Brutalne zabójstwo. Bohaterka, która zawsze stawia na swoim. Mroczne kulisy świata hazardu i bitwa, którą wszyscy z góry uznali za przegraną…


AnaAna Tramel jest zdolną prawniczką, o silnym charakterze, ale słabej woli, uzależnioną od alkoholu, seksu i leków.

Kilka lat temu biły się o nią najlepsze kancelarie. Pewne mroczne wydarzenie sprawiło, że zrezygnowała z kariery adwokackiej i pracuje w małej kancelarii swojej przyjaciółki.

Niespodziewany telefon od brata Alejandra, z którym od dawna nie miała kontaktu, wywraca jej życie do góry nogami. Okazuje się, że Alejandro nie tylko zamordował szefa wielkiego kasyna, w którym regularnie przesiadywał, lecz także przegrał tam blisko milion euro, których nie miał.

Ana decyduje się pomóc bratu, choć wszystko świadczy przeciw niemu. Wspierana przez osobliwy zespół (stary detektyw, początkująca prawniczka i uzależniony od hazardu stażysta), wypowiada wojnę potężnemu koncernowi z branży gier liczbowych.

Pełne zawirowań śledztwo i proces przypominają walkę Dawida z Goliatem. Ana jednak nie poddaje się nawet wtedy, gdy zostaje na polu walki sama, zdradzona przez najbliższe osoby. Jest niczym filmowy Rocky Balboa: tak jak on potrafi wytrzymać każdy cios…

Roberto Santiago
Ana
Przekład: Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski
Wydawnictwo Muza
Premiera: 3 października 2018
 
 

Ana


CZĘŚĆ PIERWSZA
OCZY

1

Pierwsza tego ranka porcja płynu w organizmie.
Łyk ginu.
Poczułam, jak pali mi gardło. Spływa do żołądka. Rozgrzewa – co było do przewidzenia. Dobra wiadomość: żyję.
Moje źrenice zaczęły powoli badać otoczenie. Promienie światła przedzierały się przez szczeliny w białych żaluzjach. W półmroku dostrzegłam zarys szafy ściennej, regał, a w kącie coś, co przypominało stojak na parasole.
Musiało być jeszcze bardzo wcześnie.
A może nie.
Prawdę mówiąc, miałam to w nosie.
Spuściłam wzrok i spojrzałam na swoje ciało.
Miałam na sobie cielisty stanik. Od pasa w dół byłam naga. To mogło oznaczać tylko jedno.
Bingo!
Oto i on.
Z trudem uniosłam prześcieradło.
Obok mnie leżał jakiś młodzian, całkiem nagi. Miał najwyżej dwadzieścia pięć lat. Góra trzydzieści. Spał na brzuchu. To nie znaczy, że się pomyliłam. Stałam się ekspertką w ocenianiu wieku nieznajomych, których znajduję o świcie gołych, leżących obok mnie na brzuchu.
Pociągnęłam jeszcze jeden łyk z butelki z matowego (a może zielonego) szkła. Drugie uderzenie ginu, który trafił do mojego żołądka, było jeszcze bardziej brutalne. Dopadły mnie mdłości. Powstrzymałam je. Nie miałam zamiaru wyrzygać się do łóżka młodego.
Spróbowałam się na czymś skoncentrować.
Przed sobą dostrzegłam otwarte drzwi prowadzące prawdopodobnie do łazienki. Gdybym miała siłę, żeby do niej dojść, mogłabym zrobić tam wiele rzeczy, które być może poprawiłyby moje samopoczucie.
Postanowiłam zostawić to na później. Zbiorę siły, a potem zobaczymy.
Wolałam skupić się na czymś, co było bardziej w zasięgu moich możliwości umysłowych i fizycznych. Od razu znalazłam doskonały sposób, żeby oprzytomnieć: zaczęłam liczyć palce u nogi wystającej spod pościeli na skraju materaca i ruszać nimi po kolei. Paluch, następny, którego nazwy nigdy nie pamiętam, trzeci, czwarty…
Na szafce nocnej zaczęło mrugać jakieś światełko, odrywając mnie od mojego zajęcia. Będę musiała zacząć od początku: paluch, następny, który u ręki określa się jako wskazujący, no proszę, robię postępy, ale nie wiem, jak się nazywa drugi palec u nogi. Mogłabym wymyślić dla niego jakąś nazwę, nie sądzę, żeby miał coś przeciwko. Zastanowiłam się przez moment, pierwsze, co przyszło mi do głowy, to drugol. Niezbyt oryginalne, ale proste. I łatwe do zapamiętania. Paluch, drugol…
Znowu przerwało mi światełko mrugające od strony szafki.
Obróciłam się o kilka centymetrów, próbując ustalić jego źródło.
Leżał tam jeden z tych wielkich telefonów komórkowych o superpłaskim ekranie. Nienawidzę tych bestii. Nie pytajcie dlaczego. Po prostu ich nie cierpię.
Światełko nadal mrugało.
Odstawiłam butelkę z matowego szkła, którą ciągle trzymałam w dłoni, i wzięłam komórkę do ręki. Patrzyłam, jak podświetla się ekran. Pojawiło się na nim jakieś słowo. „Brother”. Przyglądałam się siedmiu pulsującym literom. Raz i drugi. Raz i drugi. Brother. Brother. Przyszło mi do głowy, że można by w ten sposób kogoś zahipnotyzować, każąc mu patrzeć w ekran bez odrywania wzroku. Albo nawet zahipnotyzować kilka osób. Ujrzałam samą siebie, jak trzymam wielką mrugającą komórkę najnowszej generacji w sali konferencyjnej kancelarii, tuzin wpatrzonych w światło oczu, które nie mogą się od niego oderwać. Było oczywiste, że nie czułam się zdolna do głębszych przemyśleń. Za jakiś czas będzie lepiej. W końcu światełko zgasło.
Na ekranie pojawiła się inna wiadomość: siedemnaście nieodebranych połączeń od… „Brother”.
Gdybym była w lepszym stanie, trzeźwa, nieskacowana, gdybym siedziała u siebie w domu albo w swoim gabinecie czy w jakimkolwiek innym znanym miejscu, poczułabym niepokój. Może nawet wpadłabym w panikę.
Od lat nie miałam od niego wiadomości. To akurat pamiętałam.
Gdzie ja się obudziłam? Czyja to sypialnia? Założyłam, że młodziana.
Zgięłam lewą nogę i delikatnie kopnęłam w tyłek mojego łóżkowego towarzysza.
Podniósł głowę i wydał z siebie niezrozumiały gardłowy dźwięk. Przypominał ranne dzikie zwierzę, które nie wie, dlaczego ktoś je trąca.
Widok jego twarzy potwierdził moją hipotezę: mimo worków pod oczami i nieciekawego wyglądu miał nie więcej niż dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć lat.
Natychmiast uraczyłam go drugim kopniakiem. Ten tyłek głośno domagał się klapsa.
– Gdzie jestem? – zapytałam.
– Eee? Uhm? – odpowiedział.
Kurwa. Młody był niezwykle elokwentny. Mam nadzieję, że w łóżku spisywał się lepiej niż w rozmowie. Niczego nie pamiętałam, ale doskonale wiedziałam, że z czasem przyjdą wspomnienia, króciutkie przebłyski z nocy, którą spędziłam z tym facetem. I chciałam wierzyć, że będą to wspomnienia przyjemne.
– Pytam, gdzie jestem. W jakiej dzielnicy. W jakim mieście.
Chłopak popatrzył na mnie. Widziałam, jak jego umysł zaczyna łączyć elementy układanki. Aha, jestem tutaj, w łóżku, z jakąś starszą ode mnie nieznajomą, którą kilka godzin wcześniej zaczepiłem w barze. Wyglądało na to, że jego neurony zaczęły reagować.
– Ulica Embajadores sześćdziesiąt osiem. Pierwsze piętro, mieszkanie C. Madryt, kod pocztowy dwadzieścia osiem, zero, dwanaście. – Uśmiechnął się, jakby powiedział coś zabawnego.
Odwzajemniłam uśmiech.
Ekran komórki znów zaczął mrugać. Spojrzałam na niego, choć wiedziałam, co zobaczę: „Brother”.
Zebrałam się na odwagę. Przysunęłam komórkę do ucha. Odebrałam.
– Tak? – wymamrotałam.
Po drugiej stronie dał się słyszeć hałas, którego nie zdołałam rozpoznać. Może mojemu rozmówcy wypadła komórka. Albo podał ją komuś innemu.
– Tak? – powtórzyłam.
– Ana? – powiedział w końcu ochrypły głos.
Natychmiast go rozpoznałam.
– Cześć – przywitałam się oschle.
– Ano, posłuchaj, nie dzwoniłbym do ciebie, gdyby sprawa nie była poważna.
Kątem oka zauważyłam, że mój towarzysz bacznie mi się przygląda.
– To twój mąż? – szepnął.
Zignorowałam go. Nie drgnęła mi nawet powieka.
Całą uwagę, na jaką było mnie stać, skoncentrowałam na przyłożonej do ucha komórce.
– Ano, słyszysz mnie? – zapytał z pewnym niepokojem ochrypły głos.
– Dobrze i wyraźnie.
– Jestem w koszarach Gwardii Cywilnej w Robredo. Zatrzymano mnie za morderstwo.
Pomimo stanu, w jakim się znajdowałam, zarejestrowałam całe zdanie. Każdy wyraz. Koszary. Gwardia Cywilna. Robredo. Morderstwo. Zarejestrowałam też ogólny sens: mojego brata, z którym nie rozmawiałam od lat, zatrzymano za morderstwo.
Mogłam zapytać go o mnóstwo rzeczy. Na początek, o jakim morderstwie mówi. Ale o wiele bardziej zaciekawiło mnie coś innego. Nie było to oczywiście najważniejsze, ale, jak mówię, bardzo mnie zaciekawiło. Od dziecka jestem strasznie dociekliwa.
– Dlaczego pozwolili ci zadzwonić siedemnaście razy?
– To nie ja dzwoniłem. Dałem komórkę gwardzistom, a oni próbowali, dopóki nie odebrałaś. Są bardzo mili.
W myślach zobaczyłam dwóch funkcjonariuszy, którzy z pewnością w tym momencie wbijali wzrok w mojego brata. Nie wiedzieć czemu, w mojej fantazji obaj mieli bujne wąsy, a twarz jednego z nich była podziobana przez ospę. Ludzka wyobraźnia to prawdziwa zagadka.
– Ano, jesteś tam?
– Powiedz mi, dlaczego dzwonisz?
– Chcę, żebyś była moim adwokatem.
Poczułam pieczenie, które zaczęło się przemieszczać od żołądka w górę. Intensywniejsze od tego wywoływanego przez gin. Był tylko jeden sposób, by je złagodzić.
Przytrzymałam komórkę między policzkiem i ramieniem. Znowu sięgnęłam po butelkę. Pociągnęłam łyk. Długi i solidny. Zgodnie z moimi przewidywaniami płyn wywołał reakcję fizyczną. Zabolało. Gdzieś w bliżej nieokreślonym miejscu między jelitem cienkim, wątrobą i okrężnicą.
– Już się tym nie zajmuję – powiedziałam.
– Chyba do ciebie nie dotarło: jestem oskarżony o morderstwo.
– O zabicie kogo?
– Bernarda Menendeza Ponsa.
Gdzieś już słyszałam to nazwisko. Ale chwilowo nie zdołałam przypisać go do żadnej konkretnej osoby. Wymówił je tak, jakbym powinna je znać. Możliwe, że później skojarzę, dopasuję do niego twarz… Mogło mi to jednak zająć trochę czasu.
Brat zdawał się czytać w moich myślach.
– Dyrektora kasyna Gran Castilla.
– Jasne – odparłam.
Materac pod moim ciałem poruszył się. Młody podnosił się z łóżka. Zdumiewająco szybko stanął na nogach i podrapał się w tyłek. Idealny, dwudziestopięcioletni tyłek. Podszedł do drzwi łazienki i zniknął w jej wnętrzu.
– Ano, musisz mi pomóc.
Jego głos nie brzmiał już tak ochryple.
– Nie chcę być nieuprzejma, ale zadzwoniłeś w nieodpowiednim momencie. Skontaktuj się lepiej z innym adwokatem.
– Nie znam żadnego innego adwokata – odpowiedział szybko.
Ta sytuacja źle wpływała na moje samopoczucie. Oczyma wyobraźni zobaczyłam przyszłość pełną lęku i cierpienia dzielonych z bratem. Zdarzało mi się to dość często: zawczasu przewidywałam nieprzyjemne odczucia. Dlatego niespecjalnie się tym przejęłam.
– Uprzejmi gwardziści na pewno pomogą ci znaleźć innego adwokata – powiedziałam.
– Ano, proszę! Nie mam nikogo innego. Tylko tobie mogę zaufać. Proszę.
Mówił drżącym, słabym głosem.
Wzruszyłam ramionami, ale trzy sekundy później zmieniłam zdanie. W końcu to mój brat. Od dawna z nim nie rozmawiałam, ale go kochałam. Poza tym nagłe zmienianie zdania to jedna z moich specjalności. Jestem w tym lepsza niż w prawie karnym.
– Posłuchaj uważnie. Od pięciu lat pracuję w kancelarii, która zajmuje się składaniem odwołań od mandatów drogowych. Od dawna nie prowadziłam żadnej normalnej sprawy, tym bardziej sprawy o zabójstwo. Sądzę, że to fatalny pomysł. Ale jeśli mimo wszystko jesteś zdecydowany, spróbuję ci pomóc.
– Dziękuję ci, Ano. Liczę na ciebie.
Najwyraźniej brat usłyszał tylko koniec ostatniego zdania.
Drzwi łazienki otworzyły się, młody wrócił do pokoju. Wciąż był nagi. Szybko przebiegłam wzrokiem po jego ciele. Bądźmy szczerzy: gdyby założyć mu worek na głowę, mógłby wziąć udział w konkursie piękności i zająć więcej niż godne miejsce.
– Co mam teraz robić? – spytał mój brat.
Nic. To ja muszę zakasać rękawy. Pojechać do Robredo. I zająć się formalnościami. Już na samą myśl o tym poczułam ogromne znużenie.
– Wkrótce tam będę, wtedy przystąpimy do odpowiednich czynności – powiedziałam. – Najważniejsze, żebyś z nikim nie rozmawiał. Nic nie mów. Nawet tym miłym gwardzistom. Zrozumiałeś?
– Tak.
– Bardzo dobrze. Już ci powiedziałam, że moim zdaniem to nie jest dobry pomysł, ale obiecuję, że zrobię, co będzie możliwe.
– Jesteś najlepszym prawnikiem, jakiego kiedykolwiek widziałem w sądzie. – Mój brat powiedział to z takim przekonaniem, że sama w to uwierzyłam. – Dziękuję ci, Ano. Naprawdę.
– Muszę teraz załatwić pewną pilną sprawę – przerwałam, nie chcąc popadać w sentymentalizm. – Pamiętaj: z nikim nie rozmawiaj.
Rozłączyłam się.
Młody przyglądał mi się badawczo. Stał, jakby czekał, że ktoś powie mu, co ma robić.
Spojrzałam na niego uważnie.
Nie w oczy.
Patrzyłam na jedyną część jego ciała, która w tym momencie zdawała się budzić zainteresowanie mojego mózgu. Daję słowo, że próbowałam podnieść wzrok. Na próżno. Utkwiłam spojrzenie w jego członku. Nic nie mogłam na to poradzić. Przypatrywałam mu się spokojnie, nie okazując żadnych emocji. To był normalny, zwyczajny członek, nie za duży, nie za mały. W sam raz.
Sytuacja przedstawiała się następująco: mój brat będzie musiał poczekać chwilę w towarzystwie uprzejmych gwardzistów, dopóki nie załatwię pilnej sprawy, którą wzięłam w swoje ręce.

2

Odkąd pamiętam, zawsze chciałam być adwokatem.
Z jakiegoś powodu przez całe życie pragnęłam czynić sprawiedliwość. Od dzieciństwa miałam to wypalone gorącym żelazem. Zmieniać świat, robić z niego bardziej przyjazne miejsce do życia. Bronić biedaków, toczyć niemożliwe do wygrania batalie, stawać przed sędzią oraz członkami ławy przysięgłych i wygłaszać błyskotliwe mowy, które ich poruszą i pozwolą im odkryć prawdę.
Nie było to związane z pieniędzmi ani z robieniem kariery. Jeszcze mniej z tradycją rodzinną: jestem pierwszym prawnikiem na długiej liście restauratorów.
Nic z tych rzeczy.
Tysiące razy oglądałam Atticusa Fincha w Zabić drozda, sir Wilfrida Robertsa w Świadku oskarżenia, Franka Galvina w Werdykcie, Arthura Kirklanda w …I sprawiedliwość dla wszystkich. To oni byli moimi bohaterami, najlepszymi i najbardziej błyskotliwymi adwokatami wszech czasów. Każdy z nich niestrudzenie czynił zadość sprawiedliwości, na przekór wszystkiemu. I jak by tego było mało, zawsze stawiał na swoim.
Ja też chciałam stawiać na swoim.
Uważałam, że zostanie adwokatem jest najlepszym sposobem, by to osiągnąć.
Pamiętam doskonale, że kiedy powiedziałam ojcu, że chcę studiować prawo, odparł:
– Przydałby nam się jakiś kauzyperda w naszym biznesie.
To wszystko.
Ojciec nigdy publicznie nie okazywał uczuć. Nawet przede mną czy przed bratem. I nigdy nie używał przymiotników. Mawiał, że przymiotniki są jak fałszywe banknoty.
– Nigdy nie ufaj przymiotnikom, Ano – powtarzał często.
Zdaję sobie sprawę, że te dyrdymały o uczuciach i przymiotnikach zostały zapisane w moim DNA. Odziedziczyłam je po ojcu. Odziedziczyłam również starego seata toledo w zielonym kolorze. Tyle zostawił mi w spadku mój stary. Nie licząc wrodzonych zmian nastroju i kilku innych wad. Samochód sprzedałam, gdy tylko nadarzyła się okazja. Jeśli chodzi o uczucia, przymiotniki i wady, powiedzmy, że też próbowałam się ich pozbyć, ale bez rezultatu.
Popatrzyłam na zegarek na desce rozdzielczej samochodu.
Dwunasta dwadzieścia. Od rozmowy telefonicznej z bratem minęły prawie dwie godziny. Jechałam moją mazdą 6 w kolorze jesiennej czerwieni autostradą A-6 w kierunku Robredo. Znałam drogę na pamięć; jako dziecko spędzałam często weekendy w Monte Pico, w małym domku w górach należącym do przyjaciół rodziców, kilka kilometrów dalej.
Wybrałam numer i podłączyłam telefon do zestawu głośnomówiącego. Po paru sygnałach usłyszałam głos:
– Promultas, słucham.
– Cześć, Rondo. To ja.
– Ana? Dzień dobry. Jedziesz do biura?
– Niezupełnie – powiedziałam, nie mając ochoty na wyjaśnienia. – Posłuchaj, chcę, żebyś ściągnęła Sofíę i Francisca, i jeszcze… tego nowego chłopaka, który nosi te okropne krawaty, jak on się, do licha, nazywa?
– Gerardo?
– Gerarda. Chcę, żeby zebrali się w moim gabinecie po lunchu.
– Czyli o której?
Ronda dobrze mnie znała. Wiedziała, że pory moich posiłków, tak jak cały rozkład dnia, nie są sztywne. Równie dobrze mogłam przyjść do pracy o trzeciej po południu, jak i o świcie. Szybko obliczyłam w pamięci, ile zajmie mi wizyta w Robredo i jeszcze jedna ważna sprawa, którą powinnam załatwić przed powrotem do biura.
– O czwartej? – zapytałam.
– O czwartej – powtórzyła Ronda.
– Powiedz im, żeby zebrali informacje o Menendezie Ponsie, wszystko, co zdołają.
– To nowy klient?
– Przekaż im to i niech punktualnie o czwartej będą w moim gabinecie.
– Jak sobie życzysz – odparła niezbyt zadowolona z mojej odpowiedzi. – Jeszcze jedna rzecz, Ano. Szuka cię Concha. Kilka razy o ciebie pytała. Chyba jest w złym humorze.
Wyobraziłam sobie, jak Concha przemierza korytarze, pomstując na co popadnie z byle powodu. Promultas było wielką kancelarią zajmującą się wyłącznie składaniem odwołań od kar administracyjnych, przede wszystkim od mandatów drogowych. W dobrych czasach pracowała tu nawet setka adwokatów, w większości młodych, świeżo po studiach. Potem radziło sobie z osiemnastoma, w tym Conchą i mną w roli kierowniczki działu odwołań w postępowaniu administracyjnym. Ten eufemizm oznacza, że nadzorowałam wszystkie apelacje, zwłaszcza te wnoszone przez nowych pracowników. Ona była założycielką i głównym udziałowcem. Szefową. Moją przyjaciółką ze studiów, która pewnego zimowego wieczoru posadziła mnie w holu podmiejskiego hotelu i zmusiła do podjęcia pracy w swojej kancelarii. Uratowała mnie w takim okresie życia, w którym – oględnie rzecz ujmując – interesowało mnie jedynie znieczulanie się alkoholem. Ale, jak to mówią, to już całkiem inna historia.
Concha akceptowała moją niepunktualność, dziwaczne godziny pracy, nieszablonowe podejście do służbowych obowiązków. Dlatego, że byłyśmy przyjaciółkami. A także dlatego – nie oszukujmy się – że byłam w jej biurze gwiazdą: prawniczka z moim doświadczeniem na czele kancelarii takiej jak Promultas to coś, na co w innych okolicznościach nie mogłaby sobie pozwolić. Jestem bardzo dobra w tym, co robię. Ale robię to po swojemu. Wiedziała o tym od samego początku. Płaciła mi mało jak na moje kwalifikacje, jedną czwartą tego, co zarabiałam u szczytu kariery, kiedy byłam biczem na sędziów i prokuratorów. Ale nie potrzebowałam więcej. Tak naprawdę nie chciałam więcej. Fakt, iż tamtego ranka Concha była zdenerwowana i kilkakrotnie o mnie pytała, musiał oznaczać, że wydarzyło się coś niezwykłego.
– Nie przejmuj się, Rondo – odparłam w końcu. – Powiedz Conchy, że zobaczymy się po południu.
– Jak sobie życzysz. Coś jeszcze?
– Tak, jedna bardzo ważna rzecz. Chcę, żebyś wysłała skany mojego dowodu osobistego i legitymacji członka Izby Adwokackiej.
Nigdzie nie mogłam znaleźć portfela. Nie pierwszy raz mi się to zdarzało po takiej nocy jak ostatnia. Podróż przez życie bez dokumentów stała się moim znakiem rozpoznawczym. Sekretarka powstrzymała się od komentarzy, przywykła.
– Gdzie mam wysłać? – zapytała.
– Do koszar Gwardii Cywilnej w Robredo – odparłam.