“Ucho igielne” to poruszająca medytacja nad ludzkim losem, pamięcią i historią, zagadkowością intymnych relacji, a przede wszystkim nad tajemnicą spotkania młodości i starości.


Ucho igielneW powieści Myśliwskiego jak w lustrze odbija się kawał polskiej historii ze wszystkim, co w niej dramatyczne, bolesne, przemilczane i niewypowiedziane. Przede wszystkim jednak jest to rzecz o tym, jak upływający czas odciska piętno na ludzkim doświadczaniu siebie i świata.

Piękna i głęboka literatura, w której przenikliwość obserwacji i swoista czułość wobec człowieka splatają się z wymiarem symbolicznym.

Wiesław Myśliwski został dwukrotnie uhonorowany Nagrodą Nike (za powieści Widnokrąg w 1997 i Traktat o łuskaniu fasoli w 2007). W swoim dorobku ma poza tym powieści: Nagi sad (1967), Pałac (1970), Kamień na kamieniu (1984), Ostatnie rozdanie (2013); dramaty: Złodziej (1973), Klucznik (1978), Drzewo (1988), Requiem dla gospodyni (2000). Jego utwory były wystawiane na scenach teatrów, a także w Teatrze Telewizji i Teatrze Polskiego Radia, jak również filmowane (Przez dziewięć mostów, Pałac, Klucznik, Kamień na kamieniu). Myśliwski jest laureatem wielu nagród i wyróżnień, otrzymał m.in. Nagrodę Literacką im. Władysława Reymonta (1997), Nagrodę im. Alfreda Jurzykowskiego (Nowy Jork, 1998), Nagrodę Literacką Gdynia (2007), Złote Berło Fundacji Kultury Polskiej przyznawane wybitnym polskim twórcom (2011). Za Traktat o łuskaniu fasoli otrzymał w 2011 roku we Francji Grand Prix Littéraire de Saint-Émilion, a za Kamień na kamieniu w roku 2012 w USA – wraz z tłumaczem Billem Johnstonem – The Best Translated Book Award. Jego książki tłumaczono na wiele języków, m.in. hiszpański, francuski, niderlandzki, hebrajski, czeski, litewski, włoski i słowacki.

Wiesław Myśliwski
Ucho igielne
Wydawnictwo Znak
Premiera: 17 października 2018
 
 

Ucho igielne


Rozdział 1

Było, jak mówię. Zawadził o laskę. Nie wiem, dlaczego się obejrzał. Nikt za nim nie schodził. Oczywiście, że go poznałem. Mimo że zmienił się nie do poznania, trudno się nie zmienić po tylu latach. Nie dawałem jednak poznać po sobie, że go poznaję. Może dlatego myślał, że go nie poznaję. Udawałem, że jest dla mnie jednym z tych, którzy ciągle schodzą lub wchodzą po tych schodach. Zastanawiałem się nawet, czy go nie ostrzec, żeby nie schodził do tej dawnej dzikiej, zielonej doliny, bo jej już nie ma. Starzy ludzie lubią jednak odwiedzać miejsca, których nie ma i nie wiadomo, czy kiedykolwiek były. Nie rozumiem, jaka tęsknota ich tak ciągnie. Niestety, starcze tęsknoty bywają groźne. Gdybyż jeszcze po płaskim można było do tej doliny dojść, może bym go zrozumiał. Tylko że do żadnej doliny nie dojdzie się po płaskim, taka już natura dolin. Schodzić po tych schodach w jego wieku i o lasce, gdy nogi odmawiają posłuszeństwa, a oczy rozmijają się w widzeniu nie tylko świata, lecz każdego kroku, który stawia się przed sobą, to to samo, co gdyby w młodości wyobrazić sobie, że zamiast rąk ma się skrzydła i sfruwa się w tę dolinę.
Spodziewałem się nie jego, a nieoczekiwanie on. Drżenie mnie ogarnęło, wkuliłem się w siebie, chciałbym w tym momencie nie być ani tu, ani gdzie indziej. Wymacawszy pierwszy schodek laską, postawił niepewnie na nim stopę, po czym odważył się postawić drugą. Z podobnym mozołem zszedł na następny i następny. Niedołężny a uparty, pomyślałem. Dlaczego starzy ludzie są tak uparci, czyżby nie mogli darować tym, którzy po nich będą żyli?
Przystawał na krótszą, dłuższą chwilę na każdym schodku, patrząc sobie pod stopy, jakby niepewny, czy to tymi schodami zawsze schodził, wchodził, czy go może pamięć zawodzi. W jego wieku bywa, że pamięć zwalnia się z pamiętania, gdyż obciąża człowieka obowiązkami, którymi i tak jest dostatecznie zmęczony, tyle lat żyjąc. Macał laską każdy schodek poniżej, upewniając się, czy może bezpiecznie zejść. Najpierw lewą stopę stawiał na tym schodku, potem prawą. I z tą samą ostrożnością, spuszczając prawą stopę do lewej, schodził na następny schodek. Laska, którą trzymał w prawej ręce, wydała mi się niepewna, trzęsła mu się, gdy dotykał nią schodka.
Bałem się, że jeszcze mu się w głowie zakręci, gdy tak na każdym schodku będzie patrzył pod stopy. Zastanawiałem się, czy usunąć mu się z przejścia, czy go raczej nie przepuścić, gdy dojdzie do Ucha Igielnego.
Nie zdziwił się, kiedy mnie zobaczył, może nawet spodziewał się, że go uprzedzę, zanim on dojdzie tu z parku przez miasto. Przystanął na schodku powyżej mnie i nie patrząc mi w oczy, powiedział:
– Zaszedłem jeszcze do parku, ale to ostatni już raz. Nie wiem, czy pamięta pan, że czasami wracała ze szkoły do domu przez park. Siadłem na ławeczce i postanowiłem poczekać. Przeszła Cyganka z dzieckiem przy piersi. Myśli pan, że się zatrzymała jak wtedy? Skądże. Nawet nie spytała, czy mi powróżyć, mimo że dziecko zakwiliło, gdy przechodziła obok mnie. Widocznie uznała, że przyszłość nie przede mną, lecz za mną, a lat mi nie dołoży, bo skąd. Długo już siedziałem, miałem zamiar za chwilę wstać i pójść przez miasto, bo może i ona będzie wracała dziś przez miasto, jeśli chce sobie coś kupić, ale przysiadła się do mnie jakaś staruszka, pytając, czy może.
– Chyba że pan na kogoś czeka?
– Nie, proszę – mówię. – Kiedyś czekałem, ale to dawno temu.
– Dawno, niedawno, ale jak się kochało, to dalej się czeka.
– A pani kochała?
– Też pytanie. Jest ktoś taki, kto nigdy nie kochał? Żyje pan, widzę, sporo lat, jak i ja, i nie wie pan o tym? Do teraz kocham, choć już pewnie nadaremnie. Boleję, że mu nigdy tego nie powiedziałam.
– I czemuż pani nie powiedziała?
– Chorowałam, a lekarze nie dawali mi wiele życia, to nie chciałam go obciążać swoją miłością. Zwłaszcza że po zdaniu matury wyjechał. Nie wiedziałam nawet gdzie, a teraz może i nie żyje. Pan by powiedział, jakby nie był pewny, czy pan będzie żył?
– Nie wiem, zwłaszcza po tylu latach. Może też nie chciałbym jej obciążać wyrzutami sumienia, że porzuca moją miłość, gdyby przyszło jej umrzeć.
– Czy to znaczy, że kochał pan kogoś?
– Do teraz kocham, choć również nie mam pewności, czy żyje. Ale gdyby żyła, chybabym jej i teraz nie powiedział, gdybyśmy się spotkali, bo ani ona by mnie nie poznała, ani ja jej. Nie jesteśmy już ci sami, co w młodości.
– Jeśli się kocha, zawsze jest się tym samym. Gdyby człowiek to wiedział w młodości, inaczej by żył. A tak niejedno zmarnuje. A najczęściej miłość. No, pójdę już. Muszę koty nakarmić.
– Dużo ich pani ma?
– Różnie. Ile się zleci.
– Odprowadzę panią.
– Nie, dziękuję. Niedaleko mam. A pan gdzie? Bo może ja bym pana odprowadziła? Pan o lasce, a ja, dzięki Bogu, jeszcze na własnych nogach.
– Dam sobie radę, mam dużo bliżej niż pani.
Sprawdził laską kolejny schodek, ale jakby nie wierzył lasce, bo jeździł jej końcem po tym schodku w lewo, w prawo, zanim postawił stopę. Chciałem go spytać, po co w takim razie schodzi do tej dawnej dzikiej, zielonej doliny, lecz uprzedził mnie:
– Współczuję panu, że pan musi dalej żyć. Ale może będzie pan miał więcej szczęścia. Życzę panu. Chociaż, moim zdaniem, z życzeń jeszcze nic dla nikogo nie wynikło. – Zszedł na kolejny schodek, tak samo sprawdzając go laską. – Prawdę mówiąc, każde życie jest powtarzaniem życia po kimś. Przeszłość nas wyprzedza, musi pan to wiedzieć, ciągniemy się za nią. Bo któż by nadążył za swoim życiem. – Zatrzymał się na kolejnym schodku. – O, ileż tędy nóg musiało przejść. Zwrócił pan uwagę, jak wytarte są te schody? Wieków na to trzeba. Kto wie, czy wciąż tędy nie idą. Może zabiorę się z nimi. Co, dziwi się pan? W tłumie zawsze raźniej. – I macając laską schodek poniżej, zachwiał się, lecz jakby ktoś go podtrzymał. – Gdy chodziłem do liceum… Co ja będę zresztą panu opowiadał, sam pan to przeżyje, bo musi pan przeżyć. Bez tego nie mógłby pan zadać sobie pytania, czy warto było. Wszystkie pytania, jakie w życiu sobie zadajemy, sprowadzają się do tego jednego, czy warto było. No, nie w pańskim wieku. Po latach, po latach dopiero. Teraz nie wiedziałby pan, co sobie odpowiedzieć. Tylko proszę pamiętać, że młodość potrafi długo zwodzić. Niech się pan nie daje jej oszukać. Nagle może się okazać, że młody to pan był przed wielu laty. Niestety. Przepraszam za te gorzkie słowa, lecz tylko takie mi zostały. W zamian oddaję panu moje życie. Przyda się panu, gdy ogarnie pana pustka. Pustka to coś najgorszego, co nas może spotkać. A zaradzić jej tylko można, żyjąc w czyimś życiu. Nikt zresztą nie zaczyna swojego życia od siebie. Teraz pan jeszcze tego nie rozumie. Ale z czasem, gdy zacznie je pan odwiedzać…

[…]

Pracowało się na trzy zmiany: od szóstej do czternastej pierwsza zmiana, od czternastej do dwudziestej drugiej – druga i od dwudziestej drugiej do szóstej rano – trzecia. Przemiennie co tydzień na innej. Najbardziej nie lubiłem nocnej zmiany. Sen mnie nieraz zwalał z nóg. Toteż gdy brygadzista gdzieś poszedł na zakład pogadać z kimś czy poszukać, gdzie kto ma wódkę, musiałem choćby te piętnaście minut się przespać. W brygadzie było nas razem z brygadzistą pięciu, w tym dwóch sezonowych. I zawsze któryś zdążył mnie zbudzić, gdy wracał brygadzista. Ale nie lubiłem i rannej zmiany. Zwlec się o świcie z łóżka wymagało niemal nadludzkiego przemagania się ze snem, bo gdy się już uniosłem, sen mnie kładł z powrotem w pościel. I nie pomagał budzik, mógł dzwonić i dzwonić, sen oddzielał mnie od niego jak mur. Na szczęście prócz budzika czuwała matka. Ojciec chodził na ósmą, więc mógł jeszcze pospać. Matka, jak mówiła, miała budzik w sobie, nastawiony latem czy zimą na tę samą godzinę, i nie musiał jej budzić ani świt, brzask ani ciemność.
Do liceum gdy chodziłem, pracowałem w każde wakacje jako sezonowy, a gdy nie dostałem się na studia, ojciec załatwił mi stałą pracę na suszarni. Pracował w tych samych zakładach, tylko w biurze. Bywało, że z suszarni przerzucano mnie na jakiś czas na inne działy, gdy na suszarni powstała awaria albo płukało się sita czy nie było co suszyć. W sezonie suszyło się morele, wiśnie, śliwki, gruszki, a najwięcej jabłek. Jabłka krajało się w plasterki, potem płukało się w roztworze z siarki, żeby nie zbrązowiały. Suszyło się te z najlepszych gatunków i odpowiednio przechowane. Gorsze szły od razu na prasę, na sok. Poza sezonem suszyło się jeszcze cebulę, kartofle, tak samo w plasterki pokrajane. Była specjalna brygada obieraczek, która przygotowywała owoce czy warzywa do suszenia. W zimie pracowało się na dwie zmiany, dopołudniową i popołudniową, w związku z czym zwalniano wszystkich sezonowych, a niektórych z etatów przenoszono do innych robót, nawet do sprzątania, zamiatania, co i mnie się zdarzało.
Najcięższą pracą było rozbijanie wytłoków po wyciśniętych przez prasę jabłkach. Te wytłoki też się suszyło, wytwarzano z nich pektynę. Pakowało się susz w papierowe worki i gdzieś się wysyłało. Spod prasy wychodziły niemal skaliste prostokątne bloki, rozbijało się je najpierw młotami, a potem roztrząsało widłami. Dzisiaj może są maszyny do takiego rozbijania, wtedy były tylko młoty i widły. Ręce po tym rozbijaniu i roztrząsaniu tak mnie nieraz bolały, że gdy się w nocy na bok przewróciłem, od razu sen mnie odchodził. Wiadra z wodą nie dawałem nieraz rady przynieść, żarówki u sufitu wkręcić, gdyż nie byłem w stanie tak wysoko ich unieść, koszuli sobie zapiąć na guziki, przy goleniu zawsze się pozacinałem. Nacierała mi je matka wyciągiem z agawy albo jakimś mazidłem pieprzowcowym poleconym przez aptekarza, ale co się przy tym naużalała nade mną, to od jej żalów jeszcze gorzej mnie bolały.
– Mój syn. Do czego to doszło. A w diabły to rzuć. Serce mi się kraje, gdy pomyślę, że mój syn robotnik.
– Ale jako robotnik prędzej się dostanie na studia, o tym nie pomyślisz? Państwo robotnicze, to jako robotnik będzie miał fory. A i mięśnie mu od wideł stwardnieją. Człowiek musi wiedzieć, w jakich czasach żyje, kiedy go pytają. A on widać nie odpowiadał tak, jak go pytali. Bo jakie czasy, tak i pytają, i tak trzeba odpowiadać. Nic nie ma za darmo. Musi się życia nauczyć. Rozejrzyj się dookoła, gołym okiem widać, że mało kto jest niepojętny. Do tej pory nie powiedział nam, o co go pytali. Widocznie nie umiał być pokorny, że nie dostał się. To widły nauczą go i pokory.
Nie wiem, czy to mądrość doświadczenia przez ojca przemawiała, ale gdy stanąłem przed komisją egzaminacyjną, przewodniczący na wstępie zadał mi pytanie:
– Wybieracie się na etnografię, to powiedzcie nam, co to jest lud?
– My wszyscy – odpowiedziałem bez wahania.
Członkowie komisji jakby z lekka drwiącymi półuśmiechami spojrzeli po sobie, a przewodniczący powiedział:
– Dziękujemy wam.
Na tym skończył się egzamin.
Szedłem któregoś dnia na drugą zmianę na czternastą i nagle doszedł mnie jakby skowyt nieskowyt, płacz niepłacz dziecka. Przystanąłem, z lewej strony drogi pusty plac, na nim pryzmy cegieł, kamieni, desek, belek, a za tym wszystkim, na końcu chałupa. Zszedłem w głąb tego placu i dopiero zobaczyłem dół z lasowanym wapnem, a w nim tonące dziecko, tylko główkę mu widać. Chwila, a i główka skryłaby się w wapnie. Skoczyłem, położyłem się na brzegu tego dołu, wsadziłem ręce po łokcie w wapno, chwyciłem dziecko pod pachy, chciałem je unieść, lecz ręce odmówiły mi posłuszeństwa. Wysiłkiem woli, bo nie mięśni, utrzymywałem główkę dziecka nad powierzchnią wapna. Myśli, serce wszystko we mnie łomotało, bo trzeba było się spieszyć, takie lasowane wapno żre i wciąga niczym bagno. Nie mówiąc, że i mnie mogło wciągnąć, bo przecież nie wypuściłbym dziecka z rąk. A tylko połową ciała, mniej więcej do pasa, leżałem na brzegu tego dołu, drugą z wyciągniętymi rękoma, podsadzonymi pod pachy dziecka, wisiałem nad tym wapnem. Nie wiem, może mi się wydawało, że coraz bliżej widzę tę zapłakaną buzię, te niebieskie oczka, ściśnięte z przerażenia. Najwyraźniej zbliżałem się głową do tej małej główki, jakbym ją przytulał.
Wtem usłyszałem gdzieś w dali, niczym wyrwane z trzewi: Jezus! Maria! I tupot nóg, krzyki, przekleństwa. To matka, ojciec, dziadek biegli od tej chałupy na końcu placu. Czyjeś silne ręce chwyciły mnie za nogi przy kostkach. I mocny, męski głos, jak się okazało ojca, zawył nad moją głową:
– Trzymaj pan! Będę pana ciągnął!
Wyrwał dziecko z moich rąk i pobiegł z nim pod studnię. Wyciągnął wiadro z wodą i wylał je na dziecko, które jeszcze głośniej rozpłakało się, niż kiedy tonęło w wapnie. Matka pobiegła z powrotem do chałupy, a za chwilę wybiegła z naręczem jakichś szmat, nie tyle płakała, co zawodziła, mój Jezu! mój Jezu! A dziadek dreptał wokół tego dołu z wapnem i biadolił, powtarzając raz po raz:
– A mówiłem, zakryć. Mówiłem, zakryć. Mówiłem, zakryć.
Nie dość mu jednak, widać, było tego biadolenia, bo stanął nad tym dołem, w miejscu, gdzie chłopiec wpadł, i zacząć walić laską w jego brzeg, aż kurz się wznosił.
– Ty zarazo! Ty pieroński! Żeby cię tak!…
– Co teściu zwariował?! – Ojciec chłopca wyrwał mu tę laskę, aż się dziadek zachwiał, że o mało sam nie wpadł do dołu. – Ziemię teściu zrzuca do wapna!
Lasowali to wapno na nowy dom. Dom miał być murowany, podpiwniczony, ze spadzistym dachem, strych wysoki, okna duże, oszklony ganek. I miał stać przy drodze, przed tym dołem z wapnem, od drogi dzieliłby go tylko niewielki ogródek na kwiatki. Żadnych bzów czy jaśminów, żeby nie zasłaniać drogi przed widokiem. Raźniej jest, gdy się widzi, kto idzie, kto jedzie, okna nie powinny być martwe.
Jedli akurat obiad w kuchni, a kuchnia mieściła się po przeciwnej stronie, tak że nic nie słyszeli. Zresztą chłopak jadł z nimi, a że był niejadek, to jak zawsze kręcił się, wiercił i nie wiadomo kiedy się wymknął. Myśleli, że może do pokoju poszedł po tamtej stronie, bo nieraz chował się przed jedzeniem pod pierzyną czy pod łóżko właził. Trzeba go było za uszy ciągnąć albo i z pasem stanąć nad nim. Tak się go nie bije, jedynak, to się chucha. A nie wiadomo, czy drugie będzie. Może gdy ten dom się wybuduje. Dzieci kosztują. A niechby tak dwoje, troje i wszystkie niejadki, to ile to cierpliwości trzeba, nim dorośnie. A dorośnie, tak samo nie wiadomo, czy się człowiek będzie cieszył, czy martwił.
Miał ojciec rację. Jako robotnik dostałem się łatwo tym razem na studia, nie poszedłem jednak na etnografię, jak poprzednio, wybrałem historię, a może to historia wybrała mnie, chociaż nie był to sprzyjający czas dla historii. Ze wszystkich bowiem nauk historia jest najbardziej narażona na zakusy tych, którzy chcieliby sobie ją podporządkować. Ale ma również tę przewagę, że jest najbardziej wymagającym sprawdzianem charakterów.
Byłem już po doktoracie i postanowiłem odwiedzić kiedyś ojca. Matka od dwóch lat nie żyła, więc przy okazji wybrałem się na jej grób. Niedaleko miałem do cmentarza, gdy wtem widzę, z naprzeciwka wali jakieś potężne, wysokie chłopisko, kroki stawia zamaszyste, długie, a przy nim drepcze chuchro kobiecina i nadgania dwoma krokami jego jeden. Nie poznałem ich, bo skąd, sporo lat minęło. Ona była wtedy dużo młodsza, wyższa, tęższa, piersi ją rozpychały, trzymała się prościutko, wydawało się, że kilkoro dzieci może jeszcze urodzić, teraz przygarbiona, sucha, okazało się, że dom ją tak zniszczył. Zatrzymali się przede mną i ona do niego:
– To ten pan ci uratował życie. Podziękuj.