Dopełniający tryptyk („O pisaniu” i „O kotach”) tom „O miłości” to zbiór poezji zarazem surowej i delikatnej, portretujący Starego Świntucha w chwilach największej słabości i gwałtownej zawziętości, w dziedzinie bliskiej każdemu z nas.


Charles Bukowski O miłościCharles Bukowski był człowiekiem pełnym pasji i niespokojnym, przez jednego z wydawców nazywanym wręcz „płomiennym szaleńcem”.

W „O miłości” widzimy Bukowskiego zmagającego się z zawiłościami i uniesieniami miłości, żądzy i namiętności. Krążący pomiędzy brutalnością i łagodnością, wrażliwością i oschłością, Bukowski odsłania miriady odcieni miłości – jej egoizm i narcyzm, jej nieprzewidywalność, niepojętość i udrękę, i wreszcie – jej prawdziwą radość, hart i moc odkupienia.

Bukowski pisze o miłości błyskotliwie i celnie – często dowcipnie, czasami z przekorą lub ulotną słodyczą. „O miłości” odsłania Bukowskiego jako mężczyznę i artystę; nieważne czy pisze o swojej córce, kochance, przyjaciołach czy pracy. Miłość jest dla Bukowskiego pryzmatem, przez który patrzy na świat i który pozwala nie tylko widzieć go w całej wspaniałości i grozie, ale też odnaleźć w nim swoje miejsce. W swych obserwacjach pozostaje niezmiennie boleśnie szczery, wzruszająco otwarty i refleksyjny.
„Moja miłość jest kolibrem, który na cichą chwilę przysiadł na gałęzi”, pisze Bukowski, „podczas gdy kot właśnie się zakrada”.

Brutalnie szczere, przeszyte humorem i patosem, „O miłości” odkrywa najbardziej osobiste i wrażliwe oblicze Bukowskiego.

Poza 70 niepublikowanymi dotąd w Polsce utworami, w zbiorze znalazło się 13 wierszy ze zbioru “Miłość to piekielny pies” w tłumaczeniu Leszka Engelkinga oraz 3 ze zbioru “Płonąc w wodzie, tonąc w ogniu” w przekładzie Piotra Madeja.

Charles Bukowski
O miłości
Przekład: Michał Kłobukowski, Piotr Madej, Leszek Engelking
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Premiera: 24 października 2018
 
 

Charles Bukowski O miłości

taka na jedną noc

najnowszy sprzęt który kolebie się na mojej poduszce łapie
z okna blask latarni przez mgłę alkoholu.
 
byłem szczenięciem kołtuna który mnie lał kiedy
wiatr trząsł źdźbła traw aż oko widziało
ruch
a ty chodziłaś
do klasztornej szkoły i patrzyłaś jak mniszki strząsają
piach Las Cruces z bożych szat.
 
jesteś
wczorajszym
bukietem tak smutno
splądrowanym. całuję twoje biedne
piersi gdy moje ręce sięgają po miłość
w tym tanim mieszkaniu w Hollywood gdzie czuć
chlebem gazem i niedolą.
 
suniemy na pamięć po szlakach
tych samych starych schodach gładkich od setek
stóp, 50 miłości, 20 lat.
trafia nam się króciutkie lato, a
potem
znowu zima
a ty leziesz po podłodze
ciężki niezgrabny stwór
szumi spuszczana woda, szczeka pies
trzaskają drzwiczki auta…
nieuchronnie odeszło, wszystko,
chyba, a ja zapalam papierosa i
czekam najstarszej z 
klątw.

zgon jako psikus

jestem w najlepszym razie delikatną myślą delikatnej dłoni
która tłamsi za sznurem mieszadła, a gdy
pod miłością kwiatów nieruchomieję,
kiedy pająk spija zieleniejącą godzinę –
uderzcie w szare dzwony pijaństwa,
niech żaba powie
że umarł czyjś głos
wypuśćcie bestie ze spiżarni
i dni, które tego wszystkiego nienawidziły,
sprzeczne żony w żałobie bez zmrużenia powiek,
równiny małych kapitulacji
między Mexicali a Tampą;
już po kurach, papierosy wypalone, bochny pokrajane
i żeby w tych słowach nie dosłuchano się skwaszonego smutku:
wrzuć pająka do wina,
puknij w cienkie boki czaszki, która więziła biedną błyskawicę,
zrób z tego coś mniej niż zdradziecki pocałunek,
zapisz mnie do tańca
ty o wiele bardziej martwy,
jestem naczyniem na twoje popioły,
pięścią na twoje powietrze.
 
najogromniejsze w pięknie
to stwierdzić że znikło.

miłość to rodzaj samolubstwa

bzdury, trąbka Eustachiusza i zielony robalomartwy bluszcz
i to jak szliśmy dziś wieczór
a niebo lazło nam w uszy i kieszenie
a my gadaliśmy o sprawach bez znaczenia
a tramwaj kołysał i wyciem obwieszczał swój kolor
który dostrzegaliśmy tylko jako coś prócz wigilii
napomykając o seksie poprzez paraliże,
bzdury, czerwony ogień, bzdury trąbka Eustachiusza!
przeminęły tamte dni, przeminął zielony robalomartwy bluszcz
i nasze słowa z dziś wieczór, te bez znaczenia;
X 12, Kardynał i Złoto
ZŁOTO ZŁOTO ZŁOTO ZŁOTO ZŁOTO!
twoje oczy są złote
twoje włosy są złote
twoja miłość jest złota
twój grób jest złoty
a ulice przemykają jak idący ludzie
a dzwony dźwięczą jak dźwięczące dzwony;
twoje dłonie są złote i twój głos jest złoty
i wszystkie idące dzieci
i rosnące drzewa i nawet idioci co sprzedają gazety
34256780000 och a ty jesteś
trąbka Eustachiusza
czerwony ogień
zielrobalmartwy
bluszcz
kardynał i złoto
i nasze słowa z dziś wieczór
odchodzą
nad drzewami
przy tramwaju
a ja zamknąłem księgę
z ogniście czerwonym lwem
przy bramach ze złota.

dla Jane: z całą moją miłością,
której było za mało

biorę do ręki spódnicę,
biorę do ręki iskrzące korale
w czerni,
to coś niegdyś ruchliwe
wokół ciała,
i mówię Bogu że kłamie,
mówię że coś co ruszało się
tak
i znało
moje imię
nie mogłoby umrzeć
w przyjętej prawdziwości umierania,
i biorę do ręki
jej uroczą
sukienkę,
cały urok przepadł,
i mówię
do wszystkich bogów,
żydowskich, chrześcijańskich,
skorup z mrugających błyskotek,
bożków, pigułek, chleba
sond, ryzykownych spraw,
poznawalnej kapitulacji,
szczurów w sosie dwojga kompletnych świrów
bez cienia szansy,
kolibrzej wiedzy, kolibrzej szansy,
opieram się na tym,
opieram się na tym wszystkim
i wiem:
mam na ręce jej sukienkę;
ale
jej samej mi
nie oddadzą.