Powieść “Good night, Dżerzi” osnuta wokół losów sławnego pisarza Jerzego Kosińskiego – polskiego Żyda, który zrobił w USA wielką karierę i którego powieść Malowany ptak stała się źródłem wielu kontrowersji.


Wydarzenia w “Good night, Dżerzi” przedstawione są z perspektywy Dżanusa – alter ego Głowackiego – który zostaje zatrudniony do napisania scenariusza filmu o życiu Kosińskiego.

Niebagatelną rolę odgrywa tu też celebrycki Nowy Jork z punktu widzenia emigranta.

***

Dzwoniłeś do Mailera? Dzwoniłeś. Do Vonneguta dzwoniłeś? Dzwoniłeś. I co? Ani jeden nie pisnął w twojej obronie. A wiesz dlaczego? Bo ty jesteś obcy. Nie o to chodzi, co w Polsce, że obrzezany i nos, ale, po pierwsze, przyjezdny, a po drugie, za daleko zaszedłeś w szczerości, w tym, co między kobietą i mężczyzną albo kobietą i kobietą, albo mężczyzną i mężczyzną, mniejsza z tym. […] Bo oni to są mieszczanie, małe duszyczki. Owszem, ich bohaterowie mogą sobie na to albo tamto pozwolić, ale oni, broń Boże, ściskają pośladki.

A ty, obcy. Ten Camus sobie obcego wymyślił, ale sam moralista od góry do dołu. A u ciebie noc. NOC. I w życiu, i w pisaniu. Tego ci, kurwa, nie wybaczą. Żebyś się trzymał Holocaustu, byłoby OK.
(fragment)

Janusz Andrzej Głowacki (ur. 13 września 1938 w Poznaniu, zm. 19 sierpnia 2017 w Egipcie) – polski prozaik, dramaturg, scenarzysta, felietonista i eseista.

Janusz Głowacki
Good night, Dżerzi
Wydanie II
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera w tej edycji: 3 października 2018
 
 

Good night, Dżerzi


***

Drogi Janku, powiedziała kobieta, którą kochałem i która dobrze mi życzyła. Błagam cię, napisz tę historię bez żartów i poważnie. To jest twoja ostatnia szansa. Ludzie mają dość twojego cynizmu. Jeżeli tego nie zrobisz – zniszczą cię. A ja nie będę żyła z facetem zniszczonym.
Obiecałem, że zrobię, co się da, bo nie chciałem, żeby ona też ode mnie odeszła.

Rok temu, zanim się wszystko na dobre zaczęło

Roger i Raul to znani producenci z Broadwayu. Odwiedziłem ich w penthousie po zachodniej stronie górnego Manhattanu. To był jakby niezależny domek otoczony tarasem ze wszystkich stron. Willa postawiona na szczycie dwudziestopiętrowego wieżowca. Widok jak się należy. Po jednej stronie rzeka Hudson, pięć razy szersza od Wisły w jej najszerszym miejscu, od strony oceanu sunęły po niej wolniutko dwa duże statki. Na drugim brzegu paliły się światła New Jersey, trochę dalej świeciły przęsła George Washington Bridge. Po prawej stronie był Broadway i Central Park.
New Jersey to niby stan osobny, ale tak uzależniony od Nowego Jorku, że bardziej nie można. Miejsc pracy tam jest mało, ale kompleksów akurat. I jeżeli ktoś się urodził po niewłaściwej stronie Hudsonu, chyba że w bardzo bogatej rodzinie, to jego szanse dojścia do czegoś na Manhattanie za duże nie są. A dla tych, co się urodzili w Łodzi, powiedzmy, na ulicy Gdańskiej, Manhattan jest w ogóle poza zasięgiem. Z tym że Manhattan jest właśnie nieprzewidywalny. Na ogół wiemy, komu się może udać, a komu nie, a tutaj pewniacy giną bez śladu, a kompletnie beznadziejne przypadki nagle wygrywają.
Ten domek na dachu otaczała mała dżungla. W gigantycznych donicach rosły bananowce, sekwoje, drzewa pomarańczowe i palmy. Do jednej z nich, obejmując mocno pień, przytulała się duża iguana, a na fotelach spały cztery koty. Producenci byli w czarnych żałobnych garniturach, bo parę dni temu piąty kot Lakierek zasnął na parapecie, spadł i roztrzaskał się na West Endzie. Obaj nie wykluczali samobójstwa, bo koty na Manhattanie są niemal zawsze w depresji. Pochowali go na ekskluzywnym cmentarzu w New Jersey, tam gdzie pochowany jest sławny lew, który wciąż ryczy jako znak firmowy MGM.
Dobrze nam się rozmawiało, bo też mam dwa koty. Pierwszy to ogromny rudy kocur z Brooklynu, nachalny i pewny siebie. Raz w nocy czekałem na autobus, po stronie wschodniej Manhattanu, na rogu Dziewięćdziesiątej Szóstej, przy Central Parku, i to nie było przyjemne miejsce, pusto, ciemno, wiał wiatr. No i oczywiście z mgły się wynurzył ogromny Murzyn z drewnianą klatką. Przez chwilę obliczałem swoje szanse na ucieczkę, ale byłem za bardzo zmarznięty i zmęczony. Nie ruszyłem się z miejsca. Podszedł i spytał, czy mogę mu pomóc. Szybko wyjąłem pięć dolarów. Wyciągnął z kieszeni spięty gumką zwitek studolarówek i dołączył do nich moją piątkę.
– Nie to, bracie, miałem na myśli, ale tak czy inaczej dziękuję – powiedział. – Weź tego kota.
Odpowiedziałem, że jednego już mam.
– To będziesz miał dwa. Jest zdrowy, silny i wykastrowany. Urodził się na Brooklynie, a nazywa się But.
Postawił klatkę na ziemi i odszedł. Wołałem za nim, ale się nie odwrócił. Zaniosłem klatkę do domu i otworzyłem. Ze środka wyczołgał się rudzielec. Miał okrągły łeb, wielkie łapy i żółtozłote oczy. Obejrzał mnie obojętnie i zaczął obchodzić mieszkanie. Zneurotyzowana kotka z Manhattanu prysnęła ze swojego miejsca na kanapie. But podszedł do miseczki ze zdrowym jedzeniem dla kotów, obwąchał je nieufnie i zaczął jeść. Od tej pory mam dwa koty.
Piliśmy wino, rozmawialiśmy o samobójstwach i wszystko szło dobrze, dopóki nie wspomniałem, że piszę sztukę o Dżerzim. Opowiedziałem pierwszą scenę.

Scena Pierwsza

No więc, mieszkanie wygodne, ale niewielkie, w centrum Manhattanu. Za oknem mruga czerwony neon, „American Airlines. Something Special in the Air”. Rok 1982, zima. Część living roomu oddzielona jest bordową kotarą. Tam śpi żona. Ta część będzie niewidoczna, żona na scenie się pojawi tylko raz, prawie na końcu. Początkowo będziemy tylko słyszeć jej głos. Z living roomu przechodzi się do gabinetu pisarza. No i łazienka, bardzo ważna część sceny. Na jej ścianie stare wyblakłe zdjęcie czarno-białe, a na nim rodzice trzymają za ręce małego chłopczyka. W living roomie przy stole siedzi nad partią szachów ojciec Dżerziego, ubrany tak, jak ubierało się zamożne żydowskie mieszczaństwo w roku 1940. Ojciec ma trzydzieści parę lat. No i wchodzi Dżerzi, współczesny, nowojorski, pięćdziesięciosiedmioletni. Bo w tej sztuce czasy się będą mieszać i przenikać, jak to w życiu. Jest szczupły, wysoki, burza czarnych włosów. Zdejmuje płaszcz. Zostaje w garniturze i białej koszuli. Oczywiście krawat, czarne drogie buty. Jest o dobre dwadzieścia lat starszy od swojego ojca. Nie zauważa go zresztą. Natomiast ojciec unosi na chwilę głowę znad szachownicy, odprowadza syna wzrokiem, wzrusza ramionami i wraca do analizowania partii szachów. Przechodząc, Dżerzi rzuca w stronę kotary:
Dżerzi: Jestem.
(Off zza kotary)
Żona: Dobrze się bawiłeś?
Dżerzi: Bardzo dobrze. Dobranoc, kochanie.
Żona: Good night, Dżerzi.
Dżerzi wchodzi do gabinetu i sprawdza wiadomości. Słuchając, puszcza gorącą wodę do wanny.
1. Tu Jody. Bardzo chcę cię zobaczyć. Zadzwoń.
2. Dear sir, on behalf of the Yale University, of Literature Department. We would like toinvite you… (przyspiesza taśmę).
3. Tu Jody. Muszę z tobą porozmawiać. Zadzwoń.
4. Głos kobiety z silnym akcentem hiszpańskim: Dżerzi, you mother fucker, don’t try to fuck with me or you’ll be fucking sorry.
5. On behalf of Spertus College of Judaica…
Znów przyspiesza taśmę.
Biurko zawalone książkami, ogromna biblioteka, stos numerów „New York Times Magazin”. Na okładce Dżerzi w bryczesach i wysokich butach do konnej jazdy stoi przed stajnią. Jest goły od pasa w górę, w ręku trzyma szpicrutę.
Teraz wejdzie do wanny. Zamyka drzwi od łazienki albo zasuwa kotarę. Muzyka. Najpierw Frank Sinatra, potem wtrącają się międzywojenne szlagiery polskie typu Miłość ci wszystko wybaczy.
No i za chwilę z łazienki wychodzi mały chłopczyk. Zmieniają się światła. Reflektory wydobywają rzeczy i meble, których przedtem nie widzieliśmy. Teraz jest rok 1940. Niemiecka okupacja i mieszkanie, w którym mieszka mały Dżerzi z rodziną. Neon za oknem już nie mruga. Chłopiec podchodzi do stołu, przy którym nad szachownicą pochyla się ojciec. Siada, przygląda się figurom. Ojciec, nie patrząc na niego, rzuca:
Ojciec: Przeżegnaj się.
Chłopiec powoli kreśli znak krzyża.
Ojciec: Szybciej!
Więc chłopiec żegna się szybciej.
Ojciec: Jak się nazywasz?
Chłopczyk: Jurek.
Ojciec: Jaki Jurek?
Chłopczyk: Lewinkopf.
Ojciec wali go w twarz, wywracając kilka figur. Chłopiec próbuje je ustawić. Ojciec powtarza:
Ojciec: Jak się nazywasz?
Chłopczyk: Jurek Lewinkopf.
Ojciec podnosi się i wyciąga ze spodni pasek.
Ojciec: Jak się nazywasz, szczeniaku?
Chłopczyk: Jurek (odpowiada ze łzami w oczach i powtarza szybko kilka razy), Jurek, Jurek, Jurek Kosiński.
Teraz na scenę wchodzi piękna matka w eleganckim futrze. Na kołnierzu srebrzą się płatki śniegu. Wspaniałe czarne włosy wymykają się spod stylowego kapelusza. Chłopczyk biegnie do niej i przytula do futra rozpaloną twarz. Matka czule go całuje i patrzy z wyrzutem na męża, ukrywającego za plecami pasek.
Matka: Ty go, Mojżesz, bijesz nie dlatego, że chcesz go czegoś nauczyć, tylko dlatego, że lubisz go bić.
Ojciec: Wyście powariowali. Jeżeli chcecie, żebym was przeprowadził przez piekło, to musicie się słuchać. Oboje.
Chłopczyk grający Dżerziego (do reżysera): Panie reżyserze, on mnie naprawdę uderzył.
Reżyser (niewidoczny z offu): Milczeć! Grać!
Matka: Jureczku, cokolwiek się stanie, pamiętaj, że mamusia cię kocha.
Matka rzuca nonszalancko futro na podłogę i znika ze sceny.
Ojciec: I Mieczysław! Nie Mojżesz, Mieczysław!
Potem z rezygnacją macha ręką i wraca do szachów. Zza sceny słyszymy pianino. To matka pięknie gra Walca Mefisto Franciszka Liszta. Chłopczyk podnosi futro i wchłania zapach matki. Wraca do łazienki. Zmieniają się światła. Teraz to znów Nowy Jork i migający za oknem czerwony neon.

*

– Może być – westchnął Roger, dolewając nam chilijskiego, czarnego wina. – Może być, tylko co ty właściwie chcesz o nim nowego powiedzieć?
Siedzieliśmy w wygodnych trzcinowych fotelach. To był październik, czyli Indian summer, coś jakby polskie babie lato. Znad Hudsonu podnosiła się mgła, statki już odpłynęły i światła New Jersey stały się mniej wyraźne. Roger ostatnio trochę przytył, ale jak na siedemdziesiąt pięć lat wyglądał świetnie. Jego wodniste, okrągłe oczy patrzyły uważnie, a usta były w ciągłym ruchu, zjadał serwetki, bilety do teatru i karty parkingowe, było z tym często sporo kłopotu.
– Bo to, że kłamał, wszyscy wiemy – dorzucił Raul. – A to, że właściwie prawie nic po nim nie zostało, też wiadomo.
Na kolana Raula wskoczył tłusty czarny kocur, szturchając go w brzuch, domagał się pieszczot. I Raul całkowicie zajął się kotem, który przeżywał ekstazę, prężył się sztywno, podnosił ogon, wypinał tyłek. A kiedy Raul posłusznie zaczął go drapać w okolicach ogona, zaniósł się bardziej psim niż kocim skowytem.
– On był na pewno inteligentny, i to bardzo. – Roger czule przyglądał się kocim wygibasom. – Może nawet inteligentny na tyle, że podejrzewał, że większość tego, co napisał, jest nic niewarte i się rozsypie jak domek z kart przy najlżejszym podmuchu. – Wychylił się w stronę Raula i dmuchnął kotu w tyłek. – I dlatego potrzebuje jakiegoś wielkiego spektaklu ostatecznego. Pamiętasz, Raul, Dżerzi często mówił, że samobójstwo to najlepszy sposób na przedłużenie sobie życia.
Przez chwilę patrzyliśmy wszyscy na to, co działo się z czarnym kotem. Pozostałe trzy obserwowały go razem z nami. Już nie były obojętne, zaczynały przeciągać się i prężyć na swoich fotelach.
– Jak tak – zapytałem – to dlaczego wszyscy padliście przed nim na kolana? Pisaliście, że Dżerzi to skrzyżowanie Becketta z Dostojewskim, Genetem i Kafką.
– No, Michael, dosyć, dosyć. – Raul spróbował zrzucić kota na kamienną podłogę, ale ten wczepił się pazurami w jego spodnie. – Dosyć, czarnuchu.
Kot w końcu zrezygnował i miękko skoczył na podłogę.
– Zobacz, Roger, krew… Znów będę miał ślady pazurów – poskarżył się Raul.
– Dlaczego, dlaczego? – Roger wzruszył ramionami. – Kochanie, przemyj wodą utlenioną i przynieś jeszcze jedną butelkę. – Uśmiechnął się do Raula i odprowadził go czułym wzrokiem. Raul pochodził z San Jose, był znacznie młodszy od Rogera, poruszał się jak oswojone, ale drapieżne zwierzę. – Pewnie dlatego, że świat już dawno stracił umiejętność odróżniania talentu od beztalencia i kłamstwa od prawdy. A może z jakiegoś innego powodu. Może dlatego, że Ameryka kogoś takiego jak Dżerzi nigdy przedtem nie widziała na oczy. Dlatego on nas wydymał. A teraz, jak rozumiemy, Dżanus, ty go zamierzasz pośmiertnie wyruchać.
– Chwileczkę – powiedziałem. – Zaraz, zaraz…
– Tylko się nie obrażaj. Pamiętasz, Raul, że on dziwnie pachniał.
– Paczuli jakby – zauważył Raul.
– Nie, nie, nie. To nie było paczuli. Czy pomyślałeś kiedyś, Dżanus, że dusza ma zapach? Może pachnieć kozłem, a może też różą. Napisane jest, że kiedy Bóg stworzył człowieka, tchnął mu przez usta swego ducha, ale może w tym samym czasie podczołgał się diabeł i tchnął mu w dupę swojego. Tylko mam jedną prośbę: uszanuj naszą inteligencję i nie mów, że chcesz o nim napisać prawdę.
– Otóż to – wtrącił Raul. – Pamiętaj, że im dalej od prawdy, tym bliżej do Dżerziego.
Roger pokiwał głową.
– Tak czy inaczej, życzymy ci powodzenia. Oczywiście zaraz pojawi się tłum ludzi, którzy się na ciebie rzucą z wrzaskiem, że znali go lepiej i że to w ogóle było nie tak. Ale tobie to nie powinno przeszkadzać, bo ty dymałeś pierwszy. Z tym że na nas nie licz. Bo nie mamy pewności, czy w Nowym Jorku poza nami są jeszcze ludzie, którzy pamiętają, kto to w ogóle był Dżerzi.
– No, to już przesadzacie – powiedziałem.
Raul odkorkował nową butelkę, a pod naszymi nogami trzy koty dołączyły do czarnego i zbiły się w kłębowisko pełne miauczenia i skowyczenia, drapania i gryzienia. Zaczynała się orgia kastratów.
Następnego dnia pogoda się popsuła, nagle zaczęło lać. Ale poszedłem do Barnes & Noble – ogromnej kilkupiętrowej księgarni na Broadwayu naprzeciwko Lincoln Center – i poprosiłem o monografię Kosińskiego.
– Kogo? Czy mógłbyś przeliterować to nazwisko? – zapytał młody sprzedawca.
Przeliterowałem raz, potem jeszcze raz i jeszcze raz, ale już przez zęby. Postukał w komputer, pokręcił głową i powiedział:
– Nic.
– Nic?
– Nic!
Oklapłem, nabrałem wątpliwości i dałem sobie z Dżerzim spokój.

Mgła

Wiele lat temu w Teatrze Powszechnym na Pradze obejrzałem sławną adaptację Wojny i pokoju. Nie pamiętam, kto reżyserował. W każdym razie to była sławna adaptacja Piscatora. Z całego spektaklu zapamiętałem jedną scenę. Po bitwie pod Borodino Napoleon, darując życie Piotrowi Biezuchowowi, informuje go: „Dla pana to los, dla mnie to przypadek”. Pamiętam jeszcze, że aktor, który grał narratora, był gejem. Kiedy mówił: „I kto wie, jaki obraz przybrałaby bitwa, tylko ta mgła, ta straszna mgła…”. Nie tyle zastanawiałem się nad sensem, ile śmieszyło mnie, jak pretensjonalnie wymawia to „mgłaaa”. Homoseksualiści byli wtedy w Polsce mocno nielegalni. Spotykali się nocami potajemnie w rozmaitych katakumbach i tak jak pierwsi chrześcijanie poznawali po tajemniczych znakach.
Świetny pisarz Julian Stryjkowski opowiadał mi, jak uciekając przed Niemcami ze Lwowa w czasie drugiej wojny światowej, znalazł się w Moskwie, gdzie homoseksualizm był już naprawdę tępiony. Pewnego wieczoru, gnany tęsknotą, nie wytrzymał i zasłaniając twarz szalikiem, udał się do publicznej toalety. W drugim końcu zobaczył podobnie zamaskowanego mężczyznę. Z zamierającym sercem, bojąc się prowokacji, zaczął się jednak ostrożnie podkradać i nagle rozpoznał znajomego malarza ze Lwowa. Z płaczem padli sobie w ramiona. Julek wyznał mi, że takich spotkań miał w czasie tej strasznej wojny wiele. Błagałem go, żeby napisał historię drugiej wojny światowej opowiedzianej przez takie spotkania w publicznych toaletach i że to by mogło być genialne. Pokręcił głową, że owszem, myślał o tym, ale jest dysydentem i to mogłoby skompromitować jego walkę z komunizmem.
Tak czy inaczej, o losie i przypadku będzie tu trochę więcej.
– Masza – zanotował później Klaus Werner – powiedziała mi, że przypadek to tylko bat, którym przeznaczenie pogania to, co nieuchronne, do przodu.