“Pod wulkanem” to powieść przesiąknięta trudną do zniesienia atmosferą udręki i staczania się w otchłań. Malcolm Lowry z maestrią pokazuje spiralę autodestrukcji bohatera, jego strach, smutek, poczucie winy, wstyd i żal.


Pod wulkanemLabirynt wąskich uliczek, dzika, bujna tropikalna roślinność bezczelnie wkraczająca wszędzie, zajmująca ogród i rezydencję Konsula, wulkany niczym majestatyczne dwie wieże górujące nad miastem, wilgotne i gorące powietrze duszące wszystko dookoła oraz atmosfera nieokreślonego zagrożenia czającego się w zaułkach, nędza egzystencji i zawieszone w powietrzu przeczucie nadchodzącej burzy – tak wygląda Dzień Zaduszny 1938 roku w meksykańskim miasteczku Quauhnahuac. To czas i miejsce dwunastu godzin akcji powieści “Pod wulkanem”, choć w dialogach i retrospekcjach z udziałem Konsula, Hugh i Yvonne czytelnik wędruje po świecie, przemierzając kraje i kultury, ich historię, mity i poezję.

Miasto Quauhnahuac rozpościera się u stóp dwóch wulkanów – Popocatépetl i Ixtaccíhuatl, a ulice i budynki pamiętają lepsze czasy, nie tylko konsulów, ale znacznie wcześniejszych hiszpańskich “odkrywców”. To miasto z ruinami pałacu Cesarza Maksymiliana, gdzie wciąż wydaje się wędrować duch arcyksięcia, nieutulonego w swojej nieszczęśliwej miłości do Carlotty.

Wąskie, strome i kręte uliczki, którymi Geoffrey Firmin, zwany Konsulem, ogłuszony alkoholem i upałem, jak w somnambulicznym transie, naprzemiennie pijany, trzeźwy i pośrodku tych dwóch stanów, przemierza swoją codzienną drogę od baru do baru, ścigany przez własne demony i halucynacje, stanowią tło ostatnich godzin życia Geoffreya. Tego poranka do miasteczka przybywają jego przyrodni brat, Hugh, i jego była żona Yvonne, która, nadal po latach głęboko zakochana, próbuje uratować jego i ich związek. Ale konsul nie chce zostać uratowany. Zamiast tego, w miarę upływu dnia, na przemian upija się i trzeźwieje a jego umysł wiruje w coraz bardziej mętnych pętlach wspomnień. Tymczasem Yvonne omawia ich życie z jego przyrodnim bratem, z nadzieją, że gdyby tylko udało jej przekonać Konsula, żeby wyjechał z nią do Kanady, ich wspólne życie mogłoby zacząć się od nowa.

Wszystko, co dzieje się w miasteczku, toczy się pod okiem górującego nad miastem wulkanu Popocatépetl, który Lowry uczynił wszechobecną istotą, która tak jak alkoholizm, drzemiący w mrocznych dniach i niewyraźnych nocach, może w każdej chwili wybuchnąć wściekłą eksplozją gwałtownych emocji, uwolnionych przez zrujnowane strzępki resztek samokontroli. Wulkaniczne, roztopione rzeki lawy, które są w stanie spalić na swej drodze wszystko na popiół, u Lowry’ego, niczym pierwotne demony, próbują przeniknąć do umysłu alkoholika i przejąć nad nim kontrolę, by go zniszczyć i stworzyć mu jego własne piekło w duszy.

Brytyjski konsul Geoffrey Firmin rankiem w Dzień Zaduszny stoi na progu tej erupcji, a następne dwanaście godzin przyniesie ostateczne rozstrzygnięcie – czy podniesie się z upadku czy raczej zechce zbadać dno otchłani, potępić siebie i zranić tych, którzy go kochają i zwycięstwo odniesie delirium tremens, ten okrutny dawca koszmarów i chimer, który wysusza język i duszę. Ten dzień jest jak wiele innych w życiu Konsula, obrzydliwie pijanego niemal bez przerwy, od pierwszego drinka rano do późnej nocy, ledwo przytomnego i niezdolnego do jasnego myślenia, znoszącego niewyobrażalną udrękę męczącego kaca, łomoczącego w jego czaszce i szeptów demonów, buzujących mu w głowie.

Malcolm Lowry, który sam był alkoholikiem, zastosował w powieści niezwykły styl narracji, niewiarygodnie realistyczny sposób opisania wewnętrznego świata Konsula, który można by nazwać stylem “strumienia pijaństwa” – chaotyczny, przerywany retrospekcjami, wypełniony mieszaniną skarg, wyrzutów sumienia, wspomnień i monologów, co daje efekt, jakby słowa płynęły i płynęły, niczym alkohol sączony szklaneczka za szklaneczką, godzina za godziną, w kolejnych barach. Obrazy upadku, rozpadu osobowości i fantasmagorii Geoffreya, które tworzy Lowry, są tak boleśnie sugestywne, że ostatecznie czytelnik zaczyna tracić orientację w czasie i przestrzeni, zastanawia się, czy nadal jest to Meksyk, Kaszmir czy inny kraj, czy to tylko upał czy już delirium, otrzeźwienie czy może kac.

Malcolm Lowry zastosował w powieści niezwykły styl narracji, niewiarygodnie realistyczny sposób opisania wewnętrznego świata Konsula, który można by nazwać stylem “strumienia pijaństwa”

„Pod wulkanem” można odczytać jako zapis stanu skrajnego alkoholizmu i samozniszczenia, jako opis podróży człowieka w jedną stronę i stopniowego zanurzenia się w ciemność lub jako eksplorację absolutu. To także opowieść o samotnej i zagubionej duszy, która prowadzona w swoich poszukiwaniach powracającym zewsząd nawoływaniem: “No se puede vivir sin amar” (“Nie możesz żyć bez miłości”) znalazła się na skraju czeluści piekieł. To także opowieść o miłości Konsula i Yvonne, ich separacji i jej powrocie w desperackiej próbie uratowania Konsula od samego siebie i sklejenia tego, co jest nieodwracalnie złamane.

Ale można również spojrzeć na powieść jako alegorię upadku – człowieka, ale także świata i cywilizacji. Lowry nie bez przyczyny przywołuje ruiny pałacu Maksymiliana i posągi średniowiecznych konkwistadorów na skwerach miasta czy zniszczony ogród jako parodię raju, z którego wygnano kochanków. To ostrzeżenie pisarza przed rozpadem świata i szaleństwem wojny. W końcu wszyscy żyjemy pod wulkanem, który może wybuchnąć w każdej chwili i zmieść nas w mgnieniu oka.

“Pod wulkanem” to doskonałe pisarstwo, halucynacyjna i porywająca książka, wymagająca od czytelnika wyjątkowej uwagi i skupienia, której jednorazowa lektura może nie wystarczyć do docenienia maestrii Lowry’ego, który dla uzyskania dramatycznego efektu finezyjnie osadził w powieści motywy i symbolikę filozoficzną i religijną, aluzje i odniesienia literackie czy mistyczne. Nikodem Maraszkiewicz

Malcolm Lowry, Pod wulkanem, Przekład: Krystyna Tarnowska, Seria: Mistrzowie literatury, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera w tej edycji: 9 października 2018, Kolekcja 70 lat Empik
 

konkurs

 

Pod wulkanem

Malcolm Lowry
Pod wulkanem
Przekład: Krystyna Tarnowska
Seria: Mistrzowie literatury
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera w tej edycji: 9 października 2018
Kolekcja 70 lat Empik
 

„Wiele jest dziwów i mocy, i potęg na tym bożym świecie,
największą z nich ludzka potęga.
On na wzburzone wypuszcza się morze
jednej łzy żalu nie roniąc spod powiek,
on matkę ziemię lemieszami orze,
muły i konie zaprzęga,
człowiek.
Płochy ród ptaków on chwyta, mądrze rzuciwszy na nie sidła,
zwierz dziki przed nim umyka,
on grzywiastego konia jarzmem pęta,
na brzeg wyciąga dzieci morskiej fali,
tura górskiego obali i byka.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
On szybkiego jak wiatr dźwięku mowy nauczył się i mądrej, i wieszczej.
Miasta buduje, rynki, agory
i stawia w miastach dachem kryte dwory,
by go wiatr nie zmógł i deszcze,
leki wynalazł na groźne choroby,
wszystko złe mądrym przewalczy sposobem –
nie ujdzie śmierci”.
Sofokles, Antygona
Przekład Ludwika H. Morstina

„Błogosławionym zaiste wydał mi się los psa czy ropuchy; ach, z jakąż radością byłbym wziął na się los psa czy konia, wiedziałem bowiem, że stworzenia te nie mają duszy, którą by zatracić mogły pod wieczystym ciężarem piekła czy grzechu, jak moja dusza zatracić się mogła. Ach, a chociaż to wiedziałem, chociaż to czułem i chociaż złaman byłem tą wiedzą, to przecież większego bólu zaznałem, gdym z całych sił szukał i nie znalazł w duszy mojej chęci wyzwolenia”.
John Bunyan, Grace Abounding for the Chief of Sinners
(„Obfitość łaski dla głównego z grzeszników”)

„Zbawion być może,
Kto się dążeniem wieczystym trudzi”.
Goethe, Faust
Przekład Emila Zegadłowicza

1

Dwa grzbiety górskie przecinają republikę mniej więcej z północy na południe, tworząc w środku kilka dolin i płaskowyżów. Ponad jedną z tych dolin, nad którą górują dwa wulkany, rozsiadło się na wysokości sześciu tysięcy stóp nad poziomem morza miasto Quauhnahuac. Położone jest sporo na południe od Zwrotnika Raka, mówiąc dokładnie, na dziewiętnastym równoleżniku, mniej więcej na tej samej szerokości geograficznej co Wyspy Revillagigedo dalej na zachód na Pacyfiku albo znacznie dalej na zachodzie południowy kraniec Hawajów – albo na wschodzie port Tzucox na atlantyckim wybrzeżu Jukatanu, w pobliżu granicy brytyjskiego Hondurasu, czy jeszcze dalej w kierunku wschodnim miasto Juggernaut w Indiach nad Zatoką Bengalską.
Mury miasta, które jest zbudowane na wzgórzu, są wysokie, uliczki i zaułki kręte i wyboiste, drogi zygzakowate. Wspaniała amerykańska autostrada wpada do miasta od północy, gubi się jednak w jego wąskich uliczkach i wyłania jako kozia ścieżyna. Quauhnahuac posiada osiemnaście kościołów i pięćdziesiąt siedem cantinas. Szczyci się również terenem do gry w golfa i aż czterema setkami basenów pływackich, publicznych i prywatnych, napełnianych wodą spływającą bezustannie z gór, a także wieloma wspaniałymi hotelami.
Hotel „Casino de la Selva”1 stoi na wyższym trochę wzgórzu tuż za miastem, w pobliżu stacji kolejowej. Znajduje się daleko od głównej autostrady i jest okolony ogrodami i tarasami, z których roztacza się szeroki widok we wszystkich kierunkach. Budowla jest pałacowa, a przenika ją atmosfera minionej świetności. Bo nie jest to już kasyno. Można nawet nie znaleźć okazji do zagrania w kości o szklaneczkę trunku w barze. Dom nawiedzają duchy zrujnowanych graczy. Nikt chyba nie pływa we wspaniałym olimpijskim basenie. Trampoliny stoją puste i smutne. Tereny gry w jai-alai2 są zarośnięte trawą, opuszczone. Zarząd uruchamia w sezonie tylko dwa korty tenisowe.
Tuż przed zachodem słońca w Dzień Zaduszny w listopadzie roku 1939 dwaj mężczyźni w białych flanelowych ubraniach siedzieli na głównym tarasie kasyna, pijąc anís. Rozegrali partię tenisa, potem bilardu, ich rakiety w nieprzemakalnych pokrowcach, w prasach – doktora w trójkątnej, drugiego mężczyzny w kwadratowej – leżały na balustradzie przed nimi. Gdy procesja wracająca z cmentarza krętą drogą w dół stoku za hotelem podeszła bliżej, przeciągłe tony śpiewu podpłynęły do obu mężczyzn; obrócili głowy, żeby spojrzeć na żałobników, którzy po chwili mieli się ukazać tylko jako melancholijne płomyki świec zataczające kręgi pośród dalekich snopków kukurydzy. Doktor Arturo Díaz Vigil podsunął butelkę anís del mono M. Jacques’owi Laruelle’owi, który siedział teraz pochylony, zasłuchany.
Nieco na prawo i poniżej nich, pod gigantyczną czerwienią wieczoru, którego odbicia krwawiły się w opustoszałych pływalniach, rozrzuconych tu i tam jak dziwaczne miraże, leżały spokój i słodycz miasta. Z miejsca, na którym siedzieli, miasto wydawało się ciche. Trzeba się było wsłuchać uważnie, jak robił to M. Laruelle, żeby rozróżnić daleki zmieszany odgłos – wyraźny, a jednak w jakiś sposób nierozdzielny od cichutkiego pomruku, od stuku kołatek żałobników – odgłos jak gdyby śpiewu, to wzmagający się, to opadający, i nie milknącego tupotu – wrzawa i okrzyki fiesty, która trwała już cały dzień.
M. Laruelle nalał sobie jeszcze jedną szklankę anisu. Pił anís, ponieważ trunek ten przypominał mu absynt. Na twarzy miał ciemny rumieniec, a ręka drżała mu lekko, gdy ją wyciągnął do butelki, z której kolorowy diabeł na etykiecie wymachiwał do niego widłami.
– Chciałem go namówić, żeby wyjechał i kazał się deal-cooliser – powiedział doktor Vigil. Potknął się o francuskie słowo i ciągnął dalej po angielsku. – Ale sam byłem taki chory tego dnia po balu, że… cierpienie naprawdę, fizyczne… To niedobrze, my lekarze muszą jak apostołowie. Pamiętasz, że graliśmy też w tenisa tego dnia. Więc po tym, jak rozmawiałem z Konsulem w ogrodzie, posyłam chłopca pytać, czy nie przyjdzie i nie zastuka do moich drzwi na kilka minut, byłbym wdzięczny dla on… jak nie, napisać parę słów, jeżeli alkohol go jeszcze nie zabił.
M. Laruelle uśmiechnął się.
– Ale oni wyszli – ciągnął tamten. – Ach, tak, ciebie też chciałem… pytałem, czy byłeś w jego domu.
– On był u mnie w domu, kiedy telefonowałeś, Arturo.
– Tak, wiem, ale myśmy takie straszne pijaństwo poprzedniej nocy, tak perfectamente borracho3, więc myślałem, że Konsul jest chory jak ja. – Doktor Vigil potrząsnął głową. – Choroba jest nie tylko w ciele, jest w tej części, co ją nazywali kiedyś: dusza. Biedny twój przyjaciel roztrwonił swoje ziemskie pieniądze na tyle bezustanne dramaty.
M. Laruelle dopił swój trunek. Wstał i podszedł do balustrady; oparłszy dłonie na rakietach tenisowych, spojrzał w dół i na boki: opuszczone tereny jai-alai z bastionami porosłymi trawą, martwe korty tenisowe, zupełnie blisko, w samym środku alei hotelowej fontanna, przy której hodowca kaktusów zatrzymał i poił konia. Para młodych Amerykanów, chłopiec i dziewczyna, rozpoczęli spóźnioną partię ping-ponga na werandzie przybudówki poniżej. To, co zdarzyło się przed rokiem, dzisiaj zdawało się już należeć do innego stulecia. Można by przypuszczać, że teraźniejsze okropności pochłoną tamto jak kroplę wody. Ale nie. Chociaż tragedia stawała się już nierzeczywista i pozbawiona znaczenia, nadal wydawało się jednak, że wolno wspominać czasy, w których życie jednostki posiadało pewną wartość i było czymś więcej niż omyłką w druku spotykaną w komunikatach. Zapalił papierosa. Daleko po lewej, w kierunku północno-wschodnim, za doliną i tarasowatymi pagórkami Sierra Madre Oriental, dwa wulkany, Popocatépetl i Ixtaccíhuatl, wrastały ostre i wspaniałe w zachód słońca. Bliżej, może w odległości dziesięciu mil poniżej doliny, dostrzegł miasteczko Tomalín przycupnięte poza dżunglą, nad którą unosiła się wąska, niebieska strużka nielegalnego dymu; ktoś wypalał drzewo na węgiel. Przed nim, po drugiej stronie amerykańskiej autostrady, rozciągały się pola i gaje, przez które płynęła skrętami rzeka i które przecinała droga do Alcapancingo. Wieża strażnicza więzienia wyrastała nad lasem pomiędzy rzeką i drogą, która gubiła się nieco dalej – tam, gdzie fioletowe wzgórza raju z rycin Dorégo pięły się ku horyzontowi. W mieście zapłonęły nagle, zamrugały i zgasły, zapłonęły znowu światła jedynego kina w Quauhnahuac, zbudowanego na stoku o ostro rysujących się konturach.
– No se puede vivir sin amar4 – powiedział M. Laruelle. – …Jak ten estúpido5 napisał na moim domu.
– Dalej, amigo6, wyrzuć to, co ci leży na sercu – odezwał się za jego plecami głos doktora Vigila.
– Kiedy, hombre7, Yvonne wtedy wróciła! Tego nigdy nie potrafię zrozumieć. Wróciła do tego człowieka! – M. Laruelle podszedł do stołu i nalał sobie szklankę wody mineralnej z Tehuacán. Powiedział: – Salud y pesetas8.
– Y tiempo para gastarlas9 – dodał w zamyśleniu jego przyjaciel.
Laruelle spoglądał na doktora, który ziewając, półleżał na leżaku – przystojna, nieprawdopodobnie przystojna, śniada, nieprzenikniona meksykańska twarz, dobre, głębokie, brązowe oczy, a przy tym niewinne jak oczy tych rzewnych, pięknych dzieci, oaxacańskich, które widuje się w Tehuantepec (idealna miejscowość, gdzie kobiety pracują, a mężczyźni kąpią się cały dzień w rzece), smukłe drobne dłonie o delikatnych przegubach, dłonie, na których szorstkie, czarne włoski były niemal zaskoczeniem.
– Bardzo dawno wyrzuciłem to, co mi leżało na sercu, drogi Arturo – powiedział M. Laruelle po angielsku, wyjmując papierosa z ust cienkimi, nerwowymi palcami, na których – zdawał sobie z tego sprawę – nosił za dużo pierścieni. – Co mnie bardziej… – M. Laruelle zauważył, że mu papieros zgasł, i znowu nalał sobie anisu do szklanki.
– Con permiso10. – Doktor Vigil wyczarował płonącą zapalniczkę z kieszeni ruchem nieprawdopodobnie szybkim, mogło się zdawać, że była już tam zapalona, że wyciągnął ogień z siebie, że gest ręki i zapalenie były jednym ruchem; podał ogień M. Laruelle’owi. – Nie byłeś nigdy w kościele dla tych, co osieroceni? – spytał nagle. – Gdzie Najświętsza Panna za tych, co nikogo tu mają?
M. Laruelle potrząsnął głową.
– Nikt tam nie chodzi. Tylko jak nie ma kogo nikt – powiedział wolno doktor. Wsunął zapalniczkę do kieszeni i spojrzał na zegarek, zgrabnym ruchem odwracając do góry przegub dłoni. – Allons-nous-en – dodał. – Vámonos11 – i zaśmiał się, ziewając i jednocześnie wykonując głową skłony, które zdawały się przemieszczać stopniowo jego ciało do przodu, póki głowa nie spoczęła mu w dłoniach. Potem podniósł się i stanąwszy obok M. Laruelle’a przy parapecie, głęboko wciągnął powietrze w płuca. – Ach, lubię tę godzinę, kiedy słońce schodzi, kiedy ludzie zaczynają śpiewać, a psy zaczynają ściekać…
M. Laruelle zaśmiał się. Gdy rozmawiali, niebo na południu pociemniało, groźne i burzowe, żałobnicy zeszli ze stoku wzgórza. Ociężałe snem sępy wysoko nad głowami odfrunęły na wietrze.
– Więc koło wpół do dziewiątej. Może pójdę na godzinę do kina.
– Bueno12. Spotkamy się wieczorem tam, gdzie wiesz. Pamiętaj, nie wierzę, że jutro odjeżdżasz. – Wyciągnął rękę, którą M. Laruelle uścisnął mocno, bo go kochał. – Przyjdź wieczorem… jak nie, zrozum, proszę, zrozum, że chodzi mi o twoje zdrowie.
– Hasta la vista13.
– Hasta la vista.
Gdy M. Laruelle był już sam i stał na brzegu szosy, którą przed czterema laty przejechał końcową milę długiej obłąkanej, pięknej podróży z Los Angeles, też nie mógł uwierzyć, że wyjeżdża. Myśl o jutrze była prawie druzgocąca. Gdy namyślał się niezdecydowany, którędy iść do domu, mały przepełniony autobus Tomalín–Zócalo minął go i podskakując, zaczął zjeżdżać z pochyłości w kierunku barranca14, zanim wspiął się na stok i wjechał do miasta. M. Laruelle nie chciał iść dzisiaj w tym samym kierunku. Przeszedł na drugą stronę ulicy i ruszył w kierunku dworca. Chociaż nie miał jechać pociągiem, znowu zaczęła mu ciążyć świadomość odjazdu, groźba jego nieuniknioności, gdy omijając jak dziecko punkty złączenia szyn, przecinał na ukos tory. Promienie zachodzącego słońca odbijały się od cystern i padały na porosły trawą nasyp w głębi za nimi. Peron spał. Tory były puste, sygnały podniesione. Niewiele wskazywało na to, że pociągi zajeżdżają kiedykolwiek na tę stację, jeszcze mniej, że ją opuszczają.

Przypisy
1 „Kasyno Leśne” (hiszp.)
2 Jai-alai – popularna w Ameryce Południowej gra podobna do tenisa, w której piłki odbija się o betonową ścianę.
3 całkowicie zalany (hiszp.)
4 Nie można żyć bez miłości (hiszp.).
5 głupiec (hiszp.)
6 przyjacielu (hiszp.)
7 człowieku (hiszp.)
8 Zdrowia i dużo peset życzę (zwrot hiszp.).
9 I czasu na to, żeby je wydać (hiszp.).
10 Za pozwoleniem (hiszp.).
11 Chodźmy (hiszp.).
12 Dobrze (hiszp.).
13 Do zobaczenia (hiszp.).
14 wąwozu (hiszp.)