“Prosta prawda” opowiada o bezwzględnej walce o przejęcie steru rządu w sytuacji, gdy korupcja i manipulacja stanowią koła napędowe krociowych zysków. Stawką w tej makabrycznej grze jest życie, a jej tajemniczy lider gotów jest posunąć się daleko, żeby osiągnąć swój cel.


Prosta prawdaPoparcie premiera Szwecji Andersa Ekholma w sondażach maleje. Kiedy docierają do niego informacje na temat rewolucyjnego przełomu w badaniach naukowych nad bateriami słonecznymi, traktuje to jako szansę na odzyskanie zaufania wyborców.

Jonatanowi Starkowi – wcześniej zajmującemu się analizą technologii ogniw słonecznych, a obecnie pracownikowi Kancelarii Rządu – powierza misję pozyskania informacji na ten temat. Jego zadaniem staje się prześwietlenie firmy konsultacyjnej Lionshare, słynącej ze współpracy z wpływowymi klientami i z interesów z podwójnym dnem.

Wkrótce rzeczniczka prasowa Ekholma, Betty Lind, odkrywa, że ludzie z otoczenia premiera przyjmowali łapówki w zamian za utorowanie drogi potężnemu przekrętowi, dotyczącemu energii gazowej. Poszlaki wskazują na tę samą firmę konsultacyjną.

W ciągu dramatycznej doby Jonatan i Betty zmuszeni są do pogoni za prawdą o tajemnicach otaczających Lionshare. Taktycznie wielowymiarowe intrygi snute zarówno w szwedzkiej siedzibie rządu, Rosenbadzie, jak i przez opozycję, komplikują sytuację. Stawką jest życie, a ktoś gotów jest posunąć się naprawdę daleko, żeby tylko ukryć swoje zamiary.

Mark Johnson
Prosta prawda
Przekład: Justyna Högström
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 19 września 2018
 
 

Prosta prawda


Prolog

Tuż po północy, w piątek trzeciego kwietnia, Kurt Silvander szedł lekkim krokiem przez korytarz Lionshare Consulting. Zatrzymał się na krótką chwilę przy recepcji. Inni też pracowali do późna, ale nie zwracali na niego uwagi.
Dotarł do gabinetu prezesa na końcu korytarza. W biurze panowała pustka, więc bez obaw otworzył szafkę na dokumenty. Przesunął palcami po teczkach. Porządek alfabetyczny. Zatrzymał się, oto ona – oznaczona teczka. LSI Holdings to klient, który nie lubi dokumentów w formie elektronicznej, więc to, co ważne, było na papierze – pojedyncza interlinia, podpisy i wszystko w dwóch egzemplarzach.
Silvander wyjął teczkę i podszedł do kserokopiarki. Umieścił dokumenty w podajniku, po czym wcisnął guzik. Maszyna wypluwała papiery spółki, jeden za drugim. Serce zaczęło mu bić szybciej, ale jakoś się trzymał dzięki myśli o oddychaniu; jak powietrze wchodzi przez dziurki nosa, płynie do tylnej części gardła, dalej do krtani i klatki piersiowej, by wreszcie wtargnąć do płuc, zanim powtórzy tę samą drogę w przeciwnym kierunku. Kiedy w pełni skupiał się na oddychaniu, nic innego nie dochodziło do jego świadomości – żadne nerwy, żadne zwątpienia.
Odłożył teczkę na miejsce w szafce, związał kserokopie gumką i chwycił je oburącz. Mimo że kartki ważyły zaledwie kilkaset gramów, wydawało się, że pod ich ciężarem mogłaby się zawalić redakcja każdej gazety.
Wyszedł z gabinetu i popędził do garażu w piwnicy. Tam poczuł już spokój i pewność celu. Od dawna podejrzewał, co się wokół niego dzieje oraz że jest wykorzystywany. Wiele nocy poświęcił na rozmyślanie, próbując znaleźć drogę wyjścia lub rozwiązanie, ale nigdy nie udało mu się obejść oczywistego: jedynie ktoś u rzeczywistej władzy mógł powstrzymać LSI Holdings. Po paru uporczywych rozmowach telefonicznych z ministerstwami i Kancelarią Rządu jego historia doszła w końcu do tych u góry.
Wysłuchali go.
I chcieli wiedzieć więcej.
Wsiadł do swojego bmw X5. Miał opowiedzieć wszystko. Ocalić życie, mówiąc prawdę. Zacząć jeszcze raz, od nowa.
Wrzucił wsteczny i wycofał tak daleko, że zderzak niemal musnął inne auto. Następnie wrzucił pierwszy bieg. Dodał gazu, zwalniając pedał sprzęgła. Pojazd gwałtownie ruszył do przodu.
Wcisnął gaz do dechy. Duża maszyna gnała przez podziemny parking z rykiem silnika aż do wyjazdu. Gwałtownie skręcił kierownicą, wyjeżdżając na rampę prowadzącą do bramki. Kiedy się podniosła, z impetem wyjechał na ulicę.
Dłonie tańczyły na kierownicy. Czuł bezpieczeństwo w pomruku niemieckich cylindrów oraz w poczuciu, że wybrał drogę, która miała go oczyścić.
Siedzę tu z tajemnicami LSI Holdings, powtarzał sobie, mocniej wciskając pedał gazu. Nie ma odwrotu.
Nocna burza zdążyła już się rozpętać. Smagał silny wiatr, a w szybę samochodu walił deszcz ze śniegiem. Silvander czuł, jak wichura chwyta solidny pojazd. Aura była zdradliwa. Intensywność niepogody zwiastowała, że to pewnie przejściowe.
Na zewnątrz nie było dużo ludzi. Silvander przejechał przez Ogrody Królewskie – Kungsträdgården, Stare Miasto i dojechał do ratusza. Zbliżając się do ulicy Norr Mälarstrand, spojrzał w ulewę i zobaczył, że mimo wszystko ulice nie były zupełnie wyludnione. Pośrodku drogi stali dwaj mężczyźni. Ubrani w ciemne płaszcze przeciwdeszczowe z kapturami zaciągniętymi na głowy. Żadnych parasoli. Żadnych lamp. Byli przemoczeni, a płaszcze się do nich lepiły.
Dziwne. Silvander nie dostrzegał w pobliżu samochodów ani rowerów, żadnych pojazdów wskazujących na to, że pracują w gminie albo w jakimś urzędzie.
Nie chcieli jednak ustąpić, więc Silvander zwolnił. Zaszli od bocznej szyby i zapukali. Silvander po omacku szukał przycisku. Jeden z mężczyzn przytrzymywał kaptur dłonią, żeby nie zwiało mu go z głowy. Jego okulary w srebrnych oprawkach ociekały deszczem.
– Kurt Silvander?! – zawołał.
– Kim jesteście?
– Zapnij, proszę, pasy.
– Co?
– Po prostu rób, co ci każę.
Silvander sięgnął po pas i zapiął się. Zwykle o nim zapominał. Znów położył dłonie na kierownicy, czując na sobie świdrujące spojrzenia mężczyzn.
– Oddawaj dokumenty.
Silvander nic nie rozumiał.
– Kim jesteście?
Drugi mężczyzna podniósł pistolet i wycelował w głowę Silvandera.
– Nie ma czasu na wyjaśnienia.
Roztrzęsiony Silvander sięgnął po teczkę, a następnie podał ją facetowi.
– Dobra – odezwał się pierwszy. – Teraz wrzuć na luz i zdejmij nogę z gazu.
Silvander rozejrzał się wokół skołowany. Oberwanie chmury uniemożliwiało dostrzeżenie czegokolwiek poza dwoma nieznajomymi.
– Nie rozumiem – odparł.
Facet z pistoletem przycisnął go mocno do głowy Silvandera.
Ten zaś zrobił, co mu nakazano, zdjął nogę z pedału hamulca i wrzucił na luz.
– Dobra – stwierdził pierwszy mężczyzna. – Teraz podnosisz szybę i się stąd nie ruszasz.
– Co…
– Rób, co mówię!
Pod groźbą pistoletu Silvander nie miał innego wyboru, jak tylko posłuchać. Wcisnął guzik, aż boczna szyba się domknęła. Mężczyźni ostrożnie wycofali się na kilka kroków. Potem ten drugi opuścił pistolet.
– Co z was, kurwa, za jedni! – wrzasnął rozjuszony Silvander. Nie słyszeli go. Zaczął się pocić. I co, do cholery, ma znaczyć, że mam się stąd nie ruszać?
Mężczyźni nie reagowali.
Chwilę później wszystko się rozjaśniło. Silvander spojrzał w lusterko wsteczne i dostrzegł zbliżającą się ciężarówkę. Nie wyglądało na to, żeby zwalniała. Światła przeciwmgłowe oślepiły go niczym błyskawica, zamarł. Samochód nie dawał oznak zmniejszenia prędkości ani prób wyprzedzenia.
Zamiast tego przyspieszył.
Silvander pociągnął za dźwignię zmiany biegów, ale było już za późno. Ciężarówka uderzyła w tył pojazdu z hukiem wgniatanego metalu i rozbijanego szkła. Silvander, wbijany w unieruchamiający go pas bezpieczeństwa, poczuł gwałtowny ból w piersi.
Pojazd powoli sunął po jezdni, niszcząc ogrodzenie przy promenadzie. Wszystko wokół niego się trzęsło. Potem, jak przerażający koszmar senny, dostrzegł zbliżającą się wodę.
Spanikowany usiłował wyzwolić się z pasów. Bezskutecznie. Kilka chwil potem stoczył się z brzegu.
Wylądował na boku, skręcony przy kierownicy. Wokół zapanował upiorny spokój, silnik umilkł. Łomotanie i szarpnięcia ustały po paru sekundach.
Co się dzieje, kurwa?
Im wyżej woda sięgała przedniej szyby, tym robiło się ciszej. Czuł, jak lodowata woda sączy się do środka, przy stopach.
Muszę się stąd wydostać.
Odpiął pas bezpieczeństwa i spróbował napierać całym ciałem na boczną szybę. Z każdą sekundą jego garnitur stawał się coraz cięższy. Lepił się do niego, szybko go wyziębiał. Lęk zalał Silvandera niczym potop.
A później stało się to.
Samochód zatonął. Woda sięgnęła dachu w parę sekund. Płuca Kurta wołały o tlen. Wstrzymał oddech i próbował wierzgać nogami, by się wydostać. Powietrza! Zacisnął wargi.
Na próżno walił w szybę, by wyjść na zewnątrz. W końcu odruch oddychania zwyciężył – nie mógł dłużej trzymać zamkniętych ust.
Zaczerpnął tchu.
Woda wdarła mu się do płuc. To było jak płonąć od środka. Podczas kilku druzgocących sekund Kurt Silvander wciągnął lodowatą wodę do płuc po raz wtóry. Tym razem było to boleśniejsze niż wcześniej i nie zapewniło tego, czego tak desperacko pożądał organizm.
Uniósł się pod dach, bezradny, przerażony, poza wszelkim rozsądkiem. Potem jego świadomość stopniowo bledła niczym światło odległej latarni, coraz słabsze, dopóki zupełnie nie zgaśnie.

1

Jonatan Stark nie zamierzał spóźnić się do pracy, zwłaszcza tego dnia. Był poniedziałek, siódmy kwietnia, godzina wpół do ósmej. Wiedział, że musi wziąć prysznic, ogolić się, ubrać i w ciągu dziesięciu minut wyjść z domu Åsy położonego w Nysätrze na przedmieściach Sztokholmu, jeśli miał zdążyć na autobus odjeżdżający o ósmej. Chciał przeanalizować wszystkie punkty z szefem sztabu Stefanem Kronbergiem jeszcze przed spotkaniem z urzędnikami z Ministerstwa Finansów. Jego dzień był już wypełniony obowiązkami, a SMS odebrany w środku nocy z informacją, że premier chce się z nim widzieć, wcale nie ułatwiał sytuacji.
Jonatan był koordynatorem do spraw energii w sztabie premiera Andersa Ekholma. Miniony tydzień był nerwowy. Cały zespół miał połączyć się z wybranymi partiami, tworząc nową organizację. Rokowania platformy wyborczej i programu wyborczego poszczególnych partii politycznych utknęły w martwym punkcie. Na domiar złego premiera czekała jeszcze ważna debata telewizyjna z przewodniczącą Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Marianne Karlsson.
– Jonatan? – dobiegło go wołanie Åsy z sypialni.
Wychylił głowę spod strumienia wody.
– Biorę prysznic!
Coś mu odpowiedziała, ale nie zrozumiał. Wyszedł spod prysznica i sięgnął po ręcznik.
– Co?
– Możesz zrobić dzieciom śniadanie?
Åsa była prawniczką zatrudnioną w Sądzie Okręgowym w Sollentunie. Nie była mistrzynią w organizowaniu czasu przed wyjściem z domu, przez co często tworzył się chaos. Szczęście, że Jonatan był na miejscu.
– Tylko się ubiorę! – zawołał. Zegarek na łazienkowej ławce wskazywał siódmą trzydzieści pięć. Już jestem spóźniony. Jonatan nałożył na twarz piankę do golenia i odkręcił kurek. Åsa, wciąż w szlafroku, weszła do łazienki. Wyglądała świeżo nawet tuż po przebudzeniu. Jej uroda nie potrzebowała makijażu. Szlafrok okrywał jej smukłą sylwetkę, gęste czarne włosy spływały po oliwkowej szyi.
– Myślałam, że wczoraj wrócisz wcześniej.
– Musiałem pojechać do pracy, żeby coś załatwić. – Rozkojarzony, pocałował ją w czoło. – Jestem już spóźniony na spotkanie.
Westchnęła i poczłapała w swoją stronę.
Jonatan zaczął się golić. Po krótkiej chwili usłyszał głos Åsy.
– Dobra, dzieciaki, musimy się pospieszyć! Alice! Sweterek! – Czteroletnia Alice nie chciała włożyć swetra. Jonatan kończył poranną toaletę, gdy dobiegło go wołanie: – Alice, wkładaj ten sweter i zabieraj brata do kuchni! – Nie usłyszał odpowiedzi dziewczynki, ale Åsa nakazywała: – Alice, rób, co mówię! – Potem rozległo się trzaskanie szufladami w przedpokoju, a dzieci wybuchły płaczem.
Najmniejsza oznaka stresu rozwścieczała Alice. Ze zmarszczoną i zapłakaną twarzyczką wkroczyła do łazienki.
– Jonatan… – wydusiła, pociągając noskiem. Jonatan położył jej rękę na ramieniu, jednocześnie goląc się drugą.
– Jesteś już na tyle duża, że możesz pomóc! – wykrzykiwała Åsa w przedpokoju.
– Nie! – pisnęła dziewczynka, przytulając się do nogi Jonatana.
– Przestań wydziwiać, Alice!
Dziewczynka zapłakała jeszcze głośniej. Åsa tupnęła nogą. Jonatan najbardziej na świecie nie znosił, kiedy dzieci zaczynały beczeć. Z Åsą związany był od ośmiu miesięcy. Miał swoją kawalerkę przy Ringvägen w dzielnicy Södermalm, ale coraz więcej czasu spędzał u Åsy. Zwykle przychodził do niej późnym wieczorem po maratonach w Rosenbadzie, siedzibie szwedzkiego rządu. On miał trzydzieści cztery lata, a ona trzydzieści dwa.
– Okej – powiedział. – Czas na śniadanie. – Zakręcił kurek, ubrał się w rekordowym tempie i wziął dziewczynkę na ręce. – Chodź, Alice – dodał, ocierając jej łzy.
Wyszedł do przedpokoju. Dwuletni Aston szlochał, siedząc w przejściu na podłodze. Jonatan podniósł go i posadził sobie na drugim biodrze.
– Dobra, dzieciaki – oświadczył. – Może zjemy śniadanie?
Chłopiec przestał płakać w momencie, gdy Jonatan wziął go na ręce. Zawstydzony, zakrył twarz rączką i wetknął Jonatanowi głowę pod brodę. Z oddali słychać było Åsę:
– Żadnych słodzonych płatków. Zrób im kanapki z serem i szynką. I nie zapomnij o pomidorze!
Alice obserwowała Jonatana z poważną miną.
– To będzie nerwowy dzień?
– Tak, na to wygląda.
– Wrócisz dziś wieczorem? – dopytywała Alice.
– Jasne, że wrócę.
– Na pewno?
– Obiecuję, kochanie.
– Dobrze. – Alice uśmiechnęła się szeroko.
Jonatan często musiał zapewniać Alice, że wróci. Jeśli nie dotrzymywał obietnicy, nie odzywała się do niego przez kilka dni. Sprawiało mu to ból. Posadził dziewczynkę na taborecie przy stole w kuchni, po czym wysunął z rogu krzesełko do karmienia i usadowił na nim Astona.
– Co chciałabyś dziś do picia, Alice? Sok czy mleko?
– Mleko.
Aston zaczął walić plastikowym kubkiem w krzesełko. Jonatan sięgnął po chleb, po czym wyjął z lodówki żółty ser. Pokroił połówkę wczorajszego pomidora. Alice patrzyła na Jonatana, który stojąc przy stole smarował kanapki masłem.
– Jonatan?
– Tak, kochanie?
– Tobie i mamie jest razem dobrze.
– Tak, dobrze nam razem.
Następnie napełnił kolejny kubek wodą i postawił go przed chłopcem. Potem postawił na stole szklankę Alice i zerknął na dziewczynkę, nalewając jej mleko.
– Tyle wystarczy?
– Tak.
Położył przed nią kanapkę.
– Nie! – zawyła i wybuchła płaczem. – Nie chcę kanapki!
– Przepraszam, Alice.
– Zabierz ją! Zabieraj kanapkę! – wrzeszczała wniebogłosy.
– Alice, to…
– Chcę kulki z mlekiem!
Zsunęła się z krzesła, położyła na podłodze i wierzgała nogami.
– Weź kanapkę!
Åsa zapewniała Jonatana, że to tylko przejściowe stadium i że najlepszą odpowiedzią na takie zachowanie jest stanowczość.
– Płatki jadamy tylko w weekendy. – Usiadł przy Astonie, który wetknął palce w masło, rozsmarowując je po całym stole. Później i on uderzył w płacz.
Jonatan poszedł po ścierkę, by zetrzeć masło. Zegar w kuchni wskazywał za dziesięć ósmą. Lepiej zadzwonić do Kancelarii Rządu i uprzedzić, że się spóźni, ale najpierw trzeba było uspokoić Alice. Wciąż leżała na podłodze, wierzgała i wydzierała się, krzycząc o kanapce.
– Uspokój się Alice. Już dobrze. – Przyniósł nową kromkę chleba, posmarował masłem i podał dziewczynce. – Proszę.
Skrzyżowała ręce na piersiach, wydymając usta.
– Nie chcę.
– Alice, jedz śniadanie.
Dziewczynka wpełzła na krzesło, podniosła szklankę i rozlała mleko po całym stole.
– Ojej.
– Nic nie szkodzi. – Jonatan wytarł blat ścierką. Alice przysunęła do siebie kanapkę, utkwiła wzrok w serze i zaczęła jeść. Przez krótką chwilę w kuchni panował spokój. Jonatan rzucił okiem na zegar: za pięć ósma. Powinien zadzwonić do pracy.
Aston upuścił swoją kanapkę, którą Jonatan złapał w ostatniej chwili. Kiedy mu ją podawał, zdał sobie sprawę, że nic nie przygotowuje do zawiłości politycznych lepiej niż parę godzin z małymi dziećmi. Plany i deadline’y są po to, żeby ich nie dotrzymywać. Często z niezależnych od siebie powodów.