“Następne życie” Atticusa Lisha to powieść o tym, czym jest współczesna Ameryka, uzmysławiająca, że pomimo całej swej nowoczesności i bogactwa nie różni się zbytnio od brutalnego kraju pionierów, którym jeszcze nie tak dawno temu była. To miejsce, w którym musisz walczyć, aby wydostać się z błota.


Następne życieDebiutancka powieść Atticusa Lisha, niczym kamera filmu dokumentalnego prześlizguje się po życiorysach zmarginalizowanych ludzi – ich wilgotne “apartamenty” w piwnicach, ciemne, zadymione bary, podrzędne chińskie restauracje, kancelarie imigracyjne i miejsca, gdzie tysiące ludzi żyją i umierają w Ameryce tak niewidocznie i niezauważalnie, to plan zdjęciowy dla tego pisarza. Tyle, że plastycznością opisów i wnikliwością oceny udaje mu się pokazać więcej, niż mogłaby ująć jakakolwiek kamera.

Zou Lei, nielegalna imigrantka z Chin, przybywa do wyśnionej Ameryki, zalicza pobyt w więzieniu a potem wpada w tryby niewolniczej pracy w chińskich garkuchniach w Nowym Jorku. Zakochuje się w młodym mężczyźnie, weteranie wojny w Iraku. Ich nowe, wspólne życie stanie się faktem, o ile razem przetrwają bezdomność, a także blokady psychiczne i koszmary dręczące młodego mężczyznę. Jimmy Turner, drobny przestępca, który niedawno wyszedł z więzienia, socjopata stroniący od uczciwej pracy, nosi w sobie złość na świat dookoła. Te trzy postaci spotkają się w powieści Lisha, w tej wymarzonej i surrealistycznej Ameryce. Jest też i czwarty bohater – pistolet Brada Skinnera, ze swoją rolą do odegrania.

Atticus Lish nie stroniąc od wstrząsających szczegółów pokazuje dzieciństwo Zou Lei, Ujgurki należącej do mniejszości muzułmańskiej w Chinach i jej perypetie po przybyciu do kraju, o którym sądzi, że da jej wolność i godne życie. Pobyt w więzieniu dla nielegalnych imigrantów, kilkunastogodzinna praca w restauracji, zakupy w sklepach “wszystko po 99 centów”, mieszkanie dalekie od minimalnych standardów – takie doświadczenia stały się jej udziałem. Wojenne przeżycia Brada Skinnera w Iraku Lish dla odmiany opisał w chaotycznych, krótkich migawkach, które niczym w stroboskopie, oddają emocje towarzyszące traumatycznym doświadczeniom byłego żołnierza. Związek tej dwójki, ich dziwna miłość, został przedstawiony w realistyczny, niesentymentalny sposób.

Trauma wojenna i nieodwracalne zniszczenia w psychice żołnierzy to jeden z głównych tematów tej książki. Skinner walczy o odzyskanie równowagi po tym, co zobaczył i co sam zrobił, co przeżyło jego ciało i jego umysł. Szansą na lepsze jutro dla mężczyzny wydaje się związek z Zou Lei, silną, inteligentną i pełną nadziei kobietą, która choć marginalizowana z powodu jej ujgurskiego pochodzenia nawet przez rodaków z nielegalnej chińskiej społeczności, nie ma zamiaru się poddać, walczy o siebie i o Brada. Czy starczy jej determinacji?

W książce dominuje niepokojący i bolesny rdzeń, który odzwierciedla wiele odmian rzeczywistości amerykańskiego życia w XXI wieku.

W tej książce dominuje niepokojący i bolesny rdzeń, który odzwierciedla wiele odmian rzeczywistości amerykańskiego życia w XXI wieku. To obraz smutny i wstrząsający. Mroczny, posępny i nikczemny krajobraz Nowego Jorku zaludniają plugawe postaci, a ich gniew i strach, dwa wysuwające się na pierwszy plan elementy współczesnej zmarginalizowanej części amerykańskiego społeczeństwa, tworzą groźne, pełne przemocy miejsce.

Lish opisuje miejsca i rzeczy, które są tłem dla życia wyrzutków, współgrają z ich kondycją i te opisy są ważne, pozwalają zrozumieć motywacje – Skinnera, Jimmiego czy Zou. To brudne przystanki odległych linii metra, tandetne sklepiki, oślizgłe zaplecza chińskich restauracyjek, zachwaszczone parki, toalety McDonalda nad ranem, niszczejące budynki, kramy rzeźników w Queens i Chinatown. Na zniszczonych, zaśmieconych i przygnębiających ulicach Nowego Jorku opisanych przez Lisha może zdarzyć się tylko tragedia.
Lish pokazuje chaos świata i umysłów bohaterów, zwłaszcza Skinnera, stosując krótkie poszatkowane zdania, przywołujące na myśl serie z karabinów maszynowych. Te proste zdania, proste słowa i proste opisy wzruszają prawdziwością, przerażają dosłownością.

To mocna powieść, która portretuje ludzi, starających się być razem na przekór przeciwnościom, próbujących dzień za dniem wyczołgać się z bagna, które zapewniła im Ameryka na progu tytułowego następnego życia. Nikodem Maraszkiewicz

Atticus Lish, Następne życie, Przekład: Szymon Żuchowski, Wydawnictwo Poznańskie, Premiera: 14 marca 2018
 
 

Następne życie

Atticus Lish
Następne życie
Przekład: Szymon Żuchowski
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 14 marca 2018
 

Od tłumacza

Następne życie to powieściopisarski debiut Atticusa Lisha, urodzonego w 1972 roku w Nowym Jorku. Wydana w 2014 roku książka od razu odniosła znaczny sukces i otrzymała kilka nagród literackich, w tym Plimpton Prize for Fiction, Carla Furstenberg Cohen Literary Prize, New York City Book Award, Grand Prix de littérature américaine, przyznawaną przez „The Paris Review”, oraz PEN/Faulkner Award, którą wyróżniano przedtem autorów takich jak E. L. Doctorow, E. A. Proulx, P. Roth, M. Cunningham czy J. Updike. Książkę chwalono jako bezkompromisową i niesentymentalną współczesną opowieść o miłości w mieście, które nie sprzyja parze zakochanych bohaterów. Podkreślano też „szorstki liryzm” języka powieści.
Akcja Następnego życia rozgrywa się w prawdziwych miejscach – w Stanach Zjednoczonych, na Bliskim i Dalekim Wschodzie – i nawiązuje do rzeczywistej topografii, historii oraz kultury tych okolic. W swojej prozie autor łączy jednak elementy faktograficzne z literacką fantazją, a odbywa się to głównie na płaszczyźnie języka. Lish studiował mandaryński, a wśród bohaterów jego książki nie brak przybyszów z Azji; mimo to – jak autor sam stwierdza w obszernym komentarzu skierowanym do tłumaczy jego utworu – odniesienia do języka i kultury szeroko pojętego Wschodu cechuje u niego pewna licentia poetica. Lish przyznaje, że czasem „all this is made-up language. I was going for the sounds of words” – chodziło mu bardziej o brzmienie słów niż wierność realiom lingwistycznym. Nazwy miejscowości, dialektów i obiektów występujących w powieści mają raczej oddawać ducha języków i kultur niż być tłumaczeniem autentycznych wyrażeń; podobnie niektóre wtręty obcojęzyczne, głównie dalekowschodnie i bliskowschodnie, nie odzwierciedlają rzeczywistego kształtu wyrazów z konkretnych języków, lecz mają przekazać ogólne wrażenie, pełnią funkcje stylizacyjne.
Analogicznie dzieje się z kulturą arabską, islamską, co widać chociażby w używanych przez bohaterów nieortodoksyjnych, jakby skontaminowanych formułach czy w kazaniu mułły (rozdział 43), przypominającym raczej natchniony strumień świadomości niż wykładnię teologiczną. Narracja również przypomina rwący potok – bywa urywana, repetycyjna, wyboista; raz oschła, raz niespodziewanie poetycka. Gmatwaninę tę wzmaga przeplatanie się mowy zależnej i niezależnej, niekiedy zupełnie nieoczekiwane, oraz rozszczepienie języka bohaterów – także na poziomie czysto gramatycznym. Dotyczy to zwłaszcza Zou Lei, która innym językiem myśli, innym rozmawia z kolegami z pracy, a innym ze Skinnerem; innym posługuje się, kiedy jest spokojna, innym zaś w sytuacjach pełnych napięcia.
Wszystkie te zabiegi można postrzegać jako próbę uniwersalizacji przekazu poprzez wyrwanie go z ograniczających ram konkretnego uniwersum. Mogą też one służyć wzmożeniu poczucia, że akcja powieści osadzona jest w tyglu kultur i subkultur w obrębie grup etnicznych, religijnych i społeczno-ekonomicznych, a także indywidualnych opowieści, dla których stały wspólny mianownik po prostu nie istnieje, a co najwyżej na chwilę się wyłania i zaraz znika. Zdaje się, że w świecie bohaterów Lisha wierne tłumaczenie w szerokim sensie to mrzonka, a komunikacja sprowadza się do mniej lub bardziej rozpaczliwego poszukiwania kolejnych przybliżeń i zbliżeń.

Część I

1

Po drodze zaliczyła Archer, Bridgeport i Nanuet; pracowała w różnych miejscach wzdłuż dziewięćdziesiątej piątej międzystanowej, w dżinsowych spodniach, klapkach pod prysznic i kurtce, ściskając reklamówkę i kartkę z numerem telefonu, czekając obok przejścia podziemnego, z pustą od dawna torebką po chipsach, oszołomiona.
Zgarnęli ją z autostrady, sprzed prostej białej szopy obok znaku Army-Navy oraz drzew obwieszonych huśtawkami z opon. Chevrolet caravan z naklejką z Małpiego króla na desce rozdzielczej zatrzymał się, a ona wsiadła. Zabrali ją do Motelu 8 i umieścili w pokoju z kilkoma innymi kobietami z Fujian oraz litrową butelką oranżady. Całą noc słuchała przyjeżdżających ciężarówek i szumu klimatyzacji.
Dali jej daszek i koszulkę z identyfikatorem, przesiąkniętą tłustymi oparami. Wszyscy jej powtarzali: musisz być szybka, bo szefunio ma cię na oku. Nie znali nawzajem swoich dialektów, więc mówili ze sobą po angielsku. Pierwszego dnia przez zużyte podeszwy adidasów poślizgnęła się na tłuszczu i upuściła zamówienie, niteczki makaronu rozsypały się jak larwy. Tej nocy, zaciskając szczęki i mrugając, leżała twarzą do ściany.
Amerykanie parkowali od frontu; ich pick-upy lśniły w słońcu, a oni wchodzili do środka powoli i cicho, w bandanach i koszulkach na ramiączkach. Kładli łokieć na ladzie, pokazywali grubym palcem na menu i mówili: porcję tego. Czarni od razu trzymali w rękach to, co zamierzali wydać – zmięte banknoty i drobne.
Jest opcja, że dostanę skrzydełka? Gadaj, co do nich podajecie.
Wiedziała, jak powiedzieć „okej”. Kiedy pokazywali na menu, wszystko rozumiała. W Nanuet zamawiali „jesz, ile chcesz”. Było to dla niej jasne, ale potrzeba wprawy. Okej. Umiała się śpieszyć i dopiąć swego, pracowała, bo musiała, pracowała czternaście godzin, a co dziesiąty lub jedenasty dzień miały wolne, przerwę na fajkę, jak mówił szef, ponieważ i tak było to lepsze niż sortowanie śmieci w brygadzie produkcyjnej na południe od rzeki.
W motelu nie wyłączały telewizora, żeby wciąż ćwiczyć angielski. Przycupnięte na dywanie, poruszały ustami w niebieskim świetle, patrząc na półki sklepowe z jedzeniem i szybkie samochody. Niewiarygodne, mówiły. W najbliższy wtorek na kanale Fox. Smutny dzień w Iraku. Przyglądała się żołnierzom w goglach i antenom radiowym przejeżdżającym obok glinianych domków na pustyni, na której kiedyś mieszkała.
Wielbłąd, pokazywała. To zwierzę, bardzo dobre.
Za trudne, odpowiadały. Nie da się strawić. Mózg kołkowacieje.
Ktoś ziewnął.
Całe życie trzeba to ćwiczyć.
W nocy, kiedy kończyły pracę, przechodziły przez parking do jedynego samochodu, który czekał tam, żeby zabrać je do motelu. Podawały kierowcy jego zamówienie na wynos, a on kładł je na gazecie otwartej na informacjach z Hongkongu. Podczas podróży do domu patrzyła, jak przelatują długie odcinki nocy, czarne plamy lasu, ciemna szosa i niebo. On miał złoty łańcuch i zieloną kartę i jechał z wyłączonymi światłami, bo bał się glin.
Kobiety były z Dnia Świątecznego, Czterech Spotkań, Połączonych Gór i Szczerości Uwielbionej. Powiedziała im, że jest z miejsca na południe od rzeki.
Ale jesteś skądinąd, odparły.
Jestem z Chin, jak wy.
Nie wyglądasz.
W słońcu widać było, że włosy Zou Lei są brązowe, a nie czarne. Układały się jakby w fale. Miała lekko zakrzywiony nos i syberyjskie oczy.
Nasze Chiny to wielki kraj, stwierdziła.
Brzmisz jak ktoś z północy.
Północnego zachodu.
Jest z mniejszości, powiedziała jedna z kobiet.
Możecie nauczyć mnie swojego języka.
To bez sensu. Mamy dialekty Tarasu Ludu, Spokojnego Strumienia, Pogodnego Jeziora, Serpentyn Południa, Bawełnianego Muru, Zhangpu, Spotkania w Pokoju, Swatow, Powszechnego Ukojenia, Samyap, Jungcan, Pokoju Świata, Trzech Prowincji, Rodziny Zhang i setkę innych. Którego mamy cię nauczyć?
Zou Lei zastanowiła się przez chwilę. No to powiedzcie, jak się mówi „niebo jest w górze”. Uśmiechnęła się i pokazała palcem na brudny sufit. Niebo jest w górze, a ziemia jest szeroka. Niektóre kiwały głowami, kilka odsłoniło w uśmiechu popsute zęby. Prawda, prawda, potakiwały, a jedna z kobiet westchnęła.
Nauczyła się za to, jak przyjmować zamówienie.
Ciasteczka z wróżbą są w pudełku pod kalendarzem z Rokiem Kozy i plastikową świątynką. Serwetki, słomki i pałeczki na półce. Plastikowy widelec dawać każdemu, bez wyjątków. Kiedy klient wchodzi, pytać: Co pan zamawiać? A następnie krzyknąć treść zamówienia do tyłu: kurczak-brokuły, wołowina-brokuły, wołowina-groszek, trzy w jednym, w ten sposób, żeby było szybciej.
Nikt nie musiał uczyć jej myć podłogi ani wynosić śmieci, ani przebierać warzyw, usuwać ich niejadalnych części. Widzieli, że ciężko pracuje. Większość tych zajęć znała już wcześniej. Prała swoje ubrania w wannie, siedząc w kucki, wyżymała je spękanymi, chłopskimi, czerwonymi dłońmi i wywieszała na zasłonce prysznicowej obok innego ociekającego prania, mokrych dżinsów z cekinami i spranych postaci z kreskówek.
Gdy obsługiwała za ladą, kładła kawałek kartonu na dnie torby, spinała krawędzie styropianowego pudełka zszywaczem i umieszczała je na kartonowej podkładce. Kolejne pudełka stały jedno na drugim, przedzielone kartonem. Przypinała do torby menu i podawała całość przez ladę szczupłemu facetowi z długimi blond włosami wystającymi spod czerwonej bejsbolówki.
Dodatkowe menu, powiedział, no, robisz się coraz lepsza. Zmierzyłem ci czas.
Szef mówił, że kobiety potrzebują kogoś, kto o nie zadba, starszej siostry, która będzie go informować. Kazał im się nauczyć na pamięć zdania: To nie kwestia czasu – to kwestia pieniędzy, żeby powtarzały je tysiąc razy dziennie, najszybciej jak tylko zdołają.
Co to znaczy? – spytała.
To nie ma znaczenia. Znaczenie niewiadome.
Jedna z kobiet była niezrównoważona psychicznie, na zmianę milczała albo opowiadała, że policja w Guangxi zmusiła ją do aborcji.
Gdy się ochładzało, niektóre z nich spały razem. Rozwiesiwszy mokre ubrania pod prysznicem, kucały naprzeciwko grzejnika, wszystkie chore; kaszlały i spluwały do kosza na śmieci.
W telewizji pokazywali dziewczyny, które surfują, prowadzą ciężarówki, trenują boks i biegają maratony w słońcu. Kiedy przychodziła dostawa, wylatywała na zewnątrz i przenosiła na plecach worki ryżu. Innym kobietom się to nie podobało, mówiły, że to robota dla mężczyzn, dla kucharza i jego kuzyna. Nie podlizuj się szefowi. Zou Lei odpowiadała, że lubi rozprostować nogi. Nocą robiła przysiady. Brała z vana gazetę i czytała ogłoszenia drobne z ofertami pracy w innych stanach.
Wyjechała do Riverhead i przepracowała tam resztę zimy w La Quinta z grupą kobiet, które mówiły dialektem Trzech Świateł i prowincjonalnym mandaryńskim. Wspólnie korzystały z jednopalnikowej kuchenki elektrycznej.
Ameryka to dobry kraj, mówiła starsza kobieta. Wypłynęłyśmy łodzią rybacką na ocean. Straż przybrzeżna złapała nas i zamknęła na wyspie niedaleko San Francisco. I to mnie ocaliło – podczas rejsu prawie umarłam. Miałam szczęście. Innych zmuszono do powrotu do domu, ale mnie nie. Kuzyn złożył podanie o azyl. Niektóre siostry raz już przedtem deportowano. Ale wracają. Z jednego razu robią się dwa, a z dwóch trzy. Docierają do półwyspu Jukatan, przekraczają granicę w Arizonie. Oczywiście, to trudne. To pustynia, nie dla nas, ludzi znad rzeki. Język mojej wsi to Trawa Wodna. Jesteśmy pięćdziesiąt kilometrów od dialektu Starego Pola i tamci nie rozumieją słowa z tego, co mówimy.
Zou spędziła rok w Archer i sześć miesięcy w Riverhead. Skończył się sezon świńskiej grypy, a w Nowym Świecie media huczały na temat wojny z terroryzmem i problemów z dostaniem zielonej karty. Przewróciła stronę gazety i zobaczyła czarno-białe zdjęcie nagiego więźnia leżącego na podłodze z workiem na głowie. Przewróciła kolejną i studiowała wyrazy takie jak: „budowla”, „szwaczka”, „restauracja”, „uroda”, „co łaska”.
Pojechała do Nanuet i dostała następną koszulkę z identyfikatorem i kolejny daszek. Kobiety mieszkały w przyczepie ustawionej na pustakach, które z kolei leżały wprost na sosnowych igłach, i wywieszały pranie na sznurze. W czasie „przerwy na fajka” szła wzdłuż autostrady i przeskakiwała barierkę, by dostać się do supermarketu i podziwiać przez szybę adidasy produkowane w Chinach.
Szef nosił nefrytową bransoletkę i jeździł brudnym astrovanem. Kazał Zou Lei myć samochód z tyłu, gdzie znajdował się podjazd dla dostawców. Dalej były śmietniki i płot, a za nim las. Puszczała wodę z węża i patrząc ponad śmietnikami, wyobrażała sobie, jak biega wśród drzew.
W następnym roku, w kolejnym stanie, mieszkała w pokoju motelowym z ośmioma kobietami, które używały szyfru, nawet mówiąc w swoim dialekcie. Kiedy zapytała, z jakiej są wioski, jedna z nich odparła, że z Cynamonowego Drzewa. Inne naskoczyły na nią, pytając: dlaczego zdradzasz nasze tajemnice komuś z zewnątrz?
Miały wielką siostrę o imieniu Sophia, która decydowała, kiedy mogą oglądać telewizję. Jeśli ktoś pukał, nie wolno było otwierać drzwi, chyba że Sophia była na miejscu i wyraziła zgodę.
Po jakimś czasie Zou Lei zrozumiała, że w rymowanym slangu tych kobiet „żaglówka” oznaczała pieniądze, które wysyłają do domu w Chinach. „Krzyk” to był telefon, „kruk” – nielegalny imigrant, a „Andy” – policja.
Jakiś mężczyzna w pilotkach i ze smokiem na przegubie przyniósł im paczkę podpasek Stayfree. Szef kocha muzykę, powiedział. Everything I do, I do it for you. Znacie tę piosenkę?
Pewnego razu, kiedy Sophii nie było, Zou Lei wpuściła do pokoju sprzątaczkę i zapytała ją o pochodzenie oraz pracę.
Honduras, odpowiedziała kobieta z krzyżem wytatuowanym na dłoni. Były mniej więcej w tym samym wieku.
Zou Lei pobiegła do łazienki i wróciła z mokrymi ręcznikami w rękach, żeby włożyć je do pojemnika. Honduranka uśmiechnęła się i powiedziała: gracias.
A jak praca, praca pieniądze? – spytała Zou Lei.
Nie, niedużo pieniądze. Poquito pieniądze. Ma papiery do pracy?
Zou Lei odparła: Zgadnij. Jak myślisz?
Nie. Obie się roześmiały.
Maria nauczyła ją uścisku dłoni. Zou Lei pokazała jej ogłoszenie w „Sing Tao”, w którym ktoś oferował pomoc w kupnie numeru ubezpieczenia społecznego.
Zapukała do stalowych drzwi i dostała pracę na osiem godzin dziennie przy pakowaniu tarcz sprzęgieł do kartonowych pudełek, za najlepszą stawkę w życiu: dziewięć dolarów za godzinę minus podatek. Podczas lunchu jadła indyka z ryżem z pojemnika Tupperware, podczas gdy Amerykanie w ciuchach Dickies i bandanach stali w kolejce do bufetu na kółkach. Cały czas nosiła w nerce u pasa wszystkie swoje pieniądze oraz telefon komórkowy i fałszywe dokumenty – rzeczy, których nie wolno jej było zgubić.

Któregoś dnia w środku jesieni poszła do sklepu spożywczego i została zatrzymana przy wyjściu.
Tylko spokojnie. Masz coś w kieszeniach? Coś ostrego? W porządku. Tylko spokojnie. Latynos w koszulce futbolowej podniósł jej ramiona, przyglądał się, kiedy wywracała kieszenie na lewą stronę. Odpiął saszetkę z jej bioder i podał ją facetowi z pistoletem wystającym spod bluzy. Właśnie zrealizowała w sklepie swój czek z wypłatą i nie spuszczała saszetki z oczu. Potrzebujesz tłumacza? Czuję, jak ci wali serce. Po prostu cálmate. Tranquilo, dobra? Mówisz po hiszpańsku? Kto ty jesteś, Chinita? Chinka?
Czemu nie uciekłam?
Obmacali ją pod ubraniami, zabrali jej pieniądze, skrępowali opaską zaciskową i wsadzili do vana z zatrzymanym Salwadorczykiem. Trwało to całe popołudnie. Hej, mama, nieśmiała jesteś? Mieli ludzi z Fujian, Kambodży, Gwatemali. Zabrali ją do przeszklonego pomieszczenia z ławką ze stali nierdzewnej, betonową podłogą i włączoną świetlówką, a inne dziewczyny pojawiały się i znikały całą noc, aż została przeniesiona. Rozcierała nadgarstki obolałe od plastikowych więzów.
Jakaś biała dziewczyna z tuszem rozmazanym po policzkach powiedziała: Niech te czarnuchy lepiej wypuszczą mnie na urodziny mojego chłopaka.
Zabrali ją w środku nocy. W odbiciu w lustrze zobaczyła, że ktoś jej się przygląda, wąsaty Amerykanin. Odezwał się interkom. Tak, ty.
Wstawaj. Zrobiła, co jej kazano. Otworzyły się drzwi. Kiwnął na nią palcem. Wyszła z pomieszczenia. Korytarze w całym więzieniu były ciemne i nie wiedziała, dokąd idą. Byli tam jedynie ona i funkcjonariusz, tylko w głębi jakaś rozczochrana postać myła podłogę z dziwnie ofiarną cierpliwością, jakby nieobecna, a do Zou Lei dotarło, że ma przed sobą więźnia.
Bierz. Funkcjonariusz wskazał na kosz pełen wystrzępionych pomarańczowych kombinezonów. Musiała go zapytać, gdzie może się przebrać, sam z siebie nie powiedział. Zamknęła się w łazience i przez chwilę była sam na sam z umywalką, lustrem, ceramicznym sedesem i kafelkami. W radiu na jego biurku leciała reklama. Pośpiesznie zdjęła dżinsy, nie patrząc w lustro, wciągnęła kombinezon – zauważyła, że nie ma rękawów – zasunęła suwak i od razu wyszła, z ramionami chłodniejszymi od reszty ciała, wyciągając dżinsy do funkcjonariusza niczym podarunek. Zabrał je.
Wziął ją za ramię i zaprowadził w głąb obiektu – buty uginały się pod jego ciężarem, gdy stąpał po nawoskowanej podłodze, a pięty jej klapek stukały za nim pośpiesznie. Po raz kolejny skręcili. Nie słyszała już radia. Zapanowała ciemność i czuć było zwierzęcy zapach. Weszli w wielkie czarne okno i funkcjonariusz się zatrzymał. Otworzył drzwi. Wewnątrz było duże pomieszczenie. Chwycił ją za ramię i pchnął do środka. Przypominało to zadaszone boisko do koszykówki. Dostrzegała tylko ponumerowane cele po drugiej stronie podłogi z betonu. Odwróciła się, by spytać, co ma robić. Tam. Siedemnaście, odpowiedział i zamknął ją na klucz. Poczuła, że strażnik się oddala. Z kocem w rękach wytężała wzrok, aż rozpoznała swój numer i ruszyła w jego kierunku. Nad nim był kolejny rząd. W swojej malutkiej, numerowanej celi, za ciężkimi drewnianymi drzwiami pomalowanymi farbą olejną, wyczuła dłońmi coś stalowego. To była prycza. Położyła się. Jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności. Zobaczyła graffiti na betonowej ścianie. Wstała i zamknęła drzwi. Nie było zasuwki. Położyła się i nasłuchiwała z zamkniętymi oczyma.