“Joseph Conrad i narodziny globalnego świata” łączy w sobie historię, biografię i relację z podróży.


Joseph Conrad i narodziny globalnego świataMaya Jasanoff, jedna z najlepiej zapowiadających się historyczek młodego pokolenia, podąża śladami Conrada i historii z jego czterech największych dzieł: “Tajnego agenta”, “Lorda Jima”, “Jądra ciemności” i “Nostromo”. W wizjonerskim stylu zgłębia życie i czasy Conrada, ukazując dwie burzliwe epoki globalizacji – współczesną i tę z przełomu XIX i XX wieku.

Joseph Conrad urodził się na terenie imperium rosyjskiego w 1857 roku jako Józef Teodor Konrad Korzeniowski. W wieku szesnastu lat porzucił Europę Środkową, by zostać marynarzem. W ciągu dwudziestu lat opłynął wszystkie morza świata, po czym zamieszkał na stałe w Anglii i chwycił za pióro. Obserwował wzbierający, nastawiony na rywalizację „nowy imperializm”, który panoszył się w niemal każdym zamieszkanym zakątku naszego globu. Przyglądał się również z bliska miejscom położonym „o trzysta mil od wszelkich poczt i telegrafów”. Widział hipokryzję, stojącą za najważniejszymi ideałami Zachodu.

W tej wykraczającej poza ramy gatunkowe, porywającej intelektualnie i głęboko ludzkiej publikacji wyruszamy z autorką w podróż do mrocznego jądra Conradowskiego świata – a stamtąd prosto do naszego własnego jądra ciemności.

***

Arcydzieło. Jedna z najważniejszych książek na temat kolonializmu, jakie powstały w naszych czasach.
William Dalrymple, „The Guardian”

Pełna współczucia, znakomita książka.
John Le Carré

“Joseph Conrad i narodziny globalnego świata” to najżywsza i najbardziej sugestywna biografia Conrada, jaka powstała. Pięknie napisana książka.
„The Wall Street Journal”

Jasanoff umiejętnie łączy w jedną całość szczegóły życia Conrada ze świadectwami zawartymi w jego czterech największych dziełach. Udaje jej się powiązać wyzwania i siły, ukryte za tymi powieściami, z wyzwaniami i siłami XXI wieku. Skuteczna zachęta, by przeczytać książki Conrada.
„The Economist”

Nienarzucająca się swym kunsztem, subtelna, inteligentna, pięknie opowiedziana książka. To dzięki ciepłu wobec przedmiotu badań Jasanoff staje na wysokości zadania.
„Financial Times”

Maya Jasanoff
Joseph Conrad i narodziny globalnego świata
Przekład: Krzysztof Cieślik; Maciej Miłkowski
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 31 października 2018
 
 

Joseph Conrad i narodziny globalnego świata


WSTĘP. JEDEN Z NAS

Trudno było dostać się do Konga. Z powodu trwającej na wschodzie wojny domowej, „państwa cieni” na południu, rozparcelowanego między siebie przez przedsiębiorstwa górnicze, a także gwałtownie wstrząsających stolicą kraju – Kinszasą – protestów politycznych, Demokratyczna Republika Konga była wedle wielu kryteriów jednym z najbardziej dysfunkcyjnych państw świata. Choć to kraj, w którym zasobów naturalnych jest w bród, znajduje się on niemal na samym dole Wskaźnika Rozwoju Społecznego ONZ i ma drugi od końca dochód narodowy brutto na świecie[1]. Jak to ujęto w moim przewodniku: „To ogromny rejon ciemnych zakamarków, zarówno geograficznych, jak i mentalnych […], gdzie człowiek ciągle zmagał się z własnymi demonami i puszczonymi wolno żywiołami natury”[2]. Innymi słowy, było to jądro ciemności. I właśnie dlatego chciałam się tam udać.
Po pierwsze potrzebowałam wizy, a żeby ją dostać, konieczne było poświadczone notarialnie Prise en Charge, czyli poręczenie od kogoś z Konga. Za pośrednictwem człowieka z Kinszasy otrzymałam w końcu żółty dokument usiany fioletowymi, zielonymi i niebieskimi stemplami. Naliczyłam ich ogółem ponad dwadzieścia: od Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, dyrektora generalnego Urzędu Imigracyjnego, Urzędu Usług Publicznych, Policji Imigracyjnej, Biura Burmistrza, licznych notariuszy, administratorów i kierowników działów. Część stempli przedstawiała pantery i dzidy. Zapłaciłam za to ponad 500 dolarów.
Wysłałam do Waszyngtonu podanie o wizę i ponad dwa miesiące przed wyjazdem zarezerwowałam bilet lotniczy. Zabrałam się do planowania tego, co będę tam robić. Skontaktowałam się z każdym, kto przyszedł mi do głowy i miał cokolwiek wspólnego z Kongiem, a następnie z każdym, kogo mi podsunięto. Ułożyłam plan podróży z nieustraszonym organizatorem wycieczek, z którym miałam polecieć w głąb lądu, do Kisangani, a potem popłynąć zakolem rzeki Kongo 1600 kilometrów z powrotem do Kinszasy. Mimo że warunki podróży były nadzwyczaj skromne, miała mnie ona dużo kosztować, ale – jak mi powiedziano – pełnoetatowa eskorta była konieczna, by zapewnić bezpieczeństwo turystce z Zachodu w jednym z najrzadziej odwiedzanych miejsc na świecie.
W Biurze do spraw Globalnego Wsparcia na mojej uczelni spotkałam się z mężczyzną, który siedział za biurkiem przyozdobionym flagą Zimbabwe. Zaopatrzył mnie on w instrukcje dotyczące bezpieczeństwa i plan ewakuacji medycznej. Poradził, abym wszystko podwójnie impregnowała, pieniądze nosiła obwiązane wokół kostki, zawsze zachowywała czujność i zewsząd spodziewała się kradzieży. Potem podszedł do szafki i przyniósł mi prezent: moskitierę.
Wszystko było przygotowane. Po miesiącach rozpatrywania wniosku wciąż jednak nie miałam wizy. Ambasada w Waszyngtonie utrzymywała, że czeka na potwierdzenie z Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Kinszasie; zapłaciłam za kolejny stempel. Moi ludzie naciskali swoich; nic się nie ruszało z miejsca. Zwłoka była celowa, usłyszałam, a do kraju nie wpuszczano żadnych Amerykanów.
Kiedy moja wiza w końcu nadeszła – dzięki przypadkowemu kontaktowi z kimś, kto pracował w kongijskiej ambasadzie – był już pierwszy dzień nowego semestru, musiałam więc zaczekać do końca zajęć, nim będę mogła ruszyć; w tym czasie Kongo znalazło się na drodze ku kryzysowi politycznemu. Kończyła się kadencja Josepha Kabili, prezydent odmówił jednak ustalenia terminu wyborów. Przez Kinszasę przetoczyły się antyrządowe protesty; siły bezpieczeństwa zastrzeliły, zarąbały na śmierć i spaliły żywcem bez mała 50 osób. Taksówkarze w obawie przed napaścią odmawiali jazdy z lotniska do centrum miasta. Departament Stanu USA nakazał wyjazd członkom rodzin personelu rządowego, Unia Europejska planowała sankcje[3]. Organizator mojej wycieczki oznajmił, że jeśli nadal jestem zdecydowana na wyjazd, muszę wydostać się z Kinszasy, zanim prezydent ustąpi ze stanowiska – czy raczej zanim nie będzie chciał tego zrobić, co doprowadzi do eskalacji przemocy.
Dawało mi to dokładnie trzy tygodnie. Spakowałam moskitierę i przewodnik, upchałam pieniądze w butach, wgrałam kongijską rumbę (soukous) na playlistę i ruszyłam na lotnisko.

Ponad sto lat temu polski marynarz Konrad Korzeniowski również wybrał się do Konga; wyprawa zdawała się odwlekać bez końca, aż nagle wszystko ruszyło. W listopadzie 1889 roku Korzeniowski odbył rozmowę o pracę ze spółką mającą siedzibę w Brukseli. Dotyczyła ona stanowiska kapitana parowca na rzece Kongo. Obiecano mu posadę, lecz jego kolejne listy pozostawały bez odpowiedzi, a gdy udał się tam osobiście, by raz jeszcze dopytać o sprawę, nakazano mu czekać. Po sześciu miesiącach milczenia i niepewności Konrad otrzymał od spółki wiadomość, że stanowisko jest wolne. Miał wyruszyć do Afryki w ciągu tygodnia.
„Gdybyś tylko wiedział, w jakim byłem diabelskim pośpiechu!” – pisał do przyjaciela. „Gdybyś tylko widział te metalowe skrzynie, te rewolwery, te wysokie buty i te wzruszające pożegnania […], gdybyś tylko wiedział, ilem ze sobą wziął butelek z lekarstwami i ile czułych życzeń”[4]. Konrad miał zostać w Kongu przez trzy lata, ale rzucił posadę po zaledwie jednym rejsie w górę i w dół rzeki, między Kinszasą a Kisangani. Dostrzegł w Kongu europejskie rządy oparte na przerażającej chciwości, przemocy i hipokryzji, i opuścił Afrykę w stanie psychicznej i moralnej rozpaczy. Dziewięć lat później, gdy na dobre osiadł w Anglii i przyjął zanglicyzowaną wersję swojego imienia i nazwiska – Joseph Conrad – przełożył te doświadczenia na powieść Jądro ciemności (1899).
Wybierałam się do Konga, ponieważ chciałam zobaczyć, co tylko się da z tego, co dostrzegł tam Conrad – bo to, co dostrzegł Conrad, kształtuje w dużej mierze to, co od tamtego czasu zobaczyli inni. Jądro ciemności pozostaje jedną z najpowszechniej czytanych powieści napisanych w języku angielskim, a adaptacja filmowa Czas apokalipsy przyciągnęła do jej literackiej wersji jeszcze więcej czytelników. Sam tytuł zaczął żyć własnym życiem. Powieść stała się probierzem dla myślenia o Afryce i Europie, cywilizacji i okrucieństwie, imperializmie, ludobójstwie, szaleństwie – o samej ludzkiej naturze.
Stała się ona także punktem zapalnym. W latach 70. XX wieku nigeryjski powieściopisarz Chinua Achebe nazwał Jądro ciemności „obelżywym i oburzającym utworem”, przesiąkniętym poniżającymi stereotypami na temat Afryki i Afrykanów[5]. Conrad, jak stwierdził Achebe, był „cholernym rasistą”. Niedługo później znajomi spytali pewnego studenta, Baracka Obamę, pół Amerykanina, pół Kenijczyka, dlaczego czyta ten „rasistowski traktat”. „Bo [powieść] była zadana […] – zacukał się Obama. – I dlatego, że wiele się z niej dowiaduję. […] O białych. Rozumiesz, ta książka tak naprawdę nie mówi o Afryce. Ani o czarnych. Ona mówi o człowieku, który ją napisał. O Europejczyku, Amerykaninie. O pewnym sposobie patrzenia na świat”[6].
Gdy po raz pierwszy przeczytałam Jądro ciemności na lekcję angielskiego w szkole średniej w Ithace, cyniczne, krytyczne spojrzenie Conrada na europejski imperializm wydało mi się ekscytujące i odważne. Kiedy później czytałam esej Achebego ze swoimi studentami na Harvardzie, zaczęłam doceniać perspektywę przyjętą przez Conrada z tych samych powodów co Obama: nie tylko pomimo pewnych jej braków, lecz z ich powodu. Conrad uchwycił coś ze sposobu, w jaki władza oddziaływała na kontynenty i rasy, coś, co wydawało się równie warte zaangażowania dziś, jak w chwili gdy zaczął pisać.
A przecież Jądro ciemności było dopiero początkiem. Kiedy już zabrałam się do lektury kolejnych książek tego pisarza, raz po raz zadziwiała mnie prorocza głębia owego „pewnego sposobu patrzenia na świat”. Po 11 września i eskalacji islamskiego terroryzmu z zaskoczeniem przypomniałam sobie, że ten sam autor, który w Jądrze ciemności potępiał imperializm, napisał także Tajnego agenta (1907), którego akcja skupia się wokół terrorystycznego zamachu bombowego w Londynie. Po kryzysie finansowym 2008 roku dostrzegłam, że w Nostromie (1904) Conrad przedstawia międzynarodowy kapitalizm uciekający się do tych samych sztuczek, o jakich czytałam w dziennikach. Gdy tempa nabrała rewolucja cyfrowa, odkryłam, że w Lordzie Jimie (1900) i wielu innych dziełach Conrad poruszająco pisał o skutkach wstrząsu technologicznego w branży, którą znał najlepiej – transporcie morskim. Kiedy zaś Europę i Stany Zjednoczone elektryzowały dyskusje na temat emigrantów, na nowo zdumiewało mnie, jak Conrad zdołał napisać którąkolwiek z tych książek po angielsku – w jego trzecim języku, którego nauczył się dopiero jako człowiek dorosły.
Jego pióro było jak magiczna różdżka wyczarowująca duchy przyszłości[7]. Jak to robił? W jaki sposób Conrad, jak ujął to swego czasu karaibski pisarz V.S. Naipaul, „był wszędzie przede mną”? Jak zdołał przed stu laty „rozmyślać nad mym światem, światem, który dziś rozpoznaję”[8]? Gdybym mogła to zrozumieć, dowiedziałabym się czegoś o jego czasach – ale także o moich własnych.

Byłam w połowie drogi przez Ocean Indyjski, gdy uświadomiłam sobie, jak brzmi odpowiedź. Płynęłam z Hongkongu do Anglii na pokładzie francuskiego statku towarowego CMA CGM „Christophe Colomb”, który pokonuje jedenastotygodniową trasę między Chinami a północną Europą, przewożąc do 13 344 sześciometrowych kontenerów. W dzisiejszych czasach niemal żaden podróżnik nie chce płynąć czterech tygodni, jeśli tę samą drogę może pokonać samolotem w niecałe czternaście godzin. Postanowiłam jednak przebyć tę trasę drogą morską w ramach celowego powrotu do przeszłości, żebym mogła lepiej pojąć zasadniczą część życia i pisarstwa Conrada.
Urodzony w 1857 roku na terenie dzisiejszej Ukrainy, w polskiej rodzinie, Conrad w wieku szesnastu lat opuścił pozbawione dostępu do morza serce Europy, by zostać marynarzem. Przez następne dwadzieścia lat, nim wydał choć słowo drukiem, pracował jako zawodowy marynarz, pływając na Karaiby, do południowo-wschodniej Azji, Australii i Afryki. Podróże te w tak dużej mierze inspirowały jego późniejszą prozę, że samego Conrada często opisywano jako „pisarza morza”, podobnie jak Hermana Melville’a.
Na pokładzie „Christophe’a Colomba” pozostawiłam za sobą szybkość i bycie w ciągłym kontakcie ze wszystkimi i wszystkim, charakterystyczne dla mojego XXI-wiecznego życia – czyli internet, telefon, wiadomości – i przyłączyłam się do całkowicie męskiej wspólnoty nieróżniącej się wiele od tych, których Conrad był częścią. Na statku było około trzydziestu oficerów i azjatycka załoga; ich życie odmierzały zmiany warty przez całą dobę i odliczanie czasu do zawinięcia w następnym porcie na trasie. Płynęliśmy jednym z najstarszych szlaków handlowych świata, jak za dawnych lat wymieniając ładunki herbaty, porcelany, jedwabiu i przypraw na kontenery z tanią elektroniką, wyrobami z plastiku i mrożonkami. Zawinęliśmy do Singapuru, gdzie przechadzałam się wzdłuż rzeki i widziałam tablicę pamiątkową poświęconą Conradowi przed dawnym Urzędem Poczt i Telegrafów. Sunęliśmy łagodnie, z warkotem przez ten sam spokojny ocean z mniej więcej tą samą prędkością, co parowce sprzed wieku, zmierzając w stronę Kanału Sueskiego, który otwarto w 1869 roku. Przeciwpirackie patrole Unii Europejskiej krążyły u wybrzeży Rogu Afryki na wodach, których za czasów Conrada strzegła Królewska Marynarka Wojenna.
Im więcej dostrzegałam podobieństw, tym bardziej uświadamiałam sobie, że dostosowywałam je do przeszłości. Rzecz bowiem nie w tym, że moja podróż „Christophe’em Colombem” była czymś anachronicznym. To Conrad był w awangardzie. Z pokładu statku oglądał narodziny globalnie powiązanego ze sobą świata, przez który płynęłam tego dnia.
Historia jest dla współczesności jak psychoterapia: skłania ją do mówienia o swych rodzicach. Ponieważ termin „globalizacja” został spopularyzowany w latach 80. XX wieku, łatwo przyjąć, że większość tego, co się z nim łączy – wzajemnie zależna gospodarka, otwarte granice, różnorodne etnicznie i powiązane zawodowo społeczeństwa, instytucje i standardy międzynarodowe, wspólne kulturowe punkty odniesienia – pochodzi z tamtych czasów albo z lat późniejszych. Ale to w młodości Conrada, a nie w mojej, „trzy wielkie osiągnięcia teraźniejszości”, jak nazwał je Walt Whitman, przeobraziły prędkość i zasięg globalnych kontaktów: „W Starym Świecie na wschodzie Kanał Sueski / Nowy objęty potężną koleją / W morzach osadzone wymowne, łagodne kable”[9]. Conrad przybijał do nabrzeży, do których przybijały również pełnomorskie parowce, przewożące emigrantów z Europy i Azji na niespotykaną nigdy wcześniej ani później skalę. Pływał ponad transoceanicznymi przewodami telegraficznymi, które po raz pierwszy w historii przesyłały wiadomości szybciej niż ludzie. Między wyprawami urządził sobie dom w Londynie, centrum ogólnoświatowego rynku finansowego, który tak skonsolidowany miał się stać ponownie dopiero w latach 80. XX wieku[10].

Conrad nie znał słowa „globalizacja”, ale droga, którą przebył z prowincji imperialnej Rosji przez morza i oceany do podlondyńskich hrabstw, była uosobieniem tego terminu. Przekuł swoje globalne spojrzenie na prozę opartą w przeważającej mierze na osobistym doświadczeniu i prawdziwych wydarzeniach. Henry James doskonale opisał jego dar: „Nikt nie poznał – na użytek intelektualny – rzeczy, które pan wie, i ma pan jako artysta w całej tej sytuacji autorytet, do którego nikt się nie zbliżył”[11]. To dlatego mapa pisanego świata Conrada jest tak odległa od mapy ludzi mu współczesnych. Często porównywano go do Rudyarda Kiplinga, nieoficjalnego poetae laureati imperium brytyjskiego; akcja jego powieści rozgrywała się w częściach świata zaznaczonych na mapach na czerwono, co miało służyć ukazaniu brytyjskiego panowania. Ale Conrad nie umieścił w kolonii imperium akcji ani jednej książki, a nawet gdy rozgrywała się ona w Wielkiej Brytanii bądź na brytyjskich statkach, jego dzieła na ogół zaludniali nie-Brytyjczycy. Pisarz zarzucał sieci na Europę, Afrykę, Amerykę Południową i Ocean Indyjski. Potem włóczył się po zapadłych dziurach. Zabierał czytelników do miejsc „poza obrębem drutów telegraficznych i okrętowej komunikacji”, na pokłady żaglowców, które wlekły się u boku sunących żwawo parowców, pomiędzy „ludzkie wraki, takie, jakie spotyka się w zapomnianych zakątkach ziemi”[12].
Imperium brytyjskie znikło dawno temu, a Kiplinga czyta dziś niewielu. Świat Conrada skrzy się za to pod powierzchnią naszego własnego. Współczesne światłowody biegną dnem morza obok starych przewodów telegraficznych. Bohaterowie Conrada szepczą do uszu nowym pokoleniom antyglobalistów i orędownikom wolnego handlu, liberalnym interwencjonistom i radykalnym terrorystom, aktywistom działającym na rzecz sprawiedliwości społecznej i ksenofobicznym natywistom. A nie ma lepszego symbolu współczesnej globalizacji niż kontenerowiec, który sprawił, że transport jest tak niedrogi, iż taniej jest złapać ryby w Szkocji, wysłać je do filetowania w Chinach, a następnie odesłać z powrotem do Europy na sprzedaż, niż zatrudnić robotników na miejscu. Dziewięćdziesiąt procent światowego handlu odbywa się drogą morską, przez co statki i marynarze mają dziś większe znaczenie dla światowej gospodarki niż kiedykolwiek wcześniej[13].
W życiu i twórczości Conrada odnalazłam, krótko mówiąc, historię globalizacji widzianą od środka. Następnie musiałam znaleźć sposób, by ją opisać.

W tej książce wyruszam w podróż, by eksplorować świat Conrada wyposażona w kompas historyczki, mapę biografki i sekstans czytelniczki prozy. Opowiadam historię jego życia, by połączyć ze sobą dzieje Europy, Azji, Afryki, Ameryki Łacińskiej i oceanów między nimi, a także by przyjrzeć się temu, co pisał o nich Conrad w swoich czterech najbardziej znanych powieściach: Tajnym agencie, Lordzie Jimie, Jądrze ciemności i Nostromo.
„Życie moje na szerokim świecie w książkach moich znajduje się”[14] – napisał pewnego razu Conrad. Jeszcze za jego życia i z jego błogosławieństwem krytycy Richard Curle i Gérard Jean-Aubry opisali wczesne podróże literata i ich wpływ na jego dzieła. Najprzenikliwsi późniejsi krytycy jego prozy, Edward Said i Ian Watt, również uznali, że kluczem do jej interpretacji jest lektura biograficzna. Nie żeby sam pisarz to ułatwiał. Pozwalał ludziom wierzyć, że jedne opowieści są autobiograficzne, choć takie nie były, i ukrywał fragmenty swej przeszłości w innych[15].
Biografowie często nie mają jednak czego się uchwycić. Listy zebrane Josepha Conrada (The Collected Letters of Joseph Conrad) wypełniają dziewięć skrupulatnie przygotowanych tomów, które obejmują ogółem około pięciu tysięcy stron. Ledwie dwieście z nich składa się na okres od narodzin Conrada w 1857 roku do chwili, gdy w 1895 roku opublikował swoją pierwszą powieść. Pięćdziesiąt procent jego życia udokumentowane zostało więc w ledwie czterech procentach epistolografii, a to przecież całość owego „życia […] na szerokim świecie”, które wedle słów pisarza inspirowało jego dzieło. Historyk literatury Norman Sherry w latach 60. XX wieku oddał światu bohaterską przysługę, wytropiwszy dokładne źródła prozy Conrada[16]. Ale nie dziwi specjalnie, że wiele znaczących biografii tego pisarza – autorstwa Jocelyna Bainesa, Fredericka Karla, Zdzisława Najdera i Johna Stape’a – skupia się na zdecydowanie lepiej udokumentowanych szczegółach jego kariery literackiej: procesie pisania (będącym męczarnią), finansach (niestabilnych), przyjaźniach literackich (ciepłych), życiu rodzinnym (spokojnym), relacjach z agentem i wydawcami (bardzo różnych), zdrowiu fizycznym i psychicznym (okropnym)[17].
Aby zbadać jego „życie […] na szerokim świecie”, poszłam innym tropem. „Historię tworzą ludzie, ale nie tworzą jej w swoich głowach”[18] – mówi kawiarniany filozof w Tajnym agencie. To złośliwy przytyk do uwagi Karola Marksa, że „ludzie sami tworzą swoją historię, ale […] nie w wybranych przez siebie okolicznościach”[19]. Różnica między biografią a historią jest taka, że biografowie zasadniczo zaczynają od postaci, historycy zaś od warunków. Jeśli spoglądanie na Conrada jak na podmiot biografii otwiera przed nami historię globalizacji od wewnątrz, traktowanie go jako przedmiot historii pozwoliło mi nadać kształt jego biografii od zewnątrz, umożliwiając odróżnienie dokonanych przezeń wyborów od tego, o czym zadecydował los.