Przeszłość nie chce być pogrzebana. A prawda wcale nie wyzwala… Michelle Paver w książce “Przepaść” opowiada historię brytyjskiej wyprawy na Kanczendzongę…


PrzepaśćKanczendzonga. Mityczna góra, trzeci co do wielkości szczyt na Ziemi. Jej lawiny są zabójcze, a rozrzedzone powietrze i ekstremalne wysokości wywołują zaburzenia, które mogą doprowadzić do obłędu…

Himalaje, rok 1935.

Pięciu Anglików wyrusza z Dardżyling, pragnąc zdobyć święty szczyt. Ich odwaga i upór nie zachwieją się, aż do czasu…

Góra nie jest ich jedynym przeciwnikiem – jeszcze jedno, koszmarne niebezpieczeństwo czai się w przepaści…

Michelle Paver
Przepaść
Przekład: Maciej Miłkowski
Wydawnictwo Czwarta Strona
Premiera: 23 maja 2018
 

Przepaść


Czy popełniliśmy błąd, próbując zdobyć Kanczendzongę? Niektórzy powiedzieliby, że tak, że to grzech oblegać najwyższe góry na Ziemi. Co więcej, spośród trzech najwyższych szczytów – Mount Everestu, K2 i Kanczendzongi – doświadczeni himalaiści właśnie tę ostatnią uważają za najbardziej zabójczą. Wznosi się nieco z boku, jej lawiny są legendarne, a rozrzedzone powietrze przyprawia o rozstrój nerwowy – można wręcz rzec, że przeraża. Wszystko to wystawia na ciężką próbę siłę charakteru najdzielniejszych ludzi.
Mimo to trwam w przekonaniu, że zdobycie jej byłoby najczystszym wyrazem samego ducha Imperium: podbojem nieznanego, triumfem Człowieka nad Naturą. Tak, nasz atak na Kanczendzongę się nie powiódł. Tak, nasza Ekspedycja zakończyła się tragicznie. Sądzę jednakże, że ci z nas, którzy przetrwali, mają prawo kroczyć z podniesioną głową, jako że, mimo straszliwych warunków, zdołaliśmy wyrwać ciała naszych poległych towarzyszy z lodowego uścisku góry i pochować ich w sposób godny Anglików, z oddaniem należnych honorów, za które zapłacili tak wysoką cenę.

generał sir Edmund Lyell,
Skrwawieni, lecz niezłomni: atak na Kanczendzongę, 1907

Edmund Lyell to pompatyczny gaduła i trzeciorzędny himalaista, który zlekceważył Kanczendzongę, co okazało się zabójcze i pogrążyło naszą ekspedycję. Zręcznie przydał samemu sobie rozgłosu i stał się bohaterem narodowym, spisawszy „bestsellerową” kronikę naszej tragedii. Jego książka w dużej mierze pomija jednak to, co mnie samego nadal prześladuje kilka dziesięcioleci później, a mianowicie fakt, że chociaż góra zabiła pięciu naszych ludzi, to złożyć na wieczny odpoczynek zdołaliśmy jedynie czterech.
prywatne pamiętniki kapitana Charlesa Tennanta,
nieopublikowane

1.

DARDŻYLING, BENGAL ZACHODNI,
kwiecień 1935

– ACH, WIĘC TUTAJ PAN JEST, doktorze Pearce! – Córka Charlesa Tennanta sunie ku mnie przez trawnik z dwoma angielskimi springer spanielami u stóp. – Ta okropna mgła, nie zobaczy pan teraz góry, jaka szkoda!
– Możliwe, że później się przejaśni – odpowiadam, pochylając się, by pogłaskać psy.
– Nie ma mowy, niebo jest całkiem zaciągnięte. Lepiej niech pan wróci do środka. Nie chcemy, by lekarz ekspedycji złapał przeziębienie jeszcze przed wyruszeniem w drogę!
– Dziękuję, tak właśnie zrobię, gdy tylko dokończę papierosa.
– Słusznie – odpowiada z wymuszonym, niewyraźnym uśmiechem.
Millicent Tennant ma około czterdziestki i robi wrażenie w swoim tweedowym ubraniu. Lata zaciskania warg sprawiły, że od ust do podbródka wyryły się jej dwie bruzdy, jak u lalki brzuchomówcy. Najwyraźniej bardzo lubi wchodzić ludziom w drogę i w ogóle nie pochwala mojego wymknięcia się z jej herbatki; być może podejrzewa, że będę chciał ukradkiem zbliżyć się do jej ojca. Strzeże Charlesa Tennanta jak smok skarbu. Z wyraźną satysfakcją oznajmiła nam, że starszy pan miał „atak” tuż przed naszym przybyciem i nie będzie mógł zobaczyć ani nas, ani nikogo innego co najmniej przez tydzień.
– A wtedy już wszyscy będziecie na wyprawie, jaka szkoda.
Pozostali byli srodze zawiedzeni, ale mnie to nie obchodzi, ja jestem zachwycony, że w ogóle mogę tu być. Wprost trudno mi uwierzyć, że po wielu tygodniach podróży naprawdę stoję u podnóża Himalajów, ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza, w ogrodzie różanym Charlesa Tennanta – tego Charlesa Tennanta, ostatniego żyjącego uczestnika wyprawy Lyella.
Może to z braku snu, ale wszystko wokół mnie wydaje się jakoś nienaturalnie intensywne: zapach wilgotnych róż, śpiew tamtego ptaka; a gdzieś zza mgły dobiega mnie zew góry, na którą zamierzamy się wspiąć.
– Uwaga na krawędź, doktorze Pearce – ostrzega mnie Millicent Tennant. – Urwisko jest dość paskudne.
Wychylam się ponad niskim kamiennym murkiem i wstrzymuję oddech.
– Dobry Boże, faktycznie.
W mroku ledwie dostrzegam czerwonawy zarys wioski widoczny daleko w dole. Szczyty drzew pode mną są ponuro nieruchome. Niemal na wyciągnięcie ręki na gałęzi kręci się jakiś ciemny kształt. Pewnie to jeden z tych makaków, przed którymi mnie ostrzegano.
Faktycznie żałuję, że nie widać góry. Dotarłem późno do Dardżyling i w Klubie Plantatorów znalazłem entuzjastyczny liścik od Kitsa, w którym zapraszał mnie na herbatkę z Charlesem Tennantem! Kto wie, może ja będę tym, któremu uda się skłonić go do przerwania jego słynnego milczenia! Kiedy dotarłem do domku starszego pana, po przejażdżce telepiącą się dwukółką, zwaną tutaj tongą, przez zamglone plantacje herbaty, pozostali zapewniali mnie, że jeszcze godzinę temu cieszyli się „zdumiewającymi widokami”. Zanim jednak zdołałem wyrwać się z salonu i znaleźć drogę do ogrodu, nadciągnęły chmury i przesłoniły górę.
Chmury unoszą się wokół mnie. Ich wilgotna, cicha inwazja przedwcześnie okryła popołudnie mrokiem.
– Czy wspominałam już, że znam rodzinę pańskiej narzeczonej? – mówi Millicent Tennant, spoglądając pogardliwie na moją papierośnicę z kolejnym wymuszonym uśmiechem. – Pańskiej byłej narzeczonej, powinnam była powiedzieć.
– Doprawdy? – odpowiadam mrukliwie. – Nie miałem pojęcia.
– O tak, biedna, kochana Clare to moja ulubienica. Zachowuje się teraz bez zarzutu. Złego słowa o panu nie powie. – Obserwuje moją twarz, a jej wąskie oczy aż lśnią ciekawością. Biedna Clare, faktycznie. Nie zamierzam jednak przepraszać teraz Millicent Tennant. Dość się już naprzepraszałem w Londynie. – To było tak strasznie niespodziewane – zauważa. – Niewiele ponad tydzień przed wielkim dniem.
– To prawda, niespodziewane. Ale Clare zgadza się ze mną, że tak było najlepiej.
I nie, prędzej szlag mnie trafi, niż opowiem ci, dlaczego zerwałem zaręczyny, abyś mogła rozpowiedzieć to całemu Dardżyling. Co zresztą miałbym powiedzieć? Że nagle zorientowałem się, że nie wiedzieć kiedy zacząłem zmieniać się w swojego brata?
Cisza się przedłuża. Moja gospodyni unosi ostro zarysowane brwi.
– No cóż – mówi kwaśno. – Inni będą się zastanawiać, gdzie pan zniknął. Pański brat, biedaczysko, jest raczej nie w sosie.
Uśmiecham się, słysząc ten eufemizm. Kits zrobił, co mógł, by oczarować panią Tennant i móc zobaczyć się z Charlesem, a kiedy mu się to nie udało, wpadł w posępny nastrój.
– Kits jest nieco przygnębiony – wyjaśniam. – Już jako chłopiec podziwiał członków wyprawy Lyella. Zna na pamięć długie fragmenty Skrwawionych, lecz niezłomnych. Bardzo liczył na spotkanie z kapitanem Tennantem.
– Och, jaka szkoda – mówi, strącając liść ze spódnicy. – Cóż, muszę wracać do moich gości. Niech pan pamięta, że jesteśmy w tropikach. Ciemność zapada tu szybciej, niż jest pan przyzwyczajony.
– Dziękuję, wezmę to pod uwagę.
Gdy wreszcie znika, zapalam kolejnego papierosa i pozwalam, by mgła i zapach wilgotnych róż wymiotły ją z mojej pamięci.
Wychylam się przez murek. Trudno uwierzyć, że tam w dole jest parna, malaryczna dżungla. Według Kitsa nasza góra znajduje się niecałe osiemdziesiąt kilometrów od nas, ale żeby do niej dotrzeć, potrzeba będzie trzech tygodni forsownego marszu.
Żołądek kurczy mi się z podniecenia. Udało ci się, Stephen, naprawdę ci się udało. Koniec z Londynem, koniec z Clare, koniec z przepraszaniem. Nic prócz śniegu, lodu i skał. Miliony kilometrów od bezładnej plątaniny ludzkich uczuć.
To dziwne, ale odkąd mój statek wypłynął z Southampton, niemal nie dopuszczałem do siebie myśli o samej górze. Może bałem się, że to przyniesie pecha. Wyobrażałem sobie zwyczajny biały szczyt, przypominający Szklaną Górę z książeczek dla dzieci.
Ale teraz wszystko to nagle stało się realne. Nieważne, że nie mogę jej teraz zobaczyć. To ona wysłała te chmury. Przez te chmury jej obecność jest niemal wyczuwalna. Czuję na skórze jej chłodny, oślizgły oddech.
Wyruszamy za trzy dni. Nie mogę się doczekać.

MIAŁA RACJĘ: noc zapadła tak szybko, jak trzaska się drzwiami.
Kiedy wlokę się z powrotem przez trawnik, ciemność zdaje się sunąć krok za mną. Nad murkiem pojawia się jakaś głowa, a po chwili do środka wdziera się ciemna sylwetka. Makaki przejmują ogród.
Idę w stronę świateł wylewających się z francuskich okien werandy. U stóp schodów uderzam piszczelem w stertę kamieni i klnę.
– Kto tam jest?! – woła jakiś męski głos: ostry, szlachetny, stary.
O Boże, to nie są drzwi do salonu, pomyliłem drogę.
– Bardzo przepraszam, ja…
– Nie stój tam jak idiota, tylko wejdź i zamknij za sobą te przeklęte drzwi!
Znalazłem się w dużym obskurnym gabinecie, w którym unosi się smród gęstego dymu papierosowego. Drewno trzeszczy w kominku, na podłodze leży liniejąca tygrysia skóra, lampa z kloszem z frędzlami ledwie rozprasza panujący w pokoju mrok. Wszędzie widać przybory palacza: ozdobne zapalniczki, kasetki na cygara, mosiężne stojące popielniczki. Na biurku z drzewa sandałowego leżą sterty papierów przytrzymywanych hinduskimi bibelotami: zabójczym zakrzywionym sztyletem, przerażającą drewnianą maską z wyłupiastymi oczami. Na mahoniowym pudle leży jakiś miejscowy rodzaj trąbki rzeźbionej w kości, która wyraźnie była kiedyś ludzką kością udową.
Właściciel głosu siedzi przygarbiony w głębokim fotelu w rogu, z dala od światła. Nogi przykryte ma kraciastym pledem. Jest stary, ale wygląda na silnego: ma szerokie ramiona, burzę srebrzystych włosów, wąskie nieruchome oczy, którymi mnie teraz lustruje. Jego koścista twarz usiana jest popękanymi naczynkami i uderzająco odmienna od tej ze słynnej fotografii, na której stoi, szczerząc się do obiektywu u boku Edmunda Lyella. Wystająca szczęka i skośne brwi są jednak nie do pomylenia.
Na moment znów jestem małym chłopcem, który z podziwem wpatruje się w swojego bohatera.
– Pan to Charles Tennant – mamroczę bezmyślnie.
– Wielkie brawa – chrypi w odpowiedzi.
– Ogromnie pana przepraszam, próbowałem znaleźć drogę do salonu…
– Nie histeryzuj, nie znoszę histeryzowania! Skoro już tu jesteś, to możesz zostać!
Mój Boże, to naprawdę on. Podchodzę do niego i wyciągam rękę, powstrzymując niezbyt szlachetny przypływ podniecenia: biedny Kits, zzielenieje z zazdrości.
– Nazywam się Stephen Pearce, proszę pana. Miło mi pana poznać.
– Nie wyglądasz na wystarczająco dorosłego, aby być lekarzem – mamrocze, ignorując moją wyciągniętą dłoń.
– Mam trzydzieści cztery lata – mówię, pozwalając sobie na lekki uśmiech.
– Były jakieś problemy z lekarzem, jak się zdaje?
– Zastąpiłem poprzedniego w ostatniej chwili. Złamał nogę w wypadku motocyklowym trzy dni przed wypłynięciem… – Głos załamuje mi się z zażenowania. Tennant nie siedzi w zwykłym głębokim fotelu, to jest fotel inwalidzki, taki, którym można jeździć samemu, z drewnianymi uchwytami przy obręczach kół. Charles Tennant stracił stopy z powodu odmrożeń.
Uśmiechając się ponuro na widok mojego zażenowania, domaga się odpowiedzi, dlaczego kląłem na jego werandzie. Wspominam coś o kamieniach, a on odpowiada ponurym warkotem.
– To jest grób, nie zauważyłeś? Foksteriera mojego wnuka. Głupi mały urwis wpadł pod koła tongi. Pies, nie chłopak.
Zaciskam usta i kiwam głową. Wtedy wpada mi w oko duża oprawiona fotografia wisząca na ścianie za biurkiem i natychmiast zapominam o wszystkim innym.
Ten widok działa na mnie jak muzyka – przeszywająca na wskroś głęboka, wyrazista nuta. To coś zupełnie innego niż Everest, Annapurna czy K2. To nie jest samotny trójkątny szczyt, ale raczej szeroki muskularny masyw o kilku chaotycznie ułożonych wierzchołkach z jednym postrzępionym, górującym nieznacznie nad pozostałymi. Kanczendzonga.
Nie ma powszechnej zgody, co właściwie znaczy ta nazwa. Większość opowiada się za „Pięć skarbów pod wielkim śniegiem”. Do czego jednak miałoby się to odnosić? Do szczytów? Do pięciu gigantycznych lodowców spływających ze zboczy?
Wzruszenie chwyta mnie za serce, czuję to dziwaczne ukłucie zapału i grozy, jakie zawsze towarzyszy mi przed wspinaczką. Zdobędziemy tę górę. Będziemy pierwszymi ludźmi na świecie, którzy staną na szczycie.
Tennant patrzy na fotografię ze zmrużonymi oczami, jakby sam widok sprawiał mu ból. Po chwili z jakimś dziwnym nerwowym skurczem odwraca się od zdjęcia.
– Lepczowie nazywają ją Kong Chen – mamrocze. – To znaczy „Wielki kamień”. Nie powstrzymuje to tych przeklętych głupców od oddawania jej czci.
– Czy widać ją stąd, proszę pana? Wydaje mi się, że te francuskie okna wychodzą na północ, chociaż teraz oczywiście jest ciemno…
– Zdjęcie zrobiono stamtąd, gdzie teraz stoisz – mówi Tennant z niepokojącą goryczą w głosie. – Nigdy nie wiadomo, kiedy się pojawi.
Kurczowo ściska rękami kolana. Jego dłonie są duże i silne, pokryte siatką niebieskich żył, knykcie zbielały od zaciskania dłoni.
Zastanawiam się, jak może znieść to, że ma górę zawsze przed sobą: nieustanne przypomnienie o towarzyszach, którzy nie zdołali wrócić. Zastanawiam się, co naprawdę widzi, kiedy wpatruje się w to zdjęcie.
Zaczynam żałować, że nie ma tu ze mną pozostałych, bo czuję się teraz jak nieprzygotowany uczeń. Planowałem poczytać o wyprawie Lyella w czasie rejsu, ale bagażowi zgubili moją torbę z książkami w Southampton, mam więc teraz jedynie mgliste pojęcie o tym, co się wtedy zdarzyło: zamieć śnieżna, lawina, pięciu martwych.
Starszy człowiek siedzi skulony na swoim fotelu inwalidzkim. Jest zupełnie inny, niż się spodziewałem. W Skrwawionych, lecz niezłomnych Charles Tennant jest taki zabawny: niezwykle sympatyczny facet, którego każdy chciałby mieć za przyjaciela. W jaki sposób zmienił się w ten zgorzkniały, nerwowy wrak człowieka?
Pewnie to, przez co przeszedł, złamałoby niejednego – chociaż wedle wszelkich świadectw nie zdołało to zmienić samego Edmunda Lyella. Stracił nogę i dłoń, ale osiągnął życiowy sukces: książka, objazdy z wykładami, tytuł szlachecki…
Tennantowi nic nie umyka.
– Rozwiałem twoje iluzje, co? Nie jesteś chyba kolejnym przeklętym idiotą, który podziwia nas od czasów przedszkola?
– Nie – odpowiadam spokojnie. – Podziwiałem, póki nie skończyłem dziewięciu lat. Wtedy starszy brat przechwycił mój egzemplarz Skrwawionych, lecz niezłomnych. Pije teraz herbatkę w pańskim salonie. Dałby wszystko, aby być tutaj, móc z panem porozmawiać.
– Czy to ten idiota, który zdecydował, że pójdziecie naszą drogą przez południowo-zachodnią ścianę?
– Nie wiedziałem, że tamtędy idziemy – mówię zaskoczony.
– Co, nie wiesz nawet, którędy idziecie?
Niech to szlag, Kits, mogłeś mi powiedzieć.
– Jak już panu mówiłem, zastąpiłem poprzedniego lekarza w ostatniej chwili. Sądzę… że wybrali tę drogę, bo jest najlepsza.
– Jest, ale i tak wam się nie uda.
– Dlaczego nie? Wam prawie się udało.
Przez moment waha się i przybiera powściągliwy wyraz twarzy.
– Udałoby nam się, gdyby nie Lyell. Nie wierz w te jego tandetne opowieści. Był marnym alpinistą, fatalnym dowódcą i próżnym człowiekiem. Tak zwani bohaterowie często tacy są.
Mówi z tak zajadłą nienawiścią, że nagle przypominam sobie, że ma już ponad sześćdziesiąt lat i, jeśli wierzyć jego córce, nie jest z nim najlepiej.
– Ta południowo-zachodnia ściana – próbuję. – Jest z nią jakiś problem?
– Problem… – odpowiada mrukliwie. Rzuca okiem na fotografię i nagle wzdraga się, jakby przeszedł go dreszcz. Na jego twarzy na moment pojawia się coś, co bardzo przypomina strach. Po chwili to mija i Tennant odzyskuje panowanie nad sobą. – Jaki mógłby być problem – chrypi – na najbardziej niebezpiecznej górze na świecie? Znasz Himalaje, co? Wspinałeś się już tutaj?
– Nie, proszę pana. Jestem pierwszy raz w Indiach.
– Dobry Boże w niebiosach… – mówi, rzucając mi współczujące spojrzenie, od którego się rumienię.