“Piękna krew” to wyjątkowe dzieło znakomitego amerykańskiego pisarza, wielokrotnego finalisty i laureata prestiżowych Nagród Hugo i Nebula. Oto pierwsza pełnowymiarowa powieść ze świata smoka Griaule’a.


Piękna krew“Piękna krew” Luciusa Sheparda to dzieło wyjątkowe i z dawna wyczekiwane: pierwsza pełnowymiarowa powieść ze świata smoka Griaule’a.

Shepard pierwszy raz podjął ten temat w roku 1984, kiedy to opublikował „Człowieka, który pomalował smoka Griaule’a”, i na przestrzeni lat wielokrotnie do niego wracał, choć nigdy jeszcze w tak fascynującej i wyczerpującej formie.

Lucius Shepard (21 sierpnia 1943 – 18 marca 2014), to jeden z najbardziej wyróżniających się pisarzy amerykańskich w gatunku science fiction, fantasy, horroru oraz realizmu magicznego. Zdobywca wielu nagród, w tym nagrody Johna W. Cambella, Nebula, Hugo oraz Rhysling.

 
Lucius Shepard
Piękna krew
Przekład: Wojciech Szypuła
seria: Uczta wyobraźni
Wydawnictwo MAG
Premiera: 27 lipca 2018
 
 

Piękna krew


Nocą po krętych uliczkach Morningshade, rozbrzmiewających śmiechem, krzykiem i kakofonią konkurujących melodii, przewalał się tłum pijaków, awanturników, kupców, dziwek, rzezimieszków, kieszonkowców oraz ich nielicznych potencjalnych ofiar. Przechodnie przepychali się, poszturchiwali i przeciskali w kłębach dymu, leniwa rzeka ludzkości odzianej w łachmany i krzykliwą tandetę chlupotała o brzegi tawern i sklepów z ginem, nędznych gospód, podejrzanych zamtuzów i rozchwierutanych domków wspartych na sobie nawzajem niczym zramolali wujowie o szarych gębach w zapadniętych kapeluszach z nasmołowanego papieru. Nad tym wszystkim wypiętrzał się kłąb smolistej czerni – brzuch i bok tułowia Griaule’a, z którego zwieszała się kurtyna pnączy i kępiastych epifitów; niektóre opadały tak nisko, że niemal ocierały się o dachy rysujące się na granatowoczarnym tle nieba.
W miarę jak przepychaliśmy się coraz bliżej smoka, ludzi ubywało, kuchenne wonie słabły, zabudowa rzedła, aż w końcu znaleźliśmy się na półokrągłym ubitym placu (za dnia rozkładał się na nim pchli targ) przylegającym do przygiętej przedniej łapy i potężnej szponiastej stopy Griaule’a. Stała tam tylko jedna godna uwagi budowla, rozchwierutana konstrukcja ze sfatygowanych desek, z mnóstwem mansard, wykuszy i innych architektonicznych ozdóbek: hotel Sin Salida, najbardziej niesławny dom publiczny w całym Morningshade. Dwa smocze pazury zostały wkomponowane w fundamenty budynku, tworząc kolosalne pożółkłe ze starości kościane obramowanie jego wejścia, on sam zaś wznosił się na niewiarygodną wysokość ośmiu pięter i zdawało się, że jest o krok od runięcia w gruzy – chociaż w rzeczywistości był całkiem solidny, a stabilność gwarantowały mu sznury grube jak cumy okrętowe, łączące go z łuskowatą kostką łapy Griaule’a, o którą się opierał.
Na stopniach przy wejściu stało pół tuzina kobiet w aksamitnych szarawarach i z obnażonymi piersiami oraz większa od nich liczba mężczyzn, podejrzanych z wyglądu i w większości uzbrojonych w maczety. Wśród nich ganiały bawiące się w berka dzieci w jasnoniebieskich spodniach i koszulach, który to strój był jak hotelowy uniform dowodzący ich przynależności do Sin Salida. Z początku nikt nie zwracał na nas uwagi, kiedy jednak znaleźliśmy się w zasięgu głosu, wszyscy – zarówno dzieci, jak i dorośli – zwrócili się w naszą stronę, jakby zareagowali na jakiś niesłyszalny dla nas sygnał. Na ich twarzach malowało się niepokojące połączenie wielkiego skupienia i całkowitej obojętności. Dziwna poza szybko jednak zniknęła, a gospodarze wybiegli nam na spotkanie z uśmiechem i szeroko rozpostartymi ramionami, zapraszając do skorzystania z gościny.
Braulio DaSilva, Dom Griaule’a

1

Dwudziestosześcioletniego Richarda Rosachera, świeżo upieczonego lekarza (nikomu nie chwalił się swoim wykształceniem, a jego dyplom lekarski spoczywał na podłodze sypialni pod stertą brudnych ubrań), cechowała żarliwa determinacja, jakiej prędzej można by się spodziewać po człowieku dwukrotnie starszym i znacznie bardziej doświadczonym. Od najwcześniejszego dzieciństwa fascynował go smok Griaule – długi na milę stwór, sparaliżowany przed tysiącami lat rzuconym przez czarownika zaklęciem – pod którym i wokół którego skupiło się miasteczko Teocinte. W miarę dorastania jego dziecięca fascynacja wykrystalizowała się w obsesyjną naukową ciekawość, zarazem jednak wciąż rozpierała go nieokiełznana młodzieńcza arogancja, przez którą łatwo wpadał w złość. Jego mieszkanko, zajmujące część pierwszego piętra hotelu Sin Salida w Morningshade (najuboższej dzielnicy Teocinte, tak bardzo wtulonej w bok smoka, że nie docierało do niej światło brzasku), gorszyło go nie tyle swoją nędzą, ile raczej fatalnym kontrastem z gustownie urządzonymi wnętrzami, jakie – wedle jego wyobrażenia – człowiek o jego statusie i pozycji powinien zamieszkiwać. Czuł wprawdzie głęboką sympatię dla mieszkańców hotelu (prostych ludzi – robotników, złodziei, prostytutek i tym podobnych), ale uważał, że on sam zasługuje na lepsze otoczenie, i wyobrażał sobie, że pewnego dnia, w nieodległej przyszłości, będzie obracał się wśród poetów, artystów i naukowców, a łoże dzielił z kobietami, których uroda i wdzięk są emanacją ich wrażliwych, wyrafinowanych dusz. Jego snobistyczną postawę wzmacniało oburzenie na mieszkańców Teocinte, traktujących smoka jak przedmiot przesądów, boską istotę, która siłą swojej prastarej woli oddziałuje na ich zachowania, nie zaś jak wybryk natury, gigantycznego jaszczura godnego uwagi wyłącznie ze względu na ogromną wartość naukową. Z tych właśnie przyczyn, kiedy na drodze do realizacji jego ambicji stanął Timothy Myrie, niechlujny wrak człowieka, którego jedyną ambicją było codzienne upijanie się do nieprzytomności, Rosacher zareagował w sposób najzupełniej przewidywalny.
Do konfrontacji doszło późnym wieczorem u Rosachera w saloniku – wąskim pokoju ze skosem, gdzie sufit przecinały poczerniałe od sadzy belki stropowe, a pędzel czasu nadał ścianom szarawo-śmietankowy odcień nadpsutego jaja i pokrył je mapą zacieków w kolorze zaschniętego moczu. Sklepienie w narożnikach podpierały kratownice pajęczyn wydymanych wiatrem zawiewającym przez uchylone okno w wykuszu. Świeże powietrze, choć w miarę rześkie, niosło dyskretną nutę rynsztoka i nie było w stanie rozproszyć woni nieprzeliczonych zgorzkniałych żywotów. Rosacher zepchnął sofę i krzesła pod ścianę, robiąc miejsce dla dębowej skrzyni z lodem i topornie wykonanego warsztatu, na którym poniewierały się rozrzucone papiery, a także używany mikroskop, szkatułka z wiśniowego drewna zawierająca fiolki, szkiełka i odczynniki, nieumyty talerz z resztkami kolacji (kostkami kurczaka i skórką od chleba) oraz lampa olejna, której liche żółte światło w sam raz wystarczało do podkreślenia nędznej natury wnętrza. Myrie – w za dużym o kilka numerów szynelu i miękkim kapeluszu z obwisłym rondem, którego cień skrywał ściągniętą w grymasie twarz – sterczał obok warsztatu w pozie zdradzającej lekkie niezadowolenie. Stojący na wyciągnięcie ręki Rosacher – którego szczupła, przystojna twarz, bystre oczy, połyskliwe brązowe włosy i wyraźna witalność silnie kontrastowały z wizerunkiem jego gościa – mierzył go spojrzeniem spode łba. Ubrany w luźną białą koszulę i pumpy z moleskinu, trzymał w wyciągniętej ręce garść wymiętych banknotów, których Myrie ku jego wielkiemu zdumieniu nie chciał przyjąć.
– Mało – wyjaśnił Myrie. – Myślałem, że mi serce całkiem wysiądzie, tak się przeraziłem.
– Nie stać mnie na więcej – odparł stanowczo Rosacher. – Może następnym razem.
– Następnym razem? Nie zamierzam tam w najbliższym czasie wracać. Nie po tym, co tam widziałem.
– Rozumiem, w porządku. Ale zawarliśmy umowę.
– A i owszem, zawarliśmy. A teraz zawrzemy nową. Chcę stówę ekstra.
Frustracja Rosachera przerodziła się w gniew.
– To nie była trudna robota, byle dureń by sobie poradził!
– Skoro to takie proste, dlaczego sam nie pójdziesz? – Myrie zastrzygł uchem, jakby oczekiwał odpowiedzi. – Powiem ci, dlaczego: bo nie masz ochoty zakradać się do pyska kurewsko wielgachnego smoka i odsysać krwi z jego jęzora! Zresztą wcale ci się nie dziwię. To nie jest przyjemne doświadczenie. – Wyciągnął przed siebie otwartą dłoń. – Stówa ekstra to i tak będzie taniocha.
– Nie mam pieniędzy! Wbij to sobie do głowy!
– W takim razie nie dostaniesz swojej cennej krwi. – Myrie poklepał się po kieszeni na piersi. – W mieście ostatnio nie brakuje świrów, każdy chciałby mieć stąd pamiątkę. Może znajdzie się ktoś, kto zapłaci moją cenę.
– Dobrze! – warknął Rosacher, pieniąc się w środku. – Dostaniesz swoje pieniądze.
Myrie uśmiechnął się z wyższością.
– Mówiłeś, że nie masz…
– Pożyczę od jednej dziewczyny z parteru.
– Masz kochaneczkę? – Myrie zacmokał z aprobatą. – No to śmiało, idź ją poproś.
– Przynajmniej włóż krew do lodówki. – Rosacher ze wszystkich sił starał się nie krzyczeć. – Nie chcę, żeby rozkład postępował.
Myrie obrzucił dębową skrzynię podejrzliwym spojrzeniem.
– Chyba jednak zatrzymam ją przy sobie, dopóki nie zobaczę tej stówki.
– Na litość boską, człowieku! Dziewczyna może być zajęta. Może nie mieć dla mnie czasu. Włóż krew do lodówki. Wrócę z forsą najszybciej, jak się da.
– Która to z dziewczyn?
– Ludie.
– Ta czarna sucz? Na pewno będzie miała kasę na zbyciu. Ma wzięcie. – Myrie konspiracyjnie zniżył głos, jakby wyjawiał Rosacherowi pilnie strzeżony sekret. – Słyszałem, że jest wprost wyjątkowa; ponoć ma dodatkowe mięśnie w… trala-la-la-la.
I uśmiechnął się obleśnie, jakby oczekując potwierdzenia tych pogłosek.
– Proszę – powiedział tylko Rosacher. – Krew.
Myrie teatralnym gestem sięgnął za pazuchę i wyjął weterynaryjną strzykawkę wypełnioną złotym płynem. Pokazał ją Rosacherowi z przesadnie rozanieloną miną, jakby pokazywał dziecku cudowną zabawkę, po czym otworzył dębową skrzynię, położył strzykawkę na lodowym bloku, zamknął wieko i usiadł na nim.
– Bardzo proszę – powiedział. – Będzie bezpieczna do twojego powrotu.
Rosacher zmierzył go nienawistnym wzrokiem, zakręcił się na pięcie i wyszedł do sypialni.
– Ej! – zawołał za nim Myrie. – Dokąd to?
– Buty muszę włożyć!
Rosacher wyciągnął buty spod łóżka. Irytowała go perspektywa proszenia Ludie o pieniądze. Kiedy zmagał się z opornym lewym butem, próbując go wzuć, ogólny bałagan panujący w jego życiu, pocerowane pończochy, prująca się kamizelka, złachmaniony płaszcz i nędzne drobiazgi osobiste zaczęły nagle boleśnie podkreślać jego ubóstwo.
Uczucie upokorzenia zgasło jednak zdmuchnięte przypływem lodowatej determinacji. Jak można ulegać komuś takiemu jak Myrie?! I jak ten bandyta śmie kazać mu zwlekać choćby chwilę z przebadaniem smoczej krwi?! To niedopuszczalne. Odrzucił buty i wrócił do saloniku. Z każdym kolejnym krokiem wzbierał w nim gniew.
Myrie spojrzał na niego pytająco i chyba chciał coś powiedzieć, jednakże zanim zdążył otworzyć usta, Rosacher złapał go za kołnierz, szarpnięciem postawił na nogi i pchnął na ścianę. Mały człowieczek grzmotnął głową w mur i osunął się na podłogę z wilgotnym mlaśnięciem. Rosacher ponownie chwycił go za kołnierz i tym razem wyrżnął jego twarzą o deski, po czym, klnąc wściekle, obrócił go na wznak, dźwignął na nogi i rzucił nim o drzwi. Przydusiwszy go przedramieniem, drugą ręką namacał klamkę. Krew z nosa zalewała Myriemu usta, różowa bańka wezbrała na wargach i pękła. Rosacher otworzył drzwi, wypchnął Myriego na korytarz i patrzył, jak ten znów osuwa się bezwładnie. Zamierzał rzucić jeszcze jedno przekleństwo na odchodnym, ale cały aż trząsł się z wściekłości i nie mógł zebrać myśli, patrzył więc tylko, jak Myrie z wysiłkiem podnosi się na czworaki. Czerpał z tego widoku prymitywną satysfakcję i zarazem był przerażony tym, jak łatwo stracił panowanie nad sobą. Choć, jak sobie tłumaczył, miał ku temu dobry powód.
Nie znalazłszy żadnej stosownej obelgi, kopniakiem wyrzucił za próg kapelusz Myriego i zamknął drzwi.