Jaki będzie los książki papierowej w świecie domózgowych czipów i wszechobecnych hologramów? W powieści “Manaraga” Vladimir Sorokin wskazuje nieoczekiwany kierunek w refleksjach nad relacją ludzkości z drukowanym słowem.


ManaragaNiezwykły zawód bohatera powieści “Manaraga” sprawia, że czytelnik spojrzy na papierowe książki zupełnie inaczej. Oto przed nami book’n’griller Géza, mistrz gotowania w ogniu spalanych literackich klasyków, uczestnik podziemnego przestępczego świata, dostarczającego za grube pieniądze ekscytującej rozrywki majętnym posiadaczom dóbr wszelakich – z wyjątkiem drukowanych książek, których ocalałe resztki zgromadzono w pilnie strzeżonych muzeach i bibliotekach. To na nie polują bogacze, ponieważ stare tomy są elementem modnego rozrywkowego rytuału.

“Manaraga” to opowiastki z życia Gézy, doświadczonego “kucharza” nowych czasów, które oprócz przedstawienia samej historii służą autorowi do podzielenia się z czytelnikiem swoimi opiniami o współczesnym świecie. Ci, którzy znają wcześniejszą twórczość autora, bez trudu rozpoznają charakterystyczny styl Sorokina, obecny we wcześniejszych książkach “Tellurium”, “Cukrowy Kreml”, “Dzień oprycznika” czy “23 000”, zaś znawcy klasyki literatury fantastycznonaukowej nie powinni mieć problemu z rozpoznaniem dość oczywistych stylizacji w duchu różnych pisarzy – Philipa K. Dicka, George’a Orwella czy Raya Bradbury’ego.

Oto świat nowego średniowiecza zanurzony w schizoidalnej atmosferze, gdy po osiągnięciu zwycięstwa w apokaliptycznym światowym konflikcie z nieokreślonym islamskim wrogiem, Zachód zaczyna się rekonstruować. Po latach niedostatku, rozlewu krwi i braku rozrywki, światowa elita finansowa zwróciła się ku “book’n’grill”, seansom, w czasie których działający w podziemiu, co znacząco wpływa na cenę, “szefowie kuchni” przygotowują tematyczne uczty nad płomieniami palonych cennych wydań literackich klasyków.

Władimir Sorokin, Manaraga

Bohater Sorokina, podróżujący z miejsca na miejsce, staje się przewodnikiem czytelnika w podróży po nowym świecie 2037 roku. Tak powstaje cała galeria groteskowych opowiastek, które niczym przystawki prowadzą do finałowego głównego dania. Sorokin poruszając się znakomicie pośród różnych stylów, nadaje każdemu klientowi Gézy własny rys, opowiada odrębną małą historię i pokazuje życie “za kulisami” postaci, a całość składa się na obraz świata i prawd wyznawanych przez futurystyczne społeczeństwo.

W ostatecznym rozrachunku “Manaraga” to powieść bardziej o książkach niż o ludziach, i naszym związku z nimi, o końcu literatury papierowej, o hipokryzji elit i konsumpcji dóbr materialnych kosztem kontemplacji dzieł ducha, która rodzi wiele przemyśleń związanych z digitalizacją drukowanego słowa, stawia ciekawe pytania dotyczące ewentualnej ewolucji książki jako towaru czy źródła wiedzy i rozrywki. Czy książkę zastąpią hologramy i treści transmitowane bezpośrednio do mózgu?

“Manaraga” to także ostrzeżenie przed wirtualnym analfabetyzmem i intelektualnym outsourcingiem

Sorokin, jak zawsze ze specyficznym humorem, pisze o skomplikowanych zależnościach między kulturą wyższą a masową, o konflikcie między oryginałem i kopią, indywidualnością i masową replikacją oraz o grożącej naszej cywilizacji śmierci elitarnej literatury zabitej masą przeciętności w imię rynku, zysku i konsumpcji. “Manaraga” to także ostrzeżenie przed wirtualnym analfabetyzmem i intelektualnym outsourcingiem w postaci wszechwiedzących czipów (w powieści nazywanych pchłami), uzależniających działania jednostki od serwowanych przez nieokreśloną centralę informacji i wskazówek. Te szersze społeczno-kulturowe implikacje zawarte w wizji Sorokina wydają się najbardziej przerażające. Nikodem Maraszkiewicz

Władimir Sorokin, Manaraga, Przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska, Wydawnictwo Agora, Premiera: 28 listopada 2018
 

konkurs

 

Manaraga

Władimir Sorokin
Manaraga
Przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska
Wydawnictwo Agora
Premiera: 28 listopada 2018
 

13 marca

Wieczór:

Szaszłyk z jesiotra na “Idiocie”. Powieść pełnowartościowa, drugiej wagi średniej, 720 gramów, 509 stron, papier welinowy, oprawa twarda całopłócienna z bukramu. W zupełności wystarczyła na osiem szaszłyków.
Zgodnie z ustaleniami klient + siedmioro gości zasiedli wokół rusztu. Naturalnie nie tylko po to, aby upewnić się, że ja naprawdę spalę pierwsze wydanie, książkę za 8700 funtów, że nie podmieniłem jej na byle jaki skandynawski kryminał z XXI wieku o stu pięćdziesięciu twarzach przeciętności. Oni pragnęli sztuki. I ją otrzymali.
Wszystko, wszystko się zgadzało. Trzymałem poziom.
Tylko book’n’griller wie, ile czyha na niego pułapek w tym fachu. Ale to nasze tajniki kuchni. Powieści, jak wiadomo, drukowano na różnym papierze. Dlatego różnie mogą się palić. Mogą się tlić, buchnąć ogniem, po czym stronice wzbijają się w powietrze i kleją do mięsa lub wirują nad głowami klientów. Nasze ruszty posiadają specjalne pompy powietrzne do zatrzymania wzlatującego płonącego lub spalonego papieru. Ale korzystają z nich głównie początkujący. Prawdziwy mistrz musi pracować rękoma i głową. Pompy pomniejszają nie tylko płomienie, lecz także widowisko. Wraz z powietrzem zasysają prezencję. A książka powinna fascynować: płonąć i zdumiewać.
Doświadczony mistrz musi skalkulować cały proces niczym partię szachów i z zimną krwią balansować nad przepaścią. Oprawa, kapitałka, bukram, tektura, wkładki z gazy, lniany sznurek, zakładki, klej kazeinowy, zasuszone kwiatki, mole książkowe, pluskwy czy karaluchy w grzbiecie – wszystko to są ukryte pułapki. Należy się z nimi liczyć. Kiedyś pewnemu kucharzowi wybuchła mikroklisza wprawiona w grzbiet w połowie XX wieku. Inny miał problemy z antropodermiczną oprawą “Stu dwudziestu dni Sodomy”. Wszystko, wszystko jest możliwe… Najmniejsza nieroztropność, niepewność lub zbytnia pewność siebie – i katastrofa nieunikniona. Moja profesja jest sprzężona z ryzykiem. W najlepszym przypadku to strata pieniędzy, wino chluśnięte w twarz, cios drogim naczyniem w głowę. W najgorszym – miękka, a często i twarda kula. Kryminaliści coraz częściej zamawiają dziś uczty antykwaryczne. A po wojnie w Europie roi się od broni. Dzisiejszy Niemiec to echo złotej epoki przedwojennej.
Ryzyko wzrasta, gdy kobiety i mężczyźni siedzą wokół rusztu, a kucharz nie ma zabezpieczonych tyłów. Właśnie dlatego jestem podróżującym chef star, a nie jakimś szeregowym book’n’grillerem. Kiedy ruszt otoczony jest ze wszystkich stron klientami z pustymi talerzami, przypominam sobie tego legendarnego magika, który niegdyś chodził po miastach Europy, szokując publikę prostą sztuczką z przebijaniem palca gwoździem. Prymitywny trik, w całości zależny od kąta widzenia naiwniaków. Ale pewnego dnia podpite prostaczki złapały „czarodzieja” gdzieś na placu, donośnie domagając się sztuczki. Dano mu gwóźdź. Otoczono ze wszystkich stron. I czarodziej musiał naprawdę przebić sobie palec. A grymas bólu tłumek przyjął za uśmiech. Wówczas magik zyskał prawdziwe uznanie.
Ale my, niestety, nie mamy czego przebijać. Cała moja niezwykła profesja opiera się wyłącznie na niepodważalnym kunszcie.
Chwała Ogniowi, przez te dziewięć lat nauczyłem się poprawnie postępować z książkami. W naszym środowisku mówi się: ten kucharz dobrze czyta. Ja czytam przyzwoicie. A to oznacza, że strony płoną jedna po drugiej, czarują klientów, mięso skwierczy, oczy błyszczą, gaża rośnie…
Książki są jak konie: bywają dzikie i nieobliczalne, jeśli nie znajdziesz do nich odpowiedniego podejścia. Ja się obchodzę bez szpicruty i ostróg. Czułość, tylko czułość… Dla mnie książki to nie jakieś drewno, jak się mawia w naszej podziemnej kucharskiej społeczności. Wszakże książka to cały świat, chociaż na zawsze miniony. Pod tym względem jestem romantykiem. W końcu urodziłem się jako syn humanisty, wnuk stomatologa, prawnuk adwokata, praprawnuk rabina. I wiem jedno – jeśli kochasz książkę naprawdę, ona odda ci całe swoje ciepło. A ja kocham klasykę rosyjską, chociaż nawet do połowy nie przeczytałem żadnej rosyjskiej powieści. Ale nie będę smażyć steku na pisarzu drugiego gatunku typu Maksyma Gorkiego. Całą klasykę ja i moja mądra pchła znamy na pamięć: fabuła, biografia autora ze wszystkimi szczegółami, data wydania papierowego polana. To musi wiedzieć każdy kucharz, nawet jeśli w ogóle nie umie czytać książek. A takich ludzi jest wśród nas, niestety, coraz więcej. Choć z pewnością, aby dobrze przeczytać książkę, kucharz wcale nie musi jej przeczytać. Paradoks XXI wieku. „O tempora, o mores!” – jak mawiał mój świętej pamięci ojciec profesor. A ja, będąc chłopcem, myślałem, że mówi o tempurze, którą przygotowali w japońskiej knajpie na sąsiedniej ulicy. Już wtedy obudziła się we mnie dusza kucharza.
Przez te dziewięć lat to właśnie literatura rosyjska przyniosła mi bardzo przyzwoity dochód. Dzięki jej płonącym stronicom przeszedłem trudną drogę od szeregowego kucharza w podziemnych knajpkach Hongkongu do chefa z trzema gwiazdkami na zamówienie i teraz mogę sobie pozwolić na życie z występów wyjazdowych, na tułanie się po świecie. No i oczywiście – Doświadczenie, Doświadczenie, jeszcze raz Doświadczenie, „syn popełnionych błędów”. A matką jego – Przypadek. A ojcem – Intuicja.
Wszystko, wszystko przychodzi z wiekiem…
Tak więc książkę trzeba kochać. Nic dziwnego, że mój mentor Zokal, który dostał dożywocie za legendarny nocny bankiet w Bibliotece Ateńskiej, mawiał: „Książka to najlepszy prezent”. Na jego czterdzieste urodziny my, wówczas jeszcze kuchciki, wręczyliśmy mu pierwsze wydanie “Doktora No”, wiedząc, że przygotowuje on ogromne grill party na dziełach zebranych Fleminga dla familii pewnego amerykańskiego miliardera, sfiksowanego na punkcie Bonda.
Niech zatem żyją właściwe książki w ogniu!
Dzisiaj była barrrdzo właściwa klasyka: dzieła Fiodora Dostojewskiego wydane za jego życia. Klient – bogaty Niemiec z Berlina. I siedmioro gości płci obojga. Naturalnie rosyjskie menu: kawior, wódka, pirozhki + jedyne ciepłe danie w moim wykonaniu – jesiotr na Dostojewskim.
Wszystko poszło gładko. Książka przeczytana idealnie – nie za szybko, nie za wolno, minimum dymu. Klasyka. Byłem w formie. Biegłość kucharza w kartkowaniu płonących stronic w celu utrzymania równomiernego ognia to jeden z najważniejszych elementów naszego zawodu. Kartki przewracamy specjalnym metalowym paskiem w kształcie miecza, zwanym w naszym środowisku excalibur. Każdy kucharz ma własny excalibur wykonany na zamówienie. Po ostatniej rewizji w Palo Alto korzystam z nowego – tytanowego, z kościanym uchwytem.
Mój miecz nie zawiódł mnie i tym razem.
Osiem szpikulców z nadzianymi apetycznymi kawałkami jesiotra zaserwowałem na srebrnym talerzu, bez zieleniny i dodatków. Klasyka gatunku. I louis roederer z rocznika mojej dojrzałości.
– Bon appétit! – Mężczyzna uprzejmie powitał gości.
Poprzedzająca rozmowa towarzyska, komentarze do moich manipulacji nad rusztem, okrzyki i wykrzykniki – wszystko ucichło, gdy przed każdym na talerzu znalazł się szpikulec z jeszcze skwierczącym szaszłykiem za 5000 funtów + ewentualny wyrok pięciu lat za kratkami. Te dwie liczby widziałem w źrenicach smakoszy. Biało-bursztynowego, pokrytego złotą skórką jesiotra spowijał dymek.
W kompletnej ciszy osiem kielichów zetknęło się, zabrzęczało. Skosztowawszy szampana, kobiety i mężczyźni chwycili za sztućce. Zgrzytnęły noże, widelce posłały do ust dymiące kawałki ryby.
I dobiegły ledwo słyszalne dźwięki ostrożnego przeżuwania.
Kobiety i mężczyźni żuli przestępstwo.
Ten dźwięk i to uroczyste milczenie są nieporównywalne z niczym. Niewidzialna nagroda, niemierzalna pieniędzmi i ryzykiem. Taka nasza niebagatelna muzyka. Cage by pozazdrościł.
Później wszystko było przewidywalne: okrzyki i jęki, nerwowe dowcipy i pochwały dla mnie, całego na biało, stojącego przy ruszcie:
– Maestro, przeszedł pan samego siebie!
– Suzanne, czy czujesz zapach stu tysięcy wrzuconych w ogień przez Nastazję Filipowną?
– Kochanie, a ty ile dziś spaliłeś dla mnie?
– Barbra, jesteśmy kryminalistkami!
– Ach, ta ryba ma posmak szaleństwa!
– Thomas, wstyd przyznać, ale po raz pierwszy jem jesiotra!
Miłe, bezpretensjonalne mieszczaństwo, mechanicznie podążające za modą. Klienci najbardziej przewidywalni i spokojni.

Noc:

Klub Bleibtreu; tequila z lodem po lekkiej kolacji + cygaro marki Arturo Fuente Opus X.
W zasadzie mało piję. I nie palę. Ale po udanym czytaniu mogę sobie pozwolić na wychylenie kilku szklaneczek tequili z lodem + zapalenie dominikańskiego cygara. Tequila z lodem to napój orzeźwiający, lekki i odświeżający. A cygara dominikańskie o wiele przyjemniejsze od kubańskich… Relax, relax, book’n’grill chef.
10 000 funtów za noc – niezła działka. Moja wycena przekroczyła już cenę książki. To znak jakości. A gdy rośnie wycena, rośnie też uczucie głębokiej satysfakcji. Status, status, book’n’grill chef. Ogólnie rzecz biorąc, jestem zadowolony. I z zawodu, i z losu. Choć nie wszystko w moim życiu szło gładko. Ale dla naszego brata book’n’grillera blizny to rzecz normalna.
Zaciągając się cygarem, wyjmuję paczkę pięknych półprzezroczystych angielskich banknotów z samozadowoloną fizjonomią króla, wyciągam jeden, składam z niego cielca.
Wkładam do popielniczki i podpalam. To ofiara dziękczynna złożona cyfrowemu światu zapewniającemu nam pracę. Wykonuję ten rytuał za każdym razem po udanym wieczorze. Dzisiejsze pieniądze palą się okropnie, trzeba podpalać i podpalać…
Gdyby ludzie nadal drukowali i czytali książki, w najlepszym przypadku grillowałbym doradę w jakimś hotelu w kurorcie, w najgorszym – gotował spaghetti w knajpach rodzimego Budapesztu. I nigdy bym nie został szefem kuchni: nie umiem zarządzać ludźmi. Ale, chwała Ogniowi, już od dawien dawna stoi i rdzewieje światowa maszyna drukarska. Epoka Gutenberga zakończyła się całkowitym zwycięstwem energii elektrycznej.
W naszym świecie nadal drukuje się tylko pieniądze. Nawet znaczki pocztowe odeszły w zapomnienie. A banknoty – żyją…
W przeciwieństwie do książek pieniądze słabo się palą. Dlatego na nich się nie smaży.
Zaskakujące, że gotówka jest nadal w obiegu. O, Asygnato! Okazałaś się niewiarygodnie trwała w oceanie elektronicznych błysków.
A jednak: niech żyje Literatura!
Gdy ludzkość przestała drukować książki, a z najlepszych z tych już istniejących uczyniono eksponaty muzealne, na świecie narodził się book’n’grill. Ludzi od zawsze pociągał zakazany owoc. Dziewięćdziesiąt procent wydrukowanych przez ludzkość książek oddano na przemiał lub po prostu wyrzucono na wysypiska, żeby nie zagracały przestrzeni w mieszkaniach. Te pozostałe dziesięć, chronione w muzeach i bibliotekach, natchnęły zaś najlepszą część ludzkości niesamowitą pasją. Pierwszy stek usmażono dwanaście lat temu w Londynie na płomieniu pierwszego wydania “Finneganów trenu” skradzionego z British Museum.
Przygotowało go i zjadło czterech zacnych mężów: psychoanalityk, florysta, makler giełdowy i kontrafagocista. Tak narodził się book’n’grill. To zapoczątkowało wielką pasję, która stała się przez te śpieszne lata wielką tradycją.
Zatem Anglicy stali się wówczas „the champions, my friend”. Czterech dżentelmenów, którzy sprezentowali światu nową modę, nazwano nowymi Beatlesami; imiona trzech z nich pokrywały się z imionami czwórki z Liverpoolu: John, George i Paul. Kontrafagocista miał na imię Gregor. I tamci, i ci współcześni błyskawicznie wdarli się do świata powojennej Europy. Tak, po wojnie wszystkim, wszystkim nagle desperacko zachciało się poczytać. Włamywacze wyciągnęli ręce po księgozbiory, a smakosze i złota młodzież ruszyli do pierwszych podziemnych czytelni. Później napłynęli tam też zwykli obywatele. To były złote czasy… Ci, którzy znaleźli się wtedy w odpowiednim miejscu, porządnie nabili sobie kabzę: podrzędny kucharzyna wyhaczony w budzie street food w parę miesięcy dorabiał się majątku. Ech, gdybym się urodził z pięć lat wcześniej… W tamte szalone lata zaczarowana procesem ludność nie zwracała uwagi na jakość. Czytało się wówczas, jak to mówią, „na przełaj”: dym, sadza, opary. O jakości jedzenia lepiej nie wspominać: bogate dupki z dnia na dzień stawały się smakoszami, przełykały wyschnięte steki z piotrosza na “Starym człowieku i morzu”, przypalonego dorsza na Dos Passosie i niedosmażoną wieprzowinę na Szwejku…
Ale już po pół roku, kiedy grabieże muzeów i bibliotek na całym świecie stały się banałem, ludzkość musiała ogłosić book’n’grill zbrodnią nie tylko przeciwko kulturze, lecz także przeciwko cywilizacji w ogóle. Karzący miecz prawa zawisł i nad kucharzami, złodziejami książek oraz ich klientami, i nad gośćmi, którzy zapragnęli skosztować combra z jagnięciny na “Don Kichocie” lub steku z tuńczyka na “Moby Dicku”. Pierwsze procesy sądowe były głośne i, naturalnie, zakończyły się surowymi wyrokami: ludzkość strzegła swego dziedzictwa kulturowego. Oświecona część społeczeństwa bała się, że bez muzealnej książki Homo sapiens ostatecznie zamieni się w małpę z iPhone’em w łapie. W ten sposób książki trafiły do Czerwonej Księgi.
I – doskonale. To od razu podniosło dziesięciokrotnie cenę za book’n’grill. Amatorzy odpadli. Czytać zaczęli prawdziwi zawodowcy. Pojawiła się Kuchnia z tradycją, rytuałem, hierarchią, finansami, służbą bezpieczeństwa. Ale wzrosło też ryzyko. Ludzie zaczęli dostawać surowe wyroki. W ogóle podziemnych kucharzy na początku wrzucono do ewidencji międzynarodowych terrorystów. To zdecydowanie była przesada, ale kryminalny smrodek ciągnie się za nami i zdaje się, że zostanie na zawsze. I już się z tego nie oczyścimy, panowie. Jesteśmy kometami book’n’grillu i nie ma już odwrotu. Z własnego doświadczenia powiem: ten, kto trzymał skwierczącą wołowinę nad płonącym Szekspirem kupionym pod lufami pistoletów, kto stał w śnieżnobiałej czapce kucharskiej, budyniówce, patrząc na twarze uważnie przeżuwających nadzianych gości, arystokratów, polityków, gangsterów i celebrytów, kto dostał ciężką „pajdę” w kopercie za swój wysiłek, ten nigdy już nie stanie przy garach w zwykłej restauracji. I nad całym tym luksusem wisi miecz prawa. Para ze skwierczących steków skrapla się na zimnym ostrzu tego miecza, krople ostrzegawczo spadają nam na głowy: kap, kap, kap…, 6 lat, 9 lat, dożywocie… Mnie te krople już nie przerażają, ale dyscyplinują. Jestem doświadczoną, zgłodniałą bestią. Dbam o swoją formę, oglądam się za siebie, węszę, zapętlam i zacieram ślady. Ryzyko, ryzyko. Ale czym jest życie bez ryzyka? Owsianka z dżemem, banalna praca za banalną pensję, emerytura, starość, grób…