właśnie Crispus Attucks niespodziewanie został męczennikiem w asfaltowym niebie. W tamto historyczne popołudnie Euripides siedział w bostońskim pubie z Crispusem, swoim najlepszym kumplem od dzieciństwa, pijąc pale ale Samuel Adams. Och, wolnym być i czarnym być, dwadzieścia jeden mieć lat, mieć w czubie od chmielu i być maskotką dla białych marynarzy. W swojej wolności Euripides widział jeden minus: nie mógł już inkasować opłaty, gdy miejscowi głaskali go po głowie z protekcjonalnym wigorem.
– Euripidesie, ty czarniutki supłogłowy asfalciku, ile miałeś lat, jak zacząłeś gubić małpią sierść? A może dalej w niej śpisz, żeby w nocy nie marznąć?
Co znaczy te parę smolistych dowcipów między kumplami? My, Kaufmanowie, od pokoleń należymy do czarnuchów, którzy znają się na żartach. Chodziłem kiedyś do ojca, który był rysownikiem w komisariacie Wilshire policji Los Angeles. Jego kumple policjanci stali przy zagraconych biurkach i umierali ze śmiechu nad dowcipami „ilu czarnuchów trzeba”, poklepując się po masywnych plecach i zerkając przez ramię, czy i my z tatą się śmiejemy. I tata zawsze się śmiał. Tak chichotał, że epolety podskakiwały mu jak gąsienice. Ja nigdy się nie śmiałem, dopóki ojciec nie walnął mnie mocno między łopatki. Prostowałem się od ciosu ciężkiej ręki, podbródek odrywał mi się od klatki piersiowej i wyrzucałem kilka chichotów samozhańbienia. Nawet jeśli nie rozumiałem dowcipu.
– Co to znaczy, żeby polizać im usta i przyssać je do ściany?
Później przyglądałem się mojemu ojcu, jak rysuje portrety przestępców pod dyktando ofiar, które używały jego twarzy jako punktu odniesienia.
– Miał grube wargi, nos trochę większy niż pan, ale nozdrza też takie rozdęte.
Tata sprowadzał zbrodniarza do martwej natury i nie odrywając wzroku od szkicownika, napominał mnie, że lepiej, by moja twarz nigdy nie pojawiła się w notesie policjanta. Wysyłał mnie do domu w radiowozie, twarz miałem usmarowaną czarnym węglem, a w uszach wciąż brzmiała mi ojcowska patriotyczna mądrość: „Pamiętaj, Gunnar, Bóg, ojczyzna i śmiech, najlepsze lekarstwo na świecie. Mama dostała czek?”.
Pewnie, że Kaufman sprzedawczyk przyłożył się do wybuchu Amerykańskiej Rewolucji.
Podchmielony i rozbawiony Euripides Kaufman o ustach jak wątróbki zręcznie przekierował szyderstwa swoich kumpli, kolonialnych morskich podżegaczy, na samotnego nastoletniego żołnierza brytyjskiego, który pełnił wartę przed Izbą Gmin pod samą tawerną.
– E, chłopaki, czy to nie ten brytolski łobuz w czerwonym pancerzyku, co to oszukał balwierza Jacka Miltona na drobne za wczorajsze golenie ze strzyżeniem za przyzwoitą cenę?
I z Euripidesem i Crispusem na czele pijany motłoch truchtem pognał na dwór, żeby uważniej przyjrzeć się wskazanemu. Z kuflami w dłoniach otoczyli zdenerwowanego strażnika i zasypali go obelgami. Euripides stał jakiś metr od żołnierza, otaksował go wzrokiem, odwrócił się do kumpli i rzekł:
– Zaiste, to ten herbaciarz prawołamca. Crispusie, mój drogi, zechcesz potwierdzić moje słowa?
Oczy Crispusa, jak oczy mojego ojca, a i samego Euripidesa, zawsze były pierwsze do błagania, ale brakło mu języka w gębie. Spragniony uczuć białej Ameryki, Crispus Attucks spojrzał na mojego praprapraprapraprapradziadka, szukając wskazówki. Następnie powtórzył przykre uwagi Euripidesa Kaufmana prosto w twarz samotnemu attaché angielskiego kapitalizmu spekulacyjnego w Nowym Świecie.
– Ej, ty, nieco oddalony od reszty stada cockneyowski szympansie z błyszczącą różową dupą. Gdzie twoja blada stara? Tuli się do króla Jerzego, głaszcząc jego ciastowaty bandzioch i licząc nasze podatki? No, powiedz coś! Crispus Attucks tylko na to czeka.