“Jeremiasz” to wyrazista opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości w obliczu zagłady.


JeremiaszAkcja powieści toczy się u kresu XIX w., w przeważającej mierze na terenie dzisiejszego województwa podlaskiego.

Głównym bohaterem jest tytułowy Jeremiasz – śledczy w III Oddziale Kancelarii Osobistej Jego Cesarskiej Mości. Poznajemy go, gdy przybywa do Supraśli – miasteczka na Podlasiu, w którym w ostatnich tygodniach zamordowanych zostało troje ludzi: fabrykant Jan Jansen, ihumen miejscowego klasztoru Wincenty Kurhanowicz oraz przedsiębiorca Christian Tinius. Wszystkie zabójstwa łączy sposób, w jaki zginęły ofiary – odcięto im głowy.

Jeremiasz, śledczy carskiej policji, który od lat ściga Przeciwnego, człowieka odpowiedzialnego za chaos ogarniający Podlasie, nieoczekiwanie zaczyna śnić i przemawiać biblijnymi proroctwami. Niektóre z nich się spełniają. Nie wie, czy popada w obłęd, czy rzeczywiście przemawia przez niego Pan.
W pogoni za Przeciwnym i w poszukiwaniu źródeł dręczącego go szaleństwa przemierza Podlasie przełomu XIX i XX wieku – kocioł, w którym mieszają się narody i wyznania, gdzie polscy szlachcice planują zryw powstańczy, anarchiści rzucają bomby, z cerkiewnych fresków przemawiają święci, w lasach nauczają ludowi prorocy, a żydowscy osadnicy zakładają nową Palestynę.
Podczas tej podróży Jeremiasz odkrywa, co jest fałszem, a co prawdą objawioną wewnątrz jego umysłu.

Niezwykła powieść o świecie na granicy zagłady, wielokulturowym Podlasiu i ciemnej stronie natury ludzkiej.

Piotr Nesterowicz
Jeremiasz
seria: Archipelagi
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 5 września 2018
 
 

Jeremiasz


1. Sofia

Wieczorem dwudziestego siódmego maja nic nie wskazywało na to, że wybrał go Pan. Zawilgł. Paprocie i krzewy przy drodze parowały, jakby ich wiosenne liście przeniosły się o kilka miesięcy do przodu, nasiąkły letnimi burzami i wróciły spuchnięte, by teraz oddać wodę. Mżyło. Krople trafiały za kołnierz płaszcza i lepkimi palcami wślizgiwały się pod ubranie, nie zważając na ciasno zapięty surdut. Zgęział. Ludzie mówili, że piasek na trakcie tatarskim był podobny do rajskich plaż: miękki i biały, wyznaczał świetlisty szlak przez puszczę. Jego wyobraźnia okazała się ułomna, bo nie dostrzegł tego w błocie pryskającym spod końskich kopyt; rozlazła struga prowadziła nie do raju, lecz do czyśćca, a jej brudne kałuże wzbudzały pragnienie kąpieli w łaźni, a nie w tropikalnym morzu. Zdążył zapomnieć, że dziesięć wiorst wcześniej ciągnął za sobą długi warkocz suchego pyłu, który plątał gordyjskie węzły z podobnymi tumanami wzbudzanymi przez furmanki, kolaski i innych konnych przejeżdżających między sokólskimi wzgórzami.
Jeremiasz był słabym jeźdźcem. A kiedy za Wierzchlesiem zanurzył się w mokry bór, ostatecznie pożałował, że wybrał jazdę konną. Mógł wygodnie dojechać pociągiem do Białegostoku, zjeść obiad w poczekalni drugiej klasy w wysokim, jasnym holu z nieskazitelną posadzką w białe i czarne romby i z palmami w wielkich donicach, a potem wziąć kolaskę do Supraśli. Tyle że wówczas każdy dostrzegłby jego przyjazd, a on przynajmniej z początku wolał pozostać niezauważonym. Dlatego pociągiem dotarł do Sokółki, tam wziął konia i ruszył drogą na Krinki, by w Kamionce skręcić w stronę puszczy.
Wygnana przez sokólskie wiatry wilgoć schroniła się w puszczy. Przeklinał wąskie spodnie do końskiej jazdy, wpuszczone głęboko w cholewki wysokich butów; czuł krople, które złośliwie odnajdywały szwy bryczesów i swobodnie sączyły się do środka. Podsiąkł wodą niczym piasek tatarskiego traktu, podobno biały, ale teraz brudny, poznaczony wałkami błota rozjechanego przez wozy.
Bałagoły wyłoniły się z mżawki niczym morskie lewiatany. Obładowane drewnem, ciężko wspierały się na wysokich kołach, dyszały pyskami siwych wołów i tonęły w kałużach. Wyrosły tuż przed nim, więc wstrzymał konia i wyprostował się, chociaż plecy i szyja niechętnie wystawiały się na wilgoć. We mgle niemal przeoczył porośnięte trawą wybrzuszenia, guzły kamiennych nagrobków i poszarpane żebra drewnianych krzyży. Cmentarz zamajaczył na stromej górce. Ślady nekropolii przebijały się w nieoczekiwanych miejscach, niektóre wysoko ponad głową, czyniąc widok nierzeczywistym. To były dobre znaki: obłe budy furgonów, cmentarz po prawej i nadrzeczna polana, która otworzyła się przed nim, wypychając na bok wysokie na dziesięć sążni świerki i sosny. Dotarł do Supraśli.
Widok przypominał tani landszaft. Brzeg wznosił się stromą skarpą, po lewej majaczyły białe mury pałacu opatów, gmach bazyliańskiego klasztoru i cerkiew Zwiastowania Najświętszej Marii Panny. Chociaż Supraśl oblepiała ta sama mokra zawiesina, która towarzyszyła mu od skraju Puszczy Odelskiej, to w oddali, na zachodzie, gdzieś nad Białymstokiem, chmury się rozwiały i zaświeciło słońce. Ciemnożółte, zapaliło blaszane hełmy na cerkiewnych wieżyczkach i wydobyło z mgły wieżę kościoła ewangelickiego. Spojrzał w bok, pewien, że na skraju mostu dostrzeże jednego z pejzażystów, tworzących w hurtowych ilościach malowidła chętnie kupowane przez białostockich fabrykantów.
Słońce zgasło za chmurami i mury supraskiego klasztoru ukryły się w wilgotnych oparach, dołączając do tartaków, młynów, manufaktur włókienniczych, browaru, papierni, terpentyniarni, niskich domów tkaczy, pałacyków niemieckich przemysłowców i wzniesionych z czerwonej cegły budynków poczty, posterunku policji i ewangelickiego domu parafialnego. Gdy kopyta konia stukały na mokrych deskach mostu, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że puszcza próbowała okryć mgłą miasteczko, które przemocą wdarło się w jej serce.
Karczma na Psiej Górce rozsiadła się okrakiem na tatarskim trakcie, który biegł przez środek budynku. W szarości zmierzchu Jeremiasz dostrzegł parobków kręcących się przy ciężkich skrzydłach drewnianych wrót. Na noc przejazd zamykano i ci, którym zależało na dotarciu do Białegostoku, płacili karczmarzowi myto. Przywilej nie zapewniał wysokich dochodów, ponieważ niewielu zdążających na zachód wybierało szlak w poprzek puszczy, a od kiedy wytyczono nową drogę białostocką, która mijała gospodę, krzyżując się z traktem tatarskim przy południowo-zachodnim skrzydle klasztoru, zniknęli chętni do wnoszenia opłat.
Modrzewiowy budynek kryty gontem nie oferował wygód; w pokojach stały proste łóżka, zydle udające stoliki, pojedyncze krzesła, w ścianach tkwiły haki do zawieszania płaszczy, a gospodarz niechętnie rozdzielał krótkie świece. Pokoje rzadko pozostawały zajęte, a główna sala zapełniała się siennikami jedynie na odpust, który według greckokatolickiego kalendarza wypadł przed sześcioma tygodniami.
Ciężko zsunął się z siodła, zostawił parobkowi konia i sakwę z rzeczami, zabrał torbę – uszyta ze starannie impregnowanej skóry chroniła dokumenty lepiej niż jego płaszcz – i w progu z niesmakiem otrzepał krople, które zgromadziły się na skraju kołnierza. Pomieszczenie jadalne było duże, przy długich stołach zmieściłoby się kilkudziesięciu gości. Teraz jednak, gdy właściciel oszczędzał na świecach i drewnie, półmrok zawężył przestrzeń, odciął kąty i zgromadził nielicznych klientów w centralnej części, gdzie drwa żarzące się w kominku rzucały niewyraźny krąg światła. Dziesięciu mężczyzn zasiadło przy jednym stole; proste, ale czyste kapoty, lniane koszule i spodnie wskazywały na miejscowych rzemieślników. Ich właśnie spodziewał się zobaczyć, bo robotnicy z włókienniczych manufaktur pili w tańszych budach po drugiej stronie miasteczka, a goście fabrykantów zatrzymywali się w willach.
Podszedł do drugiego ze stołów ustawionych przy palenisku, torbę rzucił na ławę, a płaszcz powiesił na haku. Karczmarz czekał; zwykłe zamówienie, podpiwek i kartacze, wyraźnie rozczarowało miejscowych, którzy przypatrywali się z ciekawością. Najchętniej poszedłby do pokoju, zamienił mokre bryczesy na ulubione wełniane spodnie i dopiero wtedy wrócił do sali biesiadnej. Było już jednak późno, w międzyczasie rzemieślnicy mogli wyczerpać tematy i się rozejść, a on chciał posłuchać plotek. Usiadł na skraju ławy i skrzywił się, gdy mięśnie zastygłe od siodła zaprotestowały. Powoli ściągnął buty z długimi cholewami i ustawił je na skraju kominka, tak by szybciej schły w środku. Sięgnął po drewniany zydelek, przesunął go przed palenisko i położył na nim nogi. Ogień – karczmarz pospiesznie dorzucił kilka polan – przyjemnie grzał stopy. Oparł się na ławie, wziął kubek podpiwku i zatopił wzrok w płomieniach. Jego nieruchoma postać powoli osunęła się na skraj świadomości supraślan siedzących obok, to zaś, o czym mówili przed jego wejściem, zbyt wciągało, by mieli przerywać w połowie.
Słuchał. Temat rozmowy był równie ponury jak opary zalegające nad Puszczą Odelską; przebłyski zachodzącego słońca, które na chwilę oświetliły dachy klasztoru kolorami z lichego landszaftu, nie przepchnęły się przez okienka karczmy. Jana Jansena znaleziono przed domem. Ktoś mówił, że żył jeszcze, gdy nadepnął na niego nocny stróż. Niewiele brakowało, a minąłby ciało na brukowanej ulicy, bo marna lampka, którą obnosił na drągu, nie rozpraszała ciemności. Stało się to przyczynkiem gorącej dyskusji w magistracie o tym, że trzeba miejską straż wyposażyć w porządne oświetlenie, a przede wszystkim ustawić lampy na Głównej i Klasztornej.
Rzemieślnicy nie roztrząsali jednak tematu światła, chociaż skoro Supraśl stała się miastem, to lampy jej się należały. Ważniejsze było ustalenie, czy Jansen mógł żyć jeszcze, gdy jego głowę od ciała dzieliło kilka kroków. Garbarz – profesję mężczyzny Jeremiasz odczytał z plam po barwnikach znaczących jego dłonie i policzek – był przekonany, że głowę od ciała odkopnął stróż, kiedy zahaczył o zwłoki i z trudem utrzymał równowagę. Mówił o trupie, bo trudno mu było uwierzyć, że Jansen wciąż żył, a tym bardziej że zanim wydał ostatnie tchnienie, wyznał jeszcze stróżowi, że miecz, rycerz, młodzieniec z długim nosem i odstającymi uszami. Stróż z pewnością był podpity albo tak przerażony makabrycznym znaleziskiem, że opowiadał te głupoty o głowie gadającej, choć korpus leżał parę stóp dalej. Pozostali zdawali się z nim zgadzać, człowiek z odciętą głową był martwy. Przynajmniej przez pierwsze lata, bo jeden z tkaczy przypomniał, że z cholerycznego cmentarza podnosiła się zjawa człowieka, który dawno temu przyniósł zarazę do Supraśli, za co zakonnicy po śmierci dekapitowali go i w gniewie spuścili łeb do rzeki. Tamten jednak był martwy od dziesiątków lat, fabrykanta Jansena zabito zaledwie przed dwoma tygodniami, a słowa, które głowa miała wypowiedzieć, padły chwilę po morderstwie. Tu w jednym się zgadzali: prawdziwie ostry brzeszczot musiał oddzielić głowę od ciała. Co do miecza pozostawali jednak sceptyczni i skłaniali się ku zwyczajnemu, ale w ich opinii bardziej skutecznemu tasakowi rzeźnickiemu. Zaraz jednak drugi z tkaczy zaoponował, bo nazajutrz po morderstwie policmajster skonfiskował supraskim rzeźnikom wszystkie tasaki, co po dwóch dniach niemal wywołało bunt w miasteczku, nagle pozbawionym świeżyzny. Na szczęście trzeciej nocy z głową pożegnał się ihumen Kurhanowicz, co odsunęło podejrzenia od rzeźników, a przynajmniej od skonfiskowanych narzędzi ich pracy.
Rzemieślnicy śmiechem tłumili strach. Opata odnalazł w celi Kimbar, najstarszy mnich. Tym razem co do zgonu nie było wątpliwości, ihumen został zamordowany w nocy i zdołał się wykrwawić, nim Kimbar rankiem otworzył drzwi jego pokoju; podłogę wyłożoną mozaiką pokrywała kałuża krwi, gruba niczym turecki kobierzec. Policjanci innych śladów nie znaleźli, podobnie jak śledczy, którzy w południe przyjechali z Białegostoku. Nic poza ciałem wspartym na klęczniku i głową, która odturlała się w kąt. Szyję miał przeciętą równo.
Jeremiasz słuchał ich jednym uchem, kartacze stygły, a to, co opowiadali, już znał. Zamarł jednak w pół kęsa, bo sukiennik przerwał kolegom rozważania dotyczące ułożenia ihumena na klęczniku i nawiązał do zamieszania, jakie wybuchło podczas wczorajszego pogrzebu. Ta informacja zaskoczyła Jeremiasza, bo Jan Jansen zginął w wyniku oddzielenia głowy od ciała dwa tygodnie temu, a Wincenty Kurhanowicz, ihumen miejscowego klasztoru, mocno już podupadłego, bo w bazyliańskim monastyrze przebywało sześciu mnichów – teraz pięciu – został pozbawiony swojej przed jedenastoma dniami. Obu pochowano w zeszłym tygodniu.
A poprzedniego dnia na ewangelickim cmentarzu, na górce przy drodze białostockiej, odbyła się ceremonia pogrzebowa. Przy bramie stał karawan z Białegostoku zaprzężony w dwa kare konie bez skazy, z czarnymi pióropuszami i kirami wokół głów. Żałobnicy zgromadzili się we wschodniej części cmentarza, na tyłach grobowca Buchholtzów, gdzie wysokie na trzy stopy balustrady z gustownie kutego żelaza kroiły trawę w prostokąty i kwadraty. Uczestników pogrzebu było niewielu, sukiennik rozcapierzył obie dłonie i powoli zaginał palce, wymieniając zgromadzone rodziny. Skończył przy dziewiątym, rzeczywiście mało, rody supraskich fabrykantów były nieduże, na pogrzebie Christiana Tiniusa zebrało się ledwie trzydzieści osób, jeśli nie liczyć pastora, wynajętych grabarzy i karawaniarzy z Białegostoku.
Koledzy sukiennika pokiwali głowami, niedużo jak na znanego przedsiębiorcę, który dzierżawił cesarskie tartaki. Inwestora nie tylko poważnego, jego drewno karmiło kotły parowe w supraskich i białostockich zakładach włókienniczych, ale i lubianego. Trzydzieści osób, dziewięć rodów, to nawet nie jedna trzecia partnerów, z którymi handlowały tartaki Tiniusa, nie wspominając o innych członkach białostockiej śmietanki gospodarczej i urzędniczej. Wprawdzie cmentarz w Supraśli był skromny, ewangelickie kwatery ciasne, za kutymi balustradami miejsca starczało na dwa, najwyżej trzy kamienne lub żelazne pomniki, żałobnicy tłoczyli się w wąskich przejściach między płotkami, a karawaniarze niosący trumny musieli się napracować, by z godnością manewrować na zakrętach, ale dotychczas nie przeszkadzało to uczestnikom pogrzebów, którzy tłumnie wypełniali supraski kościół ewangelicki u zbiegu Ogrodowej i Klasztornej, a potem nie tylko ścieżki między cmentarnymi pomnikami, ale i drogę prowadzącą do Białegostoku.
Dlatego wczorajsza mikra frekwencja żałobników była zaskakująca, a ich liczbę jedynie częściowo usprawiedliwiała pogoda, bo nad Supraślą siąpiło od kilku dni. Coś innego zniechęciło białostockich bankierów, urzędników, radców i kupców do przebycia dwunastu wiorst i przekonało do pozostania w domach ekonomów, brygadzistów i robotników z tartaków Tiniusa. Wiele tłumaczyła głowa, równo odcięta od tułowia, a przed pochówkiem zgrabnymi rękami przedsiębiorcy pogrzebowego na powrót połączona z ciałem; tragiczną rysę na szyi sprytnie maskował czarny, jedwabny fular. Trzeci pogrzeb w dwa tygodnie. Nawet wśród flisaków spławiających drewno Supraślą do Narwi tyle śmierci w tak krótkim czasie należało do rzadkości, a fabrykanci i ihumeni zdawali się żyć bez końca, w każdym razie niewielu mieszkańców miasteczka pamiętało, by ich pochówki zdarzały się częściej niż raz do roku. Należałoby wręcz oczekiwać, że tajemnicze okoliczności śmierci Jana Jansena, Wincentego Kurhanowicza, a teraz Christiana Tiniusa – Jeremiasz, wyjeżdżając z Grodna, minął się z wiadomością o jego zgonie – sprowadzą głodnych sensacji gapiów.
Jedna okoliczność skutecznie ostudziła zapał ciekawskich i rzemieślnicy głośno ją przytoczyli, bo to ona wprost prowadziła do zamieszania, które sukiennik obserwował wczoraj na ewangelickim cmentarzu. Jeremiasz słuchał ich z uwagą, ponieważ to, o czym teraz mówili, należało do informacji, jakich zazwyczaj nie znajdował w policyjnych raportach. Sam wierzył, że jedynie osobiste doświadczenie pozwalało zrozumieć, co kryło się pod naskórkiem codziennych rolnych robót, wieczornych rozmów w gospodach i rytuałów odprawianych w cerkwiach, kościołach i synagogach. Dlatego nie lubił raportów prystawów i żandarmów; pisali je marnym rosyjskim i zazwyczaj ignorowali to, co ważne. Czytając je, oglądał górę lodową na oceanie: w sprawozdaniach widać było jej czubek, ale niewiele pisano o części zanurzonej pod powierzchnią, zawsze wielokrotnie większej i bardziej złożonej.
Już po pierwszym morderstwie ludzie mówili o karze boskiej; plotka mało wymyślna, często zgon możnych lub nielubianych przypisywano opatrzności Bożej, a Jansena, w przeciwieństwie do Tiniusa, nie darzono sympatią. Uchodził za dusigrosza i wyzyskiwacza, robotnicy w jego fabryce za psie pieniądze robili długo. Czas pracy zawsze był sprawą umowną w supraskich manufakturach, ale u Jansena wydłużał się nieustająco. Stąd niedawny strajk. Kazimierz Butkiewicz rzucił się na fabrykanta, chcąc pięściami wymusić wypłatę zaległego wynagrodzenia. Gdyby nie odciągnął go Witold Ulman, poważany przywódca supraskich robotników, może Jansen nabawiłby się kilku siniaków, za to później nie straciłby głowy. Jednakże to nie robotnicze niepokoje wywołały boską interwencję, bo przecież ihumenowi Kurhanowiczowi nikt z miejscowych złego nie życzył. A jednak, co ludzie w karczmach i jadłodajniach – na moment nadzwyczaj wypełnionych, zanim wilgotna mgła nie ogarnęła miasteczka, a plotka o młodzieńcu z długim nosem i ostrym mieczem nie dotarła do wszystkich domów – zgodnie powtarzali, obie śmierci były takie same i wywołała je jedna przyczyna. Bóg karał za występek, na który w Supraśli się zanosiło, twierdzili katolicy, Żydzi, ewangelicy, prawosławni i potajemni unici.
Stary Kimbar tak mówił, przypomniał garbarz, a reszta pokiwała głowami, jakby zakonnik był największym autorytetem w miasteczku. Kimbar był pomarszczony i posiwiały, co sugerowałoby wiekową wiarygodność, tej jednak zaprzeczało zachowanie. Niespełna rozumu, uważali życzliwi i na widok zakonnika przechodzili na drugą stronę ulicy. Nienormalny, śmiali się inni, a dzieciaki z radością pomieszaną ze strachem próbowały powtarzać słowa mamrotane przez mnicha w tempie, którego żaden z prześmiewców nie umiał odtworzyć. A jednak to Kimbar stał się źródłem plotki o karze Bożej i chociaż nikt – a już na pewno żaden z poważnych rzemieślników siedzących przy stole w karczmie – nie przyznałby się do tego, jego słowa od dwóch tygodni śledzono z uwagą wcześniej niespotykaną.
Kimbar przybiegł pod dom Jansena tuż po domownikach fabrykanta; głowa wciąż toczyła się po bruku, nieopatrznie kopnięta przez nocnego stróża. Gniew Pana, powiedział, gdy lampy naftowe wydobyły z ciemności korpus zabitego, a kiedy strażnik miejski opowiadał o młodzieńcu z mieczem, którego widzieć miał zmarły, mruknął jeszcze o aniele niebieskim. I to właściwie wystarczyło, bo chociaż Kimbar wyjątkowo głosu nie uniósł ani nie narzucił się potokiem zdań, to słowa zapadły w pamięć zgromadzonych. Gniew Pana, anioł niebieski, święty rycerz, mówił mnich, podczas gdy bliscy próbowali uspokoić zapłakaną wdowę. To samo powtarzał trzy dni później w celi ihumena Kurhanowicza.