Wędrując piechotą przez Francję, między kwietniem a listopadem 2015 r. Sylvain Tesson poznaje kraj dziki, dziwny i nieodkryty. Ta wędrówka jest też dla niego okazją do ponownego wejrzenia w głąb siebie po strasznym wypadku…


Na dzikich ścieżkachPrzyszła pora by ruszyć w świat i porzucić swój dach po to, aby uchwycić to, co mam przed oczami, kraj tak bliski, że żadne jego sekretne miejsca nie są mi znane, o sieci wiejskich dróg otwartych na tajemnicę, zanurzonych w głębokiej ciszy, cudownie pustych.

Tutaj nikt wam nie mówi jak się macie zachowywać, co myśleć ani nawet jaki obrać kierunek.

***

2014. To był ciężki rok. Spadłem z dachu, na którym robiłem z siebie błazna. Upadłem na krawędź nocy, rozbiłem się na Ziemi. Wystarczyło 8 metrów, żebym połamał żebra, kręgi, czaszkę. Upadłem na stos kości. Długo żałowałem tego upadku, ponieważ do tej pory dysponowałam fizyczną maszyną, która pozwalała mi żyć na pełnej petardzie. Dla mnie godna egzystencja przypominała tablice rozdzielcze syberyjskich ciężarówek: wszystkie wskaźniki bezpieczeństwa palą się na czerwono, ale maszyna pruje dalej. Wspaniałe zdrowie? Prowadzi do upadku, przez dziesięć metrów przybyło mi pięćdziesiąt lat. W szpitalu wszyscy się do mnie uśmiechali. Francuski system opieki zdrowotnej ma tę cudowną cechę, że nikt nie czyni cię odpowiedzialnym za to, co się stało. Nikt mi niczego nie wypominał, po prostu mnie ratowano. Medycyna na najwyższym poziomie, troska pielęgniarek, miłość moich najbliższych, czytanie Villona-punka – to wszystko mnie ocaliło. Drzewo za oknem wdmuchiwało mi swoją wibrującą radość i cztery miesiące później byłem już na zewnątrz, koślawy, obolały, z cudzą krwią w żyłach, ze zniekształconą czaszką, porażonym brzuchem, zagojonymi płucami, kręgosłupem poskręcanym śrubami, zdeformowaną twarzą. Życie już mniej swingowało. Powinienem teraz okazać się wierny mojej przysiędze z nocy boleści. Uwięziony na wąskim łóżku głośno sobie powiedziałem: „Jeśli z tego wyjdę, przejdę Francję na piechotę”. Widziałem siebie na kamienistych, dzikich ścieżkach! Pragnąłem wędrować po ukrytych dróżkach, okolonych żywopłotami, po darni z jeżyn i śladach kolein otaczających porzucone wsie. Daleko od głównych dróg istnieje Francja ukryta w cieniu, chroniona przed zgiełkiem, której oszczędzone zostało planowe zagospodarowanie, niszczące każdą tajemnicę. Ciche wsie, jarzębina i przestraszona sowa. Mógłbym wymienić dziesiątki powodów wędrowania po wsi. Na przykład ten, że spędziłem dwadzieścia lat na podróżowaniu między Ułan Bator a Valparaiso, a jest absurdem poznawanie Samarkandy, gdy istnieje Indre-et-Loire. Ale prawdziwy powód tej ucieczki na wieś trzymałem schowany w formie zwitka papieru na dnie mojej torby…”.

***

Wędrując piechotą przez Francję, między kwietniem a listopadem 2015 r. Sylvain Tesson poznaje kraj dziki, dziwny i nieodkryty. Ta wędrówka jest też dla niego okazją do ponownego wejrzenia w głąb siebie po strasznym wypadku, który o mało nie zakończył jego życia w kwietniu 2014 r. I oto widzimy go wędrującego ścieżkami, którymi prawie nikt więcej nie chodzi, przez rozległe, zapomniane tereny, które cudownie uniknęły ataku urbanizmu i technologii, za to pod jego piórem jawią się przepełnione namiętnym, niespokojnym i fascynującym życiem.

Sylvain Tesson, z wykształcenia geograf, jest przede wszystkim podróżnikiem. W 1993 r. objechał na rowerze świat razem z Alexandrem Poussinem, z nim też przeszedł na piechotę Himalaje w 1997 r. Z fotografką Priscilla Telmon konno przejechał ponad 3000 km azjatyckich stepów z Kazachstanu do Uzbekistanu..W 2004. podjął wyprawę śladami zbiegów z gułagu, odtwarzając trasę jaką przebył bohater książki Sławomira Rawicza Długi marsz. Przewędrował wtedy z Syberii do Indii.
Sylvain Tesson jest również zdobywcą katedr, w środowisku akrobatów jest nazywany „ksiecem kotów”, ponieważ wspiął się na wieże katedry Notre-Dame w Paryżu, Mont-Saint-Michel, kościoła Sainte Clothilde i nnych zabytków (przede wszystkim kościołów) w Orleanie, Argentan, Reims, Amiens czy Anvers..
W 2010 r. zrealizował pomysł, o którym wcześniej wielokrotnie wspominał: spędził 6 miesięcy w chacie na południu Syberii, nad brzegiem Bajkału, niedaleko Irkucka.
Według jego własnych słów: „Recepta na szczęście: okno na Bajkał i przy tym oknie stół.”
Podczas większości swoich wypraw Tesson nie korzystał ze zdobyczy współczesnej techniki, był całkowicie niezależny. Swoje ekspedycje finansuje kręcąc podczas nich filmy, wygłaszając na ich temat odczyty, a także opisując je w dobrze sprzedających się książkach.
Sylvain Tesson jest także autorem opowiadań, pisze wstępy i komentarze do filmów dokumentalnych, współpracuje z wieloma pismami, m.in. z „Grands reportages” i „Le Figaro Magazine”, nakręcił wiele filmów dokumetalnych dla stacji France 5.
W 2009 r. otrzymał nagrodę Goncourtów za opowiadanie (Une vie coucher dehors), a w 2011 Prix Medicis Essai za książkę W syberyjskich lasach.

Sylvain Tesson
Na dzikich ścieżkach
Przekład: Anna Michalska
Oficyna LIteracka Noir sur Blanc
Premiera: 19 września 2018
 
 

Na dzikich ścieżkach


Wstęp

To był trudny rok. Przez długi czas bogowie sprzyjali naszej rodzinie, a myśmy się pławili w ich dobroci. Może nawet nad niektórymi z nas pochylali się jak wróżki z bajki? Potem ich uśmiech zamienił się w grymas.
Nie byliśmy niczego świadomi i bez ceregieli korzystaliśmy z życzliwości losu. Zwalniała nas ona od najmniejszej wdzięczności i skłaniała do zgubnej beztroski. Nasze życie przypominało obraz Bonnarda. Słońce na białych marynarkach, kompotierki na obrusie, okna otwarte na sad, po którym chodzą sobie dzieci, a na dworze poszept jabłoni: idealna sceneria, żeby dostać obuchem w łeb.
Nie trzeba było długo czekać. Moje siostry, moich siostrzeńców, wszystkich nas dosięgło jedno z tych nieszczęść, które w średniowiecznych opowieściach przenikają mury obronne: cień pełznie uliczkami, dociera do serca miasta, wdziera się na wieżę. Nadciąga morowe powietrze.
Nasza matka umarła tak, jak żyła, wystawiając nas do wiatru, a ja zleciałem z dachu, gdzie urządzałem wygłupy po pijaku. Spadłem z parapetu Nocy i rozbiłem się na ziemi. Osiem metrów wystarczyło, żebym miał pogruchotane żebra, kręgi, czaszkę. No to się urządziłem. Długo nie mogłem sobie darować tego upadku, bo do tej pory moje ciało było maszyną, która pozwalała mi żyć na maksymalnych obrotach. Według mnie prawdziwe życie miało być jak tablica rozdzielcza syberyjskiej ciężarówki: wszystkie kontrolki świecą na czerwono, ale maszyna wali przed siebie i rozjeżdża na miazgę jakąś tam Kasandrę z twarzą Idioty, która staje w poprzek drogi i macha rękami, żeby ostrzec przed katastrofą. Końskie zdrowie? Przywiodło mnie do klęski, przez te osiem metrów postarzałem się o pięćdziesiąt lat.
Pozbierano mnie do kupy. Wróciłem do życia. Gdybym umarł, nawet nie dostąpiłbym łaski, żeby zobaczyć swoją matkę w niebie. Sto miliardów istot ludzkich urodziło się na ziemi od czasu, gdy homo sapiens stał się tym, kim jesteśmy. Czy naprawdę ktoś wierzy, że w ścisku wiekuistej, zapchanej aniołkami termitiery odnajdzie bliską osobę?
W szpitalu obchodzono się ze mną jak z jajkiem. Francuski system opieki zdrowotnej ma tę wspaniałą cechę, że nigdy nikogo nie zmusza do odpowiedzialności. W społeczeństwie starożytnym, kierującym się zasadami etyki, nie należało okazywać tyle samo troski pijakowi, co naprawdę potrzebującym. Uratowano mnie, niczego nie wypominając. Najnowsze zdobycze medycyny, opieka pielęgniarek, miłość najbliższych, lektura tego punka Villona – wszystko to mnie wyleczyło. A zwłaszcza świętość istoty, która codziennie mnie odwiedzała, jakby osobnik mojego gatunku zasługiwał na wierność zwierzęcia. Drzewo za oknem przekazywało mi swoją wibrującą radość. Cztery miesiące później wyszedłem stamtąd kulawy, obolały, z czyjąś krwią w żyłach, z wgniecioną czaszką, bez czucia w brzuchu, z kręgosłupem na śrubkach i oszpeconą twarzą. Życie zapowiadało się mniej beztroskie.
Chciałem dotrzymać przysięgi złożonej podczas szpitalnych nocy. Przykuty do łóżka, obiecałem sobie niemal na głos: „Jeżeli się z tego wyliżę, przejdę całą Francję na piechotę”. Widziałem siebie na kamienistych drogach! Śniłem o biwakach, wyobrażałem sobie, jak idę na przełaj krokiem włóczęgi. Sen znikał, gdy otwierały się drzwi: roznoszono podwieczorek.
Lekarz powiedział: „Przyszłego lata może pan sobie załatwić pobyt w ośrodku rehabilitacyjnym”. Wolałem jednak drogę poprosić o to, co miałyby mi dać owe bieżnie treningowe: o siły.
Lato nadeszło, a wraz z nim czas, żeby rozliczyć się z losem. Idąc, rozmyślając, przywołam wspomnienie o matce. Jej duch ukaże mi się, kiedy będę miesiącami zdzierać buty na wiejskich drogach. Ale nie byle jakich drogach: chciałem iść ukrytymi w zaroślach ścieżkami, przez cierniste poszycia lasów, zryte koleinami trakty łączące wyludnione wioski. Tam jeszcze istnieje geografia dla wagabundy, jeśli tylko umie on czytać mapy i jest gotów zboczyć z trasy i sforsować przełazy. Daleko od szosy kryje się mroczna Francja oszczędzona przez tumult i planowanie przestrzenne, które zatruwa piękno. Kraina ciszy, jarzębiny i sowy płomykówki. Lekarze w języku agentów politbiura zalecali mi „rehabilitację”. Moja rehabilitacja? Zaczęła się od tego, że dałem nogę.
Motywów, żeby iść przez kraj, miałem dziesiątki. Na przykład mówiłem sobie, że spędziłem dwadzieścia lat na przemierzaniu świata od Ułan Bator do Valparaíso i że nie miało sensu poznawanie Samarkandy, skoro jest przecież Indre-et-Loire[2]. Lecz w rzeczywistości impuls do tej ucieczki przez pola dał mi pewien dokument, który wcisnąłem na dno plecaka.

1
ZŁY POCZĄTEK

W pociągu

Czemu TGV tak pędzi? Po co podróżować tak prędko? To absurdalne przelecieć z szybkością trzystu kilometrów na godzinę przez kraj, żeby potem miesiącami wracać na piechotę! Podczas gdy szybkość płoszyła pejzaże, ja myślałem o ludziach, których kocham i to myślenie wychodziło mi znacznie lepiej niż okazywanie im swoich uczuć. W gruncie rzeczy wolałem o nich myśleć, niż z nimi być. Bliscy chcieli zawsze „się zobaczyć”, jakby chodziło o jakąś konieczność, tymczasem myślenie oferowało taką piękną bliskość.

24 sierpnia, na włoskiej granicy

To był mój pierwszy dzień marszu od dworca w Tende, dokąd zawiózł mnie pociąg z Nicei. Poszedłem na miękkich nogach w stronę przełęczy. Jasnowłose trawy falowały w wieczornym powietrzu. Ich ukłony były pierwszym przejawem przyjaźni, czystego piękna. Po tak smutnych sześciu miesiącach nawet muszki w słońcu zapowiadały coś dobrego. Chmura owadów w ciepłym złocie była znakiem dla samotności. Przypominało to pismo. Może mówiły nam: „Przestańcie prowadzić globalną wojnę z naturą”?
Poważne cedry trzymały się na skraju drogi, wbite korzeniami w zbocze: drzewa często wyglądają na pewne swoich praw. Jakiś pasterz schodził krokiem znacznie lżejszym od mojego, pojawił się na zakręcie, żylasty typ jak z powieści Giona. Tutejszy. Ja zawsze wyglądam na faceta z innego świata.
– Cześć – powiedziałem. – Idziesz do miasta?
– Nie – odparł.
– Masz tam stado, na górze?
– Nie.
– Schodzisz odpocząć?
– Nie.
Muszę pozbyć się tego nawyku mieszczucha próbującego zawsze nawiązać rozmowę.
Przełęcz Tende przerywa linię grzbietów masywu Mercantour. Oddziela Włochy od Francji. Postanowiłem zacząć wędrówkę w południowo-wschodnim punkcie kraju i dotrzeć na północ półwyspu Cotentin. Rosjanie mają taką tradycję, że przed podróżą przysiadają na chwilę na krześle, walizce czy pierwszym lepszym kamieniu. Wyciszają się, myślą o tych, którzy zostają, zastanawiają się, czy wyłączyli gaz, ukryli trupa – czy ja wiem co jeszcze? Siadam i ja na ruski sposób, opierając się plecami o drewnianą kapliczkę z Madonną medytującą nad pejzażem Włoch. Potem nagle wstaję i ruszam.
Moim chorym oczom się przywidziało, że krowy na zboczach to okrągłe kamienie, które stoczyły się z góry. Najeżone czarnymi sosnami granie przypominały krenelaż wzgórz odcinający się na horyzoncie błękitnego chińskiego Yunnanu widzianego dwadzieścia lat temu. Ale przegnałem nachodzące mnie pod wieczór myśli. Ciążył mi ten natłok analogii.
Przecież obiecałem sobie, że przez kilka miesięcy będę żyć zgodnie z przykazaniami Fernanda Pessoi z jego Wierszy pogańskich:
 
O roślinie mówię: to jest roślina,
O sobie mówię: to jestem ja.
Nie mówię nic więcej.
Co można powiedzieć więcej?
 
No, podejrzewam „niespokojnego” Pessoę, że sam nigdy nie dochował im wierności. Czy można uwierzyć, że zadowolił się światem? Wypisuje się takie manifesty i całe życie się je zdradza. W czasie tych tygodni wędrówki postaram się spoglądać na świat krystalicznym spojrzeniem bez filtra skojarzeń i wspomnień. Dotychczas miałem zwyczaj robić z natury i bytów stronę, na której notowałem swoje wrażenia. Teraz, nie zwlekając, muszę nauczyć się cieszyć słońcem bez cytowania Madame de Staël, wiatrem bez recytowania Hölderlina, chłodnym winem, nie widząc pluskającego się na dnie kieliszka Falstaffa. Czyli żyć jak pies, który chłonie spokój z wywieszonym jęzorem, jakby miał połknąć niebo, las czy morze i nawet zapadający wieczór. Oczywiście przedsięwzięcie jest z góry skazane na niepowodzenie. Europejczyk pozostaje Europejczykiem.
Na dwóch tysiącach metrów obok betonowego bunkra wypatrzyłem płaski kawałek gruntu porośnięty gęstą trawą. Rozpaliłem ognisko. Drewno było wilgotne, więc tak mocno dmuchałem, żeby się zajęło, że aż zakręciło mi się w pokiereszowanej głowie. Gorąco wypłoszyło kilka tłustych pająków – już nie robiły na mnie wrażenia, tyle ich widziałem we własnej głowie. Brezent ledwie mnie chronił przed wilgotnymi chmurami, które wypluwała z siebie ciemność. Czułem się niepewnie – to była pierwsza noc pod gołym niebem po upadku. Ziemia znów mnie powitała, tym razem nie tak brutalnie. Wracałem do ukochanego ogrodu: do lasu pod gwiazdami. Powietrze było rześkie, grunt nierówny i lekko pochyły: zapowiadało się obiecująco. Noce na dworze, dla kogoś, kto je lubi i za nimi tęskni, kiedy wieńczą dnie wypełnione bieganiną, są najprawdziwszą wygraną. Uwalniają od stresu, poszerzają horyzonty marzeń. Czyż w miastach Europy nie słychać wołania: Powietrza! Powietrza! Rok wcześniej, kiedy leżałem w szpitalu, marzyłem, żeby wyciągnąć się pod świerkami. I oto wracał czas biwaków.