“Złoty atlas” to rzetelnie przygotowane, napisane z ikrą i pięknie ilustrowane, fascynujące kompendium historii odkryć geograficznych.


Złoty atlasAutor międzynarodowego bestsellera “Atlas lądów niebyłych” (REBIS 2017) powraca z pasjonującą historią odkryć geograficznych zilustrowaną najrzadszymi, najpiękniejszymi mapami w dziejach kartografii.

To fascynujące kompendium, pełne zaskakujących faktów, które obficie czerpie z najnowszych badań.

***

Wyśmienita rzecz. Rzetelnie przygotowana, napisana z ikrą i pięknie ilustrowana. Urzekająca!
„Times Literary Supplement”

Edward Brooke-Hitching, syn antykwariusza, jest autorem Fox Tossing, Octopus Wrestling and Other Forgotten Sports (2015) i nieuleczalnym mapofilem. Mieszka w Londynie wśród stert zakurzonych starych map i książek.

Edward Brooke-Hitching
Złoty atlas
Przekład: Janusz Szczepański
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 27 listopada 2018
 
 

Złoty atlas


WSTĘP

Podążając za blaskiem słońca, opuściliśmy Stary Świat.
Krzysztof Kolumb

Mapy, trzeba powiedzieć, nie do końca są tym, czym się wydają. Przez całe dzieje różne kultury wykuwały, rysowały i drukowały swoje przestrzenne wizje świata, wykorzystując wszelkie dostępne materiały. Na piaskowcu z ery permu we włoskiej Val Camonica widnieje tak zwany petroglif z Bedoliny, wycięty ok. 1500 roku p.n.e. przez ludzi z epoki żelaza, którzy usiłowali się połapać w otaczającym ich świecie. Pojawiające się od XIII wieku malowane na pergaminie mapy zwane portolanami stanowiły awangardę nowej, praktycznej dokładności kartograficznej; wykonany ze skóry cielęcej nośnik dobrze znosił bryzgi morskiej wody, od których papier rozmiękłby w sekundy. Są też znaczniej rzadsze kurioza, jak gigantyczne płócienne mapy XIX-wiecznych misjonarzy zawierające informacje o liczbie pogan oczekujących na chrzest (por. rozdział „David Livingstone, Henry Morton Stanley i Czarny Ląd”) czy składane jak parasol bawełniane globusy lub misternie grawerowane srebrne monety wiktoriańskich wielbicieli map, którzy chcieli nosić świat ze sobą po mieście.
Jednakowoż – przy całej tej różnorodności – dla wszystkich map, jakie w ogóle wydano, jest jedna wspólna rzecz, zasadniczy składnik przesycający każdą ich kartograficzną cząsteczkę: historia, która je ożywia i wypełnia burzliwymi stuleciami ludzkich przedsięwzięć niezbędnych do nagromadzenia ukazanej na nich wiedzy. Pomyślmy, czym był każdy drobny łuk linii brzegowej czy meander rzeki dla ich odkrywców: brylantem informacji wyrwanych z niezmierzonych ciemności za znanym horyzontem, trofeum potencjalnie cenniejszym niż pełna kosztowności ładownia, gdyż mogło prowadzić do nieskończonych bogactw w głębi kontynentu. Mapy są jak gobeliny precyzyjnie utkane z przygód żeglarzy i inicjatyw eksploracyjnych monarchów, zdobywców, korporacji, uczonych oraz samotnych łowców skarbów. Wszystkich ich łączyła wspólna motywacja: rozwiać mgłę białych plam.
Myślą przewodnią Złotego atlasu jest przełożenie tej kartograficznej narracji na opowieść o największych odkrywcach, naświetlenie sposobu, w jaki ich pionierskie wyczyny wplatają się w historyczną osnowę mapy, oraz pokazanie, jak świat nowożytny nabierał kształtu pod piórkiem czy prasą drukarską jej twórców. W równej mierze chodziło też o to, by zilustrować te historie najpiękniejszą kolekcją map, jaka kiedykolwiek trafiła na półki księgarskie. Niektóre z nich, swoiste metryki urodzenia nowych państw, okryły się niesławą. Inne rzadkie, nadzwyczajnej wartości egzemplarze trafiają do publikacji po raz pierwszy, co zawdzięczam najrozmaitszym źródłom: nie tylko muzeom i bibliotekom, lecz także zbiorom prywatnym i antykwariatom z całego świata. Na przykład portolan Maggiola, zamieszczony w rozdziale „Rejs Verrazana wzdłuż Wschodniego Wybrzeża Ameryki Północnej”, jest obecnie wyceniany na 10 mln dolarów (to najcenniejsza mapa, jaka kiedykolwiek pojawiła się na ogólnodostępnym rynku). I każda z nich, od lokalnych po globalne, ma co opowiadać.
Rozpoczynamy wprawdzie od najwcześniejszych udokumentowanych odkryć starożytnych, ale historia naszego orientowania się na morskich bezdrożach jest znacznie starsza. Tworzyli ją pierwsi wielcy żeglarze – Polinezyjczycy. W latach 3000–1000 p.n.e. ci fenomenalni podróżnicy przemierzali w swych łodziach z bocznymi pływakami cały Pacyfik, posługując się tylko znajomością prądów oceanicznych, układów fal i gwiazd przekazywaną w tradycji ustnej – czyli poniekąd mapami w formie słownej. Te wczesne przedsięwzięcia nie są w żaden sposób poświadczone, lecz archeologia dostarczyła dowodów migracji Polinezyjczykw z Melanezji na archipelagi Tonga i Samoa, potem na wschód, na Wyspy Towarzystwa i Wyspę Wielkanocną oraz na Hawaje i Nową Zelandię. Zapisy historyczne dotyczące eksploracji świata pojawiły się dopiero wraz z podróżami starożytnych Egipcjan badających dolny bieg Nilu, Morze Czerwone i dalsze akweny – wiemy o nich jednak tylko z lakonicznych wzmianek w pismach autorów greckich i rzymskich, jak Herodot, Strabon i Pliniusz, którzy dysponowali materiałami dla nas dawno utraconymi.
Najwcześniejsze wysiłki zmierzające do tworzenia sieci handlowych przynosiły postęp bardzo powolny i fragmentaryczny. Olbrzymi progres w zakresie odkryć geograficznych nastąpił dopiero w epoce zdobywców. Dzięki kampaniom Aleksandra Macedońskiego z IV wieku p.n.e. i późniejszej ekspansji imperium Rzymian wielki geograf Klaudiusz Ptolemeusz mógł już przedstawić świat z bezprecedensową dokładnością, posługując się rewolucyjnym matematycznym układem współrzędnych. Gdy po upadku cesarstwa rzymskiego Europa romańska pogrążyła się w mrokach wczesnego średniowiecza, najznamienitszych odkryć dokonywali podróżnicy z krajów położonych daleko od jej granic. Szerzący się niczym pożar buszu islam zjednoczył rozległą mozaikę krain od Hiszpanii po Bliski Wschód, co dało arabskim uczonym swobodę podróżowania. W tym samym czasie Skandynawowie zaczęli się wypuszczać na burzliwy północny Atlantyk i dotarli do Islandii, Grenlandii, a pod koniec X wieku – przez czysty przypadek – nawet do „Winlandii” (Ameryki Północnej).
Eksploratorskie sukcesy wikingów nie odbiły się jednak większym echem na Starym Kontynencie. Kolejna fala odkryć nastąpiła dopiero wskutek ekspansjonizmu Mongołów. Zaprowadzony przez Wielki Chanat porządek umożliwił w XIII wieku kupcom z Europy (w tym sławnemu Marcowi Polo) stosunkowo bezpieczne przemieszczanie się po całej Azji. Bogactwo Wschodu odsłoniło się europejskim oczom, ale trasa lądowa była niepraktycznie czasochłonna i trudna – potrzebny stał się szlak morski, aby można było zabierać nabyte drogą wymiany jedwab i przyprawy dużymi, całostatkowymi partiami. Tak w XV stuleciu rozpoczęła się epoka wielkich odkryć. Ruszyły portugalskie wyprawy wzdłuż brzegów Afryki. Przy okazji poszukiwań drogi do Indii królowie starali się zdobyć i umocnić pozycję w lukratywnym handlu saharyjskim złotem i niewolnikami. Wreszcie w 1488 roku Bartolomeu Dias opłynął Przylądek Dobrej Nadziei, a dziesięć lat później Vasco da Gama dotarł do wybrzeża indyjskiego. Mniej więcej w tym samym czasie brytyjska ekspedycja dokonała śmiałej trawersaty północnego Atlantyku i odkryła Nową Fundlandię (patrz rozdział „Rejsy Johna Cabota do Ameryki Północnej”); również Hiszpanie zaczynali spoglądać na zachód, zgodziwszy się w 1494 roku pozostawić szlaki wschodnie Portugalczykom. Kolumb wyruszył za ocean w nadziei, że wygra w rywalizacji o znalezienie drogi morskiej do Indii, natrafił jednak na Nowy Świat (i nigdy nie przyjął do wiadomości, że nie udało mu się odnaleźć Orientu).
Bogactwa Ameryk miały przeobrazić Europę kosztem zniszczenia tamtejszych kultur, ale nie było to widoczne od razu. Priorytetem pozostawał szlak na Daleki Wschód. Przeszkodę kontynentalną na tej drodze pierwszy ominął Ferdynand Magellan. W sztormowej pogodzie wpłynął w cieśninę, którą nazwano jego imieniem, i w 1520 roku wychynął na przestwór Pacyfiku. Odkrycie złotych cywilizacji Azteków i Inków zaczęło jednak przyciągać do Ameryki Południowej nowy gatunek bezlitosnych eksploratorów – łowców skarbów. To żądza żółtego kruszcu sprawiła, że w 1513 roku Juan Ponce de León odkrył Florydę, a Hernán Cortés w latach 1517–1521 złupił Meksyk, co przypieczętowało upadek imperium azteckiego.
Iberyjskim zdobywcom deptali już po piętach Anglicy. Francis Drake opuścił Plymouth w 1577 roku i przez Cieśninę Magellana wypłynął na Ocean Spokojny. Zaczęła się łupieżcza kampania, która była wielkim wstrząsem dla Hiszpanów, kompletnie nieprzygotowanych na taką ewentualność, a ostatecznie zakończyła się pierwszym w historii angielskiej żeglugi opłynięciem globu. Następny był sir Walter Raleigh, któremu marzyła się inna zdobycz: mityczne El Dorado, za którym gonił z tragicznymi skutkami. Równocześnie krajan obu żeglarzy ogarnęła nowa obsesja – poszukiwanie Przejścia Północno-Zachodniego, które w teorii ułatwiłoby przedostawanie się z Atlantyku na Pacyfik, jeśli nie w poprzek kontynentu amerykańskiego, to ponad nim. Wzbudzone w ten sposób nadzieje na lepszy dostęp do rynków dalekowschodnich stały się zaczynem nowego zjawiska: zawiązywania się kompanii handlowych. Te monopolistyczne organizacje rychło urosły do potęgi i zamożności porównywalnych z królestwami. Angielska Kompania Moskiewska wysyłała misje handlowe w głąb Rusi i do Azji Środkowej, poszukując Przejścia Północno-Wschodniego do Chin. Na szlakach południowych Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska konkurowała o zasoby Orientu z holenderską imienniczką (Vereenigde Oostindische Compagnie, w skrócie VOC), która później dzięki niedostępnym dla rywali szlakom – zebranym w tajnym atlasie The Sea Torch [Morska pochodnia] – dobiła się tak zdumiewającej fortuny, że po dziś dzień pozostaje najbogatszym przedsiębiorstwem w historii, wycenianym według aktualnych norm na siedem bilionów dolarów. (Dla porównania: obecny lider, korporacja Apple, w chwili oddania tej książki do druku była warta marne siedemset pięćdziesiąt miliardów). Prowadzona przez VOC z bazy na Jawie eksploracja w kierunku wschodnim zaowocowała odkryciem nowych lądów: najpierw Australii, a krótko potem Nowej Zelandii, i nowymi obsesjami.
W XVIII wieku stopniowo nastąpiło przesunięcie w stronę bardziej naukowego podejścia do odkryć, ucieleśnianego w kartografii przez zasadę, którą można by nazwać „mniej zdobnictwa, więcej matematyki”. W obsadzie eksploracyjnych epopei postać głodnego złota korsarza i awanturnika zastąpili bardziej zorganizowani pragmatycy. Vitus Bering poprowadził nadzwyczajną wyprawę badawczą przez całą zamarzniętą Rosję, aby spełnić ostatnie życzenie cara Piotra Wielkiego. W latach 1766–1769 Ziemię opłynął pierwszy Francuz, Louis Antoine de Bougainville (a przy okazji pierwsza kobieta, o czym dziś mało kto pamięta). Jednakże złoty standard tej naukowej epoki odkryć wyznaczył kapitan James Cook, który do chwili makabrycznej śmierci na Hawajach zrealizował trzy epickie podróże po Oceanie Spokojnym, mające charakter starannie przemyślanych wypraw badawczych i zakończone bezprecedensowym sukcesem. Podróże Cooka zainspirowały rzesze odkrywców w rodzaju George’a Vancouvera i La Pérouse’a (który później zaginął w tajemniczych okolicznościach), dzięki czemu mapy wybrzeży kontynentalnych stawały się coraz bardziej szczegółowe. W następnym stuleciu ten trend nadal się rozwijał. Szkot Mungo Park wyruszył spenetrować ogromną białą plamę na mapie – wnętrze Afryki. Alexander von Humboldt i Aimé Bonpland przemierzyli, opisali i zmapowali egzotyczną Amerykę Południową. Meriwether Lewis i William Clark z polecenia Thomasa Jeffersona przewędrowali olbrzymie przestrzenie amerykańskiego Zachodu.
W centrum zainteresowania pozostawało też zbadanie Arktyki. W połowie XIX wieku Brytyjczycy wznowili wysiłki w celu odnalezienia Przejścia Północno-Zachodniego. Wśród odkrywców przeczesujących lodowy labirynt w poszukiwaniu żeglownego kanału znaleźli się m.in. William Parry, John Ross oraz zaginiona ekspedycja sir Johna Franklina. Ta obsesja, siła napędowa tak zwanej epoki heroizmu w eksploracji, utrzymywała się aż po wiek XX. Ostatecznie udało się to Roaldowi Amundsenowi w latach 1903–1906 i wtedy ostatnim wielkim wyzwaniem został tylko wyścig do biegunów, otwarty dla każdego, kto był dostatecznie zamożny, odważny i szalony. Rywalizacja o pierwszeństwo w dotarciu na biegun północny nie doczekała się rozstrzygnięcia z powodu zdumiewającej niewiarygodności jej dwóch protagonistów; ostatnią odsłoną epoki wielkich odkryć, kiedy świat ogarniał już płomień I wojny światowej, stało się przykuwające uwagę antarktyczne współzawodnictwo zespołów brytyjskiego i norweskiego o to, kto pierwszy zatknie flagę na biegunie południowym. Była to historia katastrofalnego pecha, przetykana inspirującymi aktami odwagi.
Wszystkie te opowieści żyją w mapach, które niosą ich ślady; triumfy przydają blasku złoceniom, tragedie przyciemniają kolory. Mapy, istne dzieła sztuki eksploracji, niczym latarnie znaczą bieg historii poznawania świata. Jak żaden inny dokument uwieczniały każdy etap naszej rozwijającej się wiedzy pięknem zarówno rosnącej naukowej precyzji, jak i wizji artystycznej. Oczywiście dzisiaj, w czasach doskonałej technologii mapowania satelitarnego, można twierdzić, że kartografia utraciła tę wizerunkową i narracyjną jakość, a tajemniczość ustąpiła pola utylitarności. Lecz jakie podróże, boje i akty poświęcenia doprowadziły nas do obecnego stanu rzeczy? Jakim sposobem i kosztem gromadziliśmy wiedzę o świecie, rozkwitającą tymi papierowymi kwiatami? Oto dramat z globalną obsadą i czasem akcji obejmującym cztery tysiące lat, który zaczyna się – jak powinna każda porządna sztuka – od przywiezienia tańczącego pigmeja.