Wizjonerskie projekty architektoniczne wyprzedzające swoje czasy, śmiałe koncepcje urbanistyczne, obiekty stanowiące osobliwy kaprys opisał Philip Wilkinson w książce “Architektura – wizje niezrealizowane”.


Architektura – wizje niezrealizowane

Genialny umysł Leonarda da Vinci podsunął mu ideę dwupoziomowego miasta. Zaprojektował je około 1490 roku, a praca nad szkicami pobudzana była kwestiami czysto praktycznymi: w owym czasie, a także w minionych stuleciach, epidemie chorób zakaźnych zaliczały się do największych nieszczęść nękających Europę i dziesiątkujących jej mieszkańców. Rozważano więc różnorodne rozwiązania tego problemu, w tym architektoniczne.

Leonardo, bazując na ówczesnym przekonaniu, że choroby roznoszą się poprzez przykre wonie wydzielane przez gnijące produkty, ścieki czy odchody, pracował nad koncepcją urbanistyczną zupełnie nowego typu miasta, z którego znacznie łatwiej można byłoby usuwać wszelkie nieczystości, a mieszkańcy – a przynajmniej ich przeważająca część – w ogóle nie mieli by styczności z rozkładającą się materią. „Ze szkiców Leonarda wynika, że sednem jego pomysłu było wzniesienie miasta na dwóch poziomach. Na dolnym znajdowałyby się kanały i ulice służące jako szlaki transportu towarów oraz kanały na ścieki pozwalające na szybkie i sprawne usuwanie nieczystości” – pisze Philip Wilkinson.

Z dzisiejszej perspektywy brzmi to idyllicznie. Wprawdzie epidemie nie stanowią już takiego zagrożenia, jak w dawnych czasach, ale za to wszystkie hałaśliwe środki transportu wraz ze szkodliwymi wyziewami jakie generują, ukryte w podziemnych arteriach, systemy utylizacji śmieci schowane gdzieś w trzewiach miasta – to brzmi pięknie, przynosi wyobrażenie o życiu w czystym, przyjaznym otoczeniu pozbawionym głównych miejskich uciążliwości. I kto wie, czy gdyby pomysł słynnego wynalazcy został zrealizowany i rozpowszechniony pięćset lat temu, to być może dziś żylibyśmy właśnie w takich miastach.

Ta fascynująca historia, prowokująca do myślenia o otaczającej nas przestrzeni w nieoczywisty sposób, jest tylko jedną z kilkudziesięciu opisanych przez Philipa Wilkinsona w książce „Architektura – wizje niezrealizowane”. To publikacja opracowana z dbałością o walory wizualne, skłaniająca do refleksji nad tym, jak bardzo przestrzeń w której żyjemy, mogłaby różnić się od tego co znamy, gdyby niezwykłe, wyprzedające swoje czasy projekty architektów zostały zrealizowane wiele lat lub stuleci temu.

Inny przykład to kopuła stanowiąca przezroczysty pancerz rozpościerany nad miastem, pozwalający na całkowite panowanie nad warunkami pogodowymi i stworzenie mieszkańcom mikroklimatu idealnego do życia, zaprojektowana przez Richarda Buckminstera Fullera dla Nowego Jorku, a w rzeczywistości stanowiąca wynalazek warty wzięcia pod rozwagę w przypadku innych miast nękanych chociażby przez monsunowe ulewy.

„W rejonach, gdzie występuje pora deszczowa, ogromna większość rzęsistych opadów trafia wprost do kanalizacji burzowej, a to oznacza utratę cennych zasobów wody, która przecież mogłaby się przydać w porze suchej. Można by zbudować system, który zbierałby wodę z kopuły okrywającej takie tereny i odprowadzał ją do zbiorników. Regulacja klimatu na wielką skalę mogłaby sprawić, że pod wielkimi kopułami dałoby się normalnie żyć nawet w Arktyce i na Antarktydzie” – tak pisze Wilkinson o pomyśle amerykańskiego architekta. W 1968 roku być może było na takie wizje zbyt wcześnie, co jednak nie znaczy, że nie mogłyby się one przydać dziś, gdy coraz poważniejszym problemem stają się narastające z roku na rok fale upałów.

Wilkinson w swojej książce pisze o jeszcze kilku takich pomysłach, które mogłyby być spożytkowane w przyszłości, ale to nie jedyny typ niezrealizowanych wizji, jakie zainteresowały tego brytyjskiego miłośnika i znawcę architektury. Do książki włączył także pomysły stanowiące osobliwy kaprys, jak chociażby okładkowy łuk triumfalny w kształcie słonia wypełnionego salami służącymi kulturze i sztuce albo projekt mauzoleum Isaaca Newtona w kształcie kuli większej od Wielkiej Piramidy. Niepraktyczne, dziwaczne, trudne w realizacji – tak! Ale też zdradzające jak oryginalna potrafi być myśl ludzka, jeśli nie stawiać jej żadnych ograniczeń i w jak niestrudzony sposób nasi przodkowie poszukiwali rozwiązań problemów trapiących społeczeństwa w danym czasie.
Mówią o tym na przykład rozdziały poświęcone projektowi cmentarza, w kształcie piramidy czyli wielokondygnacyjne rozwiązanie problemu przepełnienia londyńskich cmentarzy czy całkiem współczesnym wizjom azjatyckich „farmowców” stanowiących pionowe miasta z arterią komunikacyjną w ich wnętrzu, uwzględniające nawet potrzebę przemysłowej hodowli roślin na położonych wysoko w chmurach tarasach.

Można się więc nad książką Wilkinsona rozmarzyć i zadumać, a nade wszystko zyskać nieco wiadomości o niezwykłych architektonicznych koncepcjach, ujętych w formie przystępnie napisanych esejów. Nikodem Maraszkiewicz

Philip Wilkinson, Architektura – wizje niezrealizowane, Przekład: Maciej Szymański, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 18 września 2018
 
 

Architektura – wizje niezrealizowane

Philip Wilkinson
Architektura – wizje niezrealizowane
Przekład: Maciej Szymański
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 18 września 2018
 

Wprowadzenie

Kopuła okrywająca centrum Manhattanu, pałac królewski tuż obok ateńskiego Partenonu, drapacz chmur wysoki na milę, łuk triumfalny w kształcie słonia – jedne z najbardziej niezwykłych pomysłów w dziejach architektury nigdy nie zostały zrealizowane. Oto projekty, których autorzy próbowali sięgnąć granic wytrzymałości materiałów, eksplorować nowe idee, łamać konwencje, spełniać twórcze kaprysy albo wyznaczać kierunki na przyszłość. Niniejsza książka opowiada historię pięćdziesięciu z nich i dowodzi, że choć istnieją jedynie jako plany, rysunki lub modele, to wciąż nas fascynują, wiodąc widmowy żywot niezrealizowanych wizji.
Istnieje wiele powodów, dla których projekty pozostają na zawsze na deskach kreślarskich. Niekiedy inwestorowi brakuje pieniędzy, czasem pojawiają się nieoczekiwane problemy konstrukcyjne, a czasem budowla okazuje się po prostu niezgodna z obowiązującymi przepisami. Bywa i tak, że architekt wdaje się w spór ze zleceniodawcą albo przegrywa z rywalem. Zdarza się też, że po prostu zmienia zdanie albo dostrzega błędne założenie w swoim projekcie. Niekiedy zaś słyszy, że jego dzieło nie będzie pasowało do miejsca, do którego było przeznaczone, nie sprawdzi się w swej funkcji albo zbytnio wyprzedza swoje czasy.
Projekty jednak nie giną – zostają niczym zadziwiające, niekiedy aż zapierające dech w piersiach przykłady tego, co mogło powstać. Nie brakuje wśród nich pechowych arcydzieł. Katedra św. Pawła, dzieło Christophera Wrena, byłaby jeszcze lepszą dominantą centrum Londynu, gdyby zrealizowano ją według projektu zachowanego do dziś i znanego jako Wielka Makieta. Niestety, zdaniem hierarchów kościelnych, w tej postaci była zbyt mało tradycyjna. Projekty wieżowca przy Friedrichstrasse w Berlinie Miesa van der Rohe czy drapacza chmur dla „Chicago Tribune” Eliela Saarinena – oba stworzone w ramach konkursów architektonicznych – niewątpliwie były arcydziełami, pod wieloma względami nowatorskimi w dziedzinie wznoszenia wysokościowców. W pewnym sensie okazały się porażkami – wszak nigdy ich nie zrealizowano – lecz jednocześnie odniosły gigantyczny sukces, bo przecież jako dzieła wizjonerskie na zawsze pozostały w ludzkiej pamięci, a także były analizowane i naśladowane przez architektów na całym świecie.
Nigdy nie zrealizowano wielu innych najbardziej niezwykłych projektów w dziejach ludzkości. Do najwybitniejszych dzieł XVIII-wiecznego francuskiego architekta Étienne’a-Louisa Boullée należą na przykład projekty francuskiej Biblioteki Narodowej oraz olbrzymiego, kulistego mauzoleum ku czci Isaaca Newtona. Żadna z tych budowli nie powstała, ale plany przetrwały i są świadectwem piękna i czystości architektonicznej formy: stanowią wizualne, przestrzenne podsumowanie oświeceniowego ruchu intelektualnego. Mimo niewątpliwej, do dziś zachwycającej urody okazały się zbyt wielkie i za mało praktyczne – i na zawsze pozostały jedynie projektami.
Boullée marzył o gigantycznych budowlach, ale byli i tacy, którzy śnili jeszcze odważniej: o przemianach całych miast, a nawet wznoszeniu ich od zera – pragnęli tworzyć miasta idealne, utopijne. Tęsknota za doskonałym miejscem do życia sięga czasów starożytnych i idei państwa Platona, którego bardziej interesowały społeczeństwo i aspekty sprawowania władzy niż architektura. Myśliciele doby renesansu podążali podobną ścieżką i niekiedy nadawali swoim wizjom postać graficzną – kreślili plany miast idealnych, szkicowali urzekające projekty gmachów.
Renesansowe miasto doskonałe miało zazwyczaj postać idealnej figury geometrycznej – okręgu lub kwadratu otoczonego murem, z ulicami ułożonymi promieniście na podobieństwo szprych przeciętych koncentrycznymi kręgami. Pomysły tego typu były reakcją na brak planowania, wręcz chaos miast średniowiecznych, pełnych wąskich, krętych uliczek. Stanowiły próbę narzucenia porządku architektonicznego, który byłby – w zamyśle projektantów – odbiciem porządku społecznego i struktury władzy. Pojawiły się też koncepcje, których celem było rozwiązanie całkiem praktycznych problemów, na przykład dwupoziomowe miasto Leonarda da Vinci jako sposób na ograniczenie rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych.
Plany przebudowy istniejących miast, takich jak Urbino czy Mediolan, nie miały wielkich szans na realizację nawet w tłustych latach renesansu – koszty społeczne i finansowe byłyby zbyt wielkie. Propozycje z XX w. zrównania z ziemią i wzniesienia na nowo rozległych połaci Paryża i Barcelony, które wymagałyby nieporównywalnie wyższego budżetu, napotkały na jeszcze większy opór. A przecież inne współczesne wizje miast idealnych, jak Ville radieuse Le Corbusiera, wywarły wielki wpływ na urbanistykę, zwłaszcza w Europie podnoszącej się ze zgliszcz II wojny światowej. Tylko nieliczne z realizacji okazały się jednak tak dogłębnie przemyślane, jak koncepcje Le Corbusiera. Następcy projektowali wieżowce na wzór jego dzieł, zapominając wszakże o stworzeniu dostatecznie rozległych terenów zielonych między nimi; kopiowali styl wizualny Unités d’habitation, czyli „jednostek mieszkalnych” (budynków nie tylko z mieszkaniami, ale też sklepami, przedszkolami i restauracjami), lecz tak naprawdę tworzyli po prostu domy, a nie społeczności.
Choć wiele z tych niezrealizowanych dzieł sprawia wrażenie rojeń z szalonego snu, zwykle nie taka bywa ich geneza. Architekci często stają wobec sytuacji kryzysowych, które wymagają szybkich i pomysłowych rozwiązań. Epidemia dżumy w Europie doby renesansu, niespotykany wcześniej rozrost miast w XIX w., gigantyczne zniszczenia z czasów II wojny światowej – oto przykłady zdarzeń, które zmusiły artystów, urbanistów i architektów do poszukiwania wielkich rozwiązań na miarę wielkich potrzeb. Ich odpowiedzi bywały równie zaskakujące jak same wyzwania. Gdy w XIX w. problemy komunikacyjne niemal sparaliżowały gwałtownie rozbudowujący się Londyn, inżynier Joseph Paxton zaproponował stworzenie Wielkiego Traktu Wiktoriańskiego. Miała to być kombinacja krytej ulicy (ze sklepami i budynkami mieszkalnymi) oraz dwupoziomowej linii kolejowej, otaczającej centrum miasta pętlą o długości 18 kilometrów – Paxton uważał, że to po prostu praktyczne rozwiązanie palących potrzeb stolicy. Jego ambitny, choć nigdy niezrealizowany projekt stał się z czasem symbolem sukcesu i znaczenia Londynu.
Niektóre dzieła architektury – łuki triumfalne, pomniki, mauzolea – z założenia mają wyłącznie symboliczne znaczenie. Potężne siły tego świata, takie jak monarchia absolutna we Francji w XVIII w. czy komunizm w porewolucyjnej Rosji, stają się często natchnieniem dla dzieł niezdarnych, lecz pełnych rozmachu i patosu. Francuski architekt Charles-François Ribart wymyślił na przykład pomnik w kształcie słonia, mający upamiętniać króla Ludwika XV. Pomysł to absurdalny, ale i na swój sposób uroczy, a także ciekawy z historycznego punktu widzenia, zwłaszcza w kontekście planowanej lokalizacji: autor pragnął wznieść ową budowlę na Polach Elizejskich w Paryżu. Dla gigantycznego, spiralnego pomnika III Międzynarodówki, zaprojektowanego przez rosyjskiego rzeźbiarza Władimira Tatlina, przewidziano równie wyzywającą lokalizację w panoramie Petersburga (wówczas Piotrogrodu). Projekt ów, oparty na gęstej sieci stalowych dźwigarów, łączników i szklanych komór, pod jednym względem różni się znacznie od dziwacznego pomysłu Ribarta: choć zaistniał jedynie jako zestaw grafik i modeli, wywarł znaczny wpływ na sztukę wizualną, a zwłaszcza na rzeźbiarstwo.
Niekiedy kluczem do przetrwania niezrealizowanych planów jest nadzwyczajna jakość samych rysunków. Niespokojne, ekspresjonistyczne szkice ołówkiem Ericha Mendelsohna czy pięknie skomponowane barwne obrazy Zahy Hadid – te i inne prace są ucztą dla oczu. W przeciwieństwie do typowych, precyzyjnych rysunków technicznych powstających na deskach kreślarskich owe wizje ujawniają swe sekrety jedynie tym, którzy poświęcą im dość uwagi. Inne, choć bardziej dosłowne, również potrafią oczarować widza. Ogromny rysunek Franka Lloyda Wrighta przedstawiający wspominany już drapacz chmur w Chicago czy eleganckie, barwne ilustracje Karla Friedricha Schinkla z projektem pałacu na ateńskim Akropolu są tak sugestywne, że każą nam zaakceptować obiekty, które na pierwszy rzut oka wydają się nie do pomyślenia. Dla większości z nas, ludzi XXI w., koncepcje wzniesienia XIX-wiecznego pałacu tuż obok Partenonu albo wieżowca sięgającego na milę i rzucającego cień na wszystkie wysokościowce w centrum Wietrznego Miasta, są czymś wręcz niestosownym – a przecież tak łatwo zapomnieć o rozsądku, patrząc na rysunki, na których uwieczniono te projekty.
O niezrealizowanych wizjach zebranych w tej książce warto pamiętać także z wielu innych powodów. Niektóre są owocem indywidualnych, upartych dążeń, inne kluczowymi krokami w zawodowym rozwoju architektów, jeszcze inne wywarły wielki wpływ na późniejszych twórców. Były i takie, których trudno nie nazwać urokliwymi kaprysami, a może wprost dziwactwami. Znaczenie większości z nich kryje się jednak w tym, że wyznaczały kierunki. Najdobitniejszym przykładem niech będzie koncepcja z lat sześćdziesiątych XX w. autorstwa architekta i konstruktora Richarda Buckminstera Fullera, słynącego z różnych osobliwych pomysłów: gigantyczna kopuła nad centrum Manhattanu. Fuller twierdził, że swoisty dach nad sercem Nowego Jorku przyniesie ogromne oszczędności w zużyciu energii i wody. Podobne rozwiązania, zastosowane w innych częściach świata, pozwoliłyby na zbudowanie miast nawet w najbardziej nieprzyjaznym klimacie. Fuller zdawał sobie sprawę, że nie ma żadnych szans na zamknięcie Manhattanu pod kopułą, mimo to uznał, że warto przedstawić tę koncepcję, ponieważ wskazywała interesujący kierunek działania: była wstępem do projektowania lżejszych i bardziej wydajnych energetycznie budynków, a nawet całych miast, i to na kilkadziesiąt lat przed tym, nim stało się ono wręcz koniecznością.
Niniejsza książka jest więc zbiorem opowieści o nieistniejących budowlach, które interesują nas z wielu powodów. Niektóre były ulubionymi projektami władców państw albo włodarzy miast; inne miały – w zamyśle architektów lub urbanistów – wskazywać nam drogę ku lepszemu życiu. Są wśród nich pomniki bohaterów i przywódców, są odpowiedzi na pilne potrzeby społeczne, są też odważne próby zrewolucjonizowania architektury. Wszystkie one zasługują na naszą uwagę.

Mauzoleum Isaaca Newtona

Étienne-Louis Boullée, 1784

Kulisty gmach potężniejszy od Wielkiej Piramidy

W 1784 r. opublikowano zbiór szkiców niezbyt znanego francuskiego architekta, przedstawiających obiekty szokujące formą i skalą. Wśród tych projektów, stworzonych przez Étienne’a-Louisa Boullée, były między innymi rysunki mauzoleum pamięci Isaaca Newtona. Budowla wydawała się niemożliwa do zrealizowania – i może dlatego nigdy nie powstała – ale na długie lata utkwiła w pamięci wielu architektów. Chcąc zrozumieć, dlaczego tak się stało, musimy umieścić niezwykłą kulę Boullée w kontekście epoki.
W XVIII-wiecznej Europie dominował ruch filozoficzno-naukowy zwany oświeceniem. Jego zwolennicy kwestionowali dawne autorytety moralne – zwłaszcza Kościół – i utrzymywali, że racjonalizm jest najlepszą podstawą ludzkich myśli i zachowań. Oświecenie rozwinęło się najsilniej we Francji, ojczyźnie filozofów i pisarzy takich jak Voltaire i Diderot. Racjonalizm przeniknął do wszystkich dziedzin życia – ludzie zaczęli się domagać nowego porządku społecznego, w którym prawa człowieka byłyby szanowane, a arystokracji i Kościołowi raz na zawsze odebrano by władzę.
W jaki sposób architektura mogła odpowiedzieć na te przemiany? Jednym z ludzi, którzy poszukiwali odpowiedzi na to pytanie, był Boullée. Odrzuciwszy frywolne i przesadnie ozdobne rokoko, kojarzony z pałacami królów i arystokratów, stał się orędownikiem powrotu do klasycznych porządków architektonicznych starożytnej Grecji i Rzymu. Popierał też koncepcję czerpania w architekturze z natury i z „czystej” geometrii. Był uczonym, teoretykiem; gmachów o większym znaczeniu wielu nie wybudował. A przecież projekty, które opublikował, były niezwykłe. Najbardziej niecodziennym z nich było mauzoleum ku czci brytyjskiego matematyka, astronoma i fizyka Isaaca Newtona, zmarłego w 1727 r.
Newton był jednym z najważniejszych uczonych w dziejach świata i jednym z czołowych intelektualistów swoich czasów. Jego prace dotyczyły m.in. mechaniki, optyki i rachunku różniczkowego, a jego odkrycia w dziedzinie dynamiki i grawitacji wciąż są fundamentem naszego rozumienia świata. Osiągnięcia te, poparte metodą twardego, matematycznego dowodu, uczyniły z Newtona kluczową postać oświecenia.
Chcąc upamiętnić niewątpliwą gwiazdę nauki, Boullée wykreował iście kosmiczny gmach – gigantyczne mauzoleum w formie pustej w środku, kamiennej kuli, otoczonej galeriami obsadzonymi szpalerami cyprysów. Kula była nie tylko ważna jako symbol, ale i efektowna. Sam Boullée pisze: „Sferyczny kształt cieszy oko swym majestatem jak żaden inny. Jest w nim niezrównana prostota, nieskazitelność i nieskończoność”. Istotnie, majestatyczna, nieskończona bryła francuskiego architekta czyni jego projekt wyjątkowym dziełem.
Gdy przyglądamy się rysunkom Boullée, w pierwszej chwili trudno się zorientować, że maleńkie plamki mniej więcej w jednej trzeciej wysokości kuli to ludzkie postacie idące w stronę drzwi. To dzięki nim uświadamiamy sobie rzeczywistą skalę tej olbrzymiej budowli, która miała mieć aż 150 metrów średnicy. W latach osiemdziesiątych XVIII w. najwyższymi budynkami świata były katedra w Strasburgu (142 m) oraz Wielka Piramida w Gizie (139 m). Mauzoleum Newtona pokonałoby oba – stałoby się budowlą o wiele większą niż wszystkie królewskie grobowce; o wiele wyższą niż wszystkie świątynie.
Z zewnątrz widać już na pierwszy rzut oka, że gmach jest kulisty, choć jego dolną część przesłaniają tarasy i cokoły, z których zdaje się wyłaniać, i tylko potężne, łukowato opasujące ją rampy sugerują, że i ona ma sferyczny kształt. Forma jest w tym projekcie wszystkim. Nie ma tu żadnych zdobień, żadnych rokokowych rzeźb, brak nawet powściągliwych dekoracji klasycystycznych – nic nie odwraca uwagi widza od czystości i prostoty tego obiektu.
Galerie obsadzone są cyprysami, symbolem żałoby, a na środkowej, mniej więcej w jednej trzeciej wysokości mauzoleum, znajduje się wejście. Wydaje się jednak, że Boullée przewidział główną bramę u podnóża gmachu – wskazuje na to półkolisty portal będący początkiem długiego korytarza prowadzącego do wnętrza.
Tam zaś odwiedzających świątynię ku czci Newtona oczekiwać miało doświadczenie zgoła nieziemskie. Korytarz wejściowy prowadził do platformy na samym dnie olbrzymiej kuli – do sarkofagu. Powyżej zaś wznosić się miały krągłe ściany z niewielkimi otworami wpuszczającymi do wnętrza plamki słonecznego światła. Tym prostym sposobem nad głowami zwiedzających powstałby sztuczny nieboskłon pełen gwiazd, z Księżycem, planetami, całymi konstelacjami połyskującymi w ciemności. Trudno o lepszą scenerię do zadumy nad zjawiskami, które teorie Newtona wyjaśniały tak przejrzyście i racjonalnie. Nocą wnętrze działałoby inaczej: podświetlana sfera armilarna zawieszona dokładnie pośrodku kuli miała rozlewać nastrojową poświatę na jej ściany.
Rysunki Étienne’a-Louisa Boullée przedstawiające mauzoleum Newtona – rzuty elewacji, plany i przekroje – zyskały po opublikowaniu w 1784 r. sporą popularność. Dzięki pracy na uczelni (École nationale des ponts et chaussées), znajomości z królem pruskim Fryderykiem II oraz sławie, jaką zdobył we Francji, architekt zbudował imponującą siatkę kontaktów. Lecz choć jego propozycje wywierały niemałe wrażenie na oglądających, nie roznieciły mody na gigantyczne kule i inne geometryczne formy architektoniczne. Mimo to należy docenić wkład ambitnego Francuza w dokonania ruchu na rzecz zastąpienia rokokowych szaleństw prostszymi, klasycystycznymi projektami.
Wpływ Boullée sięga zresztą i współczesności. Jego prace, często publikowane w XX w., stały się inspiracją dla architektów, np. włoskiego postmodernisty Aldo Rossiego, którego liczne budowle (oraz projekty przedmiotów codziennego użytku, takich jak zastawy stołowe czy dzbanki do kawy) łączą w sobie czystość formy i brak ornamentyki, jakże typowe dla dokonań Francuza. Mauzoleum Isaaca Newtona, intrygujące formą zewnętrzną i działające na zmysły osobliwym wnętrzem, jest doskonałym przykładem na to, jak pomysły sprzed wieków mogą do dziś trafiać wprost do naszych serc i umysłów.