Bohaterowie książki “Kopnij piłkę ponad chmury” cenią wolność. Choć ich swoboda nie jest bezpośrednio ograniczona, nieustannie podlegają rygorom tradycyjnego świata…


Kopnij piłkę ponad chmuryNepal to kraj u progu zmian, w rozkroku pomiędzy starym a nowym światem.

Iwona Szelezińska portretuje społeczeństwo w dobie po trzęsieniu ziemi z 2015 roku, które zachwiało znanym porządkiem, pokrzyżowało plany, złamało niejeden życiorys, ale też dało szansę. Kieruje uwagę w stronę tych, których z reguły nie widać, których wygodniej jest nie dostrzegać, bo zetknięcie z nimi wymusza zmianę postawy: ludzi teoretycznie zbyt słabych, by stawili czoło sztywnym społecznym normom, sprostali oczekiwaniom ogółu. Ale czy na pewno?

Spotkamy tu zmuszane do prostytucji ofiary handlu ludźmi, dzieci odratowane z więzienia, które urodziły się i wychowały za kratkami przy boku osadzonych matek, boginię-dziewicę zatopioną w religijnej tradycji, ludzi gór, dla których linia himalajskich szczytów stanowi granicę horyzontu. To książka o konsekwencjach patriarchatu i nieugiętego konserwatyzmu. A także opowieść o nepalskich kobietach i rodzącej się w nich sile.

Bohaterowie tej książki cenią wolność. Choć ich swoboda nie jest bezpośrednio ograniczona, nieustannie podlegają rygorom tradycyjnego świata, w którego wąskich ramach nie każdy ma szansę żyć całą pełnią. Autorka sprawdza, na ile jest możliwe nie tyle poszerzenie tych ram, ile całkowite wyjście poza nie, by żyć bez stygmatu i oddychać pełną piersią.

Iwona Szelezińska pochodzi z Sopotu, na studia wyjechała do Krakowa, gdzie na Uniwersytecie Jagiellońskim ukończyła filologię indyjską i animację kultury. W trakcie studiów rok spędziła w New Delhi. Był to jej pierwszy bezpośredni kontakt z Indiami – niezwykle intensywne doświadczenie, które nadało kierunek jej późniejszej zawodowej ścieżce. Od 2007 roku pracuje jako pilot wycieczek po Turcji, Indiach i Nepalu. Jej wieloletnie, nie tylko służbowe, ale i prywatne podróże do tych krajów, zaowocowały serią reportaży na portalu CSPA (Centrum Studiów Polska-Azja), publikacjami na łamach „Gazety Wyborczej” (w „Dużym Formacie” i „Magazynie Świątecznym”) oraz w kilku magazynach podróżniczych. W 2011 roku ukończyła Polską Szkołę Reportażu. “Kopnij piłkę ponad chmury” to jej debiut książkowy. Mieszka w Warszawie, choć znaczną część roku spędza w Azji. Organizuje autorskie wyjazdy do Indii i Nepalu w ramach własnego biura podróży MIEJSCA.

Iwona Szelezińska
Kopnij piłkę ponad chmury
Reportaże z Nepalu
Wydawnictwo Marginesy
Premiera: 19 września 2018
 
 

Kopnij piłkę ponad chmury


DO PIERWSZEJ KRWI

I

Jej sięgająca ziemi suknia, gumka do włosów, obicie złotego tronu, jej stopy i czubki palców u rąk, paznokcie, majtki, skarpetki na zimowe wieczory i noce, ręcznik, nawet szczoteczka do zębów – wszystko jest w kolorze neonowej czerwieni. Jak krew.
Złote są tron, biżuteria i korona; ceremonialną szatę przeplata złota nić. W świąteczne dni nakłada naszyjnik, również złoty, w kształcie węża. Na co dzień pilnują go kapłani, leży głęboko schowany w starych skrzyniach ulokowanych gdzieś w mrokach świątyni. To szczególny naszyjnik ze szczególną mocą, przekazywany nowej Kumari przez tę ustępującą z urzędu. W momencie, gdy go zakłada, zachodzi w niej przemiana, funkcjonuje jak w transie, stapia się z innym wymiarem. Ponoć później niewiele z tych chwil pamięta. To moment bliski doświadczeniu śmierci. Taką energię ma bogini Taledźu. Złoto jest symbolem jej wielkości.
W żyłach Kumari płynie krew bogini śmierci. Gdy straci choć jedną kroplę, uleci z niej boska moc.
Najczęściej jest to krew menstruacyjna.
Z chwilą osiągnięcia dojrzałości płciowej staje się zwykłym człowiekiem. Na nowo.

***

W pałacowej komnacie nad wątłym płomieniem świecy pochylają się dwie postacie. Na czerwoną ścianę z cegły padają ich wydłużone cienie. Jest późna noc, księżyc jak hak już dawno wbił się w granat nieba, królewskie małżonki spokojnie chrapią pod pierzynami z kaczych piór, podobnie jak ich córy i synowie, kapłani, pałacowa służba i liczni poddani. Miasto śpi, Katmandu śni swój sen o szczęśliwym królestwie otoczonym górami. Jak co noc. Tylko straż, jak to straż, wypina pierś, wytęża wzrok, nadstawia uszu, z obowiązku zapewnienia ochrony królowi i jego podwładnym.
Siedzą przy stole. Grają w kości. Słychać rozmowę, co jakiś czas wybucha salwa śmiechu. Kobieta i mężczyzna. Ona i on, wydawać by się mogło, w trakcie spotkania pełnego flirtu i nadmiernej swobody. Lecz nic bardziej mylnego.
Barczysta postać rzucająca szeroki cień na ścianę to król we własnej osobie, pomimo późnej pory strojny w koronacyjne regalia, kosztowne klejnoty i turban z pawim piórem.
Drugi cień jest inny, niezwyczajny, bardziej delikatny, gdzieniegdzie wątły, w innych partiach natomiast jakby nabrzmiały, zdradzający niewieście krągłości. Dokładnie widać zarys tiary i kolczyki ciężko zwisające z wyciągniętych konch uszu. Raptownie powierzchnię ściany zagarnia cień pięciu par rąk, które owa postać rozpostarła, rzucając kośćmi. Gdy spojrzymy na jej twarz delikatnie oświetloną jakże słabym płomieniem świecy, zachwyci nas jej uroda – piękno, w które można się zapadać w nieskończoność, tracąc zmysły i kontakt ze światem. Jej oczy, patrzące w środek i w dal, wzbudzą strach i zarazem przyniosą spokój. Nieuważne spojrzenie prosto w Trzecie Oko, wyraźnie połyskujące na gładkim czole, zepchnie nas w otchłanie obłędu. To bogini Taledźu. Bogini śmierci.
Jest naczelnym bóstwem opiekuńczym króla i objawia się, by wesprzeć go w trudnych decyzjach. Przy świecy, we dwoje, pod osłoną nocy rozprawiają o przyszłości kraju. Snują plany, które pęcznieją nieokiełznanie w miarę wzbogacania ich o kolejne szczegóły. Wielokrotnie wcześniej spotykali się w ten sposób. Lubią swoje towarzystwo. Nie ma w tym flirtu ani romansu. Spokojnie mija czas: dni, miesiące, lata.
Aż pewnego razu króla ogarnęła żądza, która pali do kości. Nie zdołał jej powstrzymać. Stracił nad sobą kontrolę, rzucił się na piękną Taledźu, by ją pochwycić w miłosny uścisk. Złapać, obezwładnić, wykorzystać. Ona się wymknęła, szybka i zwinna, choć ogromnie zaskoczona królewskim gestem. Stało się to, czego najbardziej się obawiała; to, co w żadnym wypadku nie powinno było się zdarzyć – król się w niej zakochał.
Taledźu zalała fala gniewu. Kto go nie widział, ten nie zdoła sobie wyobrazić jej straszliwego oblicza. Jej oczy, wcześniej łagodne, teraz zapłonęły żywym ogniem. Została poniżona. Dotknięta do żywego. A bóstwa poniżać nie wolno.
Zniknęła.
On błagał o wybaczenie, rzucił się na ziemię i szlochał, bo doskonale wiedział, że bez jej pomocy rządzenie królestwem jest niemożliwe. Straci władzę, zawiedzie swój lud. Wtem usłyszał głos dobiegający z daleka, a choć odległy, to mocny i wyraźny: „Jeśli chcesz mnie jeszcze zobaczyć, wybierz małą dziewczynkę z rodziny buddyjskich Newarów[1], piękną i bez skazy, z trzydziestoma dwoma cechami fizycznej doskonałości. Czcij ją dokładnie tak, jak czcisz mnie. Poprzez nią objawię się tobie, w ten sposób nadal będę twym wsparciem i podporą. Będzie na tyle mała i dziecięca, abyś nie mógł jej zapragnąć. Nazwij ją Kumari”.

***

Król z opowieści to historyczny władca Nepalu Jayaprakash Malla, który w połowie XVIII wieku sprawował rządy w Królestwie Katmandu. Taledźu, hinduskie bóstwo żeńskie, w Indiach znane pod nazwą Durga lub Kali, jest opiekunką królów i całego narodu, a zarazem boginią śmierci. Do dziś w Nepalu składa się jej krwawe ofiary. Nepalczycy uważają Kumari za jej ponowne wcielenie, jej ziemską reprezentację. Żywą boginkę dziewicę.
Nie wiadomo, kiedy dokładnie zaczęto czcić Kumari. Najprawdopodobniej zbiegło się to w czasie z wybudowaniem dla niej pałacu w 1757 roku. Od tamtej pory kolejne Kumari mieszkają w tym miejscu, będącym zarazem świątynią. Przebywają na piętrze; nie wolno im schodzić na dół ani wychodzić na zewnątrz. W porównaniu z innymi świątyniami, w których stoją sakralne figury, nieruchome prezentacje licznych Kali i Durg, jej dom wypełniają światło i życie. Bo w przeciwieństwie do nich Kumari stworzona jest z krwi i kości, tkanek, ścięgien, mięśni; ma świadomość, swoje potrzeby i prawa; odczuwa ból, radości i smutki. Jest dziewczynką pełną życia, a nie posągiem wykutym z szarego kamienia.

Jest panią czasu, początku i końca. Żądną krwi. Krew musi otrzymać, inaczej sama po nią sięgnie, w swoim czasie i na swój sposób. Dlatego lepiej regularnie spełniać jej zachcianki, wychodzić naprzeciw jej oczekiwaniom.
Bawół, baran, kozioł, kaczor, kogut – to pięć gatunków zwierząt składanych w ofierze Taledźu, wyłącznie osobniki płci męskiej. W jej świątyniach stoją pale ofiarne, do których przywiązuje się zwierzęta, po czym jednym sprawnym ruchem, szybkim cięciem ostrego noża khukuri[2] odcina im się głowy. Ich krwią oblewane są posągi Taledźu. Ścieka cienkimi strużkami po jej głowie, twarzy, ramionach. Gęsta ciecz powoli kapie z kamiennego nosa. Trwają modlitwy o spokój i bezpieczeństwo, o zdrowie i uniknięcie grzechu.
Kobiety siedzą na macie w rogu świątynnego dziedzińca, mężczyźni są zajęci oprawianiem ofiary, dzieci niczym nieskrępowane biegają boso po mokrej od krwi posadzce, na ziemi zostają czerwone ślady ich stóp, miniaturowe pieczęcie.
Ciepłą krwią ofiarną symbolicznie poi się boginkę. Jelita zwierzęcia są rozwieszane nad wejściem do jej świątyni, poskręcane schną tam przez kolejne miesiące. Korpus zabiera się do domu, a mięso dzieli między członków rodziny bądź całej społeczności, jeśli zwierzę ofiarne było duże i dorodne. To błogosławiony posiłek.
Cały rytuał odbywa się publicznie, na oczach wszystkich, starych i młodych, odarty z hipokryzji. Śmierć jest namacalna i bliska, krew ma swoją konsystencję i zapach, Nepalczykom doskonale znane od dziecka.

W Indiach krwawe ofiary zostały zakazane w okresie kolonizacji brytyjskiej; w Nepalu nadal są częścią tradycji. Najważniejszym świętem, podczas którego masowo rytualnie zarzyna się zwierzęta, jest Dasain[3], na przełomie września i października. To najważniejsze, najdłuższe, bo ciągnące się przez piętnaście dni, rodzinne święto. Ósmego dnia bogini Taledźu manifestuje się w najbardziej agresywnej postaci. O północy na dziedzińcu przed królewskim pałacem w Katmandu jest składana wielka ofiara, z pięćdziesięciu czterech bawołów i pięćdziesięciu czterech kozłów. W jednej sekundzie, ku uciesze Taledźu, na bruk padają odrąbane łby. To dziewiąta noc – Kal Ratri, czyli Czarna Noc. Kumari bierze w niej czynny udział.
Podczas Dasain w Nepalu zarzyna się setki tysięcy zwierząt. Dla Katmandu to specyficzny moment. Miasto na ten czas pustoszeje, zostają tylko jego rdzenni mieszkańcy. W miejsce ludzi pojawiają się za to zwierzęta, nagle są na każdym rogu, sprzedawane na prowizorycznych bazarach. Ludność napływowa rusza na święta do rodzin poza dolinę, z torbami pełnymi podarków i smakołyków.
Świąteczny exodus co roku przebiega według tego samego scenariusza.
Scena 1: Ludzie od rana tłoczą się na przystankach, cisną się do wypchanych po brzegi autobusów, walczą o miejsce, przestrzeń zaczyna podlegać redefinicji, wydaje się, że już nikt więcej się nie zmieści, a jednak kolejnych kilka osób ładuje się do środka. W autobusach rozdętych, jakby były z gumy, opuszczają stolicę. Są wszędzie, zwisają z otwartych drzwi, siedzą na dachach, w przejściu, po kilkoro na jednym miejscu. Kierowca dodaje gazu na serpentynach przedgórzy Himalajów. Pasażerowie dzielnie znoszą trudy podróży, tylko co jakiś czas ktoś raptownie wyrazi niezadowolenie, wyrzucając z siebie strugę gorących wymiocin. Wystawione przez okna głowy zdobią boki pojazdu ciepłymi barwami z trzewi.
Scena 2: Jadą wiele godzin. Potem umieszczą tobołki na głowach i pójdą zygzakowatymi ścieżkami do swoich rodzinnych wiosek wysoko w górach, gdzie czekają stęsknieni rodzice. Trzeba się spieszyć, żeby zdążyć do domu na czas. Przed zarżnięciem kozła.
Scena 3: Kilka godzin później te same autobusy wracają pełne do miasta. Na pierwszy rzut oka wyglądają normalnie, piszczą jak zawsze, ciągnie się za nimi czarna chmura spalin, ale jednak coś się zmieniło. Dachy są puste, drzwi szczelnie zamknięte, a na fotelach cisną się kozły. Wyglądają przez okna, przyklejają nosy do szyb, jadą na bazar, gdzie po głośnych targach zostaną sprzedane prosto pod ofiarny nóż.

II

Siedzimy naprzeciw siebie, Rashmila Shakya i ja.
Ona – Nepalka, emerytowane bóstwo, obecnie śmiertelniczka.
Ja – Polka, stworzenie ziemskie, śmiertelniczka od urodzenia.
Siedzimy w salonie w rodzinnym domu Rashmili. Czekamy, aż jej mama przyniesie masala ćaj[4]. W pokoju stoją dwa fotele i ogromna kanapa, mimo to siadamy na podłodze, na kwiecistym dywanie. Pod ścianą nieduży regał na książki, ale zamiast nich na półkach ustawiono liczne puchary, statuetki, trofea. Jak dowiem się później, te zdobycze świadczą o osiągnięciach sportowych Rashmili i jej rodzeństwa, głównie młodszego brata. Ściany mają smerfowy kolor. Na jednej wiszą portretowe zdjęcia rodziny: w wyższym rzędzie zamknięte w osobnych ramkach oblicza mamy i taty, poniżej sześcioro dzieci państwa Shakya: pięć córek i syn, najmłodszy. W równej linii, blisko siebie. Wszyscy wpatrują się w obiektyw aparatu, przejęci, uchwyceni w momencie sukcesu, w togach, z biretami ozdobionymi chwostem ze złoconej przędzy. Dumni absolwenci, z dyplomem w dłoni. Zdjęcia zostały zrobione pewnie chwilę przed tym, jak grupowo, wszyscy naraz, podrzucili swoje nakrycia głowy wysoko w niebo, na znak wolności.
Sześcioro dzieci państwa Shakya ten moment ma już za sobą.
Zdjęcie Rashmili wisi jako trzecie od lewej, kolejność nieprzypadkowa. Wygląda na nim na szczęśliwą. Jest pierwszą eks-Kumari z tytułem magistra.
Siedzimy naprzeciwko siebie, czekamy na herbatę, dyskretnie rozglądam się po pokoju. Rashmila jawnie mnie obserwuje.
Jesteśmy rówieśnicami, i to chyba, poza czasem i miejscem, w którym przyszło nam się spotkać w smerfowym pokoju jej rodzinnego domu w Katmandu, jedyny łączący nas element. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
– Gdy miałam cztery lata, wybrano mnie na Kumari. Był rok 1984. Konkurowałam między innymi ze swoją o rok młodszą siostrą Samjhaną, ale ona odpadła w przedbiegach, bo dostała wysypki. Całe jej ciało pokryły małe czerwone krostki, co zdyskwalifikowało ją od razu i bezpowrotnie. Tak mówi mama, bo ja nic z tych zdarzeń nie pamiętam – zaczyna Rashmila. – Ponoć zniknęły równie szybko, jak się pojawiły, ale nie mogła już kandydować na boginkę. Mama mówi, że wolała, by wybrano siostrę, bo ja zaczęłam już chodzić do przedszkola, miałam swoje obowiązki i nie chciała raptownie przerywać mojej kariery. – Śmieje się.
Spośród kilku dziewczynek wybór padł na nią. To jej twarz stała się ziemską twarzą Taledźu, to ją czczono w pałacu przez kolejnych osiem lat. Została odklejona od zwykłego życia, dosłownie i w przenośni. Jej ziemskie funkcjonowanie przeszło w tryb spoczynku, wkroczyła w stan boski. Oderwano ją od rodziny, ulokowano w świątyni. Obleczono w boskie szaty, obwieszono insygniami. Za życia stała się elementem sekretnej hinduskiej tradycji mającej źródło w praktykach tantrycznych. Nepal to jedyne miejsce na świecie, gdzie czci się bóstwo pod postacią żywej osoby – dziecka, dziewczynki, dziewicy.
– Pierwszym kryterium jest pochodzenie. Pochodzę z kapłańskiej rodziny buddyjskich Newarów – ciągnie Rashmila.
Chociaż Kumari jest reinkarnacją hinduskiej bogini, dziewczynka musi pochodzić z rodziny buddyjskiej. To jeden z wyraźniejszych przykładów harmonijnego funkcjonowania dwóch wyznań od wieków obecnych w Nepalu, znak zgody i równoważności: hinduskie bóstwo w ciele buddyjskiego dziecka, czczone przez jednych i drugich.
– Dokładnie przeanalizowano mój horoskop. Musi być zgodny z horoskopem władcy, jako że Kumari sprawuje nad nim opiekę. Nasze życiowe energie muszą się wzmacniać, to bardzo ważne. Kiedy się okazało, że horoskop króla Birendry[5] i mój są ze sobą spójne, przeszłam boską kontrolę jakości – dokładnie przeegzaminowano moje ciało. Niewiele z tego pamiętam, w zasadzie tylko tyle, że byłam odświętnie ubrana i szłyśmy gdzieś z mamą, w całkiem nowe miejsce. Mama się denerwowała, cały czas była przy mnie. Znam te zdarzenia jedynie z jej relacji.
Kumari musi się wykazać trzydziestoma dwiema cechami fizycznej doskonałości; są one wyszczególnione w świętych księgach i obecne w opisach postaci Buddy. Ma mieć ciało jak drzewo banianu, gładką skórę bez żadnych przebarwień i blizn, delikatne stopy, długie palce, szyję jak muszla morska, szeroką pierś, policzki lwicy, uda mocne jak u bawołu, zwinne nogi sarny, narządy płciowe osadzone głęboko w miednicy, długie rzęsy jak u krowy, oczy w kształcie migdałów i włosy skręcone w prawą, dobrowróżbną stronę. Ma być zdrowa i ładna, zgodnie z lokalnym kanonem piękna.
– Trudno doszukać się tych cech u czterolatki. Szczególnie że są one podane w tak archaicznej formie. – Rashmila znowu się śmieje. – W każdym razie konsylium kapłańskie uznało, że się nadaję. Następnego dnia zamieszkałam w pałacu. Wszystko stało się bardzo szybko: pożegnanie z rodzicami i siostrami, nowy dom, nowe miejsce, nowi ludzie. Byłam mała, nie wiedziałam, co się dzieje. Nikt mi też specjalnie nie tłumaczył, o co w tym wszystkim chodzi. Nie pamiętam, żebym tęskniła za rodzicami. W pałacu byłam pod opieką rodziny, która z dziada pradziada zajmuje się kolejnymi Kumari. Mieszkają tam, to ich rodzinny dom, trzy pokolenia pod jednym dachem. Są urzędnikami państwowymi, a ich praca polega na służeniu bogince – zaznacza. – Dość nietypowy zawód! Musieli dbać o to, żeby nic mi się nie stało, żebym uczestniczyła w codziennej pudźi i religijnych festiwalach, żebym była odpowiednio ubrana i uczesana. Spełniali wszystkie moje zachcianki. Nie spuszczali mnie z oczu, nawet w nocy. Zawsze ktoś spał ze mną w pokoju, ja na łóżku, a didi[6] na podłodze.
Rashmila gładko przeszła z jednej rodziny do drugiej. Ich dzieci stały się jej nowym rodzeństwem, tylko na nieco korzystniejszych dla niej zasadach: nie mogły jej dokuczać, bić, kłócić się z nią, musiały jej we wszystkim ustępować. To ona decydowała, kiedy chce się bawić, a kiedy ma ochotę pobyć sama. Musiały czekać na jej zaproszenie. Miała nad nimi przewagę, bo była boginką.
– Wykorzystywałam to – przyznaje Rashmila. – Często kazałam im stać i całymi godzinami podziwiać, jak tańczę. Uwielbiałam tańczyć. Musiało je to koszmarnie nudzić. Kiedy oglądaliśmy telewizję, siedziałam najbliżej odbiornika, nikt nie mógł mi zasłaniać. Chyba od tego siedzenia za blisko ekranu mam dzisiaj wadę wzroku. – Rashmila nosi okulary. Wskazuje na nie, przesuwa je na nosie i śmieje się, wspominając dzieciństwo. – Lubiłam się z nimi bawić. Gdy wychodziły do szkoły, czułam się samotna. Bawiłam się lalkami i z naszym pałacowym psem. Czekałam na ich powrót.
Biologiczna rodzina może odwiedzać Kumari, ale tylko w wyznaczonych porach, kiedy słońce jest wysoko na niebie. W pierwszych tygodniach zaleca się zaniechania kontaktu z córką, żeby ułatwić jej adaptację do nowej sytuacji. Później najlepiej, żeby kontakt był rzadki i dość formalny. Opiekunowie Kumari robią wszystko, żeby dziecko jak najszybciej zapomniało o domu.