“Łzy pajaca” to pierwsza część cyklu o śledztwach komisarza Ricciardiego, rozwiązującego kryminalne zagadki w Neapolu w ponurych czasach dyktatury Mussoliniego.


Łzy pajacaNeapol, rok 1931. Kończy się marzec, ale wiosny jeszcze ani śladu. Przez miasto razem z lodowatym wiatrem przebiega wiadomość: Arnoldo Vezzi, wielki tenor, artysta światowego formatu, przyjaciel Duce, został znaleziony martwy w swojej garderobie w teatrze San Carlo tuż przed występem.

Śledztwo ma prowadzić komisarz Luigi Alfredo Ricciardi. Niezwykły śledczy, nielubiany przez przełożonych przez swoją krnąbrność, przez podwładnych oceniany jako nieprzystępny, ma głęboko skrywany sekret: od dzieciństwa widzi zmarłych w ostatnich chwilach życia i z daleka czuje ich ból.

Dni mijają, szef się niecierpliwi, obawiając się nacisków z Rzymu i domaga się schwytania winnego. Mroczna atmosfera dociera do najmniejszych zaułków miasta, niepokój ogarnia mieszkańców wąskich uliczek i pięknych pałaców.

Wyczulony na krzywdę ludzi, wierząc w sprawiedliwość, Ricciardi rozpoczyna niebezpieczną wyprawę przez światło i cień w poszukiwaniu mordercy.

Maurizio de Giovanni – urodzony w 1958 roku w Neapolu. Karierę pisarską rozpoczął w 2005 roku startując w konkursie na najlepszy literacki thriller, organizowanym przez Porsche Italia. Wówczas narodziła się postać komisarza Ricciardiego, rozwiązującego kryminalne zagadki w Neapolu w ponurych czasach dyktatury Mussoliniego. Pierwsze opowiadanie szybko przerodziło się w serię powieści, które przyniosły de Giovanniemu rozgłos zarówno we Włoszech, jak i poza granicami kraju. Jego książki były tłumaczone na wiele języków, w tym angielski, hiszpański, kataloński, francuski i niemiecki. W Polsce, nakładem Noir sur Blanc ukazała się dotychczas pierwsza część cyklu pt. „Łzy pajaca”.

Maurizio de Giovanni
Łzy pajaca. Zima komisarza Ricciardiego
Przekład: Maciej A. Brzozowski
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Premiera: 26 września 2018
 
 

Łzy pajaca


I


(…)

Chłopiec bawiący się samotnie pewnego lipcowego ranka ćwierć wieku wcześniej na pałacowym dziedzińcu w Fortino, w prowincji salerniańskiej, nie był biedny. Mały Luigi Alfredo to jedyny syn barona Ricciardiego di Malomonte. Nigdy nie pozostanie mu żadne wspomnienie po zmarłym w młodym wieku ojcu. Matka ciągle chorowała na nerwy i zmarła w domu opieki, kiedy Luigi uczył się w szkole u jezuitów. Zachowa po niej ostatnie wspomnienie: ciemna karnacja, siwe już w wieku trzydziestu ośmiu lat włosy i błyszczące od gorączki oczy. Drobniutka, w wielkim łożu.
Ale ten lipcowy ranek definitywnie przewartościował jego życie. Znalazł kawałek drewna, który zamienił się w szablę Sandokana, Tygrysa z Malezji. Opowieści Maria, zafascynowanego Salgarim zarządcy, których z zapartym tchem słuchał całymi godzinami, szybko stawały się realne. Z szablą w dłoni Luigi nie obawiał się już dzikich zwierząt ani okrutnych wrogów, potrzebował jednak dżungli. Obok dziedzińca znajdowała się winnica, do której wolno mu było chodzić. Lubił cień rzucany przez długie liście winorośli, niespodziewany chłód, brzęczenie owadów. Mały zuchwały Sandokan ze swoją drewnianą szablą wkroczył w mrok, posuwając się bezszelestnie w wyimaginowanym lesie. Zamiast cykad i trzmieli wyobrażał sobie bajecznie kolorowe papugi i prawie słyszał ich egzotyczne nawoływania. Jakaś jaszczurka przebiegła przez ścieżkę pośród żwiru. On pobiegł za nią, lekko pochylony, z wysuniętym językiem i skoncentrowanymi na pościgu zielonymi oczami. Jaszczurka skręciła, zmieniając trasę.
Jakiś człowiek siedział na ziemi pod pędem winorośli. Znajdował się w półcieniu, jakby szukał ochłody w dżungli przed okrutnym żarem lipcowym. Miał pochyloną głowę, ramiona zwisały mu wzdłuż ciała, ręce dotykały ziemi.
Wydawało się, że śpi, ale jego plecy były sztywne, a wysunięte na ścieżkę nogi lekko rozrzucone. Był ubrany jak chłopi w zimie: miał wełnianą kamizelkę, flanelową koszulę bez kołnierzyka, spodnie z grubego płótna przewiązane w pasie sznurkiem. Mały Sandokan, z szablą w dłoni, zauważył te wszystkie szczegóły, nie dostrzegając, że coś jest nie tak. Potem zorientował się, że z piersi mężczyzny, po lewej stronie, wystaje rękojeść wielkiego noża do obcinania winogron. Wyglądała zupełnie jak jakaś gałąź. Ciemna ciecz zaplamiła koszulę, ściekając aż na ziemię, gdzie utworzyła kałużę. Teraz malezyjski Tygrys widział ją wyraźnie mimo cienia rzucanego przez winorośl. Kawałek dalej jaszczurka zatrzymała się i obserwowała chłopca, prawie rozczarowana przerwą w pościgu.
Mężczyzna, który powinien być martwy, podniósł wolno głowę i odwrócił ją w stronę Luigiego Alfreda, lekko skrzypiąc kręgami szyjnymi. Spojrzał na niego zasnutymi mgłą, na wpół przymkniętymi oczami. Cykady zamilkły. Czas stanął w miejscu.
Na Boga, nawet nie dotknąłem twojej kobiety.
Luigi Alfredo uciekł z krzykiem. Chciał zostawić za sobą całe to cierpienie, które trup chłopa przerzucił na niego. Nie przestraszył się ani niespodziewanego spotkania, ani rękojeści noża, ani krwi dokoła. Nikt nie powiedział mu, że ta zbrodnia w winnicy, pięć miesięcy wcześniej, była aktem zazdrości innego chłopa, który uciekł po zabiciu swojej młodej żony. Mówiono, że dołączył do bandytów grasujących w Lukanii. Lęk i przerażenie dziecka przypisano jego wybujałej fantazji, naturze samotnika i pogaduszkom kumoszek, które wieczorem szyły pod oknem pokoju Luigiego, szukając ochłody na dziedzińcu. Całe to zajście nazywano odtąd „Zdarzeniem”.
Luigi Alfredo przyzwyczaił się do nazywania tego, co przeżył, właśnie „Zdarzeniem”. „Od kiedy to «Zdarzenie» miało miejsce…”; „Jak mogli rozumieć, biorąc pod uwagę «Zdarzenie…»”. „Zdarzenie” ukształtowało jego egzystencję. Nawet Rosa, niania, która poświęciła dla niego życie i jeszcze teraz z nim mieszkała, nie uwierzyła w jego słowa. Na jej twarzy pojawił się smutek, potem przemknął przez nią strach, jak gdyby bała się, że dziecko odziedziczyło chorobę po matce. A Luigi Alfredo zrozumiał, że nie może nigdy więcej z nikim o tym rozmawiać, że to znamię na duszy nosi tylko on. To jego wyrok i jego potępienie.
W następnych latach Luigi Alfredo dokładnie określił granice „Zdarzenia”. Widział umarłych. Nie wszystkich i krótko. Widział tylko ostatnie odczucia tych, którzy zmarli gwałtowną śmiercią. Jak na fotografii, która uwieczniła koniec życia. Jej kontury rozmywały się, aż wreszcie obraz znikał całkowicie. Zupełnie jak na taśmie filmowej, jak na jednym z tych filmów, które czasami widział w kinie. On jednak oglądał tę samą scenę kilkakrotnie. Obraz zmarłego ze śladami ran, wyraz jego twarzy tuż przed śmiercią, ostatnie słowa, powtarzane w nieskończoność. Jak gdyby ktoś chciał zakończyć pracę rozpoczętą przez duszę, zanim została wyrwana.
Przede wszystkim ogarniały go emocje, za każdym razem dostrzegał cierpienie, zaskoczenie, wściekłość, melancholię. A nawet miłość; często wspominał nocami, kiedy deszcz bębnił o szyby, a on nie mógł zasnąć, scenę pewnej zbrodni. Przed oczami pojawiał mu się obraz dziecka siedzącego w misce, w której je utopiono, wyciągającego rączkę w stronę matki, szukającego pomocy u morderczyni. Dostrzegał w tym całą siłę bezmiernej miłości, bez względu na wszystko. Innym razem miał do czynienia z trupem mężczyzny zasztyletowanego w chwili orgazmu przez oszalałą z zazdrości kochankę: dostrzegł siłę rozkoszy i musiał natychmiast wyjść z pokoju, przyciskając chusteczkę do ust.
Takie było to „Zdarzenie”, ten jego wyrok. Doganiało go jak duch pędzącego konia, nie dając czasu na unik, nie poprzedzając ataku żadnym ostrzeżeniem. Ricciardiemu nie pozostawało po tym żadne konkretne uczucie, tylko wspomnienie.
Jeszcze jedna blizna na duszy.

II

Luigi Alfredo Ricciardi był średniego wzrostu, szczupły, o ciemnej karnacji i wyrazistych zielonych oczach. Z zaczesanych do tyłu i wygładzonych brylantyną włosów uwalniał się nieraz kosmyk, który lądował na czole. Ricciardi, z roztargnieniem, szybkim ruchem umieszczał go na swoim miejscu. Nos miał prosty i delikatny, podobnie jak wargi. Ręce małe, prawie kobiece, nerwowe, w ciągłym ruchu. Trzymał je w kieszeni, świadomy tego, że zdradzały jego emocje i napięcie.
Dzięki dochodom z rodzinnego majątku, którymi za bardzo się nie interesował, mógłby wcale nie pracować. Powinien – na co zwracali mu uwagę krewni podczas niezwykle rzadkich letnich spotkań w rodzinnym miasteczku – obracać się w towarzystwie odpowiednim do nazwiska, które nosił. On jednak ukrywał i swoje dochody, i tytuł, aby jak najmniej rzucać się w oczy i prowadzić życie, jakie sam sobie wybrał. A właściwie, co bardziej odpowiada prawdzie, jakie wybrało jego. Spróbujcie sami, powiedziałby, gdyby tylko mógł, odczuwać ten ból nieustanny, ciągły, w każdej postaci. Od zawsze, codziennie, prosząc o pokój i domagając się sprawiedliwości. Postanowił studiować prawo karne, uzyskał dyplom i rozpoczął pracę w policji. To był jedyny sposób, żeby podjąć wyzwanie i zmniejszyć ten ciężar. Wejść w świat żywych, aby pochować zmarłych.
 
Nie miał przyjaciół, z nikim się nie spotykał, nie wychodził wieczorami i nie miał kobiety. Jego rodzina ograniczała się do niani Rosy, już siedemdziesięcioletniej, która opiekowała się nim z całkowitym oddaniem. Kochała go czule i nigdy nie usiłowała zrozumieć spojrzeń i myśli Luigiego.
Ricciardi pracował do późna, odizolowany od kolegów, którzy starannie go omijali. Zwierzchnicy obawiali się talentu, niezwykłej umiejętności rozwiązywania najtrudniejszych nawet przypadków, całkowitego oddania pracy. Te czynniki wskazywały na przerost ambicji, pęd do kariery, pokonania i zastąpienia innych. Podwładni nie rozumieli, dlaczego jest tak ponury i milczący. Nigdy się nie uśmiechał, nie wypowiadał ani jednego niepotrzebnego słowa. Chodził swoimi dziwacznymi drogami, nie przestrzegał procedur, ale koniec końców zawsze miał rację. Ci najbardziej przesądni, a w tym mieście takich niemało, wyczuwali coś nienaturalnego w decyzjach Ricciardiego, jak gdyby prowadził dochodzenia na odwrót, analizując przebieg wypadków od końca. Bardzo często policjanci reagowali złością, kiedy przychodziło im pracować z komisarzem. Ponadto gdy prowadził śledztwo, poświęcał mu się całkowicie, kończąc dopiero wtedy, aż znalazł rozwiązanie. Pracował we dnie i w nocy, a nawet w niedziele, dopóki winny nie znalazł się w więzieniu. Tak jakby za każdym razem był spowinowacony z ofiarą, jak gdyby znał ją osobiście.
Niektórzy doceniali to, że Ricciardi regularnie zrzeka się premii, przyznawanych za najważniejsze śledztwa, na korzyść swoich ludzi z brygady. Każdego dnia przychodził do pracy, oddawał wolne dni, brał na siebie błędy podwładnych, z którymi rozmawiał potem w cztery oczy, żądając większej uwagi w pełnieniu obowiązków.
Tak naprawdę tylko jeden z jego współpracowników był z nim blisko związany, brygadier Raffaele Maione.

Po niedawnej pięćdziesiątej rocznicy urodzin Maione był bardzo zadowolony, że jeszcze żyje i że nie brakuje mu sił. Wieczorami, przy stole, lubił powtarzać żonie i pięciorgu dzieciom: „Dziękujcie Panu Bogu, że macie co jeść. Macie szczęście, że tata do tej pory nie dał się zabić”. I natychmiast do oczu napływały mu łzy na wspomnienie Luki, najstarszego syna, który także pracował w policji, ale nie miał tyle szczęścia, ile jego ojciec. Po roku służby został zasztyletowany w trakcie rewizji w dzielnicy Sanità. Ból był jeszcze świeży, mimo że minęły trzy lata. Żona już o tym nie mówiła, jak gdyby ten piękny i silny syn, który ciągle się śmiał i huśtał ją na rękach, nazywając swoją narzeczoną, nigdy nie istniał. A jednak był tu, w środku jej duszy, zabierając miejsce braciom i siostrom i całymi dniami towarzysząc matce.
Maione przywiązał się do Ricciardiego właśnie przy okazji śmierci syna. Ricciardi przyjechał – wtedy jeszcze był inspektorem policji – na miejsce jako jeden z pierwszych. Grzecznie poprosił Maionego, żeby nie wchodził do piwnicy, w której znaleziono ciało chłopaka, leżącego w kałuży krwi, z nożem w plecach. Przez kilka minut został sam, a kiedy wyszedł z ciemności, jego zielone oczy wydawały się rozświetlone jakimś wewnętrznym światłem, jak u kotów. I pełne łez. Podszedł do Maionego. Przy milczących obecnych, zakłopotanych rozpaczą ojca, Ricciardi wyciągnął rękę i ścisnął go za ramię. Maione pamiętał jeszcze niespodziewaną siłę tego uścisku i ciepło dłoni przenikające przez materiał munduru.
– On cię kochał, Maione. Kochał cię nad życie. Ciebie właśnie wołał, umierając. Będzie zawsze blisko ciebie i swojej mamy.
Mimo że złamany ogromem rozpaczy, Maione poczuł dreszcz wzdłuż pleców i na karku. Nie zapytał ani wtedy, ani potem, przez te wszystkie lata wspólnego stania na czatach i długich służbowych podróży, skąd Ricciardi to wiedział. Dlaczego właśnie on przekazał mu ostatnią wiadomość od najukochańszego syna? Był jednak przekonany, że właśnie tak było, że inspektor powiedział to, co zobaczył i usłyszał. I nie chodziło tu o żadne słowa pocieszenia, które on sam tyle razy kierował do rodzin zmarłych.
Maione przywiązał się wtedy do Ricciardiego. Podczas strasznych dni, które nadeszły po śmierci syna, pracowali bez chwili wytchnienia, nocami i rankami, popołudniami i wieczorami. Nie jedli, nie pili, nie wracali do domu, drążąc zwarty mur zmowy milczenia dzielnicy. Handlowali informacjami, obiecując, że przymkną na pewne sprawy oko, byle tylko dopaść tego nikczemnego zabójcę z piwnicy. Nawet Maione, mimo że napędzany gniewem, padł w końcu ze zmęczenia. Ale Ricciardi nie, był jak opętany.
Wreszcie znaleźli mordercę, w innej dzielnicy, w miejscu, gdzie chował łupy, w towarzystwie kolegów. Śmiał się, kiedy wtargnęli do środka, obezwładniwszy ludzi, których postawił na czatach. W akcji wzięło udział dwanaście osób, nie było policjanta, który nie chciałby dopaść zabójcy Luki Maionego. Kiedy w pomieszczeniu, opróżnionym już z łupów i wspólników, morderca został tylko z Ricciardim i brygadierem i z płaczem błagał o darowanie mu życia, tracąc całą swą złodziejską godność, komisarz popatrzył na Maionego. Maione wpatrywał się w zabójcę i widział małego synka, który przynosił mu szmacianą piłkę, uśmiechnięty, z brudną buzią i tymi pięknymi oczami. Odwrócił się i wyszedł bez słowa. Wtedy także Ricciardi przywiązał się do Maionego.
Od tej chwili Maione stał się wiernym towarzyszem Ricciardiego. Za każdym razem gdy komisarz wychodził, on ustalał skład ochraniającej go grupy. Wiedział, że podczas pierwszej wizyty na miejscu zbrodni komisarza trzeba zostawić samego. To właśnie on musiał trzymać z daleka innych policjantów, świadków, krzyczących krewnych i zwykłych gapiów przez te pierwsze, długie chwile, kiedy Ricciardi poznawał ofiarę, podążał za swoją legendarną intuicją, odnajdował elementy pozwalające na rozpoczęcie polowania. Samotności i milczeniu Ricciardiego przeciwstawiał swoją wrodzoną dobroduszność i umiejętność rozmawiania z ludźmi w bezpośredni sposób. Ochraniał przełożonego przed niebezpieczeństwami, na które ten się narażał, zawsze nieuzbrojony, z bezczelnością graniczącą z nieodpowiedzialnością. Brygadier nie dociekał nawet, czy nie krył się za tym jakiś instynkt samobójczy. Podejrzewał, że Ricciardi szuka śmierci z taką furią, jak gdyby pragnął ją dopaść, nie dbając zbytnio o własne życie.
Ale on nie chciał, żeby Ricciardi zginął. W swej dobrodusznej prostocie był przekonany, że w komisarzu mieszka część zmarłego syna. Z czasem polubił jego milczenie, ukradkowe uśmiechy, cierpienie emanujące z gestów udręczonych rąk. Będzie zatem czuwał nad zdrowiem komisarza w imię Luki i przez pamięć o Luce.