Od podróżniczych reportaży do powieści inspirowanej azjatyckimi legendami– tę literacką drogę przebyła Dorota Sumińska. Jej książka „Rani z Sigiriji” stanowi spore zaskoczenie w dziedzinie polskiej literatury obyczajowej. To zmysłowa baśń dla dorosłych, skupiona wokół motywu sukcesji tronu i ludzkich marzeń o nieśmiertelności.


Lwia Skała, część dawnego miasta Sigirija położonego na Sri Lance, zainspirowało Dorotę Sumińską do stworzenia opowieści o walce o władzę i rodzicielskiej miłości, wzorowaną na legendach rodem z subkontynentu indyjskiego. To miejsce, w rzeczywistym świecie związane z wierzeniami dawnych ludów i ich kulturą, w powieści „Rani z Sigiriji” także pełni eksponowaną rolę. Pokryte kobiercem błękitnych motyli skrywa jaskinię, od której wszystko bierze swój początek, gdzie ulokowane są odpowiedzi na najważniejsze pytania. To właśnie tam przyszła na świat tytułowa Rani, matka przyszłego króla, w którego rękach spoczywać będą losy ludu i całej wyspy.

„Rani z Sigiriji” jest powieścią, która stanowi spore zaskoczenie w dziedzinie polskiej literatury obyczajowej. Dorota Sumińska, sięgając po egzotyczne inspiracje udowodniła, że z popularnych motywów, stale obecnych w twórczości krajowych i zagranicznych pisarzy, można utkać coś zupełnie nowego. Walka o władzę rodem z Szekspira, pragnienie bogactwa, pycha, rywalizacja, przyziemne żądze, sąsiadują tutaj z miłością i poświęceniem, wyrozumiałością wobec ukochanych osób popełniających błąd za błędem. Wrażliwe spojrzenie Sumińskiej ujawnia się nawet w spektakularnych scenach batalistycznych, kierując uwagę czytelnika w stronę szarości: autorka przypomina, że nic nie jest czarno-białe i podkreśla to nawet w przerysowanej baśniowej konwencji.

Jej baśń jest baśnią potraktowaną poważnie, czerpie z podań i legend mieszkańców Sri Lanki, ale nie gubi przy tym współczesnego rysu. Zbuntowany Kassapa, wzorowany na postaci cejlońskiego syna królewskiego z V wieku, owładnięty celem, jakiego osiągnięcie sobie wyznaczył, prze przed siebie nie zważając na konsekwencje. Jest w tym ponadczasowo podobny do wielu młodych ludzi, przekonanych, że mogą zmienić świat. Nie bez troski przygląda się temu Rani, jego matka. Ponadczasowe są również intrygi dworskie, spiski i przekupstwo, zabójstwa potencjalnych rywali do władzy, rodzinne waśnie i zmuszanie kobiet do zawierania małżeństw w celu cementowania sojuszy i zdobycia wpływów.

ta baśń jest baśnią potraktowaną poważnie, czerpie z podań i legend mieszkańców Sri Lanki, ale nie gubi przy tym współczesnego rysu.

Czy warto zabiegać o nieśmiertelność, by być niczym wieczni bogowie czy raczej ważniejsze są ludzkie uczucia, dążenia i marzenia, choćby okupione cierpieniem i nieuchronnością śmierci? Bohaterowie dokonali wyboru, ale czy przyniósł on im szczęście? Warto przekonać się czytając „Rani z Sigiriji”. Wanda Pawlik

Dorota Sumińska, Rani z Sigiriji, Wydawnictwo Literackie, Premiera: 14 listopada 2018
 
 

Dorota Sumińska
Rani z Sigiriji
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 14 listopada 2018
 

Ileż razy będę musiała tu wracać? Ile razy wąchać strach i pośpiech? One nigdy nie wyparują ze skalnych załomów, nie wypłucze ich deszcz, nie zdmuchnie wiatr. Nawet zapach kwiatów i wonnych kadzideł, nawet śmiech rozbawionych dzieci nie oczyszczą tego miejsca ze śmiertelnego potu. Rani spojrzała w dół. Zobaczyła czerwoną twarz turystki strudzonej stromizną wspinaczki. Kogoś jej przypominała, ale nie miała przecież ochoty na wspominki. Coraz częściej budziła się w niej niechęć do przybywających tu ludzi. Wiedziała, że nie powinna, ale niby to niechcący trąciła malutki kamyczek. Zaczął się toczyć, nabierając szybkości, by z kosmicznym przyspieszeniem odbić się od skały i runąć wprost na głowę turystki. Ta uchyliła się i kamyk zostawił na jej policzku tylko maleńką rysę. Rani odwróciła głowę. Nie chciała widzieć czerwonej kropelki spływającej po rozgrzanej skórze. Nie ciekawiło jej, co będzie dalej, i niespiesznie weszła na wyższy poziom. Usłyszała jeszcze okrzyk: — Och! Uciekła w inne czasy i inne miejsca. Lubiła je wspominać, choć nie zawsze było to miłe. Nie pamiętała wszystkiego tak, jak by sobie tego życzyła. Jednak zawsze wracała pamięcią do chwil, gdy była w ramionach Didi. Niańka o tym imieniu przyszła znikąd, a stała się najmilszym wspomnieniem minionych wcieleń.

Skała

Wznosiła się ponad równiną niczym cielsko wieloryba wyrzucone na płaski brzeg. Była tu od zawsze, to znaczy od czasów, gdy ziemią rządziły wulkany. Jeden z nich wypluł ją w chwili śmierci, jakby chciał zadośćuczynić zniszczeniom, jakich dokonał. Poturbowana ziemia goiła rany powoli, a skała trwała jak wulkaniczny wyrzut sumienia. Przysiadały na niej strudzone wypatrywaniem zdobyczy sępy. Kiełkowały niesione wiatrem nasiona. Węże kryły się w wydrążonych deszczem szczelinach, a małpy urządzały wspinaczkowe zawody.
Od jakiegoś czasu widywano w okolicy ludzi na słoniach. Nie byli to zwykli kornacy zatrudnieni przy transporcie drewna ani żołnierze patrolujący okolicę. Teraz mały orszak zbliżał się do skały niespiesznie. Słonie strojne w kolorowe derki pobłyskujące świecidełkami leniwie stawiały ciężkie nogi, jakby ciążył im bagaż letnich lektyk. Zgrabnie wygięte bambusowe pręty obciągnięte cienką jak pajęczyna tkaniną miały chronić przed słońcem. Największego ze słoni w złoconym czapraku otaczały mniej strojne zwierzęta. Gdyby zajrzeć pod zwiewny namiot na grzbiecie złotego słonia, można by zobaczyć zadumaną twarz władcy.
To już ponad dziesięć lat od czasu, jak król Dhatusen z dynastii Morija zasiadł na tronie wyspiarskiego kraju, Lanki. Nie było mu łatwo pokonać sześciu władców z indyjskiego Tamilnadu. Poszatkowali kraj wedle własnego widzimisię. Przybyli z Indii, lankijskie wartości były im obce. Gdyby nie Dhatusen, nie wiadomo, co czekałoby mieszkańców jego ojczyzny. Udało mu się zjednoczyć kraj i ludzi pod wspólnym, buddyjskim sztandarem. Słońce prażyło niemiłosiernie, a on przynajmniej raz w tygodniu chciał zobaczyć skałę. Za największy swój sukces uważał zbudowanie zbiornika wodnego Kalawewa w mieście Anuradhapura. Zapewnił mieszkańcom dostatek wody nawet w najsuchszych miesiącach. Teraz miał nowy plan. Wybudować pałac „w niebie”. Skała miała to umożliwić, ale trzeba by na to równie jak ona wielkiej góry złota.
I teraz tu był. Wysunął zza zasłony dłoń i przywołał służącego.
— Przyślij mi Rani i Kassapę — powiedział, zniżając głos.
Lubił swoją nałożnicę i ich wspólnego syna. Mimo iż byli plamą na królewskim postanowieniu praktykowania dziesięciu cnót królewskich, cieszył go widok ślicznej jak poranek Rani i jedenastoletniego potomka. Był podobny do obojga rodziców. Tylko burza kręconych włosów na jego głowie była nie wiadomo skąd. Może jakiś przodek Rani przybył z tajemniczych wysp na południu, a może i w jego żyłach płynęło trochę czarnej krwi? Przestał zaprzątać sobie tym głowę, gdy zobaczył za zasłoną smukłą sylwetkę chłopca. Niczym małpa przeskoczył z jednego słoniowego grzbietu na drugi i nie czekając na zaproszenie, wskoczył do królewskiej lektyki. Wiedział, że tu może sobie pozwolić na znacznie więcej niż w pałacu. Zaraz za nim wśliznęła się młoda kobieta o oczach sambara. Rani to wielkie oczy i tajemniczy uśmieszek na czerwonych jak kwiat chińskiej róży ustach. Dhatusen lgnął z czułością do młodości tych dwojga. Gładził czuprynę Kassapy i gładką fryzurę Rani. Lubił, gdy upinała włosy z tyłu głowy i tylko kilka niesfornych kosmyków błąkało się nad czołem.
Nie był gadułą, ale lubił głośno snuć marzenia. Wydawało mu się, że Rani i Kassapa słabo orientują się w pałacowych intrygach, dlatego pozwalał sobie roztaczać przed nimi wizje wielkości, którą kiedyś obiecał mu Mahawiharaja. Ten prawie święty wyznawca buddyjskiej filozofii therawada przekonał króla, że jedyną drogą do doskonałości jest praktykowanie dziesięciu królewskich cnót. Dhatusen był jeszcze młody i uwierzył, że swoim życiem potrafi ją osiągnąć. Jakże się jednak przeliczył. Zaczął stąpać ścieżką ku oświeceniu. Przestał pożądać czegokolwiek. Milczał, gdy ministrowie pytali o rady. Nie chciał oglądać popisów swoich żołnierzy. Nie brał udziału w ucztach. Nikogo nie zapraszał do swojego łoża i nie odwiedzał cudzych sypialni. Czuł jednak, że ten stan jest wynikiem porażki, a nie wyboru. Gdy stracił nadzieję na pełną doskonałość buddyjskiego władcy, popadł w depresję. Może stało się tak dlatego, że wcześniej bluźnił wiarą w dorównanie Buddzie?
Gdy stał już na skraju całkowitego załamania, w pałacu pojawił się Maga Bramin. Dziwny mnich z Persji. Wyznawał wiarę w jednego Boga uosabiającego trzy wcielenia — Ojca, Syna i Ducha Świętego. Opowiadał, jak Bóg Syn, którego nazywał Jezusem Chrystusem, umarł na krzyżu, by zmartwychwstać i zjednoczyć się z Ojcem w niebie. Dhatusen słuchał Magi Bramina z dużym zaciekawieniem, ale nie umiał zrozumieć okrutnej śmierci Jezusa na skrzyżowanych balach drewna. „Po co?”, pytał Magę Bramina. Ten tłumaczył, że w taki sposób odkupił on ludzkie winy. „Ale przecież ludzie nie przestali grzeszyć!” Mimo wątpliwości król lubił rozmowy z chrześcijaninem i zwierzył mu się ze swojego kłopotu. Była to chyba jedna ze szczęśliwszych chwil w życiu Dhatusena, a Magę zesłały mu chyba anioły. Mnich uświadomił królowi, że praktykowanie dziesięciu cnót nigdy jeszcze nie doprowadziło nikogo do sukcesu.
— To niemożliwe — tłumaczył — nawet najwytrwalsi perscy królowie nie osiągnęli celu. Żaden człowiek z krwi i kości nie wytrzyma „postu od życia”. Jesteśmy za słabi, by wyrzec się siebie. Tym bardziej królowie, narażeni na setki pokus, nie mają szans — dodał na koniec.
— No to jak mają mnie zapamiętać ci, którzy przyjdą po mnie? — zapytał władca.
— Zostań Królem Gór, Parwata Raja — odpowiedział krótko Maga.
Jednym z warunków uzyskania tego tytułu było wybudowanie pałacu na niedostępnej skale. Dhatusen ujrzał oczami wyobraźni królewski dom na szczycie skalnego wieloryba i od tej pory marzył, marzył i marzył.

Podjechali bliżej i słonie zatrzymały się przed kamienną ścianą, na której małpy uganiały się za motylami. O tej porze roku całe ich chmary obsiadały skalne ustronie. Rani zgrabnie ześliznęła się z wierzchowca. Nie czekała na służących z drabinkami. Za nią zeskoczył Kassapa. Dhatusen patrzył z podziwem, jak zwinnie wspinają się na skalne występy, by złapać choćby jednego motyla. Ludzie wierzyli, że niebieski motyl, przytrzymany chwilę w dłoniach, w zamian za wolność zapewni pomyślność na cały rok. Ruchy Rani zawsze przyprawiały króla o zawrót głowy. Gdyby nie jej uroda, mogłaby być jednym z makaków. Syn odziedziczył zręczność po matce i już po chwili trzymał w dłoniach kilka motyli.
— Tylko ich nie zgnieć, żeby mogły odlecieć! — krzyknął ojciec do chłopca.
Służący pomogli władcy zejść ze słonia i rozłożyli na ziemi zdobne kobierce i poduszki. Jednak król nie miał zamiaru odpoczywać. Też chciał złapać swojego motyla. Dhatusen nie był wysoki, ale proporcjonalnie zbudowany i smukły, co w przypadku władców było rzadkością. Zazwyczaj ich kształty zaokrąglały się sukcesywnie wraz z każdym rokiem panowania. On nie wyglądał na swoje trzydzieści osiem lat i gdyby nie strój dodający powagi, mógłby uchodzić za osiemnastolatka. Miał gładką twarz z bardzo nikłym zarostem, który zresztą depilował wzorem niektórych mnichów. Nie było to bolesne, bo rosło mu zaledwie kilka twardych włosów na podbródku. Czasem zazdrościł innym mężczyznom bujnej brody, ale w jego rodzinie nikt nie mógł się nią szczycić.
Dotknął podbródka i poczuł, że czas wyrwać przynajmniej jeden włos. Spojrzał w górę i zobaczył, że skała paruje w promieniach słońca. Rani siedziała na skalnym występie, a służąca masowała jej stopy. Upał stawał się nieznośny i Dhatusen zapragnął ochłody. Po deszczach skalne niecki wypełniły się czystą wodą, a wystające ze skalnej „matki” głazy dawały chłodny cień. Nie musiał długo czekać, by wyścielono miękkim suknem podejście do tego naturalnego basenu, a także jego dno. Gdy zdjęto mu szaty, zanurzył się w krystalicznej wodzie. Była ciepła, ale chłodniejsza niż rozgrzane powietrze. Kassapa dołączył do ojca, prychając jak źrebak. Tylko Rani gdzieś zniknęła.
— Gdzie matka, synu? — zapytał chłopca.
— Weszła do jaskini, ojcze. Zawsze tam wchodzi, gdy tu przyjeżdżamy. Pójść po nią?
Dhatusen się obruszył: — Ty, królewski syn, nie jesteś posłańcem! Jeśli zechcę, poślę służącego. I przymknął oczy, rozkoszując się kąpielą.
Rani nie wracała i zaniepokojone służki wspięły się do małej jaskini powyżej.
Dhatusen usłyszał ich krzyki. Nim zdążył wstać, wyniosły omdlałą i w zmiętym stroju. Ocknęła się i gdy otworzyła usta, zobaczyli, że są pełne motyli. Tłuste, pełne jaj odwłoki motylic są przysmakiem makaków, ale żeby królewska nałożnica…

Dlaczego motyle przylatują do Sigiriji

Gdy słońce wysusza nawet najmniejsze kałuże, tu zawsze można znaleźć malutkie sadzawki. Woda ma lekko słonawy smak i daje prawdziwe orzeźwienie. Tu motyle nabierają ochoty na miłość. Od tysięcy lat przylatują na skałę, by napić się miłosnego nektaru i przedłużyć gatunkowy łańcuch życia. Makaki też wiedzą, że woda z Sigiriji ma cudowne właściwości. Gdy deszcze obmywają pradawną skałę, wypłukują z niej wszystko to, co zapamiętała przez wieki. Dzięki niej można nie tylko narodzić się na nowo, ale i przenieść się w czasy odleglejsze, niż sięga pamięć śmiertelnika. Motyle żyją krótko, ale ich ciała mogą przekazać więcej niż tylko pożywne białko. Nie bez powodu spijają pełną minerałów wodę, której skale nigdy nie brakuje. Dzięki niej następne pokolenia są coraz liczniejsze. Chętnych na nie jest dużo. Jednak ani jaszczurki, ani ptaki czy małpy nie przerwą odradzania się licznych pokoleń błękitnych lotników. Skała daje im siłę.
Goszczą krótko, tylko na czas godów. Najwięcej zwierząt gromadzi się przy niewielkiej jaskini po lewej stronie skały i dzielących ją schodów. Można się tam wspiąć bez trudu, ale jest ciemna i ciasna, więc chętnych jest niewielu. Małpy korzystają z niej, żeby ochronić się przed deszczem. Czasem też zmieni tu skórę wąż lub wpadnie zagubiony motyl.
W jaskini nic się nie zmienia od tysięcy lat. Była tu, gdy skała wypadła z trzewi wulkanu i jeszcze parowała ich ciepłem, była, gdy pewna młoda kobieta szukała schronienia dla swojej tajemnicy. Jej stękanie zamieniło się w jęk, gdy wspinała się do ciemnego wnętrza. Musiała podciągnąć się na rękach, ale przeszkadzał jej brzuch. Była w ciąży i szczęśliwie nikt się nie zorientował. Pętała łono ciasną chustą, ale gdy poczuła bóle, brzuch zrobił się twardy i wypukły. Chciała jak najszybciej schować się w miejscu, w którym nikt jej nie znajdzie. Nie mogła ujawnić swojego stanu, bo wówczas ojciec nie darowałby matce swobód, jakie dawała córce.
Ojciec pochodził z Indii i mimo iż ożenił się z Syngalezką, nie potrafił zaakceptować swobodnych obyczajów wyspiarzy. Bywał okrutny, gdy coś mu się nie podobało, a nie podobało mu się prawie wszystko. Miał zrobić majątek na handlu złotem, spłodzić syna, który w przyszłości przejąłby interes, miał dokonać wielu rzeczy, ale w końcu niczego się nie dorobił i wszystkie plany spaliły na panewce. To znaczy miał córkę, ale ta nie bardzo miała ochotę czcić zwyczaje indyjskich przodków. Teraz jednak błagała o pomoc boga Hanumana. Wiedziała, jak jest sprytny i zaradny, i wiedziała, że jaskinia bywa domem jego przybocznej świty — małp.
Bóle zaczęły przybierać na sile. Rodziła pierwszy raz i bardzo się bała. Nie miała pojęcia, jaką przyjąć pozycję. W pewnych chwilach ból był tak silny, że nie mogła powstrzymać się od krzyku, a myśl o śmierci nie chciała jej opuścić. Trochę jej ulżyło, gdy uklękła i pochyliła się do przodu. Powtarzała modlitwę do Hanumana pewnie już setny raz. Modliła się, by dziecko przyszło na świat martwe lub by bóg je zabrał i wychował jak własne. Nagle do jaskini wleciał motyl i jakby wpadło za nim trochę światła. Zobaczyła, że zniknął w czyjejś dłoni, która na ułamek sekundy wychynęła z ciemności. Poczuła, że została wysłuchana. „On tu jest”, pomyślała, gdy malutkie ciałko ześlizgnęło się na ziemię.