“Znalazłam swoje plemię” można odczytać jako podnoszący na duchu list do męża, rodziny i przyjaciół o pięknie świata natury i urodzie życia.


Znalazłam swoje plemięW samym środku kryzysu rodzinnego Ruth Fitzmaurice znalazła swoje plemię – i niespodziewane pocieszenie we wzburzonych falach Morza Irlandzkiego.

Rodzinę Ruth tworzą pięcioro pełnych wigoru dzieci oraz mąż, Simon, reżyser filmowy, chory na stwardnienie zanikowe boczne i mogący porozumiewać się tylko oczami. „Plemię” to przyjaciółki Ruth, które regularnie zbierają się w zatoczce w Greystones i pływają w lodowatym morzu po prostu dla przyjemności.

Nazwały się żartobliwie Klubem Pływackim Dotkniętych Tragedią Żon i spotykają się, by stawić czoło niezwykle trudnym wyzwaniom, jakie stawia przed nimi życie, nie mówiąc już o ogromnych falach toczących się po horyzont. Pływanie jest jednym ze sposobów stosowanych przez Ruth w walce o utrzymanie mocnej, choć milczącej więzi z mężem.

Opowiadając historię swego małżeństwa i kreśląc obraz obecnej skomplikowanej sytuacji rodziny, Ruth pisze o swej pasji i jednym z najpiękniejszych momentów, w których mogła dać jej ujście – pływaniu o północy, przy pełni księżyca, w rocznicę ślubu z Simonem.

“Znalazłam swoje plemię” to wezwanie dla nas wszystkich, byśmy kochali najmocniej, jak potrafimy, i żyli całą pełnią, a także podnoszący na duchu list do męża, rodziny i przyjaciół o pięknie świata natury i urodzie życia.

Ruth Fitzmaurice
Znalazłam swoje plemię
Przekład: Małgorzata Szubert
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 5 września 2018
 
 

Znalazłam swoje plemię


Morze

Trzyletnia Sadie uważa, że tatuś mówi oczami. Komputer sterowany ruchem gałek ocznych brzmi mniej romantycznie. Zapytam jego oczu, mówi Sadie, gdy czegoś chce. On mnie kocha!, woła zachwycona, jakby dostała prezent niespodziankę. Bo ta miłość to dar od niego dla nas. Ściskam mocno w dłoni ten dar. Wspaniały dar prosto z serca.
Mój mąż jest dla mnie cudem, lecz trudno mi go znaleźć. Szukam go w naszym domu. Oddycha przez rurkę w gardle. Czuje wszystko, lecz nie może zrobić żadnego ruchu. Kładę głowę na jego piersi i liczę mechaniczne oddechy. Trzymam go za rękę, ale on nie może odwzajemnić uścisku. Może tylko poruszać oczami. Nie przestanę szukać. Potrzebuję tego i on także. Simon ma stwardnienie zanikowe boczne (ang. motor neuron disease, MND), nie to jest jednak problemem, przynajmniej nie dziś. Bądź dzielna.

*

Siedzę w samochodzie w Wicklow, patrząc na port. Przyglądam się tańczącym masztom jachtów. Ich topy kołyszą się tam i z powrotem w takt płynącej z radia piosenki Joni Mitchell.
Port w Wicklow jest ładny. Bardzo duży i cały w błękicie. Widok stąd jest o wiele rozleglejszy niż z Greystones.
W Greystones czuję się teraz tak, jakby brakowało mi oddechu, Wicklow wydaje się przyjazne. Może Greystones jest jak wszystkie wielkie miłości. Albo zachwyca nas każdy znany krok w tańcu i czujemy ten zachwyt każdą cząstką ciała, albo, jak dzisiaj, potykamy się na równej podłodze, a dobrze znane miejsce napędza nam strachu. Jest zbyt klaustrofobiczne, czujemy się jak szczury w klatce lub jakbyśmy znaleźli się w windzie bez przycisku alarmowego.

*

Na tym polega problem. Mój dom jest pełen obcych. Pomalowałam go jasnymi kolorami i otoczyłam miłością, ale obcy wdzierają się do środka w zastraszającym tempie. Bardzo życzliwi Muhammadowie parzą herbatę. Niejedna Helen, Mary, Jackie, Deidre, Grace czy Claire oraz tak wielu Michaelów, Samów, Franków uśmiecha się i zostawia mopy w dziwnych miejscach. Schodzę im z drogi w korytarzu i przy zmywarce do naczyń. W naszym domu królują pielęgniarki i pielęgniarze, opiekunki i opiekunowie, i sprawiają mi przykrość, choć wiem, że to nie ich wina.
Część z nich zostaje na chwilę, ale większość przemyka tylko przez nasz dom. Są też tacy, którzy zatrzymują się na dłużej. Uczę się ich kochać, a wtedy łamią mi serce i prędzej czy później odchodzą. Nikt tu nie jest winny. Tak działa agencja. Niektóre kobiety są mocno wyperfumowane, zapachy atakują mój zmysł węchu, wywołując nieznane mi dotąd emocje. Budzi to we mnie irracjonalną nienawiść, ponieważ przez to mój dom pachnie jak one. Większość z tych ludzi pali papierosy, ale smród papierosów mi nie przeszkadza. Przynajmniej jest uniwersalny, podobnie jak zapach płynu do mycia naczyń, proszku do prania czy benzyny. Oni chcą najczęściej zamienić mój dom w szpital, a ja bronię się przed tym jak tygrys, szczerzę kły.
Wszyscy w końcu odchodzą, z wyjątkiem Marian. Marian wierzy w anioły i krwawe księżyce zwiastujące koniec świata, żyje wyłącznie emocjami. Dobry dzień zawsze zaczyna się z tą nocną pielęgniarką. W ciemne poranki pijemy razem herbatę. Chciałabym wierzyć w anioły. Marian jest przekonana, że wszystko zdarza się z jakiegoś powodu, że ludzie mają barwy i że wokół każdego człowieka wiruje energia, pozytywna lub negatywna.
Jeśli przebywa się z nią dostatecznie długo, można śmiać się lub płakać, albo jedno i drugie naraz, i niemal widzi się cień anielskich skrzydeł na ścianach. Marian jest, oczywiście, moim aniołem.
– Nigdzie się nie wybieram – zapewniła mnie kiedyś. – Jestem tu dla ciebie.
Spojrzałam jej w oczy i wiedziałam, że mówi prawdę.
Zeszłej nocy księżyc był czerwony, a morze wzburzone. Ja też jestem wzburzona. Podczas zaćmienia księżyc w pełni świeci czerwonym światłem i, jak mówi Marian, trzeba mieć się na baczności. Krwawe księżyce należą do astronomów, marzycieli i… do Marian. Dla nich nocne niebo to królestwo wielkich uczuć i romantyzmu. Nigdy o czymś takim nie słyszałam, nastawiam więc ucha. Składamy się w osiemdziesięciu procentach z wody, tłumaczy Marian, dlatego księżyc oraz przypływy i odpływy oddziałują na nas. To dlatego skaczę do morza, mówię. Próbuję znaleźć dom, stworzyć dom, być domem dla pięciorga moich dzieci. Czasem mi się udaje, czasem ponoszę porażkę.

*

Niektórzy ludzie rozumieją, że małe rzeczy robią różnicę. Ładne pióro idealnie gładko sunące po papierze. Gorąca kawa w wyjątkowo pięknej filiżance. Takie rzeczy mają znaczenie, gdy żyje się na krawędzi. Życie na krawędzi wypala w duszy dziury. Poszukuję Simona zupełnie sama. Mam nadzieję, że on także mnie szuka. Wielka miłość ściągnęła mnie nad morze, a ja próbuję być dzielna. To ważne, żeby nie postradać zmysłów. Po prostu.
Tak dużo straciliśmy. Ale czasami znajduję mego męża, muskając wargami jego skroń, miejsce w zgięciu jego ramienia. Pewne rzeczy się gubią, a potem znajdują. Przesyłam mu e-mailem wyrazy miłości, a on odpowiada. Z winy księżyca fale na morzu szaleją. Ekran przy ekranie w końcu trzymamy się za ręce. Dwie dusze. Cudowny, znajomy taniec. Wielka miłość jest dla odważnych.