Orient Express to żywa legenda. Trasa wiodąca tysiące kilometrów. Luksus, o którym niegdyś marzyli wszyscy podróżnicy. Od czasu pierwszego przejazdu z Paryża do Konstantynopolu w 1883 roku, jego pasażerowie mogli na własne oczy oglądać niedostępne im wcześniej zakątki świata.


Orient ExpressTorbjørn Færøvik, norweski pisarz, historyk, dziennikarz i podróżnik, zabiera czytelnika w podróż współczesnym Orient Expressem. Wyruszając wiosną z Londynu, w dwa miesiące przemierza dwanaście krajów, i dwadzieścia dwa miasta – przez romantyczny Paryż, zaskakujące Rumunię i Bułgarię, aż po rajską Samarkandę. Najmniejszy szczegół potrafi uruchomić lawinę, która zaspokoi głód wiedzy i żądzę przygód każdego czytelnika – niezależnie od stacji, na której postanowicie wysiąść.

Dzięki tej książce dowiecie się m.in. co zainspirowało Agathę Christie do napisania Morderstwa w Orient Expressie. Zrozumiecie też, dlaczego niektórzy Brytyjczycy myślą, że Bułgaria to rzeka w Maroku i dlaczego to Turcja, a nie Holandia, powinna kojarzyć się nam z tulipanami.

Autor rysuje przed nami realia i historię odwiedzanych miejsc, a obrazu dopełniają spotykane przez niego barwne postacie. Uzupełnia tym samym naszą wiedzę o społeczeństwach europejskich i bliskowschodnich, o których wciąż – jak się okazuje – niewiele wiemy.

To obowiązkowa pozycja dla miłośników dalekich wypraw i każdego, kto chciałby poznać sekrety kultowego pociągu. W końcu najważniejsze to mieć dobrego przewodnika.

Torbjørn Færøvik – norweski historyk, pisarz i dziennikarz. Wyspecjalizowany w tematyce dalekowschodniej, wieloletni zagraniczny korespondent norweskiej agencji informacyjnej NTB, telewizji NRK i dziennika “Arbeiderbladet”.

Torbjørn Færøvik
Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu
Przekład: Anna Kurek
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 17 października 2018
 
 

Orient Express

Przedmowa

Mądrzy ludzie podkreślali (zawsze), jak ważne jest podróżowanie, bycie w ruchu, odkrywanie siebie samego i, co jeszcze ważniejsze, innych. Dowiedli także, że podróż nie musi mieć sprecyzowanego geograficznego celu. Jak powiedział Henry Miller: „Celem podróży nie jest określone miejsce, ale nowy sposób postrzegania rzeczy”. W najlepszym przypadku to lekarstwo na krótkowzroczność i uprzedzenia, ale też skuteczny środek antywojenny. Jeśli widziałeś małe dzieci bawiące się w Iranie, Iraku lub w Afganistanie, nie będziesz chciał ich bombardować. Wprost przeciwnie, staniesz się zagorzałym zwolennikiem działań na rzecz pokoju i dialogu międzynarodowego.
Ponad 100 lat temu, w 1883 roku, Orient Express wyruszył w pierwszą podróż z Paryża do Stambułu lub Konstantynopola, jak miasto nazywało się do 1930 roku. Rewolucja kolejowa w Europie w XIX stuleciu otworzyła całkiem nowe horyzonty. Ludzie, którzy przez wieki żyli odizolowani, nagle zyskali możliwość podróżowania do odległych miejsc. Tylko nielicznym udawało się dotrzeć aż do Stambułu, a chęć podróżowania zaowocowała prawdziwą lawiną relacji.
Po co więc pisać kolejną? Bo świat nigdy nie jest taki sam, wciąż się odradza. To właśnie sprawia, że podróżowanie jest takie ekscytujące – obserwowanie zmieniających się ludzi, kultur i krajów. Poza tym każdy podróżnik ma własny sposób postrzegania otoczenia. To subiektywne spojrzenie otwiera drogę do dyskusji i wymiany poglądów, tworzy życie i stymuluje myśli.
Na pomysł napisania takich wspomnień wpadłem pięć lat temu, podróżując pociągiem z Aszchabadu w Turkmenistanie do Astany w Kazachstanie. Po drodze zatrzymałem się w ziemi obiecanej – Samarkandzie. Wcześniej pochłonąłem od deski do deski książkę E.H. Cookridge’a Orient Express. The Life and Times of the World’s Most Famous Train. Dziś Orient Express jest tylko pieśnią przeszłości, ale kolej wciąż żyje. Pomyślałem więc: dlaczego nie wybrać się w podróż tymi samymi torami, nie z Paryża do Stambułu, ale z Londynu do Samarkandy, w przedłużoną trasę Orient Expressu z historią w tle?
W 2013 roku sprawdziłem etapy oryginalnej trasy, a rok później dodałem kolejne. Wrażenia, które tu relacjonuję, pochodzą głównie z mojej podróży z kwietnia i maja 2015 roku, zanim do Europy dotarła pierwsza fala uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. To znaczy również, że dyskusje, jakie imigracja ta później wywołała, nie są podejmowane w książce. Nie tylko z powodu braku miejsca, ale i niestabilnej sytuacji uchodźców. To, co jest aktualne dziś, nie musi takie być jutro.
Celowo starałem się wpleść w tekst trochę dawnej i nowej historii każdego z krajów, ale podkreślam tu słowo „trochę” – czytelnicy, którzy chcieliby zgłębić wspomniane kwestie, z pewnością znajdą je w innych publikacjach. Wiele z nich zostało podanych w bibliografii na końcu książki.
Azerbejdżan, Turkmenistan i Uzbekistan są znane z surowych reżimów. Dlatego zmieniłem nazwiska przewodników i wielu innych osób, które pomagały mi na miejscu.
Jak zwykle mam duży dług wdzięczności względem wielu osób: konduktorów, kelnerów, piekarzy, baristów, recepcjonistów, pucybutów, przewodników, kierowców taksówek, policjantów, moich rozmówców oraz kucharzy z lub bez śladów krwi na mankietach. Jestem także wdzięczny moim rodzimym pomocnikom, magister historii Elisabeth Færøvik, byłemu ambasadorowi Azerbejdżanu i Gruzji Oddvarowi Lindowi, politycznemu globtroterowi Jensowi A. Riisnæsowi, historykowi Jardarowi Seimowi, a także Andersowi Hegerowi, mojemu optymistycznemu i uważnemu redaktorowi z wydawnictwa Cappelen Damm. Oczywiście to ja jestem odpowiedzialny za ewentualne błędy.
Ci, którzy wiele i długo podróżowali, wiedzą, że podróż nigdy się nie kończy. Widoki wypalają się w pamięci i odtwarzają raz za razem, w większości tylko te przyjemne. Lepiej być nie może.
TORBJØRN FÆRØVIK
sierpień 2016

Your breakfast, Sir!

Londyn jest pełen mgły
i poważnych ludzi.

OSCAR WILDE

Ta londyńska mgła. Wyglądam w nicość z okna hotelowego na dwunastym piętrze. William Turner odnalazłby się w tej sytuacji. Nikt nie malował mgły tak jak on. Niektóre z jego dzieł miałem okazję ostatnio podziwiać. W Tamizie nad mostem Waterloo ledwo dostrzegłem kontury słynnego mostu. Inne nosiły tytuły Studium chmur, Morze i chmury oraz Deszcz, para i ruch. Ten ostatni ukazuje lokomotywę, która przejeżdża przez most. Czarny koń ze stali, który wyłania się z kłębów mgły, ścigany przez niecierpliwe słońce. Nic na obrazie nie trwa w bezruchu, wszystko jest dynamiczne.
Turner urodził się w Covent Garden, niedaleko stąd. Pozostawił po sobie 19 tysięcy obrazów olejnych, rysunków i akwareli. Niezmordowany wałęsał się tu i tam. W 1802 roku przekroczył kanał La Manche, żeby chłonąć feerię barw Wielkiej Europy. Podróżował ze sztalugami od miasta do miasta, wzdłuż rzek i jezior, nawet przez Przełęcz Świętego Gotarda. Jego spotkanie z Wenecją i poranne światło ze wschodu rozpoczęło nową fazę w jego twórczości. Zmarł w 1851 roku, a na łożu śmierci miał powiedzieć: „Słońce jest Bogiem”.
Przepraszam, ktoś puka do drzwi.
– Your breakfast, Sir!
Teraz jest czas na śniadanie, bo mój pociąg odjeżdża za półtorej godziny. Kawa, bułka z jajkiem i świeże poranne wydanie „The Times”. Na stronie osiemnastej czytam o wszystkim, co ominęło mnie w Londynie, a lista jest naprawdę długa. Mam zwyczaj odwiedzania tych samych miejsc za każdym razem, gdy tu jestem, zazwyczaj są to muzea, galerie i antykwariaty. I Waterstones na Piccadilly, z pewnością największa księgarnia w Europie, 13 kilometrów półek na czterech piętrach. Dwa dni temu spędziłem tam wiele godzin, nie dlatego, że szukałem jakiejś konkretnej książki, ale żeby nacieszyć się odurzającym spacerem wśród tysięcy tytułów. Czwarte piętro jest poświęcone historii, geografii i filozofii. Przy stolikach czytało kilka osób. Inni pochylali się z zamkniętymi oczami i półotwartymi ustami, jakby otumanieni spotkaniem z literacką mekką.
Sam zostałem ocalony przez czarną kawę wypitą piętro wyżej. Widok z restauracji „The 5th View” nie jest najlepszy, niektóre dachy zasłaniają panoramę miasta, ale na horyzoncie zauważyłem Pałac Westminsterski i koło widokowe London Eye. Koło ma średnicę 120 metrów i wznosi się 135 metrów nad ziemią.
– Isn’t it awful, George! – wykrzyknęła kobieta siedząca przy sąsiednim stoliku. Jej małżonek zmarszczył tylko nos i uniknął odpowiedzi.
London Eye zostało otwarte w 1999 roku jako znak przejścia do nowego tysiąclecia. Krytycy szybko ustawili się w kolejce. Niektórzy twierdzili, że koło jest za duże, inni uznali je za wulgarne. Mnie się podoba. Stoi w wolnej przestrzeni, a co najważniejsze: jest eleganckie. Około 50 milionów ludzi odwiedziło atrakcję od chwili jej otwarcia, jednak nie książę Karol, nieoficjalny antykwariusz Londynu. Jak powiedział w 1987 roku o nowych budynkach w stolicy: „Tyle trzeba oddać Luftwaffe: Gdy burzyli nasze budynki, nie zamienili ich w nic bardziej prowokującego niż ruiny. My posunęliśmy się jeszcze dalej”[1].
Dla mnie, sporadycznego odwiedzającego, Londyn nadal jest starym miastem, pełnym historii i zabytków. Zanim wylądowałem w księgarni Waterstones, odbyłem stałą wycieczkę do National Gallery. Kolos z Trafalgar Square mieści ponad 2 tysiące malowideł, a każde z nich opowiada jakąś historię. Najstarsze pochodzą z XIII wieku, te najnowsze – z ostatniego stulecia. Budynek mieszczący galerię został wybudowany w 1832 roku, a następnie rozbudowany, ale fasada pozostała ta sama. Gdy Luftwaffe zaatakowało Londyn, dziedzictwo kulturowe wyspy było zagrożone. Niektórzy zaproponowali przetransportowanie dzieł do Kanady, ale Churchill odpowiedział tylko: „Możecie je pochować w piwnicach i jaskiniach, ale ani jeden obraz nie opuści tych Wysp!”[2]. Myśl o tym, że zbiory miałyby zatonąć na oceanie, była nie do zniesienia. Na budynek Galerii spadło później dziewięć bomb, trzy z nich trafiły w „skrzydło Rembrandta”.
Gdy nastał pokój, dzieła sztuki umieszczono na właściwym miejscu. Są bezcenne, jednak ich podziwianie nic nie kosztuje. Wczoraj wszedłem powoli szerokimi schodami i skierowałem się na prawo. Od razu stanąłem przed Słonecznikami Vincenta van Gogha.
– Baby, this is the real thing – powiedział stojący obok mężczyzna do swojej ukochanej.
W tej samej sali zatrzymałem się przed Cézannem, Monetem i Seuratem. W kolejnych błyszczeli Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Rembrandt, Rubens i wszyscy pozostali. W kawiarni Galerii miałem za towarzystwo miłe starsze damy w kapeluszach i z przesadną ilością szminki. Niektóre z nich wyglądały jak klony Miss Marple. Wiele nas dzieliło, ale nad ladą z ciastami znaleźliśmy się we wspólnym niebie.
Aby postawić kropkę nad i, zakończyłem wczorajszy dzień koncertem organowym w Opactwie Westminsterskim. Przyszło niewiele osób, może kilkaset.
– Czy mogę usiąść, gdzie chcę? – zapytałem ubranego na czarno stróża.
– Gdzie tylko pan sobie życzy – odpowiedział.
W ten sposób wylądowałem w dolnej części katedry, na jednym ze szlacheckich skórzanych siedzeń. Organista postawił na Bacha, Beethovena i Böhma, a dźwięki wypełniły każdy najmniejszy kąt budynku.

Źródła pisane z roku 121 n.e. nazywają miasto Londinium, obowiązkowy punkt na mapie rzymskich wpływów. W tym czasie Londyn mógł liczyć około 60 tysięcy mieszkańców. Celem mojej wyprawy jest sama podróż, ale jej geograficzny koniec jest o wiele starszy niż Londyn. Samarkanda została założona 2700 lat temu. Ówcześni gawędziarze oddawali miastu hołd w ekstatycznych opowieściach. Ishtakti, perski podróżnik z X wieku, opisywał je jako „najowocniejszy ze wszystkich państw Allaha… w każdym domu są ogrody, cysterny i bieżąca woda”[3]. Trzysta lat wcześniej inny Pers, Ata-Malik Juvayni, dodał: „Jeśli na ziemi istnieje Raj, musi to być Samarkanda”. Jako wysoki urzędnik w królestwie mongolskim przemierzał wzdłuż i wszerz Azję Centralną. Miasto osiągnęło najwyższy poziom rozwoju w XV wieku pod wodzą Timura Lenka i jego następców. Hiszpański wysłannik na dworze Timura stwierdził: „Bogactwo i przepych są tu naprawdę cudem…”[4].
Patrzę na zegarek i zakładam, że pociąg już czeka, świeżo umyty i gotowy do drogi. „Jeśli mężczyzna jest zmęczony Londynem, jest zmęczony życiem”, stwierdził legendarny Samuel Johnson w 1777 roku. Nie, nie jestem zmęczony Londynem, ale życie to podróż, która kończy się samym życiem.
Wymeldowanie z hotelu. Następnie taksówka do St Pancras Station na Euston Road.
– Dokąd się pan wybiera? – pyta taksówkarz.
– Do Samarkandy.
– Do Restauracji Samarkand na Thayer Street?
Jestem trochę oszołomiony i potrzebuję chwili, żeby dojść do siebie.
– A nie, przepraszam, proszę na St Pancras Station.
Ludzie obdarzeni wrażliwością na piękno sztuki opisują St Pancras jako najpiękniejszy dworzec kolejowy na świecie. Może mają rację. Pierwszy pociąg wyruszył stąd już w 1868 roku. Za sprawą wiktoriańskiego stylu dworzec przypomina raczej zamek królewski. Kierowca mówi, że powinienem zamieszkać w najwyższej wieży budynku, która została przerobiona na hotel. Zegar na wieży na szczęście podaje tę samą godzinę co mój zegarek.
– No problem. You have plenty of time – mówi i zatrzymuje samochód.
Tysiące ludzi jadących i wracających z pracy. St Pancras budzi się do życia w kolejny dzień. Eurostar, osławiony pociąg ekspresowy, opuszcza nową część dworca siedemnaście razy dziennie, kierując się do Gare du Nord w Paryżu. Zaledwie dwie godziny i trzydzieści siedem minut od startu do mety. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, dotrę na lunch z Gastonem, moim francuskim przyjacielem, w restauracji na szczycie wieży Eiffla w południe.
Eurostar wypełza z St Pancras, by zaraz potem zwiększyć prędkość i skierować się w stronę morza. „286 kilometrów na godzinę”, czytam na ekranie przede mną.
Mój współpasażer i ja. Uprzejmie kiwamy sobie głowami i kładziemy przed sobą laptopy.
– Nie ma nic innego do roboty – mówi i włącza urządzenie.
Nazywa się Peter i jest prawdziwym Londyńczykiem, w kwiecie wieku i elegancko ubranym. Od wielu lat przemieszcza się między Londynem a Paryżem. Podobno to nużąca podróż. Peter wsiada do pociągu w każdy poniedziałek rano i wraca do domu tą samą trasą w każdy piątek wieczorem. Po drodze udaje mu się obejrzeć cały film. Zanim wrócił do domu, ściągnął Avengers, który podobno jest naprawdę dobry.
Peter zakłada słuchawki i już znajduje się w świecie pełnym wrzasku i krzyków. Mój laptop pozostaje nieotwarty, bo słońce zagląda przed okno, a Kent ostrożnie wyłania się z mgły. Płaski kawałek Wielkiej Brytanii, ale wiosennie zielony i zadbany. Malarze, poeci i prozaicy od zawsze kochali ten krajobraz. Charles Dickens, na przykład. Wielki pisarz Brytyjczyków urodził się w pobliżu Portsmouth pewnego lutowego dnia w 1812 roku. Kiedy skończył pięć lat, jego rodzina – rodzice i dwie siostry – przeprowadziła się do Chatham w Kent, idyllicznego miasta z brukowymi uliczkami i niskimi domami z kamienia. Przez następnych sześć lat wyobraźnię chłopca karmiły miejskie kościoły i zakątki oraz krajobrazy, które je otaczały. Wcześnie dopadła go choroba mięśni, która zrobiła z niego słabeusza w oczach innych chłopców. Za to był prawdziwym molem książkowym, a nauczycielom imponowały jego zdolności pisarskie.
W dniu jego jedenastych urodzin rodzina przeprowadziła się do Londynu. Przejście z idyllicznej wsi do katolickiej metropolii było niespodziewane. Sytuacji nie poprawiło też osadzenie ojca w więzieniu za dawne długi. Zgodnie z ówczesną praktyką, uwięziono także jego żonę oraz nieletnie córki. Charlesowi pozwolono zamieszkać ze znajomymi, jednak rozstanie było bolesne. „Nie miałem pieniędzy, pociechy, żadnej pomocy czy jakiegokolwiek wsparcia…”[5]. Gdy już jako dorosły pisał o ubogim chłopcu Davidzie Copperfieldzie, odnosił się do własnego doświadczenia.
Dickens miał z biegiem lat stać się jednym z wielkich pisarzy Wielkiej Brytanii – i największym w swoich czasach. Ale nigdy nie zapomniał o Kent z dzieciństwa. Wracał do topoli, pod którą jako dziecko przesiadywał i fantazjował, strumyków, w których łowił ryby, ogrodów, w których się bawił, i łąk, na których zbierał pierwsze wiosenne kwiaty. Po ślubie zabrał tam żonę. Później spędzał tu letnie miesiące razem z rodziną. W 1857 roku opisał te 11 kilometrów dzielących Maidstone i Rochester jako „najpiękniejsze w Anglii”.
Zauroczenie zaowocowało kupnem domu na Gad’s Hill, grzbiecie wzniesienia pomiędzy Gravesend i Rochester. W ogrodzie znajdował się dom w stylu szwajcarskim, który stał się rezydencją pisarza. Artysta umarł w 1870 roku. Już dawno postanowił, że chce spocząć w żyznej ziemi Kent. Redaktor naczelny „The Times” protestował, uważając, że miejsce pisarza jest w Opactwie Westminsterskim. I tak też się stało. Po krótkiej dyspucie trumnę przewieziono do Londynu, gdzie Dickens został pochowany na wieczny spoczynek w Zakątku poetów.
Najchętniej wsiadłbym do pociągu osobowego, który jedzie przez Kent, zatrzymywał się tu i tam, włóczył śladami pisarza. „Dickens World – The Grand Tour”, napisano na ulotce, którą dostałem w Londynie. Wśród polecanych miejsc znajduje się dom na Gad’s Hill, przekształcony w muzeum pisarza. Nie wspomniano o Paryżu, co musiało być przeoczeniem, jako że „Grand Tour” Dickensa składało się z ciągłych podróży między Anglią a Francją. Najpierw pociągiem do Dover, następnie statkiem przez kanał i dalej pociągiem do francuskiej stolicy. Wysiłek uwieńczyła powieść A Tale of Two Cities, która do tej pory sprzedała się w niemal 200 milionach egzemplarzy.
W ciągu pięćdziesięciu ośmiu lat życia Dickens był świadkiem rewolucji przemysłowej. Fabryki wyrastały jak grzyby po deszczu w całym królestwie, a miliony mieszkańców wsi napływały do miast. Wielu z nich podróżowało pociągami – wynalazkiem, który miał ułatwić przemieszczanie się na długich trasach. Pierwsza w Wielkiej Brytanii i na świecie linia kolejowa, Lake Lock Rail Road, została otwarta w 1798 roku. Trzy wagony ciągnęły konie. Linia nie była długa, mierzyła zaledwie 4,5 kilometra. Nowe odcinki zostały otwarte na początku XIX wieku, a w 1804 roku wytoczyła się na nie pierwsza lokomotywa parowa, ciągnąc o wiele więcej wagonów. Prędkość była skromna, ale w 1829 roku The Rocket przemknęła po torach z zawrotną prędkością 47 kilometrów na godzinę.