“Kochankowie” to piąty tom „Sagi rodziny Neshov” opowiadającej o burzliwych losach skandynawskiej familii. Seria powieści, którą rozpoczęła „Ziemia kłamstw”, zdobyła uznanie zarówno czytelników, jak i krytyków na całym świecie otwierając Ragde drzwi do międzynarodowej kariery.


Kochankowie. Saga rodziny Neshov tom 5„Kochankowie” to surowa, a jednocześnie niezwykle wzruszająca historia z samego serca Norwegii, w której Ragde powraca do wciągającej i pełnej sekretów opowieści o losach rodziny Neshov.

Norweska autorka wykazując się niezwykłą wrażliwością i zmysłem obserwacji, tworzy skomplikowany obraz ludzkich relacji, których podstawą jest wspólna przeszłość i wspólne korzenie. Okazuje się, że rodzina jest siłą równie budująca, co niszczącą. „Kochankowie” to także pełna pozytywnych emocji opowieść o śmierci, która zawsze przychodzi nieproszona, o życiu, które trwa jej na przekór i niesamowitej sile, jaka drzemie w każdym z nas.

Mimo sekretów, zawirowań i nieporozumień życie rodu Neshov powoli toczy się dalej. Margido cieszy się, że Torunn dba o jeszcze do niedawna zrujnowane rodzinne gospodarstwo, a do tego z wielkim zapałem angażuje się w pracę w jego biurze pogrzebowym. Erlend prowadzi bajecznie wystawne życie, w którym największym zmartwieniem jest restrykcyjna dieta Krumme, jego partnera oraz kosztowny remont właśnie odziedziczonej willi. Wszystko zdaje się zmierzać w dobrym kierunku, ale Tormond Neshov jeszcze nie opowiedział swojej łamiącej serce historii z czasów wojny, od której nie może uciec. Bo przecież nie sposób uciec od własnych wspomnień…

Ragde w mistrzowski sposób prezentuje opisy środowiska i skandynawskiej mentalności, co sprawia, że powieść pisarki doskonale oddaje współczesne realia życia w Norwegii. Niespiesznie prowadzona narracja daje szansę nie tylko na zżycie się z nietypową rodziną Neshov, ale także pozwala rozsmakować się w pełnej napięcia, ale i pozytywnej energii historii hołdującej życiu i sile, którą odkrywamy dopiero wtedy, gdy przyjdzie nam zmierzyć się z najtrudniejszym. To porywająca, słodko-gorzka opowieść ze skandynawskim krajobrazem w tle, napisana z niezwykłą dbałością o każdy detal.

***

“Kochankowie” to proza piękna, zmysłowa, oszczędna, bezpretensjonalna i głęboka.
Joanna Bator

Ragde potrafi znaleźć właściwe słowa, by opisać chwile nieoczekiwanego szczęścia. Książka prezentuje niesamowity pisarski kunszt autorki.
Fædrelandsvennen

W „Kochankach” przeżyjemy zarówno rozstania, jak i powroty. Będziemy się śmiać, płakać i spędzimy wspaniałe chwile z mieszkańcami Neshov. Oby historia trwała!
HK Nytt

Anne B. Ragde – jedna z najbardziej znanych współczesnych, norweskich pisarek. Laureatka wielu nagród literackich, między innymi Riksmålsforbundets, Brageprisen i Bragebegeret. Jej twórczość cieszy się uznaniem zarówno krytyków, jak i czytelników. W Norwegii autorka sprzedała ponad milion egzemplarzy swoich książek. Była nauczycielką akademicką na Uniwersytecie w Trondheim. Pracowała w branży reklamowej i jako felietonistka. Jako pisarka zadebiutowała w 1986 roku, wydając książkę dla dzieci „Halo! – oto Jo”. Odtąd pisze książki dla dzieci i młodzieży, kryminały oraz powieści. „Saga rodziny Neshov” wprowadziła autorkę na drogę do „zostania najwybitniejszą postacią współczesnej literatury norweskiej”.

Anne B. Ragde
Kochankowie
seria: Saga rodziny Neshov tom 5
Przekład: Ewa Bilińska i Karolina Drozdowska
Wydawnictwo Smak Słowa
Premiera: 19 września 2018
 
 

Kochankowie. Saga rodziny Neshov tom 5


Kiedy rozbrzmiała muzyka, Margido uniósł głowę, a jego wzrok powędrował gdzieś poza biurowe okno. I muzyka, i słowa były tak piękne, dopiero teraz zwrócił na to uwagę. Przez dłuższą chwilę, podczas której przeglądał program pogrzebu i po raz kolejny sprawdzał daty, tylko mimo woli przysłuchiwał się, jak jacyś młodzi mężczyźni siedzący w radiowym studiu opowiadają na wyścigi o pracy nad wydaniem swojej pierwszej płyty.
Poza murami kościoła i pomieszczeniami, gdzie odprawiano ceremonie, muzyka nie odgrywała w jego życiu szczególnej roli, nawet nie miał w domu sprzętu do jej odtwarzania. Kiedy jednak siedział samotnie w biurze, często włączał sobie cicho radio, uwielbiał piękne psalmy i prawie zawsze poruszały go pieśni wybrane przez rodzinę na pogrzeb. O tęsknocie, smutku i o tym, jakie było życie do chwili, w którym przerwała je śmierć.
Uderzyło go teraz, że w sumie pomiędzy ogromnym pięknem a głębokim smutkiem nie ma większej różnicy. Bo muzyka, której w tej chwili słuchał, kiedy właściwie spodziewał się jedynie młodzieżowego łomotu, była niewypowiedzianie cudowna i przyniosła mu wielką radość, gdyż zasadniczo już czuł się szczęśliwym człowiekiem. A przecież w tym właśnie momencie mógł gdzieś znajdować się ktoś, kto słuchał tej samej muzyki pogrążony w tak wielkim smutku, że i melodia, i słowa stawały się ciężarem nie do zniesienia. On zaś siedział tutaj, mógł wyglądać przez okno, uśmiechając się z aprobatą sam do siebie, a temu drugiemu w tym czasie otwierały się żywe rany i zmuszony był wyłączyć radio, żeby nie musieć tego słuchać. Osobliwe, pomyślał, osobliwe jak samo życie, nieprzewidywalne.
Był przyzwyczajony do nieprzewidywalności, a ze śmierci się utrzymywał, jego praca polegała na doprowadzaniu spraw do porządku po jej nadejściu, na wygładzeniu jej oblicza i przyozdobieniu go kwiatami i świecami, zadbaniu o to, aby nie pozostały po niej żadne zbędne ślady. A jednak siedział tutaj i czuł zadowolenie.

To Torunn stanowiła przyczynę jego dobrego humoru. Torunn, której w końcu zdołał okazać, jak bardzo ją lubi i ceni. Nie było godziny, w której nie czułby wdzięczności za Boże przewodnictwo, które posłało ją ku niemu i za którego sprawą połączyła ich więź tak bliska i dobra, że nazywała biuro pogrzebowe Neshov „interesem rodzinnym”. Ciągle jeszcze wiele musiała się nauczyć i wcale nie był pewien, czy sobie z tym poradzi, ale przynajmniej zaczęła. I znajdowała się w samym centrum jego życia, w zasadzie jako jedyna; osoby, z którymi pracował, były mu co prawda bliskie, to naturalne w sytuacji, gdy bez przerwy łączyły ich intensywne przeżycia towarzyszące kolejnym śmierciom, ale nigdy do końca nie dopuścił ich do siebie zbyt blisko, przez cały czas utrzymywał niewielki, ale jakże ważny profesjonalny dystans.
Muzyka ucichła, a młodzi mężczyźni podjęli rozmowę. Takiej muzyki nie mógłby napisać nikt, kto chociażby przez krótką chwilę nie znalazł się na samym dnie ciemnej doliny, pomyślał.
Teraz z szacunkiem słuchał, co mają do powiedzenia.

– Cholernie szybko nam się ta nasza Astrid zawinęła – powiedziała Olaug, po czym odgryzła brzeg kanapki z ogórkiem i majonezem i z otwartymi ustami zaczęła go przeżuwać. Miała swoje własne, choć nieszczególnie piękne zęby.
Olaug to była ta z przerzedzonymi włosami, właściwie już prawie łysa. Spod siwych, nastroszonych kępek prześwitywała żółtawa i błyszcząca skóra czaszki. Zawsze miała wpięte w płatki uszu te same srebrne kuleczki, czy to ranek, czy wieczór, Tormod był przekonany, że nie zdejmuje ich do snu, inaczej przecież musiałaby od czasu do czasu o nich zapominać. Kuleczki zwisały z dziurek w wiotkich, pomarszczonych uszach, dawało się dostrzec kawałki srebrnych beleczek, do których zostały zamocowane i Tormod zachodził w głowę, jak ludzie robili sobie takie dziurki na wylot w skórze uszu, przecież to musiało bardzo boleć. Może używali igły? Olaug mieszkała dwa pokoje dalej, po przeciwnej stronie korytarza. Lubił ją.
Często pierwsza mówiła różne rzeczy, takie, które inni sobie myśleli, ale których nie ubierali w słowa. Był zadowolony, gdy to, co artykułowała Olaug, zostawało wreszcie wypowiedziane. Tak jak na przykład teraz, kiedy pierwsza poruszyła temat Astrid, zauważyła, że Astrid zmarła tej nocy. Było to coś, co wszyscy rozumieli, ale co wisiało nad stołem, przy którym jedli śniadanie, ciężkie i duszne, niczym powietrze na chwilę przed burzą, na chwilę przed pierwszym grzmotem, albo jak ból brzucha, zanim się poczuje, jak pęcherzyk powietrza rusza w końcu z jednego końca trzewi na drugi i ucisk maleje.
Był doskonale przyzwyczajony do takiego stanu, przeżył w nim właściwie całe swoje życie, ale wtedy nie było nikogo, kto mówiłby to, co trzeba. A teraz już było na to za późno. Tamten stan trwał od zaspanego poranka do wyczerpanego wieczora, brodził w nim i dreptał dzień za dniem. I teraz nagle znów go zasmakował, ale tym razem nie było to takie groźne, bo Olaug przecięła ten wrzód przy pierwszej możliwej okazji.
– Astrid już spieprzyła do zmarłych. Ciekawe, kto będzie następny – dodała Olaug.
Owszem, lubił ją. Lubił również fakt, że przeklinała, nie przeszkadzało mu to, a wręcz go bawiło, wiekowa pani w domu starców, a taka niewyparzona gęba.
– Siedziała tu przecież, kurwa, wczoraj wieczorem, jadła kolację i opowiadała, jak to zadawała szyku na lekcjach gimnastyki w latach czterdziestych – ciągnęła Olaug. – Ale cóż, takie życie.
Życie? Nie, raczej śmierć, pomyślał Tormod, taka jest śmierć, a fakt, że ktoś umierał w ciągu nocy, nie był niczym niezwykłym w miejscu takim jak to, w tym właśnie celu tu przecież byli. Nie przywiązał się emocjonalnie do nikogo z pozostałych mieszkańców, a jeśli nazywał ich w myślach imionami, to jedynie dlatego, że zawsze tak się do nich zwracał personel.
Nie wiedział nawet, kto z personelu jest pielęgniarzem, a kto pomocnikiem pielęgniarskim, bo była między tym jakaś różnica, istniały ponadto jeszcze najwyraźniej jakieś inne tytuły, asystent, pracownik na zastępstwo i tak dalej, było mu wszystko jedno, byle tylko otrzymywał od tych ludzi tę niewielką pomoc, której potrzebował, nie był chory i nie zamierzał w najbliższym czasie umierać, życie wreszcie stało się na to za dobre, ledwie miał odwagę wierzyć, że to prawda.

Ze śmiercią w swoim własnym życiu miał ostatnio do czynienia, gdy Tor popełnił samobójstwo w chlewie, ale wtedy zmarłym zajęli się zmiennik Kaj Roger i Margido. A jeszcze przedtem: kiedy siedział z tyłu w starym volvo z głową Anny na kolanach, siedział tam, patrząc na jej sztywną, wykrzywioną twarz, jej oczy były zamknięte, ciało – otulone w koce, auto – śmierdzące odchodami, a potylica Tora, tkwiąca u szczytu wyciągniętej szyi na siedzeniu z przodu – nerwowo pochylona nad kierownicą, bo w grudniowych ciemnościach ciężko było cokolwiek dostrzec na nieoświetlonej drodze.
Wtedy siedział w tym volvo po raz pierwszy i ostatni. A także ostatni raz odwiedził miasto. Anna żyła jeszcze, gdy jej głowa leżała na jego kolanach, ale potem przecież umarła, w szpitalu, nie potrwało to długo, było dla niego od początku jasne, że tak to się skończy, chyba tylko Tor wierzył, że chora nagle wyzdrowieje i wróci do pełni sił – on sam od razu pojął, że trzyma na kolanach śmierć.
Zarówno to z Anną, jak i to z Torem wydarzyło się już dawno, ale miał jednocześnie wrażenie, że nie minęło aż tyle czasu, bo oba zdarzenia doskonale pamiętał. A Olaug przypominała mu trochę Annę, nie przez łysą głowę i srebrne kuleczki, bo Anna chodziła zawsze w chustce i zdecydowanie nie wpinała w uszy srebra, sama myśl o tym wydawała mu się śmiechu warta, chodziło raczej o usta, wargi, to, jak się zwijały i poruszały, jakby pod ich cienką skórą była napięta gumka. To pewnie dlatego teraz, po śmierci Astrid, naszły go nagle myśli o tym, jak siedział z tyłu starego volvo tamtego strasznego, strasznego wieczoru, gdy nic się nie mieściło w głowie, choć pamiętał jednocześnie, jak myślał wtedy, że wszystko się zmieni, może na gorsze, może na lepsze, to bez znaczenia, ale może być inaczej. I tak też się stało. Dzięki Torunn, Duńczykom i całej reszcie.

Widział Olaug bardzo wyraźnie, z jej nagą czaszką, płatkami uszu i całą resztą. Niepojęte, jak wyraziste stało się otoczenie, odkąd zaczął używać okularów. Przez tyle lat siedział nad gazetami i książkami ze szkłem powiększającym, a gdy unosił wzrok, wszystko dookoła wydawało się spowite mgłą.
Poza tym było jeszcze to, że przed przybyciem tutaj nie widział wyraźnie innych ludzi, nie dostrzegał, jak wyglądają, gdy coś do niego mówią, nie skupiał się na wyrazie ich twarzy. A teraz to się zmieniło i z początku był trochę wystraszony, bo musiał przyzwyczaić się do atakującego go z każdej strony chaosu. I to ten chaos sprawił pewnie, że wyrobił w sobie nawyk – szkodliwy, powiedzieliby pewnie niektórzy, a na pewno Torunn i Margido, pomyślał – spędzania większości dnia w swoim pokoju. Na początku wszystko go tu przytłaczało. Teraz radził sobie trochę lepiej, przynajmniej od czasu do czasu. Niekiedy. Ale jeśli zaczynali mu suszyć głowę, potrafił przez kilka dni trzymać się z dala od wspólnych przestrzeni.
Nie lubił, kiedy personel mu się narzucał, przecież nic im do jego życia. Ale zaledwie kilka dni po tym, jak Torunn zajrzała do niego w drodze z Oslo do Neshov, zaczęło się wypytywanie:
– Tormodzie, jak miło! Słyszałam, że twoja wnuczka wróciła do gospodarstwa?
Pierwsza zagadnęła go o to jedna ze starszych opiekunek, Petra, pochodziła z Byneset, była spokrewniona ze wszystkimi i wiedziała o wszystkim, więc właściwie nie musiała nawet pytać. Ale on odczuł wielką ulgę i wdzięczność, słysząc, że nazywa Torunn jego wnuczką, bo to znaczyło, że jednak nie o wszystkim wie. Ale nie zadał sobie trudu, by jej odpowiedzieć.
– Słyszałeś, co mówiłam? Na pewno tak, bo przecież wiem, że z twoim słuchem jest wszystko w porządku. A tę książkę czytałeś już pewnie kilka razy wcześniej, więc nie jesteś nią aż tak pochłonięty.
– Jestem.
– Bzdura. Wojna na wojnie i wojną pogania. Pytałam o twoją wnuczkę, cieszysz się, że wróciła? Chociaż ciężko właściwie nazwać to powrotem, bo nie mieszkała tu przecież jako dziecko.
– Nie.
– Jesteś zachwycony, prawda, Tormodzie? Gospodarstwo leżało właściwie odłogiem.
– Tak.
– Ale cieszysz się? Co?
Ta kobieta zawsze wydawała z siebie tyle dźwięku, nie chciał unosić wzroku i patrzeć prosto na nią, bo wtedy przez długi czas nie byłby w stanie na powrót zagłębić się w książce. Był właśnie w połowie relacji o tym, jak Rosjanie wdarli się do Berlina po kapitulacji, była to jedna z nowych książek kupionych przez Torunn, napisana przez kobietę, która mieszkała tam, gdy oni nadeszli, opowiadająca o wszystkich tych gwałtach i w niczym niepodobna do wojennych relacji, które czytał wcześniej. Z całego serca miał nadzieję, że Torunn sama jej nie czytała i nie planowała czytać, że nie będzie musiał z nią o tym rozmawiać, nie miał pojęcia, jak się rozmawia o gwałtach. Gdy skończy lekturę, postawi książkę w drugim rzędzie na półce i wciśnie jej grzbiet głęboko między inne tomy, poza tym Torunn miała dość swoich spraw i brakowało jej czasu na czytanie. Taką żywił nadzieję.
– Musisz się chyba cieszyć?
– Ależ tak.
– Nie wyglądasz na specjalnie zadowolonego. A powinieneś być wdzięczny i szczęśliwy. To także zaszczyt dla ciebie, że kolejne pokolenie obejmuje majątek – powiedziała Petra, znikając za drzwiami.
– Dziękuję za kawę – rzucił za nią, trochę za późno.
Zapomniała o cukrze. I to nie był pierwszy raz. Dlatego, gdy następnym razem odwiedziła go Torunn, poprosił, żeby kupiła mu całe pudełko cukru w kostkach, mimo że nie chciał zawracać jej głowy, bo zarówno ona, jak i Margido byli tacy dobrzy i kupowali mu wszystko, czego sobie zażyczył, a teraz lista jeszcze się wydłużyła. Ale Torunn wróciła z pudełkiem brązowych i nieco grudkowatych kostek cukru. Nie widział takich nigdy wcześniej, okazały się nie tak słodkie jak te oślepiająco białe, o ostrych krawędziach i rogach. Lecz mimo dziwaczności tego brązowego cukru zdarzało się, że zjadał do kawy dwie albo nawet trzy kostki, chyba że miał w pokoju jakieś nadziewane czekoladki, bo wtedy sięgał zawsze po te o smaku kawy lub wanilii. Cudownie było długo je ssać w czasie lektury, mimo że zawsze był potem kłopot z czyszczeniem sztucznej szczęki.
– Ale taka szybciutka śmierć to w sumie, cholera, nie taka zła sprawa – oświadczyła Olaug. – Jeśliby się nad tym dobrze zastanowić. Czyli Astrid miała szczęście. Gorzej już z nami, bo gówno wiemy, jak to się dla nas skończy. Nieźle jest tak szybciutko się zawinąć.
– Może faktycznie – powiedziała jedna z opiekunek, stawiając na stole miskę gotowanych jajek, były przekrojone na połówki, bladożółte jaja na twardo z siną obwódką wokół żółtka.
Nigdy nie dostawali jajek na miękko w kieliszkach, byłoby z tego za dużo bałaganu i dodatkowej pracy, podsłuchał, jak jedna ze starszych opiekunek tłumaczy to młodszej. Sam wolał jaja na miękko i dostawał je czasem, gdy jadł śniadanie sam w swoim pokoju. Bardzo to doceniał i starał się nie bałaganić, podnosił kieliszek pod samą brodę i dopiero wtedy zanurzał łyżeczkę w cudownym, płynnym, ciepłym żółtku. Ale, rzecz jasna, czasem mu nie wychodziło. Jajka na miękko są dobre, tak dobre, że potrafił się zapomnieć w swojej zachłanności.
– Pewnie rozległy wylew – stwierdziła Olaug.
– Na pewno – odezwał się ktoś inny, Tormod nie zarejestrował, kto taki.

Myślał o nich wszystkich jako o mieszkańcach, nie pacjentach. Ale słyszał również od czasu do czasu, że personel określa ich mianem „użytkowników”. Brzmiało to strasznie, jakby wszyscy tylko wszystko tu zużywali, jedzenie, pokoje, prąd, ręczniki i środki czystości. Ale tak czy inaczej wydawało mu się to dziwne, spędził całe życie w samotności, pozbawiony rodziny, zniewolony, a potem nagle został umieszczony pod jednym dachem z mnóstwem innych ludzi, z którymi łączył go jedynie podobny wiek, spali obok siebie, każde w swojej sypialni, drzwi przy drzwiach wzdłuż korytarza, mnóstwo starych ludzi, zupełnie jak dzieci. Nie mieli już strychu ani piwnicy, nie mieli kuchni, schowka ani garażu, szopy ani drewutni, ani też stodoły – wszystko to przeszło w ręce ich najbliższych krewnych. Nie było tu pieca, który trzeba by karmić polanami, podwórza, które trzeba by odśnieżać, a w przypadku kobiet: owoców do przerobienia na przetwory, ubrań do prania i podłóg do mycia, żadnego chleba do pieczenia, wigilijnych wieczerzy do przygotowania, obrusów do uprasowania. Sądził, że to właśnie dlatego kobiety są tak pochłonięte prezentami, bo tylko za to mogły być jeszcze odpowiedzialne. A prezenty były równoznaczne z pieniędzmi. Słyszał, że często o tym rozmawiają, zależało im, by kupić ładne kartki i koperty, dotrzeć do banku i wypłacić gotówkę. Wpadały w rozpacz, gdy stan zdrowia uniemożliwiał im taką wyprawę, a za rogiem czaiły się już urodziny kogoś z bliskich. Dlatego kobiety przy każdej wizycie w banku wypłacały duże kwoty, wszystko niemal, co zostawało im z emerytury po tym, jak dom opieki zabrał już swoje. Osiemdziesiąt procent emerytury Tormoda szło na dom opieki, ale jemu to zupełnie nie przeszkadzało, bo wcześniej do Anny i Tora szło sto procent. Sam nigdy nie był w banku ani razu, tak wcześniej, jak i już po zamieszkaniu tutaj. Może powinien pomówić o tym z Margidem, pewnie było tam parę koron, które mogłaby dostać Torunn. Pieniądze to ostatnie, co różni nas tu od dzieci, pomyślał.
Dom dziecka, dom starców, w sumie prawie to samo.
Nie był nigdy w żadnym z sąsiednich pokoi, ale mógł do nich zaglądać przez uchylone drzwi, wszystkie przypominały maleńkie, upakowane salony, były w nich piękne dywany, komody, obrusy, świeczniki i zdjęcia na ścianach, wrażenie psuło tylko łóżko. Sam oprócz łóżka miał u siebie jedynie półkę na książki, stolik i swój wygodny fotel.
W odróżnieniu od wielu innych mieszkańców nie posiadał telewizora. Rzadko też zachodził na telewizję do świetlicy. Migoczący kineskop przypominał mu o Neshov, o bezczynnych wieczorach, kiedy telewizor kołysał go do zbawiennego snu, po tym jak jego oczy były już zbyt zmęczone, by móc dalej czytać. Gdy się tu wprowadził i dostał okulary, zupełnie się od tego odzwyczaił, a telewizja przepełniała go niemal obrzydzeniem. Kiedy siadał od czasu do czasu przed jakimś interesującym go programem, zdarzało się, że zamykał oczy i już po chwili widział przed sobą salon w Neshov, ściany, parapety, chodnik na podłodze przed telewizorem, zdawało mu się niemal, że wdycha tamtejsze duszne powietrze i słyszy, jak Anna pobrzękuje garnkami, zmywając lub gotując coś w kuchni.
Nie, wolał już radio, miał maleńki odbiornik i słuchał czasem wiadomości, ale nieszczególnie go one obchodziły, bo mówiono głównie o zupełnie nowych wojnach, w których nie był w stanie się rozeznać. Może inni mieszkańcy patrzyli na niego jak na dziwaka. Oni także. Sądzili, że jest inny niż oni, bo spędza tyle czasu sam.
Chociaż różnica największa, najbardziej znacząca – jeśli pominąć tę między mieszkańcami a odwiedzającymi ich krewnymi – zaznaczała się pomiędzy tymi, którzy tu mieszkali, a pracownikami. Czasami się jej prawie nie zauważało, kiedy na przykład było dużo śmiechu, bo ktoś powiedział coś zabawnego, robiło się wtedy nieco dziwnie, jakby wszyscy żyli tu wspólnie, bawili się w rodzinę i faktycznie byli sobie bliscy.
Lecz personel, dzięki Bogu, szybko wracał do swojej prawdziwej roli, podbiegając, by poprawić koc albo przesunąć szklankę z dala od krawędzi stołu. A Tormod widział przecież auta na placu parkingowym przed budynkiem, wiedział, że te samochody wożą tych ludzi do ich domów i rodzin, tutaj przyjeżdżali do pracy i nic ponadto. A mimo to byli niemal jak rodzice, rzecz jasna nie jak jego rodzice, ale mimo wszystko. I nic dziwnego, że wielu mieszkańców tak chętnie mówiło przy jedzeniu o swoim dzieciństwie, w końcu przemawiano do nich i pilnowano ich jak maluchów. Sam Tormod nie potrzebował szczególnego zaangażowania personelu. Mógł tu siedzieć, spoglądając na przerzedzone włosy Olaug ze świadomością, że jego włosy są świeżo przyczesane grzebieniem zmoczonym pod kranem, a sztuczna szczęka dokładnie wyczyszczona. Majtki i skarpety miał czyste, zmieniał je co drugi dzień, prysznic brał z tą samą częstotliwością, większą niż to było faktycznie konieczne, bo wcale się nie pocił i dokładnie się podcierał po każdej wizycie w toalecie.
Także z tym prysznicem radził sobie dobrze na własną rękę. Możliwość wejścia prosto pod natrysk i odkręcenia ciepłej wody była niewyobrażalnym luksusem. W Neshov potrafił odwlekać kąpiel całymi dniami, czasem nawet jeszcze dłużej, bo nie miał siły ani energii, by się do tego zabrać. Najpierw musiał pokonać krawędź jasnoniebieskiej wanny i złapać równowagę na śliskim emaliowanym dnie. Nauczył się, by nigdy nie ruszać stopami, gdy ochlapywał się wodą, dzięki temu można było utrzymać podeszwę suchą i uniknąć poślizgnięcia, ale gdy miał się na powrót wygramolić z wanny, musiał przecież podnieść nogę, a wtedy woda wpływała pod spód, on zaś śmiertelnie bał się upadku. Przytrzymując się krawędzi obiema rękami, wykonywał każdy ruch nieskończenie wolno, czasami zajmowało mu to tyle czasu, że gdy w końcu stawał bezpiecznie na podłodze i sięgał po ręcznik, był już właściwie suchy.
Ale teraz tak to już nie wyglądało, branie prysznica zmieniło się w procedurę wolną od lęku. Miał pełną kontrolę, nie dokuczała mu żadna choroba, ale cała ta sytuacja była dziwna. Przedziwna. Lecz jednocześnie czuł się bezpiecznie, nieskończenie bezpiecznie i dobrze.
Od niego i pozostałych mieszkańców oczekiwało się tylko, że umrą, tak jak to właśnie zrobiła Astrid. Byli tu po to, by umrzeć, i wcale mu to nie przeszkadzało. Właściwie to było całkiem w porządku.
Bo w końcu przecież każdy prędzej czy później umrze, człowiek dążył ku śmierci od samego początku, Tormod nie był w stanie zliczyć, ile razy wcześniej chciał umrzeć, umrzeć teraz i zaraz, nie pozwalał zatem, by myśl, że jest tu w celu zakończenia swojego życia, wpływała na jego nastrój, w najmniejszym stopniu, mimo że wiedział, iż tu jest jego ostatni przystanek. Tormod wziął sobie połówkę jaja na twardo i ułożył ją na kromce chleba posmarowanej prawdziwym masłem, następnie wycisnął z tubki pasek pomarańczowej pasty kawiorowej. Nad jego barkiem wyciągnęło się pomocne ramię opiekunki i dolało mu kawy do kubka.
– Pomyślałam, że będziesz chciał jeszcze, taki z ciebie przecież kawosz – powiedziała właścicielka ramienia, była to Hannelore z gardłowym „r” i niemieckim akcentem, żona hipisa ze Spongdal, jak sama go nazywała, nie wspominając Tormodowi nic więcej ani o nim, ani o tym, jak trafiła do Byneset. Pracę w domu opieki zaczęła niedawno, wiedział o niej tyle, że wcześniej była nauczycielką niemieckiego w szkole katedralnej w Trondheim. Jej norweski, pomijając akcent, był nienaganny. Sprawa wyglądała gorzej z niektórymi pracownikami zatrudnionymi na zastępstwo, byli uprzejmi, ale nie dawało się ich zrozumieć, snuli się po korytarzach jak nieme bydlęta i ledwie umieli porozumieć się ze sobą nawzajem, z tylu różnych krajów przyjechali.
– Jadłeś z nami wczoraj kolację, a dzisiaj przyszedłeś na śniadanie, to chyba twój rekord, Tormodzie.
Nic na to nie odrzekł. Nie miał pojęcia, jak odpowiadać na tego rodzaju komentarze. Ale podobał mu się sposób, w jaki wypowiadała jego imię, przeciągana głoska „o” i charakterystyczne niemieckie „r”. Toormod… Jeśli decydował się na samotny posiłek w swoim pokoju, mógł czytać jedząc. Poza tym nie musiał myśleć o tym, że sztuczne zęby trafiają czasami nie tam, gdzie trzeba, wydając przy tym ciche stuknięcie, dźwięk, którym wolał nie epatować innych – wcześniej mu nigdy nie przeszkadzał i zaczął się nim przejmować dopiero po przeprowadzce do domu opieki.