Paweł Skibiński w książce “Polska 1918. Polityka i życie codzienne” przedstawia warunki życia ludności odradzającej się RP, życie społeczne, nowe polskie uczelnie, organizacje kobiece, stowarzyszenia, salony literackie. Autor kreśli portrety pierwszych reprezentantów narodu w Sejmie Ustawodawczym oraz najważniejszych postaci niepodległej Polski.


Polska 1918. Polityka i życie codzienneTo wydarzyło się 100 lat temu…

Jak żyli nasi pradziadowie u progu niepodległości? Z jakimi wyzwaniami musieli się wówczas zmierzyć? Jakie zadania ich czekały w dziedzinach takich jak: prawo, transport, kultura, religia, zdrowie i polityka. Co działo się w największych miastach: Lwowie, Wilnie, Warszawie, Krakowie, Poznaniu?

W 29 rozdziałach, będących odrębnymi esejami, Paweł Skibiński przybliża zagadnienia najważniejsze w pierwszych latach niepodległej Polski.

Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. (…) Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne Państwo! – pisał o jesieni 1918 roku Jędrzej Moraczewski.

Mimo licznych trudności był to okres fascynujący. Rok 1918 to początek krótkiego okresu polskiej niezależności, który może stanowić dla nas wszystkich inspirujący punkt odniesienia.

Był to bowiem czas, jedyny między XVIII wiekiem a rokiem 1989, w którym Polacy sami budowali podwaliny swego życia zbiorowego. Nasi przodkowie byli wówczas tacy, jacy mogli i chcieli być, a dzień, w którym nadeszła niepodległość, trwale zapisał się w ich pamięci.

Paweł Skibiński
Polska 1918. Polityka i życie codzienne
Wydawnictwo Muza
Premiera: 6 czerwca 2018
 
 

Polska 1918. Polityka i życie codzienne


Wstęp

Książka ta nie jest z pewnością podręcznikiem do dziejów II Rzeczypospolitej, nie wyczerpuje bowiem wszystkich kluczowych aspektów ówczesnych wydarzeń. Nie ma też ambicji stać się rozprawą naukową ani odsłaniać nieznanych kulis wypadków dziejowych sprzed 100 lat. Większość poruszanych na jej kartach zagadnień była już dogłębnie analizowana przez wielu badaczy. To raczej zbiór dwudziestu dziewięciu krótkich esejów, z których każdy miał być rzutem oka na kolejne obszary rzeczywistości lat 1918–1919, wybrane arbitralnie – jako mniej znane lub wymagające wyjaśnienia, a niekiedy uporządkowania – a pozwalające zrozumieć, z jakimi wyzwaniami u progu niepodległej Polski mierzyli się nasi pradziadowie.
Można oczywiście zadać sobie uzasadnione pytanie, po co poświęcać czas na przyglądanie się poczynaniom naszych przodków, żyjących w pierwszym ćwierćwieczu XX wieku. Najprostsza odpowiedź brzmi, że doskonałym powodem, by to zrobić, jest przypadające w tym roku stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. To rocznicowe podejście ma oczywiście swój sens, pozwala bowiem przypomnieć sobie o tym, co stanowi nasze korzenie. Z pewnością jednak ogranicza nieco perspektywy i na pewno nie chciałbym, by książka ta została uznana po prostu za „rocznicową produkcję”.
W tych dwudziestu dziewięciu obrazach próbowałem skupić się szczególnie na pierwszych miesiącach istnienia odrodzonej Polski, z rzadka tylko zapuszczając się aż do okresu wojny polsko-bolszewickiej czy Konstytucji marcowej. Uznałem bowiem, że to jest czas najbardziej fascynujący, gdy Polska powstawała z niebytu.
Uważamy dzisiaj rok 1918 za wystarczająco ważny dla nas, Polaków, by w rocznicę objęcia przez Józefa Piłsudskiego naczelnej władzy wojskowej – 11 listopada, obchodzić nasze główne święto narodowe. A jednak nasze rozumienie tych wydarzeń wydaje się często zbyt powierzchowne, zbyt zasklepione w schematach interpretacji wypracowanych po 1989 r., które nie są już w stanie odpowiedzieć na stawiane dzisiaj pytania. Książka ta powstała więc po to, by choć odrobinę przyczynić się do przezwyciężenia naszych myślowych przyzwyczajeń, a często po prostu niewiedzy, która utrudnia nam zrozumienie tych istotnych historycznych wypadków.
Rok 1918 to początek zaledwie dwudziestoletniego istnienia niepodległej Polski, a jednak okres ten stanowić może do dzisiejszego dnia dla nas wszystkich inspirujący punkt odniesienia, bowiem był to czas – jedyny między XVIII wiekiem a rokiem 1989, w którym Polacy sami budowali podwaliny swego życia zbiorowego, z wszystkimi jego ograniczeniami i słabościami. Nasi przodkowie byli wówczas tacy, jakimi mogli i chcieli być. Być może więc najlepiej jesteśmy w stanie zrozumieć także nasze własne słabości i potencjał, uważnie patrząc na ten krótki przebłysk polskiej samodzielności.
Ten rok był również fascynującym okresem gwałtownego przełomu – stary świat legł bowiem w gruzach, a dotychczasowe hierarchie i realia stawały się niemal z dnia na dzień całkowicie nieaktualne, załamując się pod ciężarem toczonej już od kilku lat wielkiej wojny i rozlewającej się po świecie brutalnej rewolucji. W tym przerażającym, a zarazem fascynującym chaosie rodziła się Polska.
Jak ważny to był czas, niech świadczy fakt, że często krytycy wybierają właśnie ten okres historyczny, by polemizować z naszymi postawami i przekonaniami. Jednak ten sam czas niepodległości jest okazją do dostrzeżenia w nim, nieczęstych przecież w naszych dziejach, momentów czystej radości i niezmąconej dumy. Mam nadzieję, że książka stanie się także okazją do ich odnalezienia.
Wreszcie napisałem tę książkę z potrzeby serca. Nie będąc specjalistą od okresu I wojny światowej i dwudziestolecia międzywojennego, próbowałem jednak od wczesnej młodości zrozumieć, w jaki sposób jesienią 1918 roku to, co jeszcze kilka lat wcześniej wydawało się nierealne, stać się mogło faktem. Jak doszło do tego, że Polacy odzyskali swoje państwo i polityczną samodzielność… Ponieważ wielu aspektów tego procesu czytywane przeze mnie od czasu do czasu współczesne monografie historyczne czy książki z epoki nie były mi w stanie w pełni wyjaśnić, starałem się samodzielnie je zrozumieć i jakoś te swoje przemyślenia uporządkować. Książka ta jest więc po części także owocem moich osobistych potrzeb i fascynacji.
Chciałem pisać jak najprościej i najbardziej zrozumiale, ale nie zawsze pewnie udało mi się uniknąć zawodowego skrzywienia historyka, który z racji „postawy krytycznej” czasami zbytnio szuka „dziury w całym”. Za te niedoskonałości serdecznie przepraszam.
Teraz z czystym sumieniem mogę zaprosić do wspólnej wyprawy w czasy, które słusznie możemy dziś uznać za okres prawdziwego sukcesu i w pełni uzasadnionej radości…

LISTOPADOWE PRZESILENIE

Przywykliśmy do myślenia o odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości jako o pewnym momencie – najczęściej w tym kontekście wymieniamy datę 11 listopada 1918 roku. W drodze do wolności niebagatelne znaczenie miały jednak zarówno wypadki poprzedzające ten symboliczny dzień, jak i to, co nastąpiło wkrótce po nim. Stary Kontynent, po którym właśnie przetoczyła się wojna, przeżywał wówczas wielkie polityczno-społeczne poruszenie. I na ziemiach polskich, i w całej Europie był to więc okres niezwykle dynamicznych zmian. Co przyniosły? Czy spełniły oczekiwania Polaków? Jaki kształt nadały nowej, odrodzonej Rzeczypospolitej?

Mglisty poranek – nastroje wulkaniczne

To nie był zwykły poniedziałek. To był początek nowej epoki – 11 listopada 1918 roku, imieniny Marcina i Bartłomieja – dla Polski data przełomowa. Dzień chłodny, jesienny, a jednak gorący. Rozpalony nadziejami, rozżarzony radością, że oto wreszcie, po latach, nadeszła tak wyczekiwana wolność. Słońce wzeszło o 7.15…
Poniedziałkowy „Kurier Warszawski” pisał:
Warszawa wstała dziś ze snu z zapytaniem na czołach: co przyniesie dzień dzisiejszy? […] To jest ogólne znamię dnia dzisiejszego. Warszawa, a za nią kraj cały – czeka[1].
Zanim jeszcze nastał brzask, wiele się działo w stolicy i wielu było takich, co się tej nocy spać nie kładli. O burzliwych wydarzeniach na ulicach w rubryce Wypadki dnia donosiła 11 listopada warszawska „Nowa Gazeta”:
Po nocy niezwykle ożywionej, rozbrzmiewającej strzałami, turkotem szybko jeżdżących samochodów wojskowych polskich, nastał mglisty poranek.
Ulice wkrótce zaległy gęste tłumy podniecone i wojownicze. Na miasto wyszły patrole wojska polskiego i milicji. Rozbrajają przechodzących żołnierzy i oficerów niemieckich. Większość z nich oddaje broń dobrowolnie, zdarzają się jednak i wypadki oporu. Wtedy zwykle interweniuje tłum, przechylając zawsze zwycięstwo na stronę polską. W paru miejscach doszło do wymiany strzałów: są ranni i zabici. […]
Wiele gmachów publicznych znajduje się w rękach polskich, ukazują się na nich zaraz chorągwie polskie[2].
Zapanowała w społeczeństwie atmosfera wszechobecnej euforii, nierzadko jednak emocje wymykały się spod kontroli. Nieposkromione, kipiały i wybuchały, dochodziło do aktów przemocy wobec okupantów. Powszechne rozgorączkowanie i chaos tych dni sprzyjały agresji i pospolitym rozbojom. Te rozbuchane nastroje trzeba więc było studzić. Temu między innymi miały służyć komunikaty i odezwy kierowane przez władze do ludności, a związane z reorganizacją państwa. Rozwieszano je na ulicach, drukowano w prasie. Do zachowania zimnej krwi, równowagi i spokoju wzywał obywateli sam komendant Piłsudski. W jednej z takich odezw mówił m.in.:
Rozumiem w pełni rozgoryczenie, jakie we wszystkich kołach społeczeństwa obudziły rządy okupantów. Pragnę jednak, byśmy nie dali się porwać uczuciom gniewu i zemsty. Wyjazd władz i wojsk niemieckich musi się odbyć w najzupełniejszym porządku[3].
Nastała wolność, ale nie odmieniła ona jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki polskiego pejzażu. Nie uzdrowiła w okamgnieniu wyniszczonego organizmu. Trzeba było jeszcze wielu dni, miesięcy i lat, by kształtującą się dopiero strukturę przemienić w dojrzałe i sprawne państwo. Najszybciej z otaczającej Polaków rzeczywistości zniknęły stygmaty zaborców – usuwano obcojęzyczne napisy, zdejmowano szyldy, godła okupantów zastępowano Orłem. Gruntowne wewnętrzne przemiany wymagały jednak czasu. Ale nadeszły. Stopniowo, i nie bez przeszkód, z chaosu wyłaniał się kształt II Rzeczypospolitej.
Dość szybko oznaki powrotu do polskości mogli dostrzec, na przykład, bywalcy kinematografów. Już 11 listopada „Kurier Warszawski” pisał: Dotychczas objaśnienia tekstowe do obrazów kinematograficznych podawane były w języku przedewszystkiem niemieckim (przed okupacją w rosyjskim) i dodatkowo – w polskim.
Obecnie niektóre kinematografy przestały podawać objaśnienia w języku niemieckim z uwagi na to, że jest już coraz mniej widzów, którym język niemiecki jest potrzebny[4].
Błyskawicznie zareagowało też Towarzystwo Krajoznawcze, które, jak donosił ten sam „Kurier”, chcąc uprzystępnić poznanie Warszawy rodakom z innych zaborów[5], zapraszało chętnych na wycieczkę po Starym Mieście.
Bez wątpienia jednak pierwszą i najbardziej zauważalną oznaką wskrzeszenia Niepodległej był niesamowity entuzjazm, jaki ogarnął Polaków. Ojczyzna wolna, jarzmo zrzucone – rodaków rozpierała energia. Jakby niesieni na fali tej wolności, gotowi góry przenosić, byle tylko jak najszybciej scalić w jedno rozczłonkowany organizm państwowy. Jakby obudzeni ze stuletniego letargu, chcieli nadrobić stracony czas. Angażowali się w budowę nowej administracji, organizowali polskie instytucje, zawiązywali stowarzyszenia pomocowe. Impulsem do działania była odzyskana wolność, celem – silne państwo.
Nie wszędzie jednak na ziemiach polskich panowała w listopadzie podobnie radosna atmosfera jak Warszawie, choć niemal wszędzie dominowały nastroje gorączkowe. Wilno wciąż było pod okupacją niemiecką, w Poznaniu narastało napięcie, a wkrótce wybuchło powstanie wielkopolskie, we Lwowie trwały walki z Ukraińcami. Ale to Warszawa właśnie była w tych dniach centrum wydarzeń. To tu rozstrzygały się losy kraju, tu zapadały najważniejsze decyzje, tu formowały się nowe władze.
Najwyrazistszym symbolem przełomowych jesiennych dni stał się powrót Piłsudskiego do stolicy 10 listopada. Równie symboliczne i znamienne były tytuły, które nazajutrz po tym wydarzeniu pojawiły się na łamach gazet. Piłsudski w Warszawie i Koniec okupacyi niemieckiej, można było m.in. przeczytać nawet w krakowskim „Czasie”. Warszawski „Kurier Poranny”, jak większość ówczesnych dzienników, na pierwszej kolumnie zamieścił relację z przybycia komendanta.
W niedzielne deszczowe przedpołudnie Piłsudski przemówił do wiwatujących na jego cześć mieszkańców stolicy. Gdy pojawił się na balkonie pensjonatu przy ul. Moniuszki, w którym się zatrzymał, widać było, że jest zmęczony. Wyglądał mizernie. Mówił krótko, bo dokuczał mu ból gardła i przeziębienie. Obiecał jednak solennie, że gotów jest do podjęcia wyzwań, jakie przed nim stoją, i że wszystkie swoje siły odda na potrzeby ojczyzny.

Od kogo Józef Piłsudski przejął władzę?

Zwolniony z niemieckiego więzienia w twierdzy magdeburskiej brygadier Józef Piłsudski (1867–1935) przybył więc do Warszawy 10 listopada. Powrót do kraju był zarazem powrotem na polską scenę polityczną. Z rąk Rady Regencyjnej już następnego dnia – 11 listopada – przejął naczelną władzę wojskową, a trzy dni później także najwyższą władzę cywilną. Na kartach szkolnych podręczników widzimy zdjęcie idących trzech regentów, członków Rady, wśród których wyróżnia się wysoka sylwetka arcybiskupa warszawskiego Aleksandra Kakowskiego, a obok niego kroczą konserwatywni politycy: prezydent Warszawy – Zdzisław Lubomirski i prezes Stronnictwa Polityki Realnej – Józef Ostrowski. To oni przekazali władzę Naczelnikowi Państwa.
Ale to nasze wyobrażenie kryje w sobie pewną oczywistą sprzeczność. Skoro przyszły Marszałek Polski Piłsudski od kogoś przejmował władzę i nie był to organ państwowy któregoś z zaborców, ani nawet stacjonujący w Warszawie generał-gubernator Hans von Beseler, to przecież oznacza to, że już wcześniej musiały być w stolicy polskie instytucje państwowe.
Być może nie cieszyły się pełną swobodą działania i pełną niezależnością, być może nie mogły konkurować z Piłsudskim pod względem poparcia społecznego, ale istniały, działały i tworzyły zręby instytucji państwowych, na których oparł się przybywający do Warszawy lider. Gwoli zwykłej sprawiedliwości warto więc się przyjrzeć sytuacji politycznej na ziemiach polskich, jaka wytworzyła się jesienią roku 1918, w okresie tuż przed odzyskaniem niepodległości.

W przededniu Niepodległej

Jesienią 1918 roku Warszawa była stolicą Królestwa Polskiego, ustanowionego dwa lata wcześniej tzw. aktem 5 listopada – wspólnym orędziem dwóch cesarzy: niemieckiego Wilhelma II Hohenzollerna i austriackiego Franciszka Józefa I Habsburga. Twórcom tej namiastki Polski niepodległej chodziło o stworzenie wasalnego tworu, który rozwiązałby im ręce, jeśli chodzi o pobór rekrutów z ziem polskich dawniej należących do Cesarstwa Rosyjskiego (w myśl prawa międzynarodowego były one tylko okupowanym przez armię niemiecką i austriacką terytorium wroga).
Cele okupantów być może były doraźne, ale wywołały polityczny ferment. Na mapie Europy pojawił się zalążek państwa polskiego, po raz pierwszy od upadku powstania listopadowego w 1831 roku. Z jednej strony wzrosły gwałtownie oczekiwania społeczeństwa polskiego, z drugiej zaś rozpoczęła się dyplomatyczna licytacja między inicjatorami tego aktu, tzw. państwami centralnymi, a wojującym z nimi sojuszem – ententą, w której skład wchodziła najbardziej poszkodowana przez akt 5 listopada carska Rosja.

Okupacje państw centralnych

Poczęte w tak niecodziennych okolicznościach półsuwerenne, a może nawet ćwierćsuwerenne, państewko nie było uznawane na świecie przez nikogo poza dwoma państwami inicjatorami jego powstania, które dodatkowo okupowały jego nieokreślone w precyzyjny sposób, potencjalne terytorium. Siedzibą okupacji niemieckiej była Warszawa, a siedzibą austriackich władz okupacyjnych – Lublin.
Obie okupacje powstały w wyniku ofensywy państw centralnych na froncie wschodnim w lecie 1915 r., która zmusiła Rosjan do wycofania się z terenów dawnego Królestwa Kongresowego. Okupacja niemiecka obejmowała północną część dawnej tzw. Kongresówki, a austriacka – jej część południowo-wschodnią. Na wschód – począwszy od Suwalszczyzny na północy, po Wołyń na południu, rozciągały się tereny zaplecza frontu państw centralnych, podporządkowane naczelnemu dowództwu armii wschodnich (tzw. Ober-Ost).
Okupacja austriacka obejmowała ponad 43 tys. km kw. z 3,5 mln mieszkańców i tylko dwoma większymi miastami: Lublinem (ok. 80 tys. ludności) i Radomiem (ok. 50 tys.). Okupacja niemiecka – czyli oficjalnie Cesarsko-Niemieckie Generalne Gubernatorstwo Warszawskie – była dużo większa i zajmowała 62 tys. km kw. z zamieszkałymi na tym terenie 6,5 mln ludzi. Pod kontrolą władz niemieckich znalazły się dwa wielkie miasta: mająca ponad 800 tys. mieszkańców Warszawa i niemal półmilionowa Łódź. Poza tym znajdowały się tam także Sosnowiec (ponad 100 tys.) – główny ośrodek uprzemysłowionego Zagłębia Dąbrowskiego i Częstochowa (70 tys.).
Na czele władz austriackiej strefy okupacyjnej stał początkowo generał Erich von Diller, ale wkrótce zastąpił go generał Karl Kuk. Od kwietnia 1917 r. do lutego 1918 r. lubelskim generałem-gubernatorem był Polak – generał Stanisław Szeptycki, nawiasem mówiąc, rodzony brat nastawionego proukraińsko metropolity lwowskiego obrządku greckokatolickiego Andrieja Szeptyckiego. Generał Szeptycki jednak także nie doczekał końca wojny na tym stanowisku.
W lutym w proteście przeciwko przekazaniu Chełmszczyzny Ukraińcom w traktacie brzeskim (tzw. traktacie chlebowym), o czym jeszcze będzie mowa, ustąpił ze stanowiska. Jego brat zaś w tym samym czasie wraz z duchowieństwem greckokatolickim nie krył satysfakcji z przekazania ziem ukraińskich w ręce pełnoprawnych właścicieli. Taką jego postawą byli oburzeni Polacy, którzy lwowskiego metropolitę określali dosadnie – słowami Marii Lubomirskiej, żony jednego z członków Rady Regencyjnej – nazywając go „rusińskim polakożercą”.
Miejsce Stanisława Szeptyckiego zajął więc w lutym 1918 r. Chorwat – gen. Anton Lipošćak, który ostatecznie przekazał władzę nad Lublinem Polakom 2 listopada tegoż roku.
Jednak to nie często zmieniający się austriaccy generałowie-gubernatorzy, lecz rezydujący w Warszawie ich niemiecki odpowiednik – generał Hans von Beseler był faktycznym zarządcą Królestwa Polskiego. To on ze stołecznego Belwederu rozdawał karty w grze o wpływy w Warszawie i kontrolował powstające polskie władze państwowe i samorządowe.

Królestwo bez króla

Początkowo – od stycznia 1917 r. – władza w ustanowionym Królestwie Polskim należała do ciała zbiorowego reprezentującego obie okupacje – Tymczasowej Rady Stanu. Była to namiastka władzy polskiej ustawodawczej i wykonawczej. Członkiem TRS był m.in. Józef Piłsudski do chwili, gdy został aresztowany z powodu kryzysu przysięgowego.
W kwietniu 1917 r. powołano do życia Polską Siłę Zbrojną (niem. Polnische Wehrmacht). Została ona podporządkowana faktycznemu zwierzchnikowi Królestwa, niemieckiemu generałowi-gubernatorowi von Beselerowi. Liczyła wówczas niemal 21 tysięcy żołnierzy – głównie należących uprzednio do Legionów Polskich. Decyzja Piłsudskiego o odmowie złożenia przez legionistów przysięgi na wierność cesarzowi Niemiec doprowadziła do tzw. kryzysu przysięgowego i w konsekwencji rozbicia dotychczasowych polskich jednostek. W wyniku tego kryzysu Piłsudski został uwięziony przez Niemców w twierdzy magdeburskiej. Pozostał tam aż do listopada 1918 r., po zwolnieniu przybył do stolicy i objął pełnię władzy w odradzającej się Polsce.
Wracając jednak do kwietnia 1917 r. – wierna Piłsudskiemu część polskich żołnierzy odmówiła złożenia przysięgi. Byli to przede wszystkim weterani I i III Brygady Legionów. Trzy tysiące niepokornych żołnierzy, poddanych austriackich, wcielono wprost do armii austro-węgierskiej i skierowano na front włoski. Ich opornych kolegów, ale pochodzących z Królestwa Polskiego, rozbrojono i internowano na miejscu. Blisko 4 tysiące z nich znalazło się w obozie w Szczypiornie. Po ich wielomiesięcznej przymusowej bezczynności światu pozostała oryginalna sportowa pamiątka: izolowani legioniści wymyślili grę w piłkę ręczną, po dziś dzień nazywaną w Polsce – od miejsca pierwszych rozgrywek – „szczypiorniakiem”.
Część jednak polskich żołnierzy nie poparła w trakcie kryzysu przysięgowego Piłsudskiego i złożyła wymaganą od nich przez okupantów przysięgę. Z tych większość – 8 tysięcy ludzi, głównie żołnierzy dawnej II Brygady Legionów, na czele z pułkownikiem Józefem Hallerem (1873–1960), oddano z powrotem pod rozkazy austriackie jako tzw. Polski Korpus Posiłkowy. W październiku 1918 r. siły te nie znajdowały się już jednak po stronie państw centralnych. Na wieść o przekazaniu Chełmszczyzny Ukraińcom także żołnierze Hallera zbuntowali się przeciwko nielojalnym Austriakom i postanowili przejść na stronę rosyjską.
Na terenie Królestwa pozostało tylko niecałe 3 tysiące żołnierzy pochodzących z Kongresówki i będących pod rozkazami von Beselera. Na szczęście nie zaniechano dalszego werbunku – liczebność Polnische Wehrmacht stale wzrastała i w chwili, gdy w październiku 1918 r. Beseler w końcu zrzekł się zwierzchnictwa nad tymi jednostkami na rzecz Rady Regencyjnej, liczyły one już 9 tysięcy ludzi. Dowództwo przejął wtedy na niecały miesiąc generał Szeptycki, w listopadzie przekazał je Piłsudskiemu. Siła ta – choć skromna – okazała się istotna w chwili, gdy Polakom przyszło walczyć o Lwów i bronić terytorium kraju jesienią 1918 r. i w początkach następnego roku.