“Socjalizm jest piękny. Wspomnienia robotnicy z czasów nowych Chin” jest świadectwem osobistego zwycięstwa Zhang, która potrafiła wyrwać się spod kontroli i odmienić swój los.


Socjalizm jest pięknyLijia Zhang, bystra i wesoła nastolatka, wbrew swej woli staje się robotnicą w fabryce produkującej rakietowe pociski balistyczne dalekiego zasięgu (ICBM).

Każdego miesiąca musi stanąć w kolejce, aby przedłożyć fabrycznej “policji okresowej” materialny dowód, iż nie jest w ciąży. Podporządkowana opresyjnym procedurom obowiązującym na strzeżonym terenie oraz reżimowi politycznych szkoleń, Zhang w miarę dorastania coraz bardziej pozbywała się złudzeń co do “Chwalebnej Sprawy”, jakiej ponoć służyli.

Zaczęła uczyć się języka angielskiego. Z dumą afiszowała się intelektualną niezależnością – nosiła kolorowe ubrania w zachodnim stylu i pomagała w zorganizowaniu w Nankinie największej robotniczej demonstracji poparcia dla protestu na placu Tiananmen w 1989 roku.

Zdając relację ze zmian we własnym prywatnym życiu, Zhang dostarcza jednocześnie zapis przełomowego przeobrażenia chińskiej ekonomii: jej fabryka, nadal produkując ICBM, wygrywa przetarg na wykonanie gigantycznego posągu Buddy z brązu, albowiem kraj ogarnęła gorączka poszukiwania zysków.

***

Wspomnienie oparte na ostrych spostrzeżeniach i wspaniałej czułości… Prawdziwie autentyczny wkład w nasze zrozumienie współczesnych Chin.
Jonathan D. Spence

Literacki klejnot… Zhang zręcznie rozpościera przed nami drogę całego pokolenia, rozpaczliwie pragnącego oderwać się od tradycji i życia, by śnić niemożliwe. To książka do rozkoszowania się, tom, który się pokocha, a przede wszystkim, obraz życia, jakie trzeba celebrować.
Da Chen, autorka “Colours of the Mountain”

Piękny pamiętnik… Współczesna literatura chińska obfituje w pamiętniki ofiar, ale to jest prawdziwa opowieść o aspiracji: młoda kobieta dorasta w kraju desperacko próbującym robić to samo.
Peter Hessler, korespondent w Pekinie dla “The New Yorker” i autor “River Town”

Piękne… Niezwykłe wspomnienia… Ważny dokument historyczny i żywy, poruszający portret determinacji młodej kobiety.
“Kirkus Review”

Lijia Zhang urodziła się i wychowała w Nankinie. Jej artykuły pojawiają się w wielu międzynarodowych publikacjach, takich jak “South China Morning Post”, “Japan Times”, “The Independent” (Londyn), “Washington Times” i “Newsweek”. Jest stałym mówcą w Radiu BBC i NPR. Obecnie mieszka w Pekinie z dwiema córkami.

Lijia Zhang
Socjalizm jest piękny. Wspomnienia robotnicy z czasów nowych Chin
Przekład: Ewa Ledóchowicz
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 24 maja 2018
 
 

Socjalizm jest piękny


Żaba w płytkiej studni mówi do żółwia z Morza Południowego: „Jakaż jestem szczęśliwa! Czasami wskoczę do studni; kiedy indziej odpocznę na odkruszonej cegle. Kiedy pływam, studzienna woda podchodzi mi pod ramiona i podtrzymuje mój podbródek; gdy skaczę, muł pokrywa moje stopy. Rozglądam się i widzę, że żadne z insektów, krabów ani ropuch nie ma tutaj lepiej ode mnie. Poza tym mam całą studnię tylko dla siebie razem z jej wszystkimi wygodami. To jest najwyższy poziom życia! Zachodź tu częściej, poszerzysz swoje horyzonty”.
Żółw przyjmuje zaproszenie. Opuszcza prawą nogę do studni. Lecz zanim opuści nogę lewą, postrzega, że studnia jest za mała, więc musi zrezygnować. Opowiada wtedy żabie w studni o morzu. „Ogromna odległość dziesięciu tysięcy li nie wystarczy, aby opisać wielkość morza; osiem tysięcy cali to za mało, by oddać jego głębokość. W czasach Wielkiego Yu w dziewięciu latach na dziesięć zdarzały się powodzie, a jednak morze się nie podniosło. Podczas panowania cesarza Tanga z dynastii Shang panowały susze przez siedem z ośmiu lat, jednak morze nie opadło. Morza nie zmieni czas, ono ani się nie podniesie, ani nie zapadnie od powodzi i susz. To wielka radość mieszkać w Morzu Południowym!”
Słuchając, żaba jest coraz bardziej zaskoczona. A potem czuje się rozgoryczona i zagubiona przez bardzo długi czas.
Zhuāngzĭ, chiński filozof, IV wiek p.n.e.

Rozdział 1

Dziedzictwo

– Powiedz mi, czy chciałabyś zostać robotnicą?
– Skądże, Ma! Dlaczego miałabym chcieć? – odpowiedziałam bez najmniejszego zawahania, nie podnosząc nawet na mamę wzroku znad zeszytów.
Robotnicą? Niedorzeczne pytanie. Dopiero co zaczęłam szesnasty rok życia i naukę w pierwszej klasie szkoły średniej. Wszystko dobrze mi szło.
Przy przeciwległym końcu stołu Ma wiązała we frędzle nici osnowy islamskiego dywanika modlitewnego, jednego z tych, które produkowano na eksport. Od lat wykonywałyśmy w domu dodatkowe prace, bo ciągle brakowało pieniędzy. Babcia Nai też kurczowo ściskała dywanik, który wzięła do haftowania, tyle że teraz zmogła ją drzemka. Coraz częściej się to zdarzało, ale gdybyśmy jej powiedziały, żeby się położyła, natychmiast usiadłaby prosto na krześle i wróciła do pracy, by po kilku minutach znowu zapaść w sen.
– Naprawdę nie chciałabyś? Nawet w Limingu? U nich jest zawsze dla wszystkich żelazna porcja ryżu…
Ma pracowała w Zakładach Maszynowych Liming od samego początku swojego zawodowego życia. Było to największe państwowe przedsiębiorstwo w ogromnym Nankinie. Fabryka podlegała Ministerstwu Przemysłu Lotniczego i zatrudniała prawie dziesięć tysięcy osób. Jej znaczenie wynikało jednak nie z liczebności załogi, lecz ze statusu, jaki miały zakłady zbrojeniowe. Ich pracownikom zapewniano opiekę od kołyski po grób: korzystali z darmowych świadczeń, zaczynając od żłobka dla swoich pociech, a kończąc na pochówku, a w międzyczasie otrzymywali niezliczone miski ryżu. A także prysznic za darmo i dodatek na strzyżenie u fryzjera, który doliczano do pensji.
– Nawet w Limingu.
W końcu podniosłam wzrok na Ma, która stała nade mną ze zmarszczonym czołem.
Lubiłam patrzeć na Ma. Była ładna – kiedy się nie marszczyła. Miała ślicznie wystające kości policzkowe i promienne skośne oczy. Cienkie łuki jej brwi przypominały dwa sierpy księżyca po nowiu. Imię mamy pasowało do wyglądu: Yufang, Zapach Chmury.
Przez chwilę namyślała się, co powiedzieć.
– Gdybym była tobą, dobrze bym się zastanowiła, Mała Li – rzekła wreszcie.
W taki sposób pieszczotliwie nazywano mnie w domu, choć właściwie nie zasługiwałam na miano „małej piękności”.
Był początek grudnia 1980 roku. Zima nadeszła wtedy wcześnie. Chociaż ręce miałam spuchnięte i poczerwieniałe od mrozu, starannie przepisywałam do zeszytu angielskie słówka. Pasjonujące zajęcie. Język obcy wrócił niedawno do programu nauczania w szkołach. Całkowicie się różnił od naszego. Chińskie znaki rozwinęły się z piktogramów, czyli obrazków przedstawiających prawdziwe rzeczy albo zjawiska. Na przykład w jia, które znaczy dom, dach ochrania świnie, co wskazuje na nasze rolnicze korzenie.
Siedziałyśmy przy trzech bokach stołu dosuniętego do okna, pod niczym nieosłoniętą słabą żarówką, dającą słaby strumień światła ledwie wystarczający do pracy. Skulone przedstawicielki trzech generacji chińskich kobiet, w watowanych kurtkach i spodniach. Brak ogrzewania wynikał z geograficznego położenia naszego miasta: komunistyczni planiści zabronili instalacji centralnego ogrzewania w budynkach na południe od Jangcy, rzeki dzielącej Chiny na dwie części. „Południowa stolica”, czyli Nankin, leży na południowym brzegu w dolnym biegu rzeki i chociaż nie jest tutaj nigdy aż tak zimno jak w miastach na północy, to zimową porą roku wilgotny chłód przenika człowieka do szpiku kości. By mniej marznąć, wkładałyśmy nogi do stojącego pod stołem wiklinowego kosza ogrzewanego przez miedzianą butlę z gorącą wodą. Zawsze z łatwością „rozpoznawałam” w koszu stopy babci Nai – malutkie i kościste. W powietrzu unosiło się kobiece ciepło i czułość.
Moja rodzina liczyła więcej osób, ale pozostali rzadko przebywali w domu. Ojciec zawsze pracował w jakimś odległym mieście. Starsza siostra Weijia uczyła się w szkole położonej na przeciwległym krańcu Nankinu. Nieznośny braciszek Xiaoshi zwykle bawił się na dworze i buszował po naszej wiosce. Tak określaliśmy dzielnicę, w której mieszkaliśmy. Nowa Wieś Wuding, bo tak brzmiała jej oficjalna nazwa, stanowiła największe osiedle pracownicze w mieście. Leżało ono już poza bramą miejską – tą, która nosiła nazwę Wuding i była jedną z trzynastu miejskich bram, niegdyś obronnych i wyznaczających granice Nankinu – i dlatego zaliczono je do obszarów wiejskich, chociaż rozrastające się przedmieścia systematycznie pochłaniały zieloną szachownicę okolicznych pól. Kilka drzew i trochę trawy nie nadawały temu miejscu uroku wsi, nie były nawet namiastką tego, co tradycyjnie się tym mianem określa. Tysiące mieszkańców stłoczono tutaj w trzech tuzinach betonowych bloków różniących się między sobą jedynie tym, że – zależnie od roku, w którym zostały zbudowane – miały albo trzy, albo cztery piętra.
Nasze mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze czteropiętrowego budynku. Małe jak pudełko od zapałek, miało niski sufit, główny pokój i mniejszy pokoik. Na ścianach pokrytych żółtą łuszczącą się farbą wisiał tylko reklamowy kalendarz z fabryki oraz dwa świadectwa szkolne z wyróżnieniem, które udało nam się uzyskać z siostrą w kolejnych latach. Większą część głównego pokoju, w którym toczyło się życie rodziny, zajmowały dwa łóżka. Codziennie starannie składaliśmy pościel, ponieważ za dnia służyły także do siedzenia i to na nich rozkładało się robótki ręczne. W dużym lustrze wiekowej szafy, prezencie ślubnym dla mamy od jej teściów, odbijały się powykrzywiane sylwetki. Kunsztowne niegdyś rzeźbienia już popękały, odcisnął się na nich upływ czasu, niczym na starej zmęczonej twarzy. Biała serweta wydziergana przez Weijię na szydełku ze zwykłych nici do szycia zakrywała prostą komodę zbitą z grubych desek. Na jej środku stała kolorowa puszka na herbatniki, od dawna pusta, ale pozostawiona dla ozdoby. Obok znajdował się zegar „bohaterów”. „Prawdziwymi bohaterami są masy”, głosił cytat umieszczony na jego tarczy. Były to słowa Przewodniczącego Mao. Namalowany obok robotnik dzierżył młot, stała chłopka z sierpem w ręku oraz żołnierz z karabinem i wszyscy wymachiwali wysoko czerwoną książeczką.
Uśmiechnęłam się, patrząc na robotnika z zegara. Robotnica…? Śmiesznie bym wyglądała w takim płóciennym uniformie i w czapce z daszkiem.
Trzy tygodnie później Ma wezwała mnie po kolacji do swojej sypialni na rozmowę. Kiedy zamknęła za nami drzwi, zrozumiałam, że to coś poważnego. Ostatni raz odbyłyśmy spotkanie za zamkniętymi drzwiami przed niespełna czterema laty, kiedy kończyłam podstawówkę. Wychowawca zasugerował wówczas, abym kontynuowała naukę w Nankińskiej Szkole Języków Obcych, elitarnej placówce, której wszyscy absolwenci szli potem na uniwersytet i kształcili się na dyplomatów albo tłumaczy przydzielanych wysoko postawionym dygnitarzom. „Chciałabyś się tam uczyć?”, zapytała mnie. Podskoczyłam z radości. Ale ucieszyłam się przedwcześnie: kandydatów dokładnie prześwietlano, a ponieważ mój Ojciec miał „polityczne kłopoty”, zostałam odrzucona.
Pokój Ma był zawsze źle oświetlony – mocniejsza żarówka pobierałaby za dużo prądu. Kiedy poszłam do gimnazjum, mama uznała, że jestem już za duża, by dzielić posłanie z bratem i z Nai, i kazała mi się przenieść do swojego łóżka w jej osobnym pokoju. Ona w sąsiednim do późnej nocy wiązała niekończące się frędzle, a ja leżałam tam sama i ogarniał mnie strach, bo ośmiowatowa jarzeniówka mrugała i migotała w ciemnościach jak błędny ognik. Żeby pokonać lęk, wzięłam się do czytania książek. Już po kilku miesiącach znaki na szkolnej tablicy coraz częściej rozbiegały mi się przed oczyma jak pełzające mrówki. Na moim małym nosie musiały zagościć okulary w czarnej oprawce. Kiedy Ma odkryła, dlaczego pogorszył mi się wzrok, zesłała mnie z powrotem do Nai – byłoby przecież marnotrawstwem wkręcać mocniejszą żarówkę jedynie dla mnie do czytania. Przytulona do chudych nóg Nai znów zaczęłam lepiej sypiać.
Patrzyłam wyczekująco na Ma sadowiącą się na łóżku. O co może chodzić tym razem? Mimo panującego półmroku dostrzegłam, że jej dwa „księżycowe sierpy” łączą się w zafrasowaniu.
– Pamiętasz, jak cię zapytałam, czy chciałabyś zostać robotnicą? – zaczęła niskim i schrypniętym głosem, po czym odchrząknęła i po chwili dodała: – Przejmiesz moją pracę.
Zdanie spadło na mnie jak grom z jasnego błękitnego nieba.
– Co?! NIE! – Mój sprzeciw był tak silny, że aż podskoczyłam. – Dlaczego? Jestem jeszcze przecież za mała! – błagałam.
– Ja zostałam robotnicą w twoim wieku, byłam tylko pół roku starsza – odpowiedziała rzeczowo.
Przypomniałam sobie, jak Ma opowiadała kiedyś z dumą, że też uważano ją za obiecującą uczennicę, ale ponieważ rodzina była zbyt biedna, została zmuszona do porzucenia nauki.
– Ma, przecież dasz radę utrzymywać mnie do ukończenia szkoły, a potem…
– Nie chodzi tylko o utrzymanie.
Zaczęła tłumaczyć mi łagodnie całą resztę. Kiedy w 1976 roku zakończyła się rewolucja kulturalna, w Chinach zapanował bałagan, a gospodarka była w bardzo złej kondycji. By się uporać z gwałtownie wzrastającą liczbą bezrobotnych, wprowadzono na pewien czas politykę dingzhi, co dosłownie znaczy przejmowanie stanowisk. Jeśli rodzice godzili się przejść na emeryturę, ich dzieci mogły przejąć po nich stanowiska pracy. Dokonało się wiele takich wymian pracowników, aż wreszcie rozeszła się wiadomość, że w grudniu 1980 roku będą ostatni raz zezwalać na skorzystanie z tej możliwości. I choć Ma cieszyła się doskonałym zdrowiem i miała czterdzieści trzy lata – a więc do osiągnięcia ustawowego wieku emerytalnego dla kobiet pozostało jej jeszcze siedemnaście – zadecydowała, że trzeba skorzystać z tej sposobności. Okazało się, że kiedy po raz pierwszy poruszała ze mną ten temat, napisane przez nią podanie o wcześniejszą emeryturę leżało już złożone w urzędzie. Jako powód podała zły stan zdrowia – przez lata pracowała na hali, gdzie odbywało się szkodliwe wytrawianie kwasem. Mój brak entuzjazmu podczas tamtej rozmowy wcale jej nie zniechęcił, a teraz podanie zostało pozytywnie rozpatrzone.
– Nie chcę być robotnicą! – upierałam się, tupiąc nogą.
Przed oczyma stanął mi niebieski płócienny uniform i szorstkie zniszczone ręce Ma. Robotnica? Wiedziałam, że taki los spotka większość dzieci z naszej wioski, ale ja miałam inne wielkie plany.
– Chcę być dziennikarką!
– Już mówiłam, niech ci się to nawet nie śni – tłumaczyła. – Dziennikarką? Pisanie to niebezpieczne zajęcie w tym kraju. Najlepszym przykładem jest twój własny ojciec. – Ściągnęła brwi, bo sama wzmianka o Ojcu ją rozdrażniała. – Zresztą dziennikarstwo to jedna z tych twoich dziecinnych mrzonek. Przecież chciałaś też być pilotem, „bosym doktorem”, tłumaczem i kim tam jeszcze!
Ma była wygadana, ale ja nie dawałam za wygraną.
– Mam dobre pióro, nauczyciel literatury tak mówi.
Nauczyciele często w szkole czytali na głos moje prace, a koleżanki i koledzy odpisywali ode mnie wypracowania.
– Cokolwiek miałoby się w przyszłości wydarzyć, chcę pójść najpierw na uniwersytet – dodałam pewnym głosem.
– Dostać się na uniwersytet jest trudniej, niż się wspiąć do nieba! – odparowała. – Przyznaję, że jesteś dobrą uczennicą, ale w bardzo złej szkole. Sama wiesz, że przecież w tym roku znowu „wyszło im jajo” – nikt, zero, ani jeden uczeń nie zdał egzaminów wstępnych na uniwersytet.
Prawda, to akurat nie podlegało dyskusji. Średnia szkoła, do której chodziłam, tak samo jak moja podstawówka, zostały założone przez naszą fabrykę dla dzieci pracowników. Dopiero niedawno administracja szkoły przeszła pod zarząd miejskiego wydziału edukacji i otworzono ją dla wszystkich dzieci z okolicy. Żaden szanujący się nauczyciel nie wybrałby pracy w takiej placówce położonej na peryferiach i kiepsko wyposażonej. Po tej poniżającej porażce w ubiegłym roku szkoła wprowadziła nowy system – dobierano uczniów do poszczególnych klas według uzdolnień, aby najwięcej pomocy dydaktycznych oraz uwagi poświęcać tym, którzy rokowali największe nadzieje na dostanie się na studia.
A ja byłam przecież dopiero w pierwszej klasie, prawda? Jakby czytając w moich myślach, Ma ciągnęła czystym i energicznym głosem, z płynnością, która wskazywała na to, że wielokrotnie przećwiczyła tę rozmowę w myślach.
– Nawet jeśli zdasz egzamin wstępny, najprawdopodobniej zdyskwalifikuje cię słaby wzrok. Spójrz na Weijię, miała całkiem dobre wyniki, ale dostała się zaledwie do szkoły nauczycielskiej.
To też była święta prawda. Moja siostra Weijia uczyła się w Średnim Powszechnym Studium Xingzhi na nauczycielkę szkoły podstawowej. Nie był to prawdziwy uniwersytet ani właściwe miejsce dla ambitnej młodej osoby. Faktycznie, słaby wzrok (jak w przypadku mojej siostry) na równi z każdym innym fizycznym defektem zmniejszały szansę na dalszą edukację. System przyjmowania na uniwersytet wprowadzono niedawno, w 1977 roku, po latach chaosu. Wśród wymagań, jakie stawiano kandydatom, znalazł się niemal idealny stan zdrowia fizycznego – był to wygodny sposób na zmniejszenie liczby chętnych. Renomowane chińskie uniwersytety mogły przyjąć zaledwie cztery procent tych, którzy przystępowali do egzaminów wstępnych. Innymi słowy, tylko jedno spośród sześciuset chińskich dzieci miało szansę skorzystać z edukacji na wyższej uczelni.
– Ale mogę przynajmniej próbować i jeśli uzyskam dobre wyniki, któryś uniwersytet na pewno mnie przyjmie. Czy nie mogłabyś poczekać jeszcze trzy lata, Ma?
Przypomniałam sobie, że ktoś z klasy Weijii mimo wady wzroku dostał się na Uniwersytet Pekiński, będący chińskim Oksfordem. Nie musiałam mówić Ma, że dla przeciętnych rodzin, takich jak nasza, uniwersytet jest jedną z jakże niewielu gwarantowanych dróg do sukcesu.
– Poczekać? Ja mogę czekać, ale nie dingzhi. Dobrze wiesz, że polityka rządu jest jak dziecięca buźka… Zmienia się co najmniej trzy razy na dzień.
Nie umiałam się spierać z Ma. Być dobrym dzieckiem oznaczało tinghua, czyli „słuchać słów”. Tym zwrotem określa się posłuszeństwo, najbardziej cenioną cechę u chińskich dzieci. Słuchałam więc pokornie słów nauczycieli w szkole oraz mamy w domu.