Melancholijną opowieść o ostatniej podróży Jarosława Iwaszkiewicza na Sycylię Eugeniusz Kabatc stworzył na podstawie własnych wspomnień i korespondencji z pisarzem. Ten utwór, na pograniczu faktu i fikcji, stanowi uniwersalną refleksję na temat przemijalności życia i sensu naszej ziemskiej wędrówki.


Pogoda burzy nad PalermoPortret znanego pisarza u kresu życia, utkany z metaforycznych impresji na temat jego ostatniej podróży do Włoch, odbytej na kilka miesięcy przed śmiercią, kryje się w niewielkiej książeczce spisanej przez Eugeniusza Kabatca. Jej autor w latach 1968-1972 pełnił funkcję pierwszego sekretarza do spraw kulturalnych i naukowych w Ambasadzie PRL w Rzymie, a z racji swego stanowiska, już w 1968 roku miał okazję gościć Iwaszkiewicza w Wiecznym Mieście. Dzięki długoletniej znajomości mógł towarzyszyć Jarosławowi Iwaszkiewiczowi także wówczas, kiedy to polski pisarz został wyróżniony nagrodą Premio Mondello i przybył do Palermo po jej odbiór.

Po latach tym właśnie dniom Kabatc poświęcił książkę „Pogoda burzy nad Palermo”. Myli się jednak ten, kto spodziewa się reportersko-biograficznych zapisków z perspektywy towarzysza podróży. Eugeniusz Kabatc, pisarz dojrzały, patrząc z perspektywy swego długiego i ciekawego życia, opowiada czytelnikom o Iwaszkiewiczu, snując jednocześnie opowieść o człowieku, tułaczu, którego życie przemija pośród przeplatających się spełnień i niespełnień, tęsknot i lęków, ze starością, przybliżającą się o krok każdego dnia.

Iwaszkiewicz opisany przez Kabatca, to człowiek światowy o interdyscyplinarnych zainteresowaniach, wykraczający w swojej twórczości i przemyśleniach daleko poza ramy komunistycznej rzeczywistości, tego powojennego pejzażu niekończących się kompromisów, w którym musiał egzystować. Obecny w głównym obiegu kultury, szukał sposobów na uchylanie żelaznej kurtyny, Eugeniusz Kabatc dobrze to pamięta:

„Przewodnicząc przez wiele lat Związkowi Literatów Polskich i Stowarzyszeniu Kultury Europejskiej, Polskę utrwalał w Europie, a Europę w Polsce – także wbrew żelaznej kurtynie – znajdując zawsze sposób na podkreślenie i wykorzystanie wspólnoty naszego kontynentu od bizantyjskiego Kijowa po łaciński Rzym”.

Jest więc w tej opowieści niemało nawiązań do czasów współczesnych pisarzowi i chociaż jesteśmy z nim we Włoszech, to Polska też jest stale obecna. „Czy to odwieczny problem polskich uchodźców, mój stary przyjacielu? Czy na pytanie co robimy daleko od ojczyzny, odpowiedzieć wypada jedynie tak: kryjemy się przed nią albo odkrywamy ją w sobie?”

Pogoda burzy nad Palermo

Z włoskiej perspektywy piętno tragicznej historii Polski w pewnym stopniu się rozmywa, maleje w zetknięciu ze śródziemnomorską kolebką europejskiej cywilizacji. Powieściowy Iwaszkiewicz porusza się w otoczeniu gęstym od znaczeń, ciężkim od wielkiej historii, a wtedy konkurują w nim ze sobą Polak i kosmopolita; człowiek, który chcąc być dostępnym dla szerokiej publiczności, podróżować, publikować poza granicami kraju, musi układać się z komunistycznymi władzami i człowiek, który mógłby osiedlić się chociażby „…w Urbino, przy tamtejszym uniwersytecie, w cieniu cieniów Rafaela i księcia Federica de Montefeltro”. Dusza Polaka wygrała z duszą Europejczyka.

Iwaszkiewicz opisany przez Kabatca, to człowiek światowy o interdyscyplinarnych zainteresowaniach, wykraczający w swojej twórczości i przemyśleniach daleko poza ramy komunistycznej rzeczywistości

Dylematy Jarosława Iwaszkiewicza, w ujęciu Eugeniusza Kabatca to maestria poetyckiego języka, nadająca im wymiar uniwersalny. To dylematy wielkiego intelektualisty, a zarazem moje i twoje. Decyzje odkładane na później i te nigdy nie podjęte, upływ czasu niekiedy przynoszący odpowiedzi, a niekiedy nie dający ich wcale. Kabatc subtelnie, ale i wnikliwie eksploruje temat ostatecznego rachunku, czasu podsumowania, który nadejdzie w życiu każdego człowieka, a sycylijska podróż pisarza jest dla niego do tych rozważań znakomitym pretekstem. Pomocą są natomiast dzieła Iwaszkiewicza i cytaty z jego korespondencji, które Eugeniusz Kabatc obficie przytacza. Jest i sama korespondencja: w książce opublikowano także zbiór listów Iwaszkiewicza do autora, stanowiący dopełnienie powieści. Nikodem Maraszkiewicz

Eugeniusz Kabatc, Pogoda burzy nad Palermo, Z listami Jarosława Iwaszkiewicza do autora, Listy opracował Radosław Romaniuk, Państwowy Instytut Wydawniczy, Premiera: 23 września 2016
 

Pogoda burzy nad Palermo

Eugeniusz Kabatc
Pogoda burzy nad Palermo
Z listami Jarosława Iwaszkiewicza do autora
Listy opracował Radosław Romaniuk
Państwowy Instytut Wydawniczy
Premiera: 23 września 2016

Wprowadzenie

Coraz rozleglej otwierające się pole zainteresowań osobą, działaniem i twórczością Jarosława Iwaszkiewicza obejmuje już kolejne pokolenia badaczy i czytelników, zadziwiając intensywnością rozważań, rozmachem interpretacyjnym i głębią nieodzownej zadumy. Bogactwo twórczości tego pisarza to bogactwo polskiej kultury, zyskującej prócz mądrego, pisanego słowa także jego obywatelskie zaangażowanie. Pozostając wierny duchowi kresów wschodnich, pisarz nie zamykał okien ojczyzny przed europejskim przeciągiem, wyruszał coraz częściej na Zachód, na dyplomatyczne dwory, ale i na wędrówki po nurtach europejskiej muzyki, po barwach żywego pejzażu i malarskiej sztuki. Przewodnicząc przez wiele lat Związkowi Literatów Polskich i Stowarzyszeniu Kultury Europejskiej, Polskę utrwalał w Europie, a Europę w Polsce – także wbrew żelaznej kurtynie – znajdując zawsze sposób na podkreślenie i wykorzystanie wspólnoty naszego kontynentu od bizantyjskiego Kijowa po łaciński Rzym.
Pogoda burzy nad Palermo to opowieść o pożegnalnej, ostatniej wyprawie pisarza na Sycylię. Miałem zaszczyt wziąć w niej udział. Nie jest jednak reportażem, gdy wraz z narracją o faktach staje się dokumentem uniesień i wyobrażeń. Sprawa, jej strukturalne składniki – osoby, ich losy, wartość przyrody i sztuki, wydarzenia historyczne i bieżące – należą do rzeczywistości sprawdzalnej, wokół której wszystko inne potrafi być splotem tyleż dramatycznym, co literackim. Ale i te obrazy i myśli nie biorą się znikąd, są lub pozostają u dalekich rosyjsko-ukraińskich źródeł, do których sycylijskość Iwaszkiewicza powraca wiernie niczym na pięciolinii wieloczasu do muzyki Szymanowskiego: do Króla Rogera, Źródła Aretuzy, ale i do swojej Sławy i chwały z wątkiem europejskim.
Buńczuczna współczesność wdziera się z pomysłami ujęć filmowych, co uzupełnia czas nieodnaleziony, ale nie jest w stanie stworzyć osobnego obrazu opowieści. Wątki pozostały nazbyt powikłane, zbiegały się z różnych epok, wpadały na siebie, nie rozumiejąc się, jakby były z różnych światów. Ostatnia sycylijska podróż patriarchy, choć przeżyta wreszcie triumfalnie, pozostała poza dramatem wyspy i była już tylko kurtyną zapadającą po raz ostatni po spektaklu pełnego tajemnic życia.
Piszę to dziś, po latach, z uczuciem pewnego zadziwienia, jakbym – będąc już w wieku starego Pisarza z tamtych dalekich czasów – wiedział o Nim więcej, ale czegoś wciąż do końca nie rozumiał. Tedy tę nową wersję opowieści poszerzam o niektóre sceny filmowe, skomponowane przy zainteresowaniu sycylijskim losem Pisarza ze strony panów Jerzego Kawalerowicza i Andrzeja Wajdy, i uzupełniam listami do mnie Jarosława Iwaszkiewicza z lat naszej kresowej i włoskiej przyjaźni.
Eugeniusz Kabatc

Rozdział I

Na kilka miesięcy przed śmiercią stary pisarz postanowił odbyć swoją ostatnią podróż na Sycylię.
Okoliczności sprzyjały takiej decyzji, wręcz zachęcały do wyprawy, z dalekiej bowiem wyspy nadeszła wieść, że ambitne jury pewnej młodej literackiej nagrody podjęło jednomyślną uchwałę o wyróżnieniu „patriarchy piśmiennictwa polskiego” nagrodą specjalną, dodając do rutynowych uroczystości, jakie z okazji wręczania trofeów się urządzało, nadzwyczajne, jemu tylko poświęcone. Pomyślał, że już nigdy więcej nie otworzy się przed nim taka szansa: powrotu na wyspę w aureoli zwycięzcy. Tyle razy wędrował po tamtej suchej ziemi, przemierzając ją wzdłuż i wszerz, krył się w cieniu nagrzanych kamieni Wielkiej Grecji, zadzierał głowę ku bizantyjskim mozaikom ze snów swojego dzieciństwa, krążył po stromych uliczkach miast i miasteczek, bratając się z psami, osłami, świetlikami i nieraz oczekując na coś największego – nikt nie dojdzie już, czy nie na coś ostatecznego – nadsłuchiwał pomruków drzemiącego wulkanu… Tyle razy, powiadam, przez ponad pół wieku, pijał tu mocne wina wytrawne i słodką marsalę, by teraz – Boże drogi i wszyscy jego szatani! – by teraz, mówię, stanąć w świetle jupiterów o suchym pysku lub z wodą pryskającą szyderczo mineralnymi bąbelkami?! Tak, była tu niedogodność wielka, jego duże ciało uginało się pod ciężarem osiemdziesięciu pięciu lat, a dusza płakała, gdyż w domu pozostawiał groźnie chorą żonę, towarzyszkę nad podziw wierną w jego długim życiu wędrującego Bizantyjczyka.
Pomyślał, że niewiele jej pomoże, zamykając się z nią cmentarnie w starym domu, przebywała już poza świadomością, gdzieś u progu lepszego życia, obcując zapewne z wieczną młodością duchów i zjaw, sama młoda i piękna, jak wtedy, gdy tańczyli na chłopskich weselach / i na królewskich pokojach, gdy widzieli ocean w Skagen / i Barcelonę / i Matterhorn i Dent du Midi, gdy mieli przyjaciół / gadali z Lechoniem / z Witkacym, z Sartre’em… Żono! nie odchodź / zostań chwilę ze mną1.
Gdy była z nim, był najbardziej sam; wiózł ją ze sobą, w sobie ciężką w tej chorobie, wciąż widział, jak odchodziła, patrzył z ganku, jak się oddala w stronę szosy, twarz mu drętwiała, gdy samochód z gośćmi przetaczał się koło niej po twardej grudzie, a ona – sucha myszka polna w ogrodzie – szła przed siebie brzydko zafrasowana, kłócąc się z sobą bezgłośnie, szukając ciągle / pogubionych książek / chustek / zapałek / okularów…
Pogoda domu niechaj będzie z tobą powiedział, choć pokoje były już ciemne, jesień z ogrodu zaglądała przez okna i wcześniej zmierzch zapadał. Czerniały zakurzone meble, schody, lichtarze, stare drewno podłóg, poręczy, ścian rozsychało się z trzaskiem, mgła zamazywała widok z kolaski czasu i tylko wieczorami lśniły po kątach oczy podnieconej pamięci. Długo nie mógł zasnąć, dłużej niż psy w jego łóżku, którym się śniło, że czuwają nad snem starego poety piszącego we śnie wiersze o psach, o tych wszystkich psach i suciach w Taorminie-Ukrainie, o tych czyścioszkach panienkach i śmierdzących kundlach, w jakie Pan Bóg zamieniał często dusze przyjaciół i wrogów.
Na Ukrainę dwa lata wcześniej nie chciał jechać. Niejeden raz bywał w tamtych dalekich rodzinnych stronach i wiedział, że nie ma tam już nikogo, ani w Kalniku, ani w Elizawetgradzie, ani w Kijowie – i nic oprócz umierania własnej pamięci nie czeka go na Podolu… Zamknął oczy. Ale sen nie nadchodził. Wiatr. Otworzył jedno oko i zobaczył, jak „piękność nocy” rozchyla swój kielich, a z pokoju matki ktoś patrzy na bzy w ogrodzie, rozdzierane szalejącym powietrzem. I znowu mrok i jęki chorej. Jakże ciężko oddychać, ileż waży to bezwładne ciało, co serce do ziemi przyciska i dławi, miażdży, rozdeptuje… Wtedy, po tamtej wietrznej nocy, wstał naburmuszony i zły. Pęcherz miał do niczego, poszedł się wysikać, umył się byle jak, włożył brudną, wygniecioną koszulę i pozostał w niej już przez cały dzień. Fuknąwszy na psy, powłócząc nogami, poczłapał do swego gabinetu, zwalił się na fotel za biurkiem i nim spojrzał w okno z wiosennym słońcem, napisał: Może byście jednak pomyśleli o moim wieku i moim zmęczeniu. Raz w życiu powiedzieli: nie fatyguj się, nie jedź na Ukrainę, po co? Nie pisz, dosyć się już napisałeś. Niech inni o tobie piszą. Ale nie… Litości nade mną nie macie – zielonym atramentem, wyraźnie, akuratnie, wstawiając datę – 9 marca 1977 – podpisując pełnym imieniem i nazwiskiem… Każdy człowiek ma dwa światy lub więcej, daje się im unosić, obmywać jak falom o różnej długości. Na Ukrainę jednak jeszcze raz pojechał. Dał się unieść swojej sławie i chwale, i ludziom czytającym go po polsku, po rosyjsku, po ukraińsku.
W Kijowie Dymitr Pawłyczko krzyknie do tłumu młodzieży zapatrzonej w przygarbioną na podium sylwetkę starego poety: „Wy go nie czcijcie, wy go czytajcie!”. Jemu już było wszystko jedno, po raz ostatni pojechał na spotkanie z cieniami, smużkami – pajęczyną obecności swoich bliskich i dalekich w białych wiśniowych sadach. Wiedział, że nie ma już ani domu, ani berceau, ani ogrodu, nie ma kwiatów bzu ani dzikiego wina, nie ma dokładnie nic, lecz kiedy patrzy w to nic, zawsze widzi w nim matkę, babcię Czekierską i Stasię Szymanowską, co opowiada śmieszne kawałki o szkole…
I widzi jeszcze kogoś z Szymanowskich, ale już trochę później, w innym miejscu, gdzie biją dzwony cerkwi, wpadają na klawisze pianina i wyczyniają takie rzeczy, od których idzie dreszcz po ciele, dzikie podniecenie, co kuzyn Karol – w pół słowa przerwawszy opowieść o źródle Aretuzy – nazwie sycylijską gorączką. Teraz to już miał za sobą; dawno miał już za sobą tę pierwszą podróż na bizantyjską Sycylię, przez stepy i „bałki”, w czerwcową noc, ten lot spod ruskich ikon Kijowa ku palermitańskim mozaikom w Capella Palatina, gdy we wspaniałym uniesieniu, w przeczuciu wielkiego odkrycia, spinał młodzieńczą wszechmożnością cudu obce sobie połowy Europy… A Polska? Polski jeszcze nie było, powstawała dopiero, gdzieś tam poza Podolem, z gruzów wrogich państwowości, z historii i krwi – i w nim się tak rodziła, w chudzielcu dwudziestoletnim, nie wspomnieniem szkolnym o szarej Warszawie, lecz ojcem z powstania, językiem, kulturą w obyczaju kresowym, gdzie nawet kościół był tylko drzewem w ogrodzie, zapachem ślubnej sukienki, pasterką o północy w śniegu. Opisał to był wielokrotnie, ten skok nad Polską, która później zbiegnie mu się w ramionach łacińsko-bizantyjskiej matki, w ziemi, w zieleni nowych ogrodów, w snach – ale wtedy jeszcze rozgrzewała się do życia w ciotkach, kuzynkach, w Nulach i Stasiach, w koncertach, etiudach, sonatach, z włoską tęsknotą i ukraińską kantyleną.
I już do końca pozostał człowiekiem pogranicza. A gadajcie, gadajcież sobie, że tyle czasu straciłem na opisywanie Petersburga, Kijowa, Syrakuz, a lejcie, lejcież swoje ślozy nad trwonieniem sił w peregrynacjach po Europie i świecie. Jakbym nie wracał potem nad Wisłę i do Sandomierza, nie ruszał w Polskę, kąpiąc się w niej, spłukując kurze, obmywając rany, tu, gdzie zeszło się wszystko, co w Europie jest najlepszego, uniwersytety i teatry, malowidła w kościołach i obrazy w cerkwiach, i pieśni, pieśni ze słów już naszych składane, na weselach i w powstaniach śpiewane, po wsiach, gdzie nadal było gorzko, zupełnie jak w mieście, no właśnie, jak to w Polsce… A dlaczegóż to nie uciekać z niej, od niej, tak pełnej Polaków?
Pewnie, nie zawsze w ucieczkach było to szwendanie się po Europie. Między tamtą wyimaginowaną „ukraińską” a tą, jaką teraz przedsiębrał, słowem, między jego pierwszą a ostatnią podróżą na Sycylię upłynęło sześćdziesiąt lat, toteż zmieściło się w nich kilkanaście innych wypraw na wyspę, a kilkadziesiąt na półwysep z Alpami i Apeninami. Bizantyjska ciekawość świata, rodem z kontynentu tamtych rozbełtanych kultur – niby to rozdzielonych trochę Bosforem, trochę łaciną i greką, a nieco też starosłowiańszczyzną od Zachodu – jak paradoks losu wyznaczonego człowiekowi pogranicza, a pewnie i całym ludom tych limitroficznych ziem, pcha nas w gąszcza podejrzeń o brzydkie renegactwo, o sui generis zdradę, a na pewno już wikła i myli tropy posądzeniem o kontrabandę. Co pan ma do oclenia? – pyta urzędnik i przenika starego człowieka spojrzeniem księdza w konfesjonale, kogoś, kto, choć prostolinijny, zna ułomności ludzkie, pomaga nam wyznać nasze grzechy, którychśmy przecie pełni, och tak, on to rozumie, on nic nie mówi, on tylko słucha. Stary człowiek nie chce skorzystać z przejścia dla VIP-ów, on, wokół którego ślizgają się na ślinie własnych pochlebstw najwyżsi w hierarchii państwa, który dobrze zna wygodne przejścia wśród służbowych entuzjastów i łżewładców, jest głęboko przekonany – niech będzie, jest naiwnie przekonany – że dla potwierdzenia sobie swoich świętych prawd trzeba zwątpić w narodowe gniazdo i przemycić przez granicę te wątpliwości i rozchwierutania, bez których wszystko jest tak proste, że aż prostackie. Owszem, celnik jest inteligentny, akurat to właśnie rozumie, jak trzeba, wybacza. Ale jak zakwalifikować fakt, że ten dziwny przemytnik dźwiga na sobie nie tylko to, co chce dźwigać, lecz i to, czym został obarczony ponad miarę przez współżycie z sąsiadami lub przez rozdarcie w rodzinie, tym rodzajem tygla, w którym wciąż się gotują różne narodowe ingrediencje (języki, obyczaje, sztuki), a wygotowawszy się dobrze, przyniosą nową, dotychczas nieznaną, lecz pewnie wielce pożywną i znakomitą strawę? Zapowiadają odlot samolotu do Rzymu. Stary człowiek cierpliwie wyjaśnia: to splot rozmaitych korzeni, wrośniętych w glinę, w piasek, w granit, nikt ich nie zdoła wydrzeć do końca, to zwyczajne, tylko że drzewo może wyrosnąć z nich niezwyczajne.
Czasami piękne nad podziw. Można tę rzecz niezwykłą a zwyczajną opisywać na tysiąc sposobów, ale niech się nie trudzi, niech to będzie odprawa warunkowa, wystarczy pamiętać, że wbrew niektórym przepisom, podszeptom, zawiściom-nienawiściom w tych kulturach, rozdzielanych sztucznymi granicami państw albo rozdzieranych strasznymi granicami bloków, tak naprawdę nie ma nigdy zdrady ani ostatecznych wyborów… Dziś niech wolno będzie powiedzieć więcej, dziś niech wolno będzie wyznać tę prawdę o dziś: będziemy wracać do ziemi ojczystej, a zakiełkują w tym ziarna powrotu do ziemi wspólnej, naszej, człowieczej, co silniej łączy, niż dzieli – choćby wszystko wokół sprzęgło się w diabelskim sojuszu przeciwko temu – szczyptę tolerancji, proszę…
Celnik uśmiechnął się: może to nieprawda, ale w sumie etyczne, zgodne z sumieniem. Teraz był ładnym młodym człowiekiem z portu lotniczego na Okęciu, jednego z aeroportów, czyli z tych miejsc, które właśnie łączą. Stary pisarz odetchnął z ulgą, przejął z ust młodego celnika odrobinę słońca i powlókł się do wyjścia na płytę. Samoloty hałasowały okropnie, więc głowy nie dam, czy mówił tak, czy tylko nam się tak zdawało: patrzmy uważniej, nie wierzmy pojedynczym przypadkom szowinizmu, spójrzmy na moje kresy, zobaczmy, ile z nas w nich, ile z nich w nas, ile tego dobra stamtąd w Polsce – aż po Sandomierz.
Nim wyszedł z domu, przysiadł na chwilę, jak to robili jego ojciec i moja matka przed każdą podróżą. Trzeba nasycić naszą obecnością opuszczane miejsca, nie mogą być martwe, gdy nas nie będzie. Patrzyły na niego zatroskane oczy Szymona, a on słyszał jeszcze żałobną muzykę po siostrze i ciche pomrukiwanie żony ze schodów, znad schodów, nie śmiał podnieść głowy, oparłszy ją o gałkę laski, przed podróżą się nie płacze, odjeżdżać to jakby w połowie powracać, pogoda naszego domu niechaj będzie z Tobą, pogoda myśli, które grzeją się już w słońcu za górami, za morzami, pogoda tchórzliwego serca… Głośniej zawarczał samochód przed gankiem, psy skoczyły do drzwi… Słońce już wstało, sypało iskrami rosy z drzew przedjesiennych, rozkrzyczane ptactwo zagłuszyło uroczyste tony pożegnania, zapach wilgotnej ziemi uderzył w nozdrza.
To Pan Bóg przykładał mu do czoła pieczęć pogody życia, a on się macał po głowie, jakby szukając czapki z piór. Byle się nie odwrócić, byle wytrwać w tym locie do przodu, choćby to był lot po obniżającej się spirali, lot starego orła ku ziemi, ku znanym krajobrazom, po ostatnią zdobycz.