“Na krawędzi mroku” to drugi tom serii Jeffa Gilesa – porywający, emocjonalny, pełen dramatycznych wydarzeń – sprawi, że czytelnicy poczują się jak na krawędzi wszystkiego…


Na krawędzi mrokuAby ocalić Zoe i jej rodzinę, Iks zrobił coś nie do pomyślenia – zrezygnował z wolności i wrócił do niewoli na Nizinie.

Ma zamiar wyrwać się już na zawsze spod władzy lordów, ale gdy traci swoje moce, trafia w sam środek zła, jakiego nigdy nie doświadczył. Odkrywa również nieznaną sobie przeszłość. Tajemnice, które wychodzą z mroku, mogą pomóc w połączeniu na nowo Iksa i Zoe… lub doprowadzić do zniszczenia wszystkiego, o co oboje walczą.

***

Drapieżna, mroczna, głęboka i romantyczna.
Cassandra Clare

Mroczny, pełen napięcia thriller fantastyczny, od którego nie mogłam się oderwać przez całą noc.
Melissa de la Cruz

Marzył ci się mroczny, wciągający romans z łowcami głów i akcją osadzoną w piekle? Proszę bardzo! Na krawędzi mroku to pełna grozy, niebezpieczeństw i emocji książka, która jest jednocześnie pełną humoru, ciepłą opowieścią o miłości i wspaniałym hołdem dla przyjaźni i rodziny. Uwielbiam ją.
Laini Taylor

Jeff Giles
Na krawędzi mroku
Przekład: Marta Duda-Gryc
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 3 października 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Na krawędzi mroku


CZĘŚĆ PIERWSZA

Życie bez kogoś

Rozdział 1

CZASEM ZOE czuła się tak, jakby stopniowo rosła w niej pustka. Straciła w ciągu ostatnich sześciu miesięcy tyle bliskich osób – a każda z nich zabrała ze sobą cząstkę niej samej. W końcu stanie się jak jeden z tych wielkanocnych zajączków z czekolady, które nagle znów pojawiły się w sklepach – wystarczy, że ktoś puknie w nią palcem, a rozpadnie się w niej serce.
W Montanie był właśnie sobotni poranek. Początek marca. Zoe jechała swoim rozklekotanym taurusem na nabożeństwo pogrzebowe Berta i Betty. Szarobrązowe pola wyglądały ponuro, dopiero zaczynały odżywać po zimie. Myśli Zoe krążyły wokół Wallace’ów, ale także jej ojca i Iksa. Musiała pożegnać się z nimi wszystkimi – w różny sposób. Modliła się, by jej ojciec nigdy nie wrócił – i żeby Iks jakoś zdołał to zrobić. Od tego straszliwego dnia w ośnieżonym lesie nie widziała ani jednego, ani drugiego.
Jechali z nią przyjaciele – Val i Dallas. Val wyglądała pięknie, choć nienawidziła stroić się do kościoła. Pół głowy miała ogolone, a resztę włosów ufarbowała na futurystyczny srebrzysty błękit. Dallas był ubrany jak członek szkolnej drużyny sportowej na bankiecie z okazji zwycięstwa w turnieju (granatowy sweter ze złotymi guzikami, spodnie khaki, krawat w kije bejsbolowe), a dołek w jego podbródku zdobił okrągły opatrunek, tam gdzie się zaciął przy goleniu. Dawno temu Zoe chodziła z Dallasem. Tak jakby, przez moment, troszeczkę. Uważała, że wyglądał uroczo. Val, o czym Zoe dobrze wiedziała, nie znosiła go. Była przekonana, że Dallas nadal podkochuje się w Zoe – twierdził, że zaprosi na randkę dziewczynę o imieniu Mingyu, ale ciągle to odkładał. Innym powodem niechęci Val było to, że – o czym Zoe powiedziała kiedyś przyjaciółce – Dallas miał w zwyczaju prężyć klatkę piersiową, gdy się całowali.
Zoe zgodziła się wygłosić mowę o Bercie i Betty, choć bała się publicznych występów. Wallace’owie byli kimś w rodzaju dziadków dla Zoe i jej młodszego brata Jonaha. Zapisała całą przemowę, każde słowo, na żółtych karteczkach – leżały w stosiku na półce tablicy rozdzielczej. Potrzebowała tych karteczek, bo była przekonana, że gdy stanie za mównicą, wpadnie w stan amoku i przerażenia, a wtedy z jej ust może wyjść wszystko, nawet przemowa w staroegipskim.
Skręciła w drogę Twin Bridges. Stos karteczek przechylił się i rozsunął w gładką, żółtą wstęgę na półce pod szybą. Val pozbierała je.
– Wszystko w porządku? – spytała.
– Nie – odparła Zoe. – Czuję się jak pod wodą.
– Może ponabijam się z Dallasa? – zaproponowała Val. – Pomoże ci to? Jestem w stanie to dla ciebie zrobić.
– Nie, ale dziękuję. Miło z twojej strony.
– Zaraz, chwila, jak to „miło”? – oburzył się Dallas. Wcisnął się między przednie fotele.
– Wracaj do klatki. – Val odepchnęła do tyłu jego kędzierzawą, ostrzyżoną na jeżyka głowę.
Zoe jechała przez dolinę Flathead Valley. Na szczytach w oddali wciąż bielił się śnieg.
– A może mam poopowiadać o przyrodzie? – spytała Val.
Był to żart: Val wolała siedzieć w domu. – Tylko patrz na całą tę przyrodę!
– To nie pomaga, skarbie – wtrącił się Dallas. – Porapuję dla ciebie, Zoe. Val, wybijaj rytm.
– Nie ma takiej planety, na której wybijałabym ci rytm – powiedziała Val. Popatrzyła na Zoe. – Nie waż się wybijać mu rytmu.
Mimo to Dallas i tak zaczął rapować:
– Dewastują moje słowa! Tak powstaje sztuka moja…
– Naprawdę? – westchnęła Val. – Naprawdę to robisz?
Zoe uśmiechnęła się, ale jakoś nie mogła wypłynąć na powierzchnię – jakby jej nogi zaplątały się w glony. Zerknęła na karteczki w dłoni Val. Pierwsze zdanie przemowy na cześć Wallace’ów zaczynała pisać jedenaście razy. Zmięła tyle karteczek, że kosz na śmieci koło jej biurka wyglądał jak wypełniony żółtymi kwiatami.
Betty nauczyła Zoe, jak używać siekiery, a Jonaha robić na drutach. Bert, nawet gdy już popadł w demencję, wycinał obrazki uroczych zwierząt z gazet i wysyłał je pocztą do Bissellów. Jonah tapetował sobie nimi ściany pokoju. A pewnego dnia, dwa miesiące temu, mężczyzna nazywający się Stan Manggold wtargnął do domu Wallace’ów, żądając pieniędzy… i pobił ich na śmierć pogrzebaczem.
Jedną z rzeczy, z którymi Zoe radziła sobie najgorzej, było to, że nie mogła podzielić się z Val i Dallasem całą historią – tym, co wydarzyło się wcześniej, i tym, co nastąpiło później. Bo czyż mogła im to opowiedzieć? Brzmiało to nieprawdopodobnie nawet dla niej samej. I właśnie kiedy odczuwała największą potrzebę porozmawiania z kimś – wyżalenia się i przetrwania w ten sposób części procesu żałoby – jej życie zaczęło polegać na zarządzaniu tajemnicami. Czy powinna im powiedzieć, że cały ten koszmar zaczął się od jej ojca? Że był takim nieudacznikiem w interesach, iż zdecydował się na popełnianie przestępstw ze swoim kolegą z dzieciństwa, i że tym kolegą z dzieciństwa był socjopata, niejaki Stan Manggold? Czy powinna im powiedzieć, że to jej ojciec wpadł na pomysł obrabowania Wallace’ów? A potem się przestraszył i chciał zrezygnować? I że gdy Stan zaczął go szantażować, tchórzliwie zaaranżował własną śmierć w jaskini, porzucił rodzinę i uciekł?
Zoe starała się nie dopuszczać do siebie wspomnień. Kiedy jednak stanęła przed znakiem stopu i taurus zadrgał mocno, w tej jednej chwili, tej króciutkiej chwili strachu, tama w jej głowie rozsypała się i wszystko powróciło wielką falą, niczym ptaki obsiadające bezlistne drzewo.
Stan uznał, że sam obrabuje Wallace’ów, a przy okazji ich zamordował. Kilka tygodni później, podczas wielkiej zamieci, wrócił do ich domu, pewien, że Betty i Bert musieli mieć gdzieś schowane pieniądze. Tak się zdarzyło, że byli tam akurat Zoe i Jonah, przeczekując zamieć. Zoe aż się niedobrze robiło na samo wspomnienie twarzy Stana: dziobata skóra, różowa kreska ust, obrzydliwa biała brew drgająca jak gąsienica.
Przed skrętem w lewo Zoe sprawdziła, czy nic nie jedzie. Do skrzyżowania właśnie zbliżał się jaskrawozielony samochód terenowy. Zwolnił, by ją przepuścić. Dallas nadal improwizował – rapował chyba wyłącznie o tym, jak świetne jest jego rapowanie – ale przerwał na chwilę, by powiedzieć:
– Uważaj na jelenie.
Na podmokłym polu przed nimi stały dwa – samica z młodym. Grzebały w uschłej trawie i nigdzie się nie wybierały.
– Widzę je – powiedziała Zoe.
Dallas wrócił do rapowania.
– Moich rymów nic nie zatrzyma, jak fotki, co się nie przycina…
Val w rozpaczy walnęła czołem o tablicę rozdzielczą.
Zoe przypomniała sobie, jak pierwszy raz zobaczyła Iksa. Przybył po duszę Stana – miał ją zabrać na Nizinę. Był tylko rozmazaną smugą, strugą światła pędzącą po zamarzniętym jeziorze obok domu Wallace’ów. Zoe błagała Iksa, by puścił Stana. Powiedziała, że to źle zabijać kogoś, że to nie należy do jego obowiązków. Nie wiedziała, że w rzeczywistości na tym właśnie polegały jego zadania.
Zoe zerknęła we wsteczne lusterko. Terenówka jechała za nią zbyt blisko. Był to nowy model; przód został zaprojektowany tak, by wyglądał jak samochód sportowy. Nawet gdyby nie był pomalowany na kolor zielonych wymiocin, i tak wyglądałby idiotycznie. Na tablicy rejestracyjnej widniał napis: „KILL”.
Świetnie, pomyślała Zoe, myśliwy.
Zwolniła i dała kierowcy znak, by ją wyprzedził, ale facet tylko mignął jej długimi, żeby przyspieszyła.
– Serio? – westchnęła.
Zerknęła na jelenie. Zaczęły iść ku szosie, ale zanim do niej dotrą, Zoe już dawno minie to miejsce. Jak powiedzieć przyjaciołom, że się zakochała w łowcy głów z podziemnego świata? Jak wyjaśnić, że ryzykowała dla niego życie i że zrobiłaby to ponownie w każdej chwili, nawet w tej właśnie chwili? Val i Dallas nie wiedzieli przecież, czym jest Nizina. Musiałaby nazywać ją piekłem. Jak w ogóle można powiedzieć coś takiego na głos? Co by to dało, gdyby tłumaczyła, że to nie wina Iksa, że urodził się na Nizinie? Że sam był więźniem – ale więźniem bez powodu? Lordowie wysyłali od czasu do czasu Iksa, by zbierał dusze złych ludzi ze świata, lecz to tylko przypominało mu o życiu, którego nigdy nie będzie mógł wieść. W chwili gdy wracał na dół z duszą, lordowie wrzucali go z powrotem do celi jak do wygłodniałej paszczy.
Iks stworzył sobie na Nizinie coś w rodzaju rodziny. Regent, jeden z lordów, którzy rządzili tym miejscem, chronił Iksa – na ile mógł. Była tam też niesamowita Brytyjka zwana Wyrywaczką, która wyszkoliła Iksa na łowcę głów. Nosiła tę samą złocistą suknię balową od 1832 roku, kiedy to została skazana na pobyt na Nizinie za pobicie na śmierć czajnikiem niezdarnej służącej. Zoe poznała Wyrywaczkę i pokochała ją, pomimo sprawy z czajnikiem. Wyrywaczka uciekła z Niziny. Przebywała obecnie gdzieś w prawdziwym świecie, szukając grobów swoich dzieci, których nigdy nie miała okazji zobaczyć.
Więc tak, byli ludzie, którzy troszczyli się o Iksa nawet w tej otchłani. Jednak niesprawiedliwość skazania go na wegetację w celi, choć nie zrobił nic złego, choć nigdy nawet nie żył – wypełniała Zoe poczuciem pustki. Nie mogła powiedzieć tego Val ani Dallasowi. Bo jakim cudem? Byli tuż przy niej, a jednocześnie dzieliły ich tysiące kilometrów.
Zoe zacisnęła mocniej dłonie na kierownicy i zatopiła się jeszcze bardziej w myślach. Mgliście odnotowywała, że Dallas nadal rapuje, że Val niecierpliwie tasuje żółte karteczki, że terenówka nadal jedzie tuż za nią, podczas gdy za oknami śmigają pola.
– Jelenie – przypomniał Dallas.
Zoe przytaknęła i przyspieszyła. Kierowca w terenówce znowu usiadł jej na zderzaku i znów mignął długimi światłami. Ludzie są beznadziejni.
Zoe przypomniała sobie, jak Iks niósł ją i Jonaha do domu przez las, po tym jak udało się jej przekonać go, by puścił Stana wolno. Pamiętała, jaki był oszołomiony, jak gorączkował – dlatego że nie wykonał rozkazu lordów. Spędził kilka dni w domu Bissellów, dochodząc do siebie. Spał w łóżku Jonaha, które miało kształt biedronki, kąpał się w lodowatej rzece. A potem lord zwany Derwiszem zagroził, że zamorduje Zoe i jej rodzinę, jeśli Iks nie wróci na Nizinę. Zoe pamiętała, jak Iks pocałował ją na pożegnanie – uniósł ją w ramionach z ubłoconego podjazdu, bo na nogach miała tylko skarpetki.
Był to ich pierwszy pocałunek.
Kiedy Iks powrócił na Nizinę, zażądał, by dano mu wolność. Lordowie złożyli mu okrutną propozycję: stanie się wolny na zawsze, jeśli powróci do Nadświata i przyprowadzi im jeszcze jedną duszę. Okazała się nią dusza ojca Zoe.
Iks udał się na jego poszukiwanie. Odnalazł go w lesie w Kanadzie. Przyprowadził do niego Zoe, by mogła porozmawiać z ojcem o tym, co zrobił ich rodzinie. Ostatecznie Iks nie był w stanie go zabić. Gdy wzbraniał się przed powrotem na Nizinę, lordowie w ramach ostrzeżenia zniszczyli dom Bissellów. O mało nie zabili wówczas Jonaha. Iks wrócił więc w głąb ziemi. Poświęcił się, ponieważ nie chciał uczynić niczego, co mogło skrzywdzić Zoe. Co jednak mogło ją zranić bardziej niż jego odejście?
Zoe myślała o nim sto razy dziennie i przez chwilę czuła się wówczas tak, jakby stał przed nią: piękny, blady, nieustraszony, pragnący tylko jej. Ułamek sekundy później docierało do niej, że go już nie było. Ciepło i nadzieja, które ją przepełniały, znikały jak od ciosu w brzuch. Ale właśnie w tym rzecz: ta chwila tuż przed uderzeniem fali bólu, ta chwila tuż przed zdaniem sobie sprawy z sytuacji – była tego wszystkiego warta.
– JELENIE! – krzyknął Dallas. – Zoe, co ty wyprawiasz, do cholery?
Łania i jej młode przeskoczyły rów ciągnący się wzdłuż szosy. Zaraz przebiegną drogę przed nimi.
Zoe zmroziła się krew w żyłach.
Wcisnęła gaz, ale ten żałosny złom miał zerowe przyspieszenie.
Val zesztywniała w oczekiwaniu na zderzenie.
Terenówka praktycznie siedziała im na zderzaku. KILL – co go obchodziło, czy Zoe przejedzie jelenie? W parę minut załaduje samicę na dach. Nie widział tu jeleni, lecz dziczyznę.
Nie wolno hamować, by ominąć jelenia. Bezpieczniej jest uderzyć w zwierzę, niż spowodować wypadek. Zoe dobrze to wiedziała. Jak wszyscy w Montanie. Facet ze szkoły jazdy, pulchny, o smutnej twarzy, zawsze w tym samym czekoladowym swetrze, który mu się pruł przy dłoni, zaczynał każde zajęcia od tekstu: „Chcę chodzić na wasze śluby, nie na wasze pogrzeby”.
Zoe miała może półtorej sekundy na decyzję.
Wiedziała, jak wyglądają umierające jelenie. Słyszała zwodniczo cichy odgłos, gdy w zwierzę uderzał przód samochodu. Widziała, jak w ułamku sekundy jeleń sztywnieje, jak leci w powietrzu, nieruchomy niczym wypchany okaz. Wiedziała, że powinna wjechać w łanię i młode, ale – może dlatego że myślała o Iksie – jedyne, co widziała, gdy na nie patrzyła, to niewinne istoty.
Jelonek próbował dotrzymać kroku matce. Jego cienkie nogi śmigały, szczupły grzbiet pstrzyły białe plamki jak płatki śniegu. Widziała już jego duże, wilgotne oczy.
Szlag.
Zoe wcisnęła hamulec.
Samochód zatrzymał się gwałtownie; wydawało się, jakby podskoczył w miejscu. Szarpnęło nimi do przodu.
Jelenie bezpiecznie uciekły na drugą stronę szosy.
Val wyrwał się z ust krzyk, gdy staranowała ich terenówka.