Od peerelowskiego cenzora do światowej sławy malarza. Z Warszawy przez Paryż i Londyn do Nowego Jorku. Oto historia Polaka, który oszukał cały świat.


Człowiek znikądJest rok 1956. Daniel Rebstein mieszka w Warszawie, gdzie pracuje jako cenzor. Żyje w cieniu swojego brata Dawida, genialnego malarza, z którym dzieli tragiczną wojenną przeszłość. Jest coś, czego Dawid nie może przebaczyć bratu.

Potem zdarza się wypadek w Tatrach, w którym ginie Dawid.

Gdy Daniel odkrywa w pracowni brata dziesiątki nieznanych tajemniczych obrazów, los podsuwa mu przebiegły pomysł. Będzie odtąd podszywał się pod autora płócien i za dolary sprzedawał je mieszkającym w Warszawie dyplomatom. Wkrótce dowie się o tym Służba Bezpieczeństwa, która wkroczy do akcji, i Daniel będzie musiał uciec z Polski…

Tak zacznie się jego awanturnicze życie, w którym niczym Nikodem Dyzma wielokrotnie zmieni skórę, pozna między innymi Konstantego Jeleńskiego, Rolling Stonesów, Jerzego Kosińskiego, środowisko londyńskiej i nowojorskiej bohemy, piękne kobiety, angielskich arystokratów i rosyjską mafię…

Daniel Rebstein – hochsztapler czy geniusz?
Thriller na miarę Tyrmanda.

***

Ujmująco bizarna historia człowieka, który skleja swą tożsamość z coraz bardziej groteskowych autofikcji. Dla odważnych, którzy nie boją się literackich labiryntów Minotaura.
Joanna Bator

Wojciech Engelking
Człowiek znikąd
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 3 października 2018
 
 

Człowiek znikąd


„Podobnie jak aktorzy wezwani na scenę zakładają maskę, ażeby nie było widać okrywającego ich czoła wstydu, tak samo ja występując w tym teatrze świata, w którym dotąd tylko widzem byłem, naprzód posuwam się zamaskowany”.
René Descartes, Cogitationes privatae,
przeł. Stanisław Cichowicz
 
„Nie, księciem Hamletem nie jestem: ta rola nie dla mnie skrojona;
Prędzej już którymś z Dworzan, takim, którego zadaniem –
Kroczyć w orszaku”.
T.S. Eliot, Pieśń miłosna J. Alfreda Prufrocka,
przeł. Stanisław Barańczak

CZĘŚĆ PIERWSZA

POKÓJ ZA ZAMKNIĘTYMI DRZWIAMI

(sierpień 1956 – styczeń 1957)

Daniel Rebstein

W roku 1956 lato skończyło się w przedostatni dzień sierpnia, gdy sąd w Krakowie skazał Mazurkiewicza na ośmiokrotną karę śmierci. Po południu włączyłem radio, by posłuchać wyroku. Głośnik pioniera podzielony był na cztery przykryte jasnymi tkaninami prostokąty; ustawiłem pokrętło na fale długie i rozległ się spod nich głos sędziego Migdała, dostojny i głęboki. „W imieniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej…” Po paru minutach poczułem się zawiedziony. Spodziewałem się po naszym sędzi czegoś więcej niż suponowania, jakoby ten elegancki nauczyciel jazdy autem, który zamordował osiem osób, zrobił to dla szmalcu. „Pięć z ośmiu wyroków śmierci zmienia się na piętnaście lat więzienia” – ogłosił Migdał i czytał uzasadnienie jeszcze przez trzy godziny, ale nie słuchałem uważnie.
O tym, że umarł mój brat, tamtego lata też dowiedziałem się z radia.
– Wczoraj w Tatrach – usłyszałem półtora tygodnia wcześniej, gdy w moim gabinecie w Urzędzie pochylałem się nad maszynopisem – znaleziono ciało malarza Dawida Rebsteina.
Dopiero gdy znów zabrzmiała muzyka, podniosłem się zza biurka. Podszedłem do komody, przyklęknąłem i ją otworzyłem, i z najniższej półki wyjąłem butelkę wódki. Nie trzymałem w gabinecie szklanek, dlatego musiałem wypić prosto z gwinta; gdy alkohol uderzył o żołądek, poczułem, jak kwaśna rzygowina podchodzi mi pod gardło. Położyłem się na podłodze, by nie zwymiotować.
I chociaż chęć na wymioty wkrótce minęła, to do końca dnia czułem się rozkojarzony; nazajutrz również. Kiedy po południu usłyszałem pukanie do drzwi, musiała minąć chwila, bym zorientował się, że ktoś stuka do mojego gabinetu.
– Proszę! – krzyknąłem.
Drzwi otworzyły się i w progu stanął mężczyzna w milicyjnym mundurze. Był, na oko, dekadę ode mnie starszy, czterdziestoletni. Przez kilka sekund, nim na mnie spojrzał, rozglądał się po pomieszczeniu, zawieszając wzrok na radiu, komodzie, biurku, na lampce ze złotą nóżką i zielonym kloszem.
– Wiecie, dlaczego przychodzę – odezwał się, a gdy kiwnąłem głową, spytał: – Często jeździł w Tatry?
– Z tego co wiem, to tak.
To oczywiście było kłamstwo; nic mi wszak nie było wiadomo o Dawidowych upodobaniach. Milicjant na szczęście chętnie łyknął, co powiedziałem, i zaraz zaczął pytać:
– A wy kiedy będziecie mogli pojechać do Zakopanego? No, bo oficjalnie zidentyfikować ciało trzeba. Dziewczyna – chrząknął – dziewczyna jego się dopraszała, żeby to zrobić. Już jest w Zakopanem, ale do kostnicy jej nie wpuścili…
– Nie mam zastrzeżeń, by ona tam weszła – przerwałem mu, wyobrażając sobie, co właśnie musi dziać się w Zakopanem. – I… – to słowo zdawało się tak zimne, jakby mi ktoś przejechał po języku nożem – zidentyfikowała.
Milicjant nie odpowiedział.
– To wszystko? – przerwałem ciszę tonem, po którym musiał poznać, że chcę, by się już stąd wynosił. Wciąż jednak uparcie sterczał w progu, jak gdyby wrósł w podłogę.
– Wasz brat nie żyje – rzucił w końcu. – Nie chcecie go zobaczyć?
– Nie wasz interes.
Kilka dni później dostałem telefon od Agnieszki, która zdążyła już wrócić z Zakopanego do Warszawy. Powiedziała mi, kiedy jest pogrzeb, po czym dodała, że Dawid pewnie by sobie nie życzył, abym na niego przychodził. Przeszło mi przez głowę, że trudno nie przyznać jej racji.
– Ale mamy – dodała na zakończenie – takie małe przyjęcie potem, jeśli…
– Przyjdę – przerwałem. – Kiedy?
Przez chwilę milczała, potem odparła:
– Trzydziestego sierpnia.
Trzydziestego sierpnia w Warszawie zrobiło się tak chłodno, jak chłodny był głos, którym to powiedziała. Ulice od rana zasnuwała mgła, która, gdy o dziesiątej w nocy, ubrany w trencz i w kapelusz, wychodziłem z Urzędu, zgęstniała i dlatego nie mogłem przez nią dostrzec neonu na budynku po drugiej stronie skrzyżowania. Skręciwszy w Aleje, minąłem gmach Muzeum Narodowego. Płynąca pod mostem Wisła wydawała się ogromnym nurtem błota. Kiedy już dochodziłem na Pragę, przejechały samotny milicyjny patrol i czerwono-biały chausson, ale zaraz zniknęły w zawiesinie białoszarego powietrza.
Willę, w której odbywała się stypa, rozpoznałem od razu, gdy znalazłem się na ulicy Czeskiej. Tylko w jednym domu paliły się światła i kłęby mgły na wysokości okien połyskiwały złotem. Chodnik przed wejściem był zatarasowany samochodami na dyplomatycznych rejestracjach. Wcisnąłem dzwonek przy furtce, minęła chwila, drzwi domu otworzyły się – i wtedy ją zobaczyłem.
Agnieszka miała na sobie czarną sukienkę, która odsłaniała jej blade ramiona. Stąpała po prowadzących do willi schodkach niezwykle dostojnie, przypominając w tym kotkę.
– Jesteś – odezwała się, stanąwszy przy furtce.
– Jestem – odparłem i spytałem: – Czyja to willa?
To mnie ciekawiło, od kiedy podała adres stypy. Czyżby Dawid zamieszkał na Saskiej Kępie?
– Czyjaś – odpowiedziała, odwróciła się i ruszyła z powrotem, a ja poszedłem za nią.
Hol willi był wąski, a zdawał się jeszcze węższy przez garb płaszczy, który wyrastał z wieszaka; za nim po lewej i prawej były intarsjowane grubymi szybkami drzwi. Zza tych po lewej dobiegał gwar przyjęcia. Nie spojrzawszy na mnie, Agnieszka otworzyła sąsiednie i za nimi zniknęła. Zrozumiałem, że woli być sama, i nacisnąłem klamkę drugich.
Pierwsze, co mnie tamtego wieczora zaskoczyło, było to, jak ogromne kryją one pomieszczenie. Choć z zewnątrz dom wydawał się mały, sam ten pokój musiał mieć pięćdziesiąt metrów i sprawiał wrażenie jeszcze bardziej pojemnego dzięki tarasowi otwartemu na ogródek. Nie było tu żadnych mebli, prócz ustawionych pod ścianami stołów, na których walały się opróżnione kieliszki i talerze.
Jeszcze dziwniejsi od rozmiarów pomieszczenia byli goście. Nie utrzymywałem z Dawidem kontaktu od paru lat i nie miałem pojęcia, kogo się spodziewać. Partyjnych notabli, którzy najpierw uważali go za nadzieję naszego malarstwa, a potem – jak podejrzewałem – zdecydowali, że popadł w zapomnienie? Bikiniarzy, tych pajaców w kolorowych skarpetach, którzy usłyszawszy moje nazwisko, natychmiast pytali, czy Dawid to nie jakiś mój krewny? Od dwóch, trzech lat to pytanie już nie padało, a przynajmniej nie tak często jak kiedyś.
Znalazłem się wśród wysokich, świetnie ubranych mężczyzn i kobiet, nieodmiennie w okolicach czterdziestki: powietrze cięły słowa po francusku i niemiecku. Nikogo tu nie znałem, co sprawiało, że czułem się odrobinę głupio. Wcześniej widywałem tak eleganckich ludzi, gdy chodziłem z Andrzejem do Klubu Dyplomatów na Foksal, jednak i tam rzadko.
A potem moją uwagę zwróciło coś innego: ściany, a raczej to, co zostało na nich zawieszone. Pozbawione ram, trzymające się tylko na gwoździach, były tam obrazy i szybko zrozumiałem, że to obrazy Dawida. Pomyślałem, że nigdy ich nie lubiłem, tych z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, zupełnie innych niż jego podpisane REBSTEIN D. rysunki, które znalazłem dawno temu, zanim wydarzyło się to wszystko, co się wydarzyło.
Na swoich obrazach z lat czterdziestych i pięćdziesiątych Dawid się już nie podpisywał.
Przepchnąłem się przez wypełniający pokój tłum i stanąłem przed niedużym, pionowym i pozbawionym podpisu mojego brata płótnem. Przedstawiało tors mężczyzny w niebieskiej marynarce. Jego twarz była nabrzmiała, jednak nie alkoholem. Wyglądała, jakby opuchła od długiego przebywania w ziemi. Cerę miał mężczyzna ciemną, brudną od gleby, która na niej osiadła, zanim…
– Niezwykły obraz, prawda? – usłyszałem i natychmiast się odwróciłem.
Właściwie było to: „Nieźwikli obhas, phawt?”, piskliwe, jakby dziecięce.
Człowiek, który wypowiedział te słowa, nie był jednak dzieckiem. Wyglądał na sześćdziesiąt albo i więcej lat; nosił garnitur z granatowego tweedu, a pod nim koszulę bez krawatu, z rozpiętymi dwoma górnymi guzikami. Uśmiechał się, a w obu dłoniach trzymał po kieliszku wina; ten tkwiący w prawej był do połowy opróżniony, w lewej z kolei pełny.
– Dziękuję – rzekłem, kiedy mi go wręczył. – Nie, nie powiedziałbym, żeby był niezwykły – dodałem i upiłem łyk. Wino było znakomite, bardzo pełne w smaku.
Na te słowa mój rozmówca ściągnął wargi.
– Po phawzie, ma pą hasje – oznajmił. – Nie niezwikli. Mozie… – zastanowił się. – Mozie to przes akool uznałę, zie niezwikli. Bo uznałę teź, zie wizę thup. Zie pan jest duch.
– Nie jestem – uśmiechnąłem się.
– Ciuz, ziwy clowiek zawse psyjemniej poznac niź duch – odpowiedział, wyciągając ku mnie dłoń. – Jestym François Guérin.
– Daniel Rebstein.
Uścisk miał słabszy, niż przypuszczałem.
– Monsieur Dawid byil pana…
– Bratem – dokończyłem, gdy zawiesił głos. – Pan go znał?
Nie miałem dotąd styczności z żadną – oprócz Agnieszki – osobą z otoczenia Dawida; nie wydawało mi się jednak, by malarz, który jakiś czas temu przestał wystawiać, mógł mieć kontakty wśród cudzoziemców.
– Invitation mam od mademoiselle Agneska – pokręcił głową François Guérin. Pomyślałem, że już ona mogła znać sporo zagraniczniaków; jej ojciec, choć trudno go było uznać za szczerego komunistę, jeszcze przed wojną wykładał fizykę w Moskwie i wrócił do Polski w czterdziestym czwartym, wtedy kiedy Bierut i Minc.
Tymczasem Guérin mówił dalej:
– Ja tu jest, ale sluzbowo. Monsieur ambassadeur kce ozywic nase relations culturelles, to psisiedlem zobacić, co się da zhobic. Zresto, to nie jest jak stipa…
– Pracuje pan w ambasadzie? – spytałem, on zaś sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął małą elegancką wizytówkę. Podał mi ją, przeczytałem kątem oka: François Guérin, zastępca attaché kulturalnego ambasady Francji, ulica Zakopiańska 9c. Zerknąłem na drugą stronę. Tam granatowym atramentem był zapisany inny adres, pewnie prywatny.
– Widzy, zie wy jestes zaintehesowani stiuka. Jesli wy znalezc cos pour moi, pour France, to zazwoni, monsieur Rebstein.
I zanim zdążyłem zaprotestować, że po co obywatel Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej miałby znajdywać coś pour France, odszedł, znikając w przerzedzającym się tłumie.
François Guérin, zastępca attaché kulturalnego ambasady Francji, ulica Zakopiańska 9c, miał rację – przyjęcie na Saskiej Kępie nie przypominało stypy. Wernisażu zresztą też nie. Spośród wszystkich przebywających na parterze willi tylko ja oglądałem obrazy Dawida. Było to coraz łatwiejsze, bo dom stopniowo się opróżniał; gdy wybiła północ, w salonie została tylko trójka niezwracających na mnie uwagi gości. Spojrzałem za okno, na ogród. Polukrowana mgłą trawa błyszczała w świetle ukrytego za warstwą chmur księżyca.
Wtedy usłyszałem trzask otwieranych drzwi. Odwróciłem się.
W progu salonu stała Agnieszka. Była tak przeraźliwie chuda, że jej talia zdawała się niewiele szersza od opróżnionej butelki po winie, którą ściskała w dłoni. W pewnej chwili rozwarła palce, butelka runęła i rozprysła się na podłodze. Agnieszka oparła się o futrynę i z zaciekawieniem gapiła na zielone okruszki szkła, podobne do małych owadów, które nagle znieruchomiały. Trzy pozostałe w salonie osoby wymieniły spojrzenia i bez słowa wyszły. Po chwili rozległ się trzask drzwi, jeszcze potem – dźwięk uruchamianych silników, ale zaraz znowu zrobiło się cicho.
Agnieszka wyglądała, jakby nie panowała nad żadną częścią ciała. Kiedy podszedłem bliżej, jej ręce same się ku mnie wyciągnęły i zasklepiły na moim karku.
Poczułem cuchnący papierosami oddech, kiedy szepnęła:
– Dawid…
Widocznie François Guérin, zastępca attaché kulturalnego ambasady Francji, ulica Zakopiańska 9c, nie był tego wieczoru jedyną osobą, która myślała, że jestem duchem.
– No?
Już wiedziałem, na co się zanosi, ale wolałem się do tego przed sobą nie przyznawać.
– Zabierz mnie do domu.
– Masz samochód? – spytałem, kładąc dłonie na jej osłoniętych sukienką plecach.
Bez słowa wysunęła się z moich objęć i powoli, jakby potwierdzała coś wybitnie ważnego, pokiwała głową.
Przed willą stała samotna, niebieska warszawa. Kluczykami, które dała mi w holu, otworzyłem drzwi od strony pasażera i przepuściłem Agnieszkę, ona zaś zwaliła się do środka. Podszedłem do drugich. W ich zamku kluczyki szwankowały, tak samo jak w stacyjce pod prędkościomierzem, w końcu jednak zaskoczyły i samochód zaniósł się kaszlem nałogowego palacza. Wcisnąłem pedał przepustnicy i auto zaczęło się toczyć po kocich łbach. Najpierw Zieleniecka; przy dworcu obróciłem w Świerczewskiego i po prawej mignął pusty wybieg dla niedźwiedzi należący do zoo. Wjechałem na most. Miasto na jego drugim końcu było czarne, jedynie Pałac Stalina bielał jak wystający z morza maszt zatopionego statku.
Wiedziałem, w jakiej okolicy Dawid mieszka, ale nigdy go nie odwiedziłem. Bałem się, że mogę pomylić domy – jednak gdy zaparkowałem pod dużym nowym budynkiem na Nowotki, niedaleko zajezdni trolejbusowej, Agnieszka bez słowa wysiadła z samochodu. Trzasnąłem drzwiami i ruszyłem za nią. Brzdęk. Przy wejściu na klatkę klucze wypadły jej z dłoni. Schyliła się, by je podnieść, i wtedy pomyślałem, że mógłbym położyć dłoń na jej pośladkach. Nim skląłem się w myślach, Agnieszka wyprostowała się, nieprzytomnie spojrzała w moją stronę i otworzyła drzwi.
Na klatce cuchnęło czymś zgniłym, stęchłym. Światło nie działało, winda zresztą też; całe szczęście, mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze, w długim ciągu innych.
– Dawid… – odezwała się Agnieszka lekko schrypniętym głosem, gdy weszliśmy do środka. – Dawid, chodź…
Ponieważ było ciemno, potrzebowałem chwili, by zorientować się w topografii mieszkania. Korytarzyk był wąski, po lewej znajdowała się łazienka; przy wejściu do kuchni hol zakręcał i stamtąd wchodziło się do jedynego, dużego pokoju. Tak mi się wtedy wydawało, że jedynego. W tym była wnęka, a w niej małżeńskie łóżko; Agnieszka rzuciła się na nie, wtedy i ja padłem na materac i poczułem, że jej dłoń ląduje na moim kroczu. Zanim zdążyłem ją odepchnąć, moje prącie stwardniało, a ona drugą dłonią podciągnęła swoją sukienkę za kości miednicy. Sterczały jak bawole rogi.
– Dawid – szepnęła, nie otwierając oczu. – Dawid…
Zrzuciłem jej dłoń ze swojego krocza. Agnieszka już nic nie powiedziała, tylko odwróciła się i położyła na boku. Czułem smród alkoholu wydzielanego przez jej ciało.
„A może to zrobić?” – pomyślałem i ta myśl obijała się o ściany mojej czaszki przez całą noc, kiedy nie mogłem zasnąć. Agnieszka pochrapywała, a ja zastanawiałem się, co stoi na przeszkodzie. Czy to, że myślała, iż jestem nim, i dlatego chciała, abym się do niej dobrał? Czy może to, że obrzydzała mnie perspektywa wzięcia jej przemocą, jak brali przemocą dziewuchy w barach na Pradze kosiory?
Miałem ochotę to zrobić.