Powieść “I tak wygrasz”, niczym Kane i Abel, trzyma czytelnika w szachu od pierwszej do ostatniej strony. Jeffrey Archer zakończył sagę o rodzinie Cliftonów i zabrał czytelnika w niezwykłą podróż w poszukiwaniu przeznaczenia i przeszłości.


I tak wygraszLeningrad 1968. Aleksandr i Władimir marzą o wielkiej przyszłości – każdy na swoją miarę. Kiedy ojciec tego pierwszego zostaje zgładzony przez KGB za to, że próbował utworzyć niezależny związek zawodowy, wszystkie marzenia chłopca wydają się stracone.

A jednak wraz z matką podejmuje desperacką próbę ucieczki z ZSRR. Czy powinni wsiąść na statek płynący do Stanów Zjednoczonych czy do Wielkiej Brytanii? O tym decyduje rzut monetą…

W tej niezwykłej opowieści przemierzamy dwa kontynenty, podążając za porażkami i zwycięstwami Aleksandra, który próbuje podbić swój nowy świat. I musi upłynąć trzydzieści lat, by on sam odkrył, gdzie leży jego przeznaczenie, i stawił czoło przeszłości, którą pozostawił w Rosji.

***

Jeffrey Archer, ten niezwykły gawędziarz, wraca z powieścią wręcz zniewalającą, która trzyma w napięciu jak niegdyś jego “Kane i Abel”.
Joanna Lumley

Jeffrey Archer to jeden z najpopularniejszych obecnie pisarzy na świecie. W 1992 roku otrzymał tytuł szlachecki, zasiadał też jako poseł w Izbie Gmin i w Izbie Lordów. Debiutował powieścią “Co do grosza”, która zyskała popularność w Wielkiej Brytanii. Kolejna, “Kane i Abel”, stała się wielkim bestsellerem. Obie książki zostały sfilmowane. Jego sławę ugruntowały następne powieści i opowiadania, m.in.: Ale to nie wszystko…, Więzień urodzenia, Pierwszy między równymi, Sprawa honoru, Na kocią łapę.

Jeffrey Archer
I tak wygrasz
Przekład: Danuta Sękalska, Maciej Szymański
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 27 listopada 2018
 
 

I tak wygrasz


KSIĘGA PIERWSZA

1

ALEKSANDR

Leningrad 1968

– Co będziesz robił, jak skończysz szkołę? – spytał Aleksandr.
– Chciałbym wstąpić do KGB – odparł Władimir – ale nie będę miał szansy, jeśli nie dostanę się na uniwersytet. A ty co zamierzasz?
– Chcę być pierwszym wybranym demokratycznie prezydentem Rosji – rzucił ze śmiechem Aleksandr.
– Jak ci się to uda – powiedział bez uśmiechu Władimir – mianujesz mnie szefem KGB.
– Nie pochwalam nepotyzmu – rzekł Aleksandr, gdy przemierzali szkolne podwórze, kierując się na ulicę.
– Nepotyzm? – zagadnął Władimir już w drodze do domu.
– Ten termin pochodzi od włoskiego słowa nipote oznaczającego bratanka lub siostrzeńca i sięga czasów siedemnastowiecznych papieży, którzy często obdarzali stanowiskami krewnych i bliskich przyjaciół.
– Co w tym złego? – spytał Władimir. – Po prostu zamiast papieży masz KGB.
– Wybierasz się w sobotę na mecz? – zapytał Aleksandr, chcąc zmienić temat.
– Nie. Skoro już Zenit doszedł do półfinałów, to ktoś taki jak ja nie może nawet marzyć o bilecie. Ale twój ojciec jest nadzorcą robót portowych, więc automatycznie dostaniecie dwa miejsca na trybunie dla członków partii.
– Skądże, przecież on wciąż odmawia wstąpienia do partii – rzekł Aleksandr. – A kiedy go ostatnio pytałem, czy zdobędzie bilety, nie był optymistą. Moją jedyną nadzieją jest wujek Kola.
Szli dalej i w pewnej chwili Aleksandr sobie uświadomił, że obaj unikają tematu, który ich najbardziej obchodzi.
– Jak myślisz, kiedy się dowiemy?
– Nie mam pojęcia – odparł Aleksandr. – Podejrzewam, że nasi nauczyciele mają uciechę, obserwując, jak się zadręczamy, bo dobrze wiedzą, że to ostatnie chwile ich władzy nad nami.
– Ty nie musisz się o nic martwić – orzekł Władimir. – Jedyny twój problem, to czy zdobędziesz stypendium leninowskie na studia w Instytucie Języków Obcych w Moskwie, czy też zaproponują ci miejsce na uniwersytecie na kierunku matematycznym. Ja nie jestem nawet pewien, czy w ogóle się dostanę na jakiś uniwersytet, a jeżeli nie, to mogę się pożegnać z szansą przyjęcia do KGB. – Westchnął. – I pewno do końca życia będę pracował w porcie, pod kierownictwem twojego ojca.
Aleksandr nie odezwał się, kiedy weszli do kamienicy czynszowej, gdzie mieszkali, i ruszyli w górę wytartymi schodami.
– Chciałbym mieszkać na pierwszym piętrze, nie na dziewiątym.
– Jak dobrze wiesz, Władimirze, tylko członkowie partii mieszkają na pierwszych trzech piętrach. Ale jestem pewien, że jak dostaniesz się do KGB, to obsuniesz się w opinii ludzi o parę pięter.
– Do jutra – rzucił Władimir, nie zważając na docinek przyjaciela, i zaczął pokonywać pozostałe cztery piętra.
Otwierając drzwi malutkiego mieszkania na piątym piętrze, gdzie mieszkał z rodzicami, Aleksandr przypomniał sobie artykuł, który niedawno czytał w jakimś piśmie, o tym, że w Ameryce jest tak wielu przestępców, że wszyscy mają tam przynajmniej dwa zamki w drzwiach. Jedyny powód, pomyślał, że nie stosuje się tego w Związku Radzieckim, to pewno fakt, że nikt tu nie ma nic wartego kradzieży.
Poszedł prosto do swojej sypialni, bo wiedział, że matka wróci dopiero po zakończeniu zmiany w porcie. Wyjął z torby kilka kartek liniowanego papieru, ołówek i zaczytaną książkę i położył wszystko na stoliczku w kącie pokoju, a potem otworzył Wojnę i pokój na stronie 179 i dalej tłumaczył Tołstoja na angielski. „Kiedy rodzina Rostowów usiadła tego wieczoru do kolacji, Mikołaj wydawał się roztargniony, i to nie dlatego, że…”
Aleksandr po raz drugi sprawdzał każdy wiersz pod kątem błędów ortograficznych i zastanawiał się nad trafniejszym słowem angielskim, gdy usłyszał, jak otwierają się drzwi mieszkania. Burczało mu w brzuchu i ciekaw był, czy matce udało się przemycić jakieś smakowite kąski z klubu oficerskiego, gdzie była kucharką. Zamknął książkę i poszedł do kuchni.
Jelena obdarzyła go serdecznym uśmiechem, gdy usiadł na drewnianej ławce przy stole.
– Jakiś specjał dziś wieczór, mamo? – spytał z nadzieją.
Znów się uśmiechnęła i zaczęła opróżniać kieszenie. Wyjęła wielki kartofel, dwie bulwy pasternaku, pół bochenka chleba i główną wygraną wieczoru – stek, który prawdopodobnie został po obiedzie na talerzu jakiegoś oficera. Prawdziwa uczta, pomyślał Aleksandr, w porównaniu z tym, co jego przyjaciel Władimir będzie jadł dziś wieczór. Zawsze komuś wiedzie się gorzej, jak często przypominała mu matka.
– Coś nowego? – spytała Jelena, obierając ziemniak.
– Mamo, co wieczór mnie o to pytasz, a ja ci powtarzam, że nie spodziewam się wiadomości co najmniej przez miesiąc, a może dłużej.
– Po prostu twój ojciec byłby taki dumny, gdybyś zdobył stypendium leninowskie. – Odłożyła ziemniak i odsunęła na bok obierki. Nic nie może się zmarnować. – Wiesz, gdyby nie wojna, to ojciec poszedłby na uniwersytet.
Aleksandr był tego świadom, ale zawsze się cieszył, kiedy mu przypominano, że tata jako młody kapral służył na froncie wschodnim podczas oblężenia Leningradu i chociaż doborowa niemiecka dywizja pancerna przez dziewięćdziesiąt trzy dni bezustannie przypuszczała ataki na jego odcinek, nie opuścił posterunku, dopóki Niemcy nie odstąpili.
– I za swoje czyny wojenne dostał Medal za Obronę Leningradu – powiedział Aleksandr jak na zawołanie.
Matka musiała mu opowiadać tę historię sto razy, ale Aleksandr się nie znudził; chociaż ojciec nigdy nie poruszał tego tematu. Teraz, prawie dwadzieścia pięć lat później, po powrocie do portu, awansował na „towarzysza nadzorcę robót portowych” i miał pod sobą ośmiuset pracowników. Chociaż nie należał do partii, nawet KGB przyznawało, że jest jedynym właściwym człowiekiem na tym stanowisku.
Drzwi mieszkania znów się otworzyły i zamknęły z trzaskiem, oznajmiając, że ojciec jest w domu. Kiedy wkroczył do kuchni, Aleksandr się uśmiechnął. Konstantin Karpienko, wysoki, mocno zbudowany, był przystojnym mężczyzną, za którym młode kobiety wciąż się oglądały. Jego ogorzałą twarz zdobił puszysty, gęsty wąs, który Aleksandr głaskał, gdy był dzieckiem, ale od kilku lat już nie śmiał tego robić. Konstantin opadł na ławkę naprzeciw syna.
– Kolacja będzie gotowa dopiero za pół godziny – obwieściła Jelena, krojąc ziemniak w kostkę.
– Kiedy jesteśmy sami, powinniśmy mówić tylko po angielsku – rzekł Konstantin.
– Dlaczego? – zapytała Jelena w ojczystym języku. – Nigdy w życiu nie spotkałam Anglika i pewno nie spotkam.
– Jeżeli Aleksandr dostanie stypendium i pojedzie do Moskwy, będzie musiał opanować biegle język naszych wrogów.
– Ale tato, przecież Brytyjczycy i Amerykanie podczas wojny walczyli po tej samej stronie co my.
– Tak, po tej samej stronie – powiedział ojciec – ale tylko dlatego, że uważali nas za mniejsze zło.
Aleksandr zastanowił się nad tymi słowami, tymczasem ojciec wstał.
– Rozegramy partię szachów, czekając na kolację? – zaproponował.
Aleksandr potaknął. To była jego ulubiona pora dnia.
– Rozłóż szachownicę, a ja pójdę umyć ręce.
Gdy Konstantin wyszedł z kuchni, Jelena szepnęła:
– Może dla odmiany pozwoliłbyś mu wygrać?
– Nigdy – odparł Aleksandr. – Zresztą on by wiedział, że się nie staram, i dałby mi w skórę.
Aleksandr otworzył szufladę pod kuchennym stołem i wyjął starą drewnianą szachownicę i pudełko z zestawem figur szachowych. Jednej brakowało, więc co wieczór za gońca służyła solniczka.
Zanim ojciec wrócił, Aleksandr posunął pion na e4. Konstantin natychmiast odpowiedział, posuwając pion na d6.
– Jak wypadliście w meczu? – zapytał.
– Wygraliśmy trzy zero – odparł Aleksandr, przesuwając skoczka przed królową.
– Dobra robota, nie puściłeś żadnego gola – pochwalił Konstantin. – Chociaż jesteś najlepszym bramkarzem, jakiego szkoła ma od lat, to najważniejsze, żebyś zdobył stypendium. Chyba jeszcze nic nie wiesz?
– Nie – rzekł Aleksandr, wykonując swój następny ruch. Minęło kilka chwil, nim ojciec zdecydował się na kontratak. – Tato, chciałbym spytać, czy udało ci się dostać bilet na mecz w sobotę?
– Nie – przyznał ojciec, nie spuszczając oczu z szachownicy. – Trudniej o nie niż o dziewicę na Prospekcie Newskim.
– Konstantin! – ofuknęła go Jelena. – Możesz zachowywać się jak doker w pracy, ale nie w domu.
Konstantin uśmiechnął się do syna.
– Ale twojemu wujkowi Koli obiecano dwa bilety na trybunach, a ponieważ ja nie mam zamiaru iść…
Aleksandr aż podskoczył, a tymczasem ojciec wykonał następny ruch, zadowolony, że odwrócił uwagę syna od gry.
– Mógłbyś mieć tyle biletów, ile byś chciał – odezwała się Jelena – gdybyś tylko zgodził się wstąpić do partii.
– Jak dobrze wiesz, nie mam zamiaru tego zrobić. Quid pro quo. Wyrażenie, którego mnie nauczyłeś – rzekł Konstantin, spoglądając na syna. – Nie zapominaj, ta zgraja zawsze będzie czegoś oczekiwać w zamian, a ja nie chcę sprzedawać moich przyjaciół za kilka biletów na mecz piłki nożnej.
– Ale myśmy od lat nie doszli do półfinału rozgrywek pucharowych – powiedział Aleksandr.
– I prawdopodobnie to się już nie zdarzy za mojego życia. Ale trzeba by czegoś znacznie ważniejszego, żebym wstąpił do partii.
– Władimir jest już pionierem, a teraz zapisał się do Komsomołu – zauważył Aleksandr, wykonawszy kolejne posunięcie.
– Nic dziwnego – rzekł Konstantin. – Inaczej nie miałby szans na przyjęcie do KGB, które jest naturalnym siedliskiem dla takiego bezkręgowca.
I znów ojcu udało się odwrócić uwagę Aleksandra od szachów.
– Tato, dlaczego zawsze tak surowo go oceniasz?
– Bo to chytry drań, taki jak jego ojciec. Pamiętaj, nigdy nie powierzaj mu sekretu, bo przekaże go KGB, zanim dojdziesz do domu.
– On nie jest taki bystry – rzekł Aleksandr. – Prawdę mówiąc, będzie miał szczęście, jeśli się dostanie na uniwersytet.
– Może nie jest bystry, ale jest przebiegły i bezwzględny, a to niebezpieczne połączenie. Wierz mi, on by sprzedał własną matkę za bilet na mecz finałowy, a może i na półfinałowy.
– Kolacja gotowa – obwieściła Jelena.
– Czy uznamy to za remis? – spytał Konstantin.
– Na pewno nie, tatusiu. Dzieli mnie sześć ruchów od mata, i ty to wiesz.
– Przestańcie się sprzeczać – wtrąciła się Jelena – i nakryjcie do stołu.
– Kiedy ostatnio udało mi się ciebie pobić? – zagadnął Konstantin, odkładając króla.
– Dziewiętnastego listopada tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego siódmego roku – odrzekł Aleksandr, kiedy wstali i uścisnęli sobie ręce.
Aleksandr odstawił solniczkę na stół i schował figury szachowe do pudełka, tymczasem ojciec wyjął trzy talerze z półki nad zlewem. Aleksandr otworzył szufladę i wyjął trzy różne noże i trzy widelce. Przypomniał sobie fragment Wojny i pokoju, który właśnie przetłumaczył. Rodzina Rostowów regularnie jadała pięciodaniowy obiad (lepsze słowo niż „kolacja” – zmieni je, kiedy wróci do swojego pokoju) i przy każdym daniu posługiwała się innym kompletem srebrnych sztućców. Obsługiwało ich tuzin służących w liberiach, stojących za każdym krzesłem i podających posiłki przygotowywane przez trzy kucharki, które, zdawało się, nigdy nie opuszczały kuchni. Ale Aleksandr był pewien, że Rostowowie nie mieli lepszej kucharki niż jego matka, bo inaczej nie pracowałaby w klubie oficerskim.
Pewnego dnia… powiedział sobie, gdy skończył nakrywać do stołu i usiadł na ławce naprzeciw ojca. Jelena dołączyła do nich, aby skosztować wieczornego poczęstunku, który podzieliła, acz nierówno, między ich troje. Gruby stek, rozcięty na dwa kawałki, razem z pasternakiem i pokrojonym w kostkę kartoflem został „repatriowany” – Aleksandr nauczył ją tego słowa – z resztek zostawionych przez oficerów. „Kto nie marnuje, temu nie brakuje” – umiała to powiedzieć w obydwu językach.
– Dziś wieczorem mam spotkanie w cerkwi – powiedział Konstantin, ująwszy widelec. – Ale nie wrócę zbyt późno.
Aleksandr pokroił swój stek na kilka kawałeczków i żuł każdy kąsek wolno, zagryzając chlebem i popijając wodą. Pasternak zachował na koniec. W ustach pozostał mu jego mdły smak. Nie był pewien, czy w ogóle go lubi. W Wojnie i pokoju pasternak jadali tylko służący. Rodzina dalej rozmawiała po angielsku, ciesząc się posiłkiem.
Konstantin dopił szklankę wody, otarł wąsy rękawem kurtki, wstał i wyszedł bez słowa.
– Aleksandrze, wracaj do książek. To mi nie zabierze dużo czasu – powiedziała matka, machnąwszy ręką.
Aleksandr chętnie posłuchał. Wróciwszy do siebie, zamienił słowo „kolacja” na „obiad”, a potem przełożył stronę i dalej tłumaczył tekst arcydzieła Tołstoja. „Francuzi zbliżali się do Moskwy…”
Kiedy Konstantin szedł ulicą, nie zdawał sobie sprawy, że ktoś na niego patrzy z góry.
Władimir, nie mogąc skupić się na nauce, wyglądał bez celu przez okno i wtem zauważył, że towarzysz Karpienko wychodzi z domu. Trzeci raz w tym tygodniu. Gdzie on się wybiera o tej porze? Może należałoby sprawdzić. Prędko wyszedł z pokoju i na palcach przemierzył korytarz. Z frontowego pokoju dobiegało głośne chrapanie, więc zajrzał przez drzwi i w stareńkim fotelu z końskiego włosia zobaczył ojca, z butelką po wódce na podłodze. Władimir cicho otworzył i zamknął drzwi mieszkania, zbiegł kamiennymi schodami i wypadł na ulicę. Spojrzał w lewo i zauważył, że Karpienko skręca za róg. Pobiegł za nim, by zwolnić dopiero na końcu ulicy.
Wyjrzał zza rogu i patrzył, jak towarzysz Karpienko wchodzi do cerkwi Świętego Andrzeja Apostoła. Co za strata czasu, pomyślał Władimir. KGB patrzyło krzywym okiem na Kościół prawosławny, ale w rzeczywistości nie był zakazany. Władimir już miał zawrócić do domu, kiedy z cienia wyłonił się inny mężczyzna, którego nigdy nie widział na niedzielnym nabożeństwie.
Władimir chyłkiem, wolno i ostrożnie skradał się ku cerkwi. Ujrzał następnych dwóch mężczyzn, którzy nadeszli z innej strony i prędko zniknęli w środku, potem zamarł, gdy usłyszał kroki z tyłu. Prześlizgnął się przez mur i padł na ziemię, czekając, aż mężczyzna przejdzie dalej, potem przeczołgał się między nagrobkami na tył cerkwi, do wejścia używanego tylko przez chórzystów. Nacisnął klamkę i zaklął, gdy ciężkie drzwi nie ustąpiły.
Rozejrzał się i spostrzegł nad sobą półotwarte okno. Nie mógł go dosięgnąć, więc stanął na nieobrobionej kamiennej płycie i podskoczył. Za trzecim razem udało mu się uchwycić gzyms okienny i z najwyższym wysiłkiem się podciągnąć. Po czym przecisnął szczupłe ciało przez okno i zeskoczył na podłogę z drugiej strony.
Skradając się, przemierzył cerkiew od tyłu, doszedł do prezbiterium i schował się za ołtarzem. Kiedy uspokoiło mu się serce, wyjrzał zza ołtarza i zobaczył grupę mężczyzn siedzących w stallach chóru, pogrążonych w rozmowie.
– To kiedy podzielisz się swoim pomysłem z załogą? – zapytał jeden z nich.
– W najbliższą sobotę, Stiepanie – odparł Konstantin – kiedy wszyscy nasi towarzysze zgromadzą się na comiesięczne zebranie zakładowe. Nigdy nie będę miał lepszej okazji, żeby ich przekonać, aby do nas dołączyli.
– Nic nie wspomnisz nawet starszym robotnikom? – spytał inny.
– Nie. Naszą jedyną szansą jest zaskoczenie. Nie powinniśmy uprzedzać KGB o naszych planach.
– Ale oni na pewno mają w sali szpicli słuchających każdego słowa.
– Wiem o tym, Michaile. Ale ci będą mogli donieść swoim szefom, jedynie jak silne jest nasze poparcie na rzecz utworzenia niezależnego związku zawodowego.
– Wprawdzie nie wątpię, że ludzie cię poprą – odezwał się czwarty głos – ale nic nie powstrzyma kuli w locie.
Kilku mężczyzn pokiwało z powagą głowami.
– Kiedy w sobotę wygłoszę mowę – rzekł Konstantin – KGB nie będzie mogło się posunąć do czegoś tak głupiego, bo gdyby to zrobili, ludzie by powstali jak jeden mąż i KGB nigdy by nie zdołało wepchnąć dżinna z powrotem do butelki. Ale Jurij ma rację – ciągnął. – Wszyscy wiele ryzykujecie dla sprawy, w którą od dawna wierzę, więc jeśli ktoś z was zmienił zdanie i chce opuścić naszą grupę, to teraz jest właściwy czas.
– Nie ma między nami Judasza – odezwał się inny głos, akurat gdy Władimir stłumił kaszel.
Wszyscy obecni zgodnie wstali na znak, iż Karpienko jest ich przywódcą.
– Wobec tego spotkamy się w sobotę rano. Do tego czasu musimy zachować milczenie i taić swoje zamiary.