“Drugi Legion”, kolejny tom cyklu fantasy “Tajemnica Askiru”, ponownie zadziwia napięciem i ładunkiem emocji. To high fantasy na najwyższym poziomie.


Drugi LegionSkumulowana akcja, zuchwali bohaterowie i egzotyka orientu…

Do gospody Pod Głowomłotem trafia tajemniczy wędrowiec z zapomnianego królestwa Askiru. Opowiada o rozbiciu dawnego mocarstwa i objaśnia pół-elfce Leandrze i wojownikowi Havaldowi funkcjonowanie magicznych wrót.

Havald, Leandra i gromadka ich towarzyszy wyruszają na poszukiwania portalu, by przenieść się do Askiru. Tam mają szukać pomocy, ale też ostrzec mieszkańców przed najeźdźcą, brutalnym władcą Thalaku. Nie wiedzą, że po piętach depcze im już wróg.

Zamiast w Askirze śmiałkowie lądują jednak w pustynnym Besarajnie, królestwie, w którym czyhają na nich nowe niebezpieczeństwa i polityczne intrygi.

Richard Schwartz
Drugi Legion
Przekład: Agnieszka Hofmann
cykl Tajemnica Askiru tom 2
Wydawnictwo Initium
Premiera: 22 października 2018
 
 

Drugi Legion


1

PORTALE I KAMIENIE

Z zadowoleniem odchyliłem się na krześle. Eberhard, gospodarz zajazdu Pod Głowomłotem, w kuchni przeszedł samego siebie, a ja czułem błogą sytość. W izbie było przytulnie i na tyle ciepło, że mogłem się rozkoszować kropelką chłodnego fiorenckiego wina. Może nawet ciut za ciepło, ale wątpię, by ktoś się na to skarżył.
Trzy tygodnie temu u podnóża Przełęczy Gromów szalała magiczna burza śnieżna, która prawie zgniotła nas w swej mroźnej pięści. Tylko dzięki poświęceniu paru śmiałków udało się pokonać tego, który ją wywołał, i złamać jego potęgę. Nigdy więcej nie chciałem już czuć tego zimna. Ani narzekać na to, że jest za ciepło.
Burza się skończyła, lecz zima nie. Nadal tkwiliśmy tu uwięzieni przez śnieg. Zima jednak, choć niewątpliwie sroga, teraz wydawała mi się łagodna.
W piwniczce Eberharda leżały wystarczające zapasy prowiantu i opału, towarzystwo – z pewnymi wyjątkami – było przyjemne, a wiosna w końcu kiedyś nadejdzie. Nigdzie mi się nie spieszyło.
Cóż lepszego od utknięcia z czarującą kobietą na zasypanym śniegiem odludziu mogło się przytrafić mężczyźnie?
Odstawiłem wino, pozwoliłem sobie na dyskretne ziewnięcie, a potem sięgnąłem po kozik i kawałek drewna, który miał się zamienić w królową. Rzezanie figurek z drewna nie było sztuką, raczej czymś w rodzaju daru – daru dostrzegania czegoś, czym chciał się stać ów materiał… W tym przypadku długo szukałem odpowiedniego kawałka.
Ujrzałem ją w słojach drewna. Białą królową. To też nie było wielką sztuką, wszak dzisiejszego ranka mogłem w spokoju studiować jej śpiące oblicze.
Leandra, maestra de Girancourt.
– Mówię wam, on coś knuje! Nie dziwi was, że zjawił się tu, jak już było po wszystkim?
Zirytowany podniosłem wzrok. Zrzędliwy głos należał do Holgara, kupca z Losaaru. Był jednym z mniej przyjemnych kamratów. Nie wiem, ile już razy się skarżył, że został zrujnowany, że burza zniszczyła jego egzystencję, że przełęcz została zamknięta przedwcześnie i że byłoby słuszne i sprawiedliwe, by i jemu przyznać część skarbu, który znaleźliśmy w podziemiach pod gospodą.
Spojrzenia, jakimi skwitowano jego propozycję, skłoniły go do zmiany taktyki. W duchu zadawałem sobie pytanie, ile jeszcze czasu upłynie, zanim ktoś znajdzie go w śniegu pod bramą. Zamarzniętego.
Astarte naucza, że niemądrze jest źle życzyć drugiemu człowiekowi, lecz przy Holgarze nawet święty straciłby cierpliwość. Zresztą święci stanowili rzadkość – szczególnie Pod Głowomłotem.
Kupiec od dłuższego już czasu próbował zasiać ziarno nieufności wobec jedynego gościa zajazdu, który nie był świadkiem upiornej niepogody. Był nim Kennard, mężczyzna w średnim wieku, uczony historyk i mistrz opowieści. Holgar zarzucał mu, że zjawił się tuż po tym, jak ustała burza. I wymądrzał się, że tamten za dużo wie o Dawnym Królestwie.
– Dlaczego nikt go nie zapyta, skąd pochodzi? A tak w ogóle, jak mu się udało zabrnąć tu podczas zamieci? Maria, daj no jeszcze wina!
Z westchnieniem odłożyłem kozik. Nie chciałem, żeby moja złość skupiła się na figurce.
Maria, jedna z córek gospodarza, rzuciła mu na poły cierpliwe, na poły rozbawione spojrzenie. Podziwiałem ją za ten spokój, kiedy nieśpiesznie podeszła do stołu i dolała mu wina. Skrzywiony handlarz upił łyk i potoczył wokół gniewnym wzrokiem. Wyglądało na to, że nie miał tu sprzymierzeńców, bo nikt się do niego nie przysiadł, nawet ci, którzy przedtem byli jego strażą. Uskrzydlony winem, prowadził więc rozmowę na odległość, podczas gdy cała reszta starała się go ignorować.
Musiał zauważyć, że go obserwuję, bo przeniósł na mnie wzrok.
– Ha! Chcecie być bohaterem… a pozwalacie się wodzić za ryj jak wieprzek! Choć to akurat dobrze się składa, prawda, świniopasie?
Wstałem. Długie życie nauczyło mnie cierpliwości. Odrobinę, niezbyt dużo. I może też trochę mądrości. Ponieważ jednak moja cierpliwość była na wyczerpaniu, a mądrość doradzała, żeby nie zatłuc go na śmierć, uznałem, że najlepiej będzie odciąć się od niego i jego gadaniny.
Otworzyłem drzwi na podwórze i mój oddech zawisł w powietrzu. W śniegu wykopano ścieżki prowadzące do studni pośrodku dziedzińca, do kuźni i stajni. Oraz do zaśnieżonej bramy, a dokładniej – do umieszczonej w niej furty.
Kto nie znał historii zajazdu Pod Głowomłotem, mógłby być nieco zdziwiony obronnym charakterem zabudowań. Nie mieścił się tu zwykły zajazd, lecz wojskowa baza służąca całej armii Dawnego Królestwa na północnym zachodzie, która wyruszyła, by uwolnić kraj od barbarzyńców.
Prawie tysiąc dwustu mężczyzn wymaszerowało stąd za czasów naszych przodków, by oswobodzić kraj. Żaden nie wrócił na ojczyste ziemie.
Skierowałem kroki do furty. Za bramą wykopany w śniegu korytarz prowadził na niewielki pagórek. Tam po burzy pochowaliśmy zmarłych, a wraz z nimi dziewięciu żołnierzy Dawnego Królestwa, których zwłoki znaleźliśmy głęboko w podziemiach pod zajazdem.
Nie zamierzałem podsłuchiwać. Lekki wietrzyk niósł kryształki lodu nad wykopanym w śniegu przejściem, a nieustanne poskrzypywanie i szelesty zagłuszały moje kroki. Mimo to rozumiałem każde słowo.
– Łatwo wam mówić, mistrzu Kennardzie. Dla was mroczne imperium, przeklęty Thalak, to tylko plama na mapie. Dla mnie to zaprzysiężony wróg. Zaś moim planem było znalezienie pomocy. Pomocy tego, kto niegdyś tutaj wysłał naszych przodków, aby umocnić własną władzę.
– Przykro mi, maestra, ale już wam mówiłem: Askannon oddał tron wieki temu. Monarchia Askiru już nie istnieje, rozpadła się na siedem królestw, które dziś nie zasługują na nazwę imperium.
Leandra zaśmiała się z goryczą.
– Nie dostrzegacie ironii, mistrzu Kennardzie? To przez ten przeklęty węzeł magii pod naszymi stopami nasze ziemie nie zostały zasiedlone! Askannon, żądny władzy mag, sprowadził tu naszych przodków, aby go chronić. A jednocześnie miejsce to jest zarzewiem naszej zagłady, bo Thalak pragnie tylko mocy drzemiącej pod naszymi stopami.
– Wiem, sera – usłyszałem spokojny głos Kennarda, mężczyzny, który ściągnął na siebie niełaskę Holgara. Był to głos gawędziarza, czysty i miękki jak dobre wino. Można by się nim rozkoszować bez końca. Może otrzymał ten głos w darze od wróżek – tak jak Sieglinde.
Sieglinde, najstarszą córkę gospodarza, wydarzenia ostatnich tygodni odmieniły chyba najbardziej. Nie tylko rozbudziło się w niej dziedzictwo wróżek – nosiła w sobie również ducha jednego z żołnierzy z dawno minionych czasów. Twierdziła wprawdzie, że duch zgodnie z obietnicą już prawie ją opuścił, lecz pozostawił jej wiedzę, dojrzałość i pewność siebie. Codziennie ćwiczyła walkę na miecze z Janosem, innym ocalałym, i z dnia na dzień stawała się w tym coraz lepsza. I nic dziwnego, wszak w dziedzictwie po przywódcy oddziału przejęła Ostrze Spójni, miecz zwany Lodowym Pogromcą.
Wiele wieków temu Sierżant po raz pierwszy próbował przełamać moc lodowego wilka. To wtedy ziemie te nawiedziła magiczna śnieżna burza.
– Lecz to jeszcze nie powód, żeby tracić nadzieję – podjął Kennard, wyrywając mnie z zamyślenia.
– Ach, doprawdy? – W głosie Leandry zabrzmiała twardość, której nigdy dotąd nie słyszałem.
– Jesteście maestrą. Dlaczego nie wykorzystacie mocy magii, która drzemie pod ziemią? – To pytanie przykuło moją uwagę. W słowach Kennarda pobrzmiewało dziwne napięcie.
Leandra zaśmiała się cierpko.
– Powinniście to wiedzieć. Uśpiona moc tylko by mnie wykpiła. Obiecuje ocalenie dla naszego kraju, lecz gdybym tylko ośmieliła się ją tknąć, spaliłaby mnie na popiół, i to prędzej, niż spłonął Balthasar! A nawet gdybym umiała z niej czerpać, to i tak bym się na to nie odważyła, bo taka moc nie jest przeznaczona dla mnie. Brakuje mi mądrości.
Kennard zachichotał cicho.
– Oto dowód waszej mądrości, maestra.
Chciałem jakoś zaznaczyć swą obecność, ale Leandra mówiła dalej:
– Mądrość? Co mi po mądrości? Zresztą, sama jestem sobie winna. To było głupie z mojej strony, żeby całą nadzieję pokładać w kupie gruzów!
– Jakich gruzów, maestra? – spytał zaskoczony Kennard.
– Gruzów Askiru. A o czym mówimy?
– Nie wspomniałem o gruzach, sera. Askir istnieje. Wprawdzie królestwo odeszło w niepamięć, ale imperialne miasto wciąż istnieje i ma się kwitnąco.
Chrząknąłem i wyłoniłem się zza rogu. Stali pod obeliskiem ku czci mężnych żołnierzy Dawnego Królestwa. Na kaftan z lnianego płótna Kennard narzucił długi płaszcz z kapturem. Pomijając krótki sztylet u pasa i solidny wędrowny kij okuty stalą, był nieuzbrojony. Skinął mi na powitanie, podczas gdy Leandra wpatrywała się w niego w bezgranicznym zdumieniu. W końcu powoli odwróciła głowę w moją stronę.
– Słyszałeś, Havaldzie? Kennard mówi, że miasto wciąż istnieje!
Podszedłem bliżej i wziąłem ją za rękę. Ścisnęła ją z zadziwiającą siłą i obdarzyła mnie spojrzeniem, od którego zrobiło mi się ciepło. Potem ponownie zwróciła się do mistrza opowieści:
– Co mi po tym? Imperium przeminęło, sami o tym opowiadaliście.
– Tak, ale siedem królestw jest połączonych przymierzem – przytaknął. – Wprawdzie są skłócone, każde szuka własnych korzyści, lecz razem tworzą całość, która kiedyś będzie stanowiła imperium. I gdyby znalazł się ktoś, kto nakłoniłby je, aby przestały się nawzajem wyniszczać przez małostkowe spory, mogłyby pomóc waszemu krajowi. Może nawet lepiej, niż zrobiłby to Askannon. Szansa przyjdzie, jeśli tylko umiejętnie ją wykorzystacie, sera.
– O jakiej szansie mówicie, mistrzu Kennardzie? – zapytała Leandra z nadzieją.
– Raz na siedem lat, w czasie Święta Wiosny, siedem królestw spotyka się na posiedzeniu Rady Koronnej – odparł Kennard z lekkim rozbawieniem. – Trwa ono trzy tygodnie, ale bywa, że dłużej, bo przed zakończeniem posiedzenia muszą dojść do zgody. A to czasem trwa.
– Zgody? – powtórzyłem. – Pech chciał, że kiedyś byłem obecny przy sporządzaniu umowy państwowej. Błazen nie wymyśliłby lepszej szopki. Czasami wydaje mi się, że korona uciska nie tylko głowę, ale i rozum. Przez cztery tygodnie spierano się, do kogo należy pewna wyspa. Na tym kawałku skały nie chciały mieszkać nawet owce. Była niewiele większa od okrętu.
– Okręt może zatonąć – zauważył Kennard. – A skała nie. W zależności od tego, gdzie się znajduje, może być ważna.
Roześmiałem się.
– W samym środku pustkowia, na Morzu Sztormów. Słyszałem, że królewskim kartografom jej odszukanie zajęło miesiąc. A ja pytam: co stoi na przeszkodzie, by królowie zrobili to, co zwykle, czyli zakończyli spory żelazem?
Kennard popatrzył na mnie. Jego uśmiech stał się szerszy.
– Boją się, że Askannon wróci. Abdykując, nakazał ustanowić Radę Koronną, i zagroził, że powróci, jeśli nie będą przestrzegać tego edyktu.
– I co, przestrzegają?
– W pewnym sensie. – Nagle spoważniał. – To nie jest otwarta wojna, ale delegacje często zapadają na dziwne choroby lub spotykają je inne przeciwności losu. Podczas ostatniego posiedzenia król Northgartu udławił się jabłkiem.
– Rozumiem – rzekła Leandra. – Aż za dobrze znam ten rodzaj dyplomacji. Kiedy zbierze się następna rada?
– W przyszłym roku, na Święto Wiosny.
– To mniej niż cztery miesiące! A przełęcz jest nieprzejezdna! – zawołała z rozczarowaniem.
Z bólem patrzyłem, jak nadzieja znika z jej oczu.
– Nigdy nam się to nie uda. – Po chwili jednak na jej twarz wystąpił krzywy uśmiech. – To i tak byłoby daremne. Wyobrażam sobie, jak stoję przed tymi koronowanymi głowami i proszę o wsparcie… Prawdopodobnie poniosłabym porażkę. – Ścisnęła moją rękę jeszcze mocniej. – Ale, na bogów, chciałabym przynajmniej spróbować. Nawet gdyby wyśmiali mnie po stokroć.
Uczony pokręcił głową.
– Nikt by was nie wyśmiał, maestra. Na waszą korzyść przemawia wiele rzeczy. Przede wszystkim w waszych żyłach płynie krew elfów, a elfy cieszą się w Askirze wielką estymą. No i nosicie Ostrze Spójni – Kamienne Serce. Już sam widok tego miecza gwarantuje, że was wysłuchają.
– Ale przecież w życiu nie dotrę tam na czas! A za siedem lat będzie za późno. Wtedy będziemy zgubieni.
Kennard z wahaniem skinął głową.
– Z przykrością muszę przyznać wam rację, maestra. Chętnie bym wam pomógł.
– To pomóż, bajarzu – rozległ się cichy głos Zokory, jednej z najdziwniejszych towarzyszek broni, u boku których zdarzyło mi się walczyć.
Kiedy zjawiła się znienacka za jego plecami, Kennard zawirował, stanął na szeroko rozstawionych nogach i wyrzucił przed siebie ręce, prawą dłoń trzymając płasko. Wędrowny kij wetknął pod lewą pachę i odchylił go mocno w bok.
Zokora uśmiechnęła się z zadowoleniem. W przeciwieństwie do Leandry była czystej krwi elfką, jednak należała do szczepu, którym straszono małe dzieci. Była mroczną elfką. Kiedy te dzieci dorosną, będą miały wszelkie powody ku temu, by modlić się o to, aby nigdy w życiu nie musiały stanąć oko w oko z koszmarem z dzieciństwa. Prawda bowiem była straszliwsza od bajek.
Miała na sobie ciemną szatę i wyglądała w miarę zwyczajnie, pomijając odcień jej skóry, przypominający głęboki mahoń. Była drobnej budowy, o głowę mniejsza od Leandry – patrząc na nią, człowiek zastanawiał się, czemu miałby się jej bać. Jednak całkiem niedawno widziałem ją w jej żywiole, w lodowych grotach, gdzie nigdy nie zajrzał promień słońca. Wtedy jej uśmiech był krwawy, a oczy żarzyły się niczym węgle. Dłużej niż ktokolwiek z nas stawiała opór nekromancie Balthasarowi. Wiedziałem, że była zdolna do najgorszych okrucieństw, dokładnie tak jak bajano. Jednak jeszcze bardziej zdumiewające niż jej obecność na powierzchni ziemi było to, że ona i Leandra tak dobrze się rozumiały. Tyle że Zokora nigdy niczego nie robiła bez zastanowienia czy namysłu. Teraz chciała wywołać konkretną reakcję Kennarda. I udało się jej.
Leandra i ja ze zdumieniem przyglądaliśmy się historykowi, stojącemu w obronnej pozie, podczas gdy Zokora z wyraźną satysfakcją mierzyła go wzrokiem.
– Słyszałam, że doświadczony wojownik uzbrojony w kij potrafi pokonać walczącego mieczem – powiedziała, unosząc brew. – Czyżbyś wcale nie był tak łagodny i nieszkodliwy, jakiego udajesz?
– Wybaczcie, Zokoro. – Kennard wrócił do poprzedniej postawy, swobodnie opierając się na kiju. – Podczas mych wędrówek bywałem zmuszony się bronić. Obawiam się, że mnie wystraszyłyście.
Zokora przechyliła głowę. Przyszło mi na myśl, że gest ten oznacza u niej to samo, co wzruszenie ramion u ludzi, lecz czasem wykonywała go również wtedy, gdy coś uważnie studiowała. Teraz studiowała Kennarda.
– Zaskoczyłam was, to lepsze określenie.
– To także, owszem. Nie słyszałem waszego nadejścia.
– Taki był mój zamiar. – Zokora uśmiechnęła się szerzej. – Co ty na to, żebyśmy urządzili sobie przyjacielski pojedynek? Jeszcze nigdy nie walczyłam na kije.
Oczy Kennarda zabłysły. Jeśli się nie myliłem, pojawiły się w nich rozbawienie i radość oczekiwania.
– Jestem do waszej dyspozycji, pod warunkiem że wyjaśnicie mi, co przedtem miałyście na myśli. Jak niby miałbym pomóc maestrze de Girancourt? Gdyby był jakiś sposób, dawno bym z niego skorzystał.
– Opowiedzcie jej o magicznych portalach. Wiemy, że jeden znajduje się Pod Głowomłotem. Może da się go wykorzystać i trafić do Askiru.
Kennard przyglądał się jej przez chwilę; w końcu rozciągnął usta w uśmiechu.
– W rzeczy samej, być może istnieje taka droga. Powiedzcie, Zokoro, dlaczego to robicie? Czemu mieszacie się w sprawy pół-elfów i ludzi?
Zokora nadal mierzyła go bacznie spojrzeniem.
– Parę dni temu Havald próbował wytłumaczyć mi, o co chodzi z tą tak zwaną przyjaźnią, tak wysoce cenioną przez ludzi. Jeśli dobrze zrozumiałam, jest to dziwna rzecz, kompletnie oderwana od korzyści własnej. Właśnie to ćwiczę.
– Czy wiecie coś o tych portalach? – Leandra wyraźnie naciskała na Kennarda.
Mężczyzna sięgnął pod płaszcz i wyciągnął fajkę. Uznałem, że to dobry pomysł, i wyjąłem swoją. Zokora popatrzyła na nas i zmarszczyła nos, co ponownie wywołało krótkie parsknięcie Kennarda.
Pokrywa śniegu w tym miejscu przewyższała wysokość dwóch chłopa. Zerwał się dość silny wiatr; zwiewał nad naszymi głowami roziskrzone kaskady kryształków lodu – połyskliwy spektakl, który tutaj, w zacisznym przejściu, wywoływał niemalże przytulne wrażenie. Nadal było zimno, lecz teraz nie wywoływało to w nas obawy. Już nie.