Marcowe dzieci. Chłopcy, którzy nigdy nie staną się mężczyznami. Podobni do siebie jak bracia. Za każdym z nich stoi inna historia.


RównonocSeria tajemniczych zaginięć nastoletnich chłopców, którzy zniknęli pod koniec lat 90. w Zachodniopomorskiem. Co łączy te dramaty? Czy chłopców ktoś porwał? Czy zamordował seryjny zabójca? Czy może to wszystko jest jednak dziełem przypadku?

Marcowe dzieci. Chłopcy, którzy nigdy nie staną się mężczyznami. Podobni do siebie jak bracia. Za każdym z nich stoi inna historia. Inny rodzic.

To właśnie oczami rodzica, pełnymi cierpienia i niezrozumienia, dla tego, co się stało, obserwujemy świat po stracie. Słyszymy ten niemy krzyk i wiszące w zamkniętym pokoju syna pytanie – gdzie jesteś?

Ta poruszająca do głębi historia, utkana ze wspomnień i informacji na temat autentycznych wydarzeń, które miały miejsce w Łobzie, Rewalu i Starym Drawsku w marcu 1998 i 1999 roku.

Anna Fryczkowska
Równonoc
seria: „Na F/Aktach”
Wydawnictwo Od Deski do Deski
Premiera: 3 października 2018
 
 

Równonoc


I NAGLE SŁYSZĘ DZWONEK. Idę do drzwi. Teraz, po tylu latach robię to już bez emocji, nadzieja dawno zdążyła się wypalić. Pewnie to listonosz. Kurier. Gospodarz domu. Sawicka z góry. Nikt ciekawy.
Na wycieraczce stoi mężczyzna. Patrzę na niego przez wizjer i zastanawiam się, skąd go znam. Jest piękny, trochę podobny do mojego stryja, ale bardziej do Piotrka, subtelniejszy jednak, przystojniejszy, cieńszą kreską rysowany. Wysoki, szczupły, wyraźne kości policzkowe, mocna szczęka. Ma ciemne oczy i półdługie włosy, odgarnia grzywkę, czekając, aż otworzę. Podobny jest do wszystkich, których kocham. Kochałam.
Nie, to nie może być on.
To z całą pewnością nie on. Minęło dwadzieścia lat. Dlaczego dzisiaj, teraz, tak nagle, skąd?!
Boję się otworzyć. Tamten stoi i patrzy w wizjer, szuka moich oczu. Nie może ich przecież widzieć, ale szuka.
– Długo każesz mi czekać? – Głęboki, męski głos.
Uśmiecha się, trochę krzywo, zbuntowanymi ustami.
Ręce mi się trzęsą, ale otwieram. Stoję w progu i patrzę na niego. Wyższy ode mnie o dwie głowy. Może nawet trzy.
– Cześć, mamusiu! Tyle czasu! Tak strasznie tęskniłem!
Daje krok do przodu i nagle tulimy się mocno. Pachnie inaczej, mówi inaczej, twarz mu dojrzała, policzki ma szorstkie, ale w środku, tam głęboko, to ciągle mój syn, nasz kochany syn i brat. Szymon wrócił do domu.
Jeszcze będzie czas, żeby spytać, gdzie był przez tych dwadzieścia lat, co robił, a może, co z nim robiono. Dlaczego nie pisał, nie odezwał się, nie mógł dać znaku życia. Nie mógł albo nie chciał. Ale cokolwiek się z nim działo, zdążył urosnąć i zmężnieć przez tych dwadzieścia lat, podczas których moja żałoba osiągnęła dojrzałość.
Nie, to nie żałoba. Pustka osiągnęła dojrzałość.
Jednak jest, wrócił.
Znowu jesteśmy razem.
Ale może opowiem całą tę historię od początku.

FAZA PIERWSZA
STRATY

21 marca 1998
MAMA SZYMONA

„Muzyka jest ulotna – raz zagrany ton lub akord
tak naprawdę istnieje tylko w pamięci słuchaczy”.
Harmonia tkwi w liczbach. Muzyka i matematyka
Javier Arbonés, Pablo Milrud
(tłum. Katarzyna Rączka)
 
 
DLACZEGO TO SIĘ ZDARZYŁO AKURAT NAM? Nie mam pojęcia. Przecież byliśmy najnormalniejszą rodziną pod słońcem – żadnej patologii, chłopcy zadbani, dopilnowani. Zawsze wiedziałam, gdzie są i kiedy wrócą. Sprawdzałam im lekcje, dbałam, żeby mieli czyste ubrania. Jadaliśmy razem obiady w niedzielę, siadaliśmy wspólnie do kolacji w dni powszednie, rozmawialiśmy o wszystkim, słuchałam tego, co mówili. Wiedziałam, kto uczy moich synów polskiego, a kto historii. Znałam kolegów i ich mamy. To nie była żadna nadopiekuńczość – doskonale wiem, że synowie nadopiekuńczych matek nie dają sobie rady w życiu. A Szymon dawał sobie radę. Dobrze się uczył, prawie najlepszy w klasie, z matematyki na pewno. Był bystry i kochany. Lubił zostać z nami w domu, pogadać. Więc to nie powinno się zdarzyć. Nie nam.
– To nie powinno nam się zdarzyć – powtarzał mąż. – Zawsze o nich dbaliśmy. Woziłem Szymona na piłkę nożną, na te zajęcia, co pamiętasz. Woziłem go całe półtora roku, ile chciał. Czekałem, aż skończy trening. Rozmawialiśmy dużo, naprawdę. W soboty chodziliśmy na rower. Uczyłem go, jak się golić. Byłem z nim, kiedy tylko chciał. Nie powinno się tak stać.
– Zawsze wiedziałam, gdzie jest. I z kim.
– Nie powinno.
– Zawsze wiedziałam.
– Nie powinno.
– Święta Maryjo, Matko Boża. Święta Maryjo, Matko Boża. Święta Maryjo, Matko Boża – dopowiadała teściowa z dużego pokoju.

Szymon zawsze był grzeczny, nie powiem. Pani pyta, co to znaczy „grzeczny”. Mam na myśli to, co wszyscy. W grzeczności nie ma żadnej filozofii. U mnie w domu mówiło się jeszcze „pociecha rodziców”. Znaczy w moim rodzinnym domu mówili tak o mnie rodzice i babcia. O Szymonie też tak z mężem mówiliśmy. Bo był naszą pociechą. Nigdy nie pyskował. Nie kłamał. Po chleb skoczył, jak zabrakło. Sprzątał po sobie ze stołu. Do lekcji nie musiałam go zaganiać. Do kościoła chodził – najpierw z nami, a kiedy dorósł, to sam na msze młodzieżowe, na dziewiątą trzydzieści rano. Narzekał, że niedziela, a musi wstać o ósmej, i ziewał rozdzierająco, ale chodził. Opowiadał się, jak dokądś szedł. Naprawdę, zawsze. Tamtego dnia też.

Często stawał na balkonie i patrzył w niebo – u nas na osiedlu dobrze widać gwiazdy, bo latarnie zawsze popsute.
– Na co tak patrzysz? – pytałam.
– A tak sobie. Ładnie, prawda?
Nie zwracał uwagi na błocko na podwórku ani na garnki na balkonie; lodówka jakoś zawsze była za mała na to całe jedzenie – dwóch dorastających chłopców w domu, sama pani rozumie. Szymon patrzył w górę. W odróżnieniu od niego ja wcale nie uważałam, że tam jest ładnie. Dla mnie było strasznie obco, czarno, zbyt rozlegle. Mówiłam mu to.
– Nie ma się czego bać, mamusiu.
I stał tak, zadzierając głowę, ciągle ode mnie niższy. Jeszcze nie wybujał. Jeszcze był prawie całkiem mój.
Tamtego wieczoru, dwudziestego pierwszego marca dziewięćdziesiątego ósmego roku, też powiedział, dokąd idzie i z kim. Była osiemnasta siedemnaście – akurat spojrzałam na zegar, więc wiedziałam dokładnie, kiedy wyszedł. Tego się po tym wszystkim nauczyłam: że trzeba wyrażać się ściśle. Policji trzeba wszystko mówić dokładnie, bo jak nie, zaraz dopytają: Co to znaczy, że mieliście dobry kontakt z synem? Co to znaczy, że był grzeczny? Co to znaczy, że nigdy się nie spóźniał? Co to znaczy, że się dobrze uczył? Co to znaczy, że nie miał kłopotów w szkole? Ale niezależnie od tego, jak dokładnie im to wszystko wyjaśniałam, nic nie wskórali.
– Idę się spotkać z chłopakami – powiedział Szymon o osiemnastej siedemnaście. – Na miasto, mamusiu. Będę przed dwudziestą drugą.
Wiedział, że nie lubię, kiedy przebywa dłużej poza domem. Wiedział, że nie zasnę, nim wróci. Więc zawsze wracał na czas.
– Pierwszy dzień wiosny, mamusiu – powiedział. – Dzień wagarowicza. Szkoły nie ma, ale i tak musimy poświętować.
No i wytłumaczył mi jeszcze, co to znaczy „pierwszy dzień wiosny”. Że noc i dzień są wtedy równej długości. Równonoc wiosenna. Taki mądry, widzi pani? Zawsze był taki.
I poszedł.
Zamiotłam przedpokój, bo nakruszyło mu się błota z butów. Potem sobie wyrzucałam, że mogłam za nim popatrzeć z balkonu – często to robiłam, nawet po ciemku. Ale wtedy zamiatałam i nawet chyba trochę byłam na niego zła, że nie wytarł butów, tylko tak nabrudził. W dużym pokoju mąż i Piotrek oglądali telewizję, akurat na Jedynce leciał ten serial o ratownikach, Słoneczny patrol. Mąż podrzemywał, chociaż blondynka na ekranie pokazywała prawie wszystko, co miała, natomiast Piotrek narzekał, że nie widzi.
– Mamuś, zabierz babcię! Oglądam.
Ona tak już ma, ta moja teściowa, że ciągle chodzi po domu i powtarza zdania. Znaczy jedno zdanie. Wybierze sobie, a potem chodzi i powtarza. Nie słucham jej, bobym przecież sama zwariowała.
– Zaraz się wydarzy. Zaraz się wydarzy – mówiła tamtego wieczoru i szurała kapciami, łażąc tam i z powrotem, tam i z powrotem. Włosy miała rozczochrane i nie dawała się uczesać ani ubrać, tak strasznie była niespokojna, więc tylko sweter jej narzuciłam na nocną koszulę. – Zaraz się wydarzy. Zaraz się wydarzy.
Chciało mi się huknąć na nią: „Poleżałabyś trochę, bo zwariować można!”.
Ale powiedziałam tylko:
– Poleżałabyś trochę, mamo, bo na pewno już się zmęczyłaś.
Ale ona dalej szurała kapciami po pokoju, kilka kroczków w jedną, kilka w drugą. Piotrek, wściekły, przestawiał demonstracyjnie krzesło to w prawo, to w lewo, żeby widzieć ekran. Mąż czasem tylko otworzył oko, sprawdzając, czy telewizor wciąż gra, i znowu przymykał powieki. Dosiadłam się do nich na chwilę, przytuliłam do męża. Przygarnął mnie i cmoknął w głowę. Ciepły był, przyjemny. Mój.
– Zaraz się wydarzy. Zaraz się wydarzy – mamrotała teściowa.
Potem wyszłam na balkon i patrzyłam, czy Szymon już wraca. Stałam i patrzyłam na nasze ciemne osiedle, trochę też na niebo, tak jak lubił patrzeć Szymon, ale od tego akurat widoku dostawałam dreszczy. Zimno zresztą całkiem było, niby wiosenna ta równonoc, ale mroźna.
O dwudziestej drugiej zero jeden coś mnie zakłuło w sercu. Przecież Szymon zawsze wracał punktualnie – wiedział, że będę go wyglądać, że będę się martwić. Minuta – pomyślałam. – Co to jest minuta spóźnienia? Co to są dwie minuty? Albo trzy? Wysłałam Piotrka do wanny i do spania. Miał dopiero dwanaście lat, nie będzie siedział po nocy. O dwudziestej trzeciej potrząsnęłam Grześkiem, bo nadal drzemał na kanapie, ściskając pilota w ręku.
– Szymona nie ma.
– Daj żyć chłopakowi. Młody jest, nie nadzoruj go tak bez przerwy. Chłopcy muszą mieć trochę swobody.
Tak właśnie powiedział. Tyle już czasu minęło, a we mnie ta wściekłość nadal się nie wypaliła. Bo wtedy może coś jeszcze można było zrobić. Ale za radą męża, specjalisty od wychowania chłopców, postanowiłam poczekać – przecież to pierwszy dzień wiosny, a Szymon musi się czasem trochę wyszaleć, czego ja nie rozumiem, bo dla mnie wszystko odtąd dotąd.
Grzesiek znowu zaczął skakać po kanałach, a ja poszłam położyć teściową.
– Zaraz się wydarzy – powtórzyła.
Aż zadrżałam. Zobaczyłam, że jest dwudziesta trzecia dwadzieścia, więc już nikogo nie słuchałam, tylko zadzwoniłam do domu Sebastiana, z którym poszedł Szymon. Matka Sebastiana, zła, że dzwonię po nocy, burknęła, że syn jeszcze nie wrócił. Więc zadzwoniłam do mamy Kamila. Ten z kolei zdążył wrócić do domu. Powiedział zaraz, że Szymon podobno jeszcze został z kolegami. Mama Kamila też nie była specjalnie zadowolona z późnego telefonu, ale starała się nie dać tego po sobie poznać.
– Chodźmy spać – poprosił Grzesiek sprzed telewizora. – Nie budź ludzi po nocy. Wróci.
Pamiętam te wszystkie jego uspokajające zdania, choć wolałabym nie pamiętać.

Grzesiek zaczął rozkładać kanapę, a ja poszłam do wanny. Leżałam w gorącej wodzie, ale aż mnie w brzuchu ściskało, że Szymona ciągle nie ma. Koło północy wyszłam z łazienki, stanęłam w szlafroku przy oknie i czekałam. Potem podsunęłam sobie krzesło i czekałam dalej; łokcie najpierw zrobiły mi się zimne od lastryka, potem parapet trochę się rozgrzał. O siódmej rano już nawet nie budziłam Grześka, tylko sama poszłam na naszą komendę powiatową. Pierwszy raz tam byłam, uwierzy pani? Ale naprawdę nie mieliśmy do czynienia z policją, nigdy. Porządna, zwyczajna rodzina, jak już mówiłam.
W pokoju siedział oficer dyżurny, taki jeszcze młody, pryszczaty, wąsik tylko zapuścił, że niby dojrzały. I on od razu powiedział, że przesadzam i że młody chłopiec, i że zabawa, i że być może pili, więc się bał matce na oczy pokazać i na pewno przespał się u któregoś kolegi. Tak robią młodzi chłopcy.
Kolejny specjalista od chłopców.
– Szymon nie lubił spać poza domem. Poza tym już dzwoniłam do jego kolegów.
Wtedy policjant puścił do mnie perskie oko i stwierdził, że w takim razie może Szymon jest u koleżanki. I się zaśmiał, aż mu się rzadki wąsik podniósł.
Głupia jestem – pomyślałam. – Głupia i nadopiekuńcza. I ani w ząb nie rozumiem mężczyzn. Zawsze chciałam mieć córkę, a tu dwóch chłopaków. Coraz starszych. Coraz bardziej obcych. Nie wiem, jak ich wychowywać.
– Czy syn nigdy przedtem nie uciekał z domu? – spytał pryszczaty.
A skąd, chciałam odpowiedzieć. Jesteśmy najnormalniejszą rodziną pod słońcem. Otworzyłam usta i zawahałam się, ale zaprzeczyłam.
– Nie, nigdy.
Nie miałam zamiaru opowiadać mu tamtej historii, bo potraktowałby mój niepokój jeszcze mniej poważnie.
Nikomu o tym nie mówiłam. Nawet Piotrek nie pamięta, że jego brat wyjechał kiedyś z domu bez uprzedzenia. Szymon był wtedy w piątej klasie. Rano nie poszedł do szkoły, tylko na dworzec kolejowy. Gdy kupował ulgowy do Szczecina, kasjerka się zaniepokoiła, że nie jest na lekcjach, ale powiedział, że przygotowuje wycieczkę szkolną i musi wszystkiego osobiście dopilnować. Tak umiał to wymyślić, tak poważnie powiedzieć i spojrzeć mądrymi oczami prymusika, że sprzedała mu bilet i pojechał. Nie miałam o tym pojęcia, bo o piętnastej, kiedy zwykle wracał ze szkoły, siedziałam jeszcze w kiosku. W domu zjawiłam się po osiemnastej, jak co dzień, i dalej szykować kolację, ale patrzę – nie ma dzieciaka. I nie było go całą noc. To była najgorsza noc w moim życiu. Znaczy, tak myślałam wtedy, bo przecież od tamtej pory przeżyłam wiele takich, dużo gorszych. Ale wówczas nie miałam jeszcze porównania. Tamtej nocy siedzieliśmy z Grześkiem przy telefonie i czekaliśmy, aż się Szymon odezwie. Mąż obdzwonił wszystkich jego kolegów, ja wypytywałam Piotrka, ale mały nie miał pojęcia, gdzie może być starszy brat. Następnego dnia nawet nie otwieraliśmy kiosku, bo właśnie mieliśmy iść na policję, kiedy Szymon nagle wszedł do domu. Był trochę zmięty, trochę niewyspany, trochę śmierdzący, choć przecież wtedy pachniał inaczej – miał jedenaście lat, więc jeszcze jak dzieciaczek, nie jak mężczyzna. I wydawał się bardzo skruszony. Powiedział, że chciał się gdzieś zaczepić w Szczecinie i zacząć zarabiać, żeby nam pomóc. Bo się zaharowujemy w tym kiosku, a jemu nas szkoda. Tak powiedział, wyobraża sobie pani? I jak ja się miałam na niego gniewać? Przytuliłam tego małego drania i wyszeptałam mu do ucha:
– Nigdy więcej mi tego nie rób. Nigdy.
Płakałam. Przestraszył się, bo pierwszy raz widział mnie płaczącą.
I ostatni.
Potem płakałam dopiero, jak zaginął po raz drugi.
I ostatni.
Nie, skreślam te słowa. Żadnych „ostatni”, żadnych „był” – trzeba się pilnować, słowa mają wielką moc.
Więc wtedy, trzy lata wcześniej, pojawił się w drzwiach jakoś przed ósmą rano. A potem chwycił bułkę i poszedł do wanny. Jak mogłam o tym zapomnieć? Nagle zrozumiałam, że Szymon na pewno jest już w domu, wrócił jak wówczas. Teraz pewnie leży w wannie, głodny i niewyspany.
Ruszyłam do domu, szybko, jak najszybciej. Na szczęście nie było daleko, przecież w Miasteczku nigdzie nie jest daleko. Na klatce prawie zderzyłam się z Sawicką – szła właśnie do kościoła, odstawiona, pachnąca tymi nieprzyjemnymi perfumami. Spytała, co tak biegnę, ale wyminęłam ją i wpadłam do domu. Grzesiek już nie spał. Siedział wściekły i od razu na mnie, gdzie ja jestem, bo mamusia jakaś niespokojna i chyba chce jeść. Dał jej pić, klękajcie narody! Nie odpowiedziałam. Z łazienki słychać było plusk wody, a ja poczułam, jak schodzi ze mnie to potworne napięcie, od głowy w dół. Zastępowała je fala miłego ciepła. Wrócił.
Nacisnęłam klamkę i bez pukania wtargnęłam do środka.
Przy umywalce stał Piotrek i mył zęby.
– Gdzie jest Szymon?
Wzruszył tylko ramionami, zaspany.
– Gdzie jest Szymon? – spytał mąż, gdy wyszłam z łazienki. Nareszcie zainteresował się własnym synem. – Chłopcy zaraz mają iść do kościoła na dziewiątą trzydzieści.
– Nie wrócił – powiedziałam. – Przecież nie wrócił. Nie ma go od wczoraj.
I już nawet nie patrzyłam, jak się twarz Grześkowi zmienia, tylko zostawiłam go z mamą, choć tego nie lubił. Ale w tamtej chwili nie obchodziło mnie nic poza Szymonem. Pobiegłam do domu Sebastiana, tego kolegi, z którym wczoraj chodził po mieście. Nigdy nie lubiłam gnojka. Spał jeszcze, ale matka, widząc moją minę, od razu ściągnęła go z wyrka. Przyszedł, ziewając, do dużego pokoju i niechętnie odpowiadał na pytania. Wrócił do domu jakoś koło północy, tak dokładnie mi nie powie, bo nie pamięta. Szymon chyba z nimi był, potem się chyba odłączył, ale może sikać poszedł i wrócił, tak dokładnie mi nie powie, bo nie pamięta. Chodzili nad rzeką. Nie, nie pili, skądże, to akurat dokładnie mi powie, bo pamięta. Na pewno nie pili, ani kropelki. Tylko że nawet teraz jechało od niego przetrawionym piwem. Miałam ochotę walnąć go w ten durny łeb.
– Niech pani nie krzyczy na moje dziecko – powiedziała jego matka. – Widzi pani, że chłopak chce pomóc.
Sebastian ziewnął.
Oczy mnie piekły. Myślałam, że to coś u nich w domu, więc zaraz wyszłam. Dopiero później zrozumiałam, że oczy mnie pieką, bo całą noc nie spałam. Ale nie zwracałam na to uwagi, na nic nie zwracałam uwagi, tylko szłam do Kamila, dwie ulice dalej. Tego akurat kolegę syna lubiłam – zawsze był czysty, przyjemny, mówił „Dzień dobry”. Teraz też. I grzecznie powiedział, że wczoraj wrócił do domu trochę po dwudziestej drugiej. Jego mama potwierdziła. Pamiętał, że Szymon był z nimi, chyba cały czas. Chyba nie pił. On sam na pewno nie pił, skąd. Pociągnęłam nosem i faktycznie, możliwe, że nie kłamał. Dziewczyny? Nie było żadnych dziewczyn. Tylko oni, w siedmiu. Tak, siedmiu ich było. Chyba. Bo potem ktoś poszedł, a ktoś przyszedł, no wie pani, jak to jest.
Dostałam adresy pozostałych. Oczy bolały mnie coraz bardziej, ale tarłam je, żeby widzieć numery kolejnych domów i bloków, żeby dzwonić do właściwych drzwi. Trzech kolegów Szymona jeszcze spało. Jeden jadł śniadanie.
– No był. Był z nami Szymon. No poszedł sobie. Chyba poszedł, bo może został? – mówili, poziewując. – A tak, chodziliśmy. Nad rzeką. Krzyczeliśmy trochę. Szymon chyba był z nami. A może gdzieś poszedł? Nie pamięęętam. Oni poszli na dyskotekę. Szymon chyba też. Ja wróciłem. Nie pamięęętam.
– Na jaką dyskotekę?!
– A może nie? Nie pamięęętam.
– Nie umiesz z chłopakami rozmawiać. Tyle czasu cię nie było, a dalej nic nie wiesz – stwierdził mąż, jak wróciłam.
Akurat Piotrek z kościoła przyszedł, więc Grzesiek wziął go ze sobą. Poszukają chłopaka po męsku. Chodzili nad rzeką i krzyczeli: „Szymon! Szymon!”. Bo może jeszcze tam gdzieś śpi, w krzakach, gdzie łaził z kolegami. Różnie przecież bywa w życiu młodych chłopców. Ale go nie znaleźli i w końcu także poszli na komendę. A na komendzie policjanci jakoś Grześka chętniej wysłuchali niż mnie. Jemu nie mówili, że przesadza i że młodzi chłopcy muszą się wyszaleć. Do niego nie puszczali perskich oczek, tylko poważnie zapytali, czy Szymon ma dziewczynę i czy może być u niej. A potem przyjęli zgłoszenie zaginięcia.