“Królowie Wyldu” to znakomity debiut Nicholasa Eamesa, epicka fantasy, powieść szalona, porywająca i trzymająca w napięciu.


Królowie WylduClay Cooper i członkowie jego grupy niegdyś zasłynęli jako najokrutniejsi najemnicy, najlepsi z najlepszych w tej części Wyldu. Dni ich chwały dawno przeminęły, a oni sami oddalili się od siebie, rozpili się, przytyli i zestarzeli. Pewnego dnia na progu Claya pojawia się jego dawny kompan, Gabriel. Prośba, z którą przybywa, dotyczy misji, jakiej może się podjąć tylko ktoś bardzo odważny bądź bardzo głupi.

Córka Gabriela, Rose, została uwięziona na drugim końcu świata w mieście, które oblega chmara potworów nazywanych hordą z Wyldu. Aby dotrzeć pod mury miasta i pokonać hordę, reaktywowana Saga musi rozprawić się z kanibalami, żądnymi zemsty bogami oraz niedającą im chwili wytchnienia łowczynią głów.
Nadchodzi pora, by przywrócić Sagę do życia.

Clay niechętnie godzi się pomóc kompanowi i obaj wyruszają odnaleźć i zwerbować pozostałych członków Sagi. Będą to: Korg, rozkojarzony czarownik, Matrick, król-rogacz trzymany w uwięzieniu przez własną żonę, i Ganelon, śmiertelnie niebezpieczny wojownik, który dekady od rozwiązania Sagi spędził zamieniony w kamień.

Połączywszy siły, wyprawiają się na wskroś rozległego, pełnego potworów lasu o nazwie Wyld. Po drodze rozprawiają się z kanibalami, żądnymi zemsty bogami oraz niedającą im chwili wytchnienia łowczynią głów imieniem Ostróżka. Wszakże największym zagrożeniem jest czekająca na nich w mieście Castia horda. Aby się z nią uporać, członkowie Sagi muszą przekonać zarówno swoich rówieśników, jak i niecierpliwych młodzików, ażeby postawili na szali wszystko celem zdobycia tego, co jest najcenniejsze dla każdego najemnika: wiecznej chwały.

***

Lubisz Abercrombiego i Pratchetta – pokochasz Eamesa!
„Fantasy Review Barn”

Genialny debiut… Rewelacyjna epicka fantasy…
„PublishersWeekly”

Szalona, porywająca, trzymająca w napięciu książka! Wspaniałe postaci – dający się lubić dranie, z którymi się zżyłem i którym kibicowałem podczas ich wędrówki – oraz przeróżne fantastyczne stwory. A wszystko to podlane specyficznym humorem, dzięki czemu podczas lektury ani na chwilę nie przestałem się uśmiechać. Cudo!
John Gwynne, autor Zawiści

Doprowadzi was do śmiechu i płaczu… Wprost zabraknie wam tchu! Ta książka ma dosłownie wszystko!
K.J. Parker, autor Składanego noża oraz Młota

Nicholas Eames wprowadził do gatunku fantasy wrażliwość rock’n’rollowca i dowcip kpiarza.
Sebastien de Castell, autor cyklu „Wielkie płaszcze”

Wartka akcja i poczucie humoru. Świetna książka!
Ian Irvine, autor Cienia na szkle

Genialna. Pełna humoru i ciepła.
John Hollins, autor trylogii „The Dragon Lords”

Nicholas Eames jest Kanadyjczykiem, urodzonym i mieszkającym w Ontario. Studiował sztuki teatralne, ale nie został aktorem. Uznał bowiem, że woli pisanie i sławę autora fantasy. Lubi czarną kawę, czystą whisky, październik i gry wideo. “Królowie Wyldu” to pierwszy tom cyklu SAGA, uznany za najlepszą książkę fantasy 2017 r. (Fantasy-faction.com) oraz zdobywca nagród THE DAVID GEMMELL MORNINGSTAR AWARD oraz THE REDDIT/FANTASY AWARD za najlepszy debiut fantasy 2017 r.
W przygotowaniu drugi tom cyklu The Bloody Rose.

Nicholas Eames
Królowie Wyldu
Przekład: Robert J. Szmidt
seria: Saga |1
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 30 października 2018
 
 

Królowie Wyldu


KRÓLOWIE WYLDU

Clay Cooper niegdyś był członkiem Sagi, najsłynniejszej grupy najemników na świecie, od tamtej pory jednak przeszedł na emeryturę i teraz wiedzie spokojne życie z żoną i dziewięcioletnią córeczką – to znaczy do czasu, gdy w jego progu staje Gabriel, dawny kompan i także członek Sagi. Potrzebuje pomocy. Jego córka Rose została uwięziona na drugim końcu świata w pewnym mieście, które oblega chmara potworów nazywanych hordą z Wyldu.
Clay niechętnie godzi się pomóc kompanowi i obaj wyruszają odnaleźć i zwerbować pozostałych członków Sagi. Będą to: Korg, rozkojarzony czarownik, Matrick, król-rogacz trzymany w uwięzieniu przez własną żonę, i Ganelon, śmiertelnie niebezpieczny wojownik, który dekady od rozwiązania Sagi spędził zamieniony w kamień.
Połączywszy siły, wyprawiają się na wskroś rozległego, pełnego potworów lasu o nazwie Wyld. Po drodze rozprawiają się z kanibalami, żądnymi zemsty bogami oraz niedającą im chwili wytchnienia łowczynią nagród imieniem Ostróżka. Wszakże największym zagrożeniem jest czekająca na nich w mieście Castia horda. Aby się z nią uporać, członkowie Sagi muszą przekonać zarówno swoich rówieśników, jak i niecierpliwych młodzików, ażeby postawili na szali wszystko celem zdobycia tego, co jest najcenniejsze dla każdego najemnika: wiecznej chwały.

Rozdział pierwszy

ZJAWA NA TRAKCIE

Gdyby oceniać po rozmiarach cienia, można by pomyśleć, że Clay Cooper jest dużo masywniejszy niż w rzeczywistości. A cokolwiek o nim mówić, nie należał do ułomków: w barach był szeroki, klatkę piersiową miał wysklepioną na podobieństwo solidnej okutej beczki, dłonie zaś tak potężne, że większość kufli kurczyła się w nich do rozmiarów zwykłego kubka, wreszcie dolna szczęka ukryta pod wiecznie potarganą brodą wydawała się szersza i ostrzejsza od czerpaka niejednej łopaty. Jego cień wszakże, rzucany w promieniach zachodzącego słońca, przypominał o czasach dawnej świetności, kiedy Clay był groźnym, posępnym, co tu dużo gadać – zabijaką.
Skończywszy pracę na ten dzień, człapał ubitym traktem wiodącym ku głównej ulicy Coverdale, wymieniając przyjazne uśmiechy i pozdrowienia z ludźmi, którzy także śpieszyli przed zmierzchem do domów. Miał na sobie zieloną tunikę strażnika, narzuconą na znoszony skórzany kaftan; przy udzie dyndał mu wysłużony miecz w podniszczonej pochwie. Tarczę – wyszczerbioną i porysowaną na przestrzeni lat przez ostrza toporów, groty strzał, a nawet szpony – przewiesił przez plecy, a hełm… cóż, Clay zapodział gdzieś ten, który otrzymał od sierżanta zeszłego tygodnia, podobnie jak poprzedni, wydany mu miesiąc wcześniej, i wszystkie inne, a zafasował ich naprawdę niemało w ciągu prawie dziesięcioletniej służby w straży.
Hełm ogranicza pole widzenia, przytłumia także słuch, a poza tym człowiek wygląda w nim jak najzwyklejszy głupek. Właśnie dlatego Cooper nie cierpiał hełmów.
– Clay! Czekaj! – Pip podbiegł do niego. On także nosił się na zielono, jak przystało na strażnika, a sagan służący do nakrywania głowy trzymał prawidłowo, pod pachą. – Właśnie skończyłem służbę przy południowej bramie – wysapał. – A ty?
– Przy północnej.
– Fajnie. – Chłopak wyszczerzył się i kiwnął głową, jakby Clay powiedział coś naprawdę ciekawego, zamiast wymruczeć zdawkowe: „przy północnej”. – Widziałeś coś zajmującego?
Cooper wzruszył ramionami.
– Góry.
– Ha! Góry, powiadasz. Super. Słyszałeś, że Ryk Yarsson widział centaura przy farmie Tassela?
– Raczej łosia.
Chłopak posłał mu takie spojrzenie, jakby spotkanie z łosiem, a nie centaurem, wydawało się bardziej nieprawdopodobne.
– Mniejsza o to. Wpadniesz Pod Głowę Króla na kilka głębszych?
– Nie powinienem – odparł Clay. – Ginna czeka na mnie w chałupie, bo… – Zamilkł, nie mogąc znaleźć na poczekaniu żadnego wykrętu.
– Daj spokój! – zachęcał go Pip. – Wpadłbyś chociaż na jednego.
Cooper wydał z siebie głośne westchnienie, po czym zerknął w kierunku słońca, mrużąc powieki i zastanawiając się, czy gorzkawy smak chłodnego piwa wart jest późniejszej bury, którą z pewnością dostanie od Ginny.
– Dobra – poddał się w końcu. – Ale tylko na jednego.
Gapienie się na północ, i to przez cały dzień, nie było przecież łatwą robotą.

W gospodzie panował tłok i gwar. Siedzący przy stołach bywalcy wpadali tutaj nie tylko na coś mocniejszego, ale także by pogadać i poplotkować. Pip ruszył w stronę kontuaru, a Clay wyszukał miejsce przy jednym ze stołów, tak daleko od sceny, jak to tylko możliwe.
Ludzie wokół niego komentowali wszystko: od pogody po wojnę, z czego żaden temat nie był zbyt budujący. Na zachodzie, w Endlandzie stoczono wielką bitwę, ale – sądząc po tonie opowiadających – jej wynik nikogo nie satysfakcjonował. Dwudziestotysięczna armia republiki, wsparta kilkuset najemnikami, została wyrżnięta w pień przez hordę z Wyldu. Ci nieliczni, którym udało się przeżyć, zbiegli do Castii, które to miasto wróg do tej pory zdążył oblec, w efekcie czego ludzie padali jak muchy od chorób i z głodu, podczas gdy rozłożeni za murami członkowie hordy paśli się na trupach poległych. Jakby tego było mało, nad ranem zaobserwowano pierwsze przymrozki, oczywiście przygruntowe, co mogło zwiastować rychły koniec dopiero co rozpoczętej pięknej jesieni.
Pip wrócił z dwoma kuflami i dwoma kumplami, których Clay nie znał. Ich imiona wyleciały mu z pamięci zaraz po tym, jak się przedstawili – Clay nic do nich nie miał, po prostu nazwiska się go nie trzymały.
– Powiadają, że należałeś do grupy – ni to stwierdził, ni zapytał jeden z nich, ten z rzadkimi rudymi włosami i twarzą wyrostka pokrytą gęsto piegami i nie mniej licznymi kraterami po krostach.
Clay pociągnął długi łyk piwa, odstawił kufel na blat, po czym posłał zakłopotanemu Pipowi karcące spojrzenie. Na koniec skinął głową.
Tamci dwaj popatrzyli na siebie znacząco.
– Pip mówi, że trzy dni broniliście Przełęczy Zimnego Ognia przed tysiącem żywych trupów – rzucił Pryszczaty, pochylając się mocniej nad stołem.
– Doliczyłem się ich tylko dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu – poprawił go Clay. – Ale poza tym wszystko się zgadza.
– Mówi też, że usiekłeś Akatunga Strasznego – dodał ten drugi, którego próby wyhodowania brody zakończyły się klęską. Niejedna staruszka miała gęstszy zarost na twarzy niż on.
Clay upił drugi spory łyk, a następnie pokręcił głową.
– Tylko go raniliśmy. Ale słyszałem, że potem wyzionął ducha w swoim mateczniku. Spokojnie. We śnie.
Wyglądali na zawiedzionych, więc Pip trącił jednego łokciem.
– Zapytajcie go o oblężenie Wydrążonego Wzgórza.
– Wydrążonego Wzgórza? – powtórzył jak echo Skąpobrody, po czym jego oczy zrobiły się okrągłe jak monety. – Tego Wydrążonego Wzgórza? Zatem grupa, do której należałeś, zwała się…
– …Saga – dokończył Pryszczaty, nie kryjąc podziwu. – Należałeś do Sagi.
– Dawno to było – rzekł Clay, bawiąc się sękiem, który sterczał z wypaczonego blatu. – Ale ta nazwa wciąż budzi wspomnienia.
– A niech mnie – westchnął Pryszczaty.
– Jaja sobie ze mnie robicie – stwierdził Skąpobrody.
– A niech mnie – powtórzył jego kompan.
– Nie no, jaja sobie ze mnie robicie! – Skąpobrody lubił mieć ostatnie słowo nawet wtedy, gdy coś budziło jego niewiarę.
Clay nie odpowiedział, po prostu znów napił się piwa i wzruszył ramionami.
– Zatem znałeś Złotego Gabriela? – zapytał Pryszczaty.
Kolejne wzruszenie ramion.
– Tak, znałem Gabriela.
– Gabriela! – pisnął Pip, rozlewając trunek podczas gwałtowniejszego gestu. – Gabriela, powiadasz. Super.
– I Ganelona? – zapytał Skąpobrody. – I Arcandiusa Korga? I Matricka Czaszkotłuka?
– No i… – Pryszczaty skrzywił się, sięgając do mocno ułomnej pamięci. Tylko mu to zaszkodziło, przynajmniej zdaniem rozmówcy; i bez tego grymasu był paskudny jak chmura gradowa w weselny dzień. – Kto tam jeszcze był?
– Clay Cooper.
Zamyślony Skąpobrody pogładził palcami szczecinę porastającą mu żuchwę.
– Clay Cooper… – Zrobił zmieszaną minę. – No tak…
Pryszczaty potrzebował jeszcze chwili, by poukładać sobie wszystko w głowie, lecz w końcu pacnął się dłonią w czoło i roześmiał w głos.
– Bogowie, ale ze mnie głupek.
Bogowie doskonale o tym wiedzą, pomyślał Clay.
– Opowiedz nam coś z tamtych czasów – poprosił Pip, próbując złagodzić niezręczność sytuacji. – Na przykład o tym, co zrobiliście z tym nekromantą z Oddsfordu. Albo jak uratowaliście księżniczkę z… no wiesz… Na pewno pamiętasz.
Którą księżniczkę? zapytał w myślach Clay. Grupa uratowała ich kilka, a nekromantów ubijała nie pojedynczo, lecz na pęczki. Kto by ich liczył, zasrańców?
Ostatecznie Clay uznał, że to bez znaczenia, ponieważ i tak nie miał zamiaru snuć żadnych opowieści ani odkopywać wspomnień, które z takim trudem pogrzebał. Było to zadanie niełatwe dlatego, że im usilniej próbował zapomnieć, z tym większą mocą wracały do niego obrazy przeszłych wydarzeń.
– Wybacz, chłopcze – zwrócił się do Pipa, gdy osuszył kufel do dna. – Na tym dzisiaj koniec.
Przeprosił kompanów, rzucił koledze ze straży kilka miedziaków, mając nadzieję, że nigdy więcej nie będzie musiał oglądać Pryszczatego ani Skąpobrodego. Przecisnął się pośpiesznie do wyjścia i odetchnął głęboko, gdy stanął wreszcie w ciszy i chłodzie zaułka przed gospodą. Plecy bolały go od garbienia się nad stołem, rozprostował więc kości, zadarł głowę i spojrzał na pierwsze gwiazdy.
Doskonale pamiętał, co czuł kiedyś na widok nocnego nieba, jak mały i nieznaczący się wydawał w porównaniu z majestatem firmamentu. Z tego powodu ruszył w świat i dokonał tylu wspaniałych czynów: w nadziei, że któregoś dnia będzie mógł spojrzeć na ten niekończący się kobierzec gwiazd bez cienia wstydu i poczucia niższości. Niestety, niezbyt mu się to udało. Po chwili oderwał wzrok od ciemniejącego nieba i ruszył w kierunku domu.
Wymienił zdawkowe uprzejmości ze strażnikami pilnującymi zachodniej bramy. Tamci byli ciekawi, czy słyszał już o centaurze dostrzeżonym przy farmie Tassela. Albo o bitwie stoczonej na zachodzie i o tych biedakach obleganych w Castii. Paskudna sprawa, paskudna.
Ruszył dalej traktem, uważając, by nie skręcić kostki w głębokich koleinach. Cykady brzęczały w bujnej trawie po obu stronach drogi, wiatr szumiał w koronach drzew, imitując dźwięk przyboju. Clay zatrzymał się przy przydrożnym ołtarzyku wzniesionym ku czci Pana Lata, by rzucić miedziaka do stóp posągu. Po chwili zastanowienia zawrócił i cisnął jeszcze jedną monetę. Tutaj, z dala od miasta, było całkowicie ciemno, ale zdołał się powstrzymać i nie zerknął ponownie na niebo.
Lepiej patrz pod nogi, napomniał się w myślach, a przeszłość zostaw w spokoju. Zdobyłeś wszystko, czego pragnąłeś, racja? Masz dzieciaka, żonę, proste życie.
Bo wiódł prawe życie. I wygodne.
Nagle wydało mu się, że słyszy parsknięcie, jakim Gabriel skwitowałby tę myśl. Prawe? „Prawość to nuda”, zwykł mawiać jego przyjaciel. „Natomiast wygoda otępia”. Lecz czy nie znalazł sobie żony na długo przed Cooperem? I nie dochował się też córki? Dziś to już dorosła kobieta.
A jednak, mimo upływu lat, Clay nadal miał w pamięci obraz dawnego Gabriela – młodego, zapalczywego i wspaniałego. To właśnie on uśmiechał się półgębkiem we wszystkich wspomnieniach.
„Kiedyś byliśmy wielcy, sławni”, zdawał się mówić. „A teraz…”
– Teraz jesteśmy starymi zmęczonymi ludźmi – wymamrotał Clay, kierując swoje słowa do nocnego nieba.
I co w tym złego? W dawnych czasach spotkał niejednego prawdziwego olbrzyma i niemal każdy z nich okazał się dupkiem.
Jakby ignorując te argumenty, duch Gabriela towarzyszył Clayowi przez całą drogę do domu. Sunął za nim po trakcie, uśmiechając się po łotrzykowsku, jak to miał w zwyczaju, machał mu ręką z płotu sąsiada, siedział przycupnięty przed progiem chałupy niczym żebrak. Z tą tylko różnicą, że ten ostatni Gabriel nie był już młody. Z dawnej zapalczywości też niewiele zostało. A wspaniałości było w nim tyle co w desce ze sterczącym z niej zardzewiałym gwoździem. Krótko mówiąc, wyglądał okropnie. Na widok zbliżającego się Coopera wstał i rozciągnął wargi w uśmiechu. Clay w życiu nie widział tak smutnego człowieka.
Gdy zjawa się odezwała, jej głos był tak realny jak brzęczenie cykad i zawodzenie wiatru w koronach przydrożnych drzew. Moment później kruchy uśmiech rozprysł się i Gabriel – prawdziwy Gabriel, człowiek z krwi i kości, nie żaden duch – padł Cooperowi w ramiona, łkając mu w kark, tuląc się do niego jak wystraszone dziecko w mroku.
– Clay – szepnął. – Proszę… Musisz mi pomóc.

Rozdział drugi

ROSE

Weszli do chałupy, gdy tylko Gabriel wziął się w garść. Ginna zerknęła na nich znad kociołka i zacisnęła usta w wąską kreskę. Griff podbiegł od razu, machając krótkim ogonem. Claya tylko szturchnął nosem, ale nogę Gabriela zaczął obwąchiwać z takim zainteresowaniem, jakby była drzewem, pod którym sikają wszystkie psy z okolicy. Pod tym względem psisko chyba niewiele się pomyliło.
Dawny przyjaciel Coopera wyglądał fatalnie, co dało się zauważyć już na pierwszy rzut oka. Włosy i brodę miał potargane, ubranie tak podarte i brudne, że przypominało żebracze łachmany. W butach widać było dziury, paluchy sterczały z nich jak plotkary z okien. Poruszał niespokojnie rękami, jakby nad nimi w ogóle nie panował: albo je załamywał, albo palcami skubał w roztargnieniu rąbek szaty. Najgorsze jednak były oczy. Zapadły się głęboko w pobrużdżoną twarz, a spoglądał nimi tak ostro i z taką udręką, jakby wszędzie dostrzegał coś, czego nie chciał widzieć.
– Griff, leżeć! – rzucił Clay.
Pies obejrzał się na dźwięk swojego imienia. Z wodnistymi ślepiami i różowym językiem wystającym z kłębowiska czarnej szczeciny nie wyglądał najpiękniej i właściwie nie nadawał się do niczego prócz wylizywania talerzy. Nie umiał zaganiać owiec ani wypłaszać głuszców z kryjówek, a gdyby ktoś włamał się do chałupy, prędzej przyniósłby mu kapcie, niż pogonił intruza. Jednakże na sam widok kudłatej psiej mordy Clay się uśmiechał, a to już było nie byle co.
– Gabrielu. – Ginna odzyskała w końcu głos, choć się nie uśmiechnęła i nie podeszła, by uściskać gościa.
Nigdy nie darzyła Gabriela szacunkiem. Clay podejrzewał nawet, że Ginna wini dawnego kolegę z grupy o wszystkie przywary męża (uprawianie hazardu, skłonność do bójek, nadmierny pociąg do trunków), których oduczyła go w ciągu minionych dziesięciu lat, i wszystkie inne złe nawyki (takie jak jedzenie z otwartą gębą, zapominanie o umyciu rąk czy okazjonalne na szczęście podduszanie ludzi), nad którymi wciąż pracowała.
Do tego dochodziły – rzadkie, bo rzadkie – wizyty Gabriela w czasach już po tym, jak odeszła jego żona. Zawsze przybywał z tą samą propozycją: chciał doprowadzić do ponownego zebrania grupy, aby raz jeszcze wyruszyć na poszukiwanie sławy, fortuny i z pewnością niebezpiecznych przygód. A to proponował, by pojechali do miasta na południu, które trzeba ratować przed smokiem, a to chciał oczyścić Las Płaczu z watahy wilkołaków lub też iść na odsiecz staruszce mieszkającej na drugim krańcu królestwa, ponieważ tylko Saga była w stanie rozwiesić, a potem zebrać całe zrobione przez nią pranie!
Clay nie potrzebował wsparcia Ginny, by odrzucać te propozycje, sam bowiem widział, że Gabrielowi ckni się za czymś, czego nie da się przywrócić. Przyjaciel był niczym starzec, który trzyma się kurczowo wspomnień ze świetlanej młodości. Ba, Gabriel był tym starcem. Tymczasem życie nie toczy się w ten sposób. Nie jest kołem, które zatacza kręgi raz po raz. Zdaniem Claya przypominało raczej łuk – było jednokierunkowe jak droga słońca po niebie, które najpierw wspina się ku górze, by rozbłysnąć najjaśniej, a potem zaczyna nieuchronnie opadać ku horyzontowi.
Clay otrząsnął się z głębokiego zamyślenia. Czasami tak miał, żałował tylko, że nie potrafi przekuwać myśli w słowa. Gdyby umiał to robić, byłby naprawdę wyszczekanym draniem.
A tak, sterczał tam jak kołek, wsłuchując się w coraz bardziej niezręczną ciszę dzielącą jego żonę i przyjaciela.
– Wyglądasz na głodnego – powiedziała w końcu Ginna.
Gabriel przytaknął i znów zaczął wykonywać te niezborne ruchy rękami.
Widząc to, żona Coopera – jego ukochana, przemiła, cudowna żona – zmusiła się do uśmiechu, po czym sięgnęła ponownie po chochlę, którą wcześniej mieszała w kociołku.
– Siadaj zatem – rzuciła przez ramię. – Nakarmię cię. Dzisiaj zrobiłam ulubione danie mojego męża: potrawkę z zająca na wywarze grzybowym.
Gabriel się zdumiał.
– Przecież Clay nie znosi grzybów.
Spostrzegłszy, że plecy żony tężeją, Cooper zebrał się w sobie.
– Kiedyś ich nie znosiłem, to fakt – rzekł radosnym tonem, zanim jego żona, impulsywna, pyskata, diablo przerażająca żona zdążyła się odwrócić i strzaskać gościowi czaszkę wielką kopyścią. – Ginna jednak coś z nimi robi. Sprawia, że są… – „Nie aż tak kurewsko obrzydliwe”, chciał powiedzieć, lecz zreflektował się w porę i dokończył nieprzekonująco: – Całkiem smaczne. – Zwracając się do żony, zapytał: – Co ty tam z nimi robisz, kochanie?
– Gotuję – odwarknęła najbardziej złowieszczym tonem, do jakiego jest zdolna kobieta.
W kąciku ust Gabriela pojawiło się coś, co mogło być zaczynem uśmiechu.
Zawsze uwielbiał patrzeć, jak wiję się pod jej obcasem, przypomniał sobie Clay, siadając na krześle. Przyjaciel natychmiast poszedł w jego ślady. Griff podreptał w tym czasie na swoje legowisko, by wylizać porządnie jaja, a potem zapaść w kolejną drzemkę. Cooper z trudem zwalczył poczucie zazdrości na ten widok.
– Tally w domu? – zapytał.
– Wyszła – odparła Ginna. – Dokądś.
Oby dokądś blisko. W pobliskim lesie pojawiły się kojoty. A po wzgórzach grasowały wilki. U licha, Ryk Yarsson widział centaura w pobliżu farmy Tassela. Albo łosia. Każde z tych zwierząt mogłoby zabić młodą dziewczynę, gdyby wpadła na nie z zaskoczenia.
– Powinna być w domu przed zmrokiem – przypomniał.