W reportażu biograficznym “Kieślowski. Zbliżenie” Katarzyna Surmiak-Domańska pokazuje mniej znaną stronę życia znakomitego reżysera, nie tylko sukcesy i triumfy, ale też smak porażki i upokorzenia.


Kieślowski. ZbliżenieOkazuje się, że dzisiaj w świadomości społecznej wiedza o filmach Krzysztofa Kieślowskiego jest większa niż o nim samym. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku jego nazwisko poznała cała kulturalna Europa a jego filmy zdobywały prestiżowe nagrody i były prezentowane na największych festiwalach na całym świecie. Światowa publiczność i krytyka widziała w Kieślowskim nie tylko wielkiego artystę, ale także mędrca i proroka przynoszącego Zachodowi, po latach dobrobytu przesiąkniętemu konsumpcjonizmem, nowego ducha, stawiającego uniwersalne pytania moralne, sięgającemu po metafizykę i tworzącemu własny styl estetyki przekazu filmowego.

Po ponad trzydziestu latach, jakie minęły od największych sukcesów jego filmów, ich popularność wcale nie zmalała. Retrospektywne pokazy i festiwale, regularnie organizowane w kraju i za granicą, ciągle znajdują odbiorców i wzbudzają gorące dyskusje. Mniej znane są natomiast fakty z jego biografii, które ukształtowały sposób myślenia i wpłynęły na wizje artysty, prezentowane w jego dziełach. Tę lukę wypełnia książka, reportaż biograficzny “Kieślowski. Zbliżenie”, owoc trzyletniej pracy Katarzyny Surmiak-Domańskiej, setek przeprowadzonych rozmów z osobami znającymi Kieślowskiego od czasów szkolnych, pracujących z nim od początków jego kariery. Wielką zaletą książki jest przywołanie opowieści osób mniej znanych, które dotychczas nie upubliczniały swoich wspomnień, a ich wypowiedzi porządkują liczne wątki z życia wybitnego reżysera i wyjaśniają niejasne dotąd okoliczności, motywy czy wybory, rzucając nowe światło na lęki, wyobcowanie, niepokoje i pesymizm Kieślowskiego.

Autorka nie traktuje artysty jak pomnika i obiektu kultu, zdejmuje go z cokołu stereotypowych wyobrażeń o wielkim artyście, głosami przyjaciół i znajomych prezentuje go na tle rodziny i epoki, sięga do wydarzeń zakulisowych, odsłania skrywane dotąd tajemnice, by pokazać, skąd tak naprawdę wziął się artysta. Z opowieści wynika jednoznaczny wniosek – Kieślowski, jak każdy z nas, miał wady i zalety, odnosił sukcesy, zdobywał nagrody, ale poznał też smak porażki, upokorzenia i niezrozumienia.

Obdarzony wielką inteligencją i przenikliwością widział świat głównie przez pryzmat jego niedoskonałości.

Z książki Katarzyny Surmiak-Domańskiej wyłania się obraz Kieślowskiego jako człowieka, który nieustannie podejmuje nowe wyzwania, podwyższa poprzeczkę sobie i współpracownikom, mozolnie kroczy do kolejnych celów, mimo pesymistycznego nastawienia do świata i chwil zwątpienia, że uda mu się zrealizować plan. Kieślowski wydaje się być człowiekiem, który dąży do sukcesu nie dla osiągnięcia stanu szczęścia, ale z powodu głęboko zakorzenionego poczucia obowiązku. Jego obowiązkowość i pracoholizm rzutowały na stosunki ze współpracownikami, był też najsurowszym krytykiem własnych filmów. Obdarzony wielką inteligencją i przenikliwością, z powodu takiej a nie innej konstrukcji psychicznej widział świat głównie przez pryzmat jego niedoskonałości. Ta skłonność do czarnowidztwa objawiła się zresztą już w dzieciństwie – kiedy inni chłopcy psocili, wagarowali i robili wszelkie rzeczy zakazane, on nie, bo od razu zaczynał analizować wszelkie nieprzyjemne konsekwencje.

Reportaż biograficzny Katarzyny Surmiak-Domańskiej będzie znakomitą lekturą nie tylko dla kinomanów, miłośników i znawców twórczości Krzysztofa Kieślowskiego, ale także dla osób nie interesujących się szczególnie filmem. Dla tych pierwszych będzie źródłem wiedzy o kulisach powstawania dzieł reżysera, dla drugich – interesującym opisem wielu aspektów pozafilmowych, fragmentów historii naszego kraju i Europy, wreszcie opowieścią o zwykłym człowieku, jego samozaparciu, perfekcjonizmie i dążeniu do celu, mierzeniu się z okresami zwątpienia i walce ze słabościami. Robert Wiśniewski

Katarzyna Surmiak-Domańska, Kieślowski. Zbliżenie, Wydawnictwo Agora, Premiera: 19 września 2018
 
 

Kieślowski. Zbliżenie

Katarzyna Surmiak-Domańska
Kieślowski. Zbliżenie
Wydawnictwo Agora
Premiera: 19 września 2018
 

Zamiast wstępu

Poznaliśmy się w mieroszowskiej podstawówce przy Mickiewicza, zwanej katolicką, bo uczono w niej religii, a nad tablicą obok portretów Bieruta i Stalina wisiał krzyż. To odróżniało ją od szkoły przy Wolności należącej do Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, o której mówiło się „komunistyczna”. Zaczynaliśmy szóstą klasę, musiał być więc rok 1953.
Krzysiek był nowy. Do nikogo nie podchodził, nie próbował się zaprzyjaźniać. Któregoś dnia siedział na murku i przyglądał się, jak chłopaki grają w piłkę. Nagle piłka wleciała mu pod same nogi. Krzyknęli: „Podaj!”. On nic, nawet nie drgnął. Podszedłem i wykopałem piłkę na boisko.
– Skąd jesteś? – zapytałem.
– A ty?
– Z Mieroszowa, a wcześniej z Łodzi.
– A ja z Sokołowska, wcześniej z Zagłębia.
Zamieniliśmy jeszcze parę zdań, a potem przez wiele dni znowu była między nami cisza, jakby tej rozmowy nie było.
Aż raz zarobiłem lufę z polskiego z lektury. Wyszedłem na przerwę i raptem czuję, że ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Odwróciłem się.
– Musimy pogadać – rzekł on z poważną miną.
O czym? O tej lekturze. Zaczął mi ją całą opowiadać. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak mówił o książce, całą rozłożył na czynniki pierwsze i wytłumaczył, o co chodzi w każdej scenie. Dla mnie książka to tylko ciąg zdarzeń, a on we wszystkim widział jakiś sens. Jak go słuchałem, to normalnie nie wierzyłem, że to wszystko w tej książce jest.
– Musisz więcej czasu w domu poświęcać nauce. Jeśli będziesz się uczył systematycznie, stopniowo wszystko ci wejdzie do głowy – powiedział.
„Wariat” – pomyślałem.
Ja, gdy wracałem do domu, to tylko patrzyłem, żeby zaraz gdzieś prysnąć z kumplami. Uczyłem się w biegu i niczemu nie dziwiłem. A on zawsze miał wyuczone od deski do deski i wszystko go interesowało. Ja na zetpety sklejałem najprostszy domek z wafla, byle zaliczyć. On produkował tekturowy radioodbiornik z pokrętłami z zakrętek od butelek, z przodu wycinał prostokątny otwór, podklejał od spodu bibułkę ze skalą, a w środku stawiał świeczkę.
Nie było w klasie drugiej takiej osoby. Był najstarszy, najwyższy, najmądrzejszy. I tylko jednej rzeczy mu brakowało: prestiżu.
Mój prestiż w szkole był większy bez porównania, ale ja pracowałem na niego latami. Od pierwszej klasy moim celem było dorównać starym koniom, takim, co siedzą w klasie po dwa lata, na przerwie idą za wychodek na papierosa i nikogo się nie boją. Żeby zasłużyć na respekt takich gości, trzeba było mieć na koncie jakiś numer. Na przykład zimą założyć łyżwy, czepić się autobusu, który kursował z Mieroszowa do Sokołowska, i tak się przewieźć te osiem kilometrów. Wyczyn obciążony dodatkowym ryzykiem, bo pętla w Sokołowsku znajdowała się tuż przed komisariatem. Raz, ledwie autobus się zatrzymał, jeszcze nie zdążyłem otrzeć oczu ze śniegu, dopadł mnie milicjant i dostałem smary. Krzyś nigdy by czegoś takiego nie zrobił. On jechał przede mną tym autobusem z nosem przyklejonym do tylnej szyby.
Prestiż zdobywał też ten, który najmocniej przydzwonił dziewczynie gałką śniegu, ale tak, żeby aż zabeczała. Normalna rzecz. Namawialiśmy go, ale gdzie tam. Jego takie żarty po prostu się nie trzymały.
Tak więc w szóstej klasie ja już byłem gość, a on był taka trochę, za przeproszeniem, trąba. Ani w piłkę nie potrafił grać, ani postawić się nauczycielowi. Ja byłem hardy, on spuszczał głowę. Ale kiedy na przerwach strzelaliśmy z chłopakami pestkami z procy, łaził za nami i patrzył smutno. I widziałem, że go to kusi, że w środku toczy ze sobą walkę. On też by postrzelał, ale już sobie w głowie kalkulował: raz strzelę pestką, złapią mnie i będzie kłopot. Ześlą mnie do piwnicy, stracę lekcję, zawalę klasówkę, nie opłaci się.
Ja strzelałem bez lęku. Za karę nauczyciel wyrzucał z klasy i wysyłał do piwnicy. Stała tam stara poniemiecka piła. Przez godzinę trzeba nią było ciąć drewno na opał. Stracę lekcje? Co z tego? Nie trzeba gnić w ławce, nie pytają mnie, fajnie. Każdy normalny dzieciak cieszyłby się z takiej kary. On nie.
Moim zdaniem on był taki przez swojego ojca, który miał wyższe wykształcenie. Ojciec z wyższym wykształceniem to jest całkiem insza inszość. Podejście takiego ojca jest zupełnie inne niż zwykłego. Taki ojciec wymaga przestrzegania zasad. „Masz się, synu, uczyć – powtarza. – Żeby coś z ciebie wyrosło”. Nasi rodzice nigdy nam tego nie mówili. Mój plan na życie był prosty: skończyć podstawówkę, iść pracować do Cameli i mieć wreszcie własne pieniądze.
Kolejna różnica między nami a nim była taka, że on o swoim ojcu mówił „tatuś”. Powiedzieć o starym „tatuś” mogła tylko ostatnia oferma. Skręciłoby mnie ze wstydu, gdybym miał przy kumplach wymówić to słowo. Choć gdzieś w środku kłuła lekka zazdrość. Potem, jak już byliśmy ze sobą bliżej, wyznałem mu:
– Wiesz, ja choćbym chciał, to i tak nie mogę na mojego powiedzieć „tatuś”. Mój tatuś jest już tam.
Bo mój prawdziwy tata umarł zaraz po wojnie w Łodzi. Mama przyjechała ze mną na Ziemie Odzyskane i wyszła za mąż za ojczyma. Był dobrym człowiekiem, ale skończył zaledwie kilka klas. Nawet z pisaniem miał kłopoty.
Krzyś wiedział, że jego ojciec też będzie powoli odchodził. Podobni byli do siebie. Szczupli i wysocy. To, że pan Kieślowski był szczupły, wiadoma rzecz – chorował tak strasznie, a jeszcze do tego palił papierosy. W domu nigdy nie mówiłem, że do nich jeżdżę. Moja mama wolała, żebym się nie kręcił po Sokołowsku, no bo wiadomo, kto tam mieszkał. A już jakby się dowiedziała, że byłem u gruźlika w domu, tobym na pewno dostał smary.
I jeszcze jedna rzecz, która go odróżniała od nas. Smutek. Nie było w nim takiej szczeniackiej radości życia. Konia z rzędem temu, kto by dostrzegł na twarzy Krzysia uśmiech. Żadnego luzu, cały czas wyglądał, jakby o czymś intensywnie myślał.
Na pewno zazdrościł mi trochę tego, że ja mogę sobie tak beztrosko łobuzować, i pewnie dlatego się mnie trzymał. A ja z kolei wyczułem w nim kogoś, kto będzie się mnie słuchał. Kim będę mógł pokierować. Dzieciak nie analizuje, nie działa z wyrachowaniem, po prostu czuje, że jest dobrze, i do tego lgnie. Zaprzyjaźniłem się z nim, bo dawał mi dobre samopoczucie.
Ulegał mi kroczek po kroczku.
– Masz ochotę skoczyć do Wałbrzycha? – zagajam raz.
– Pewnie. Ale jak?
– Normalnie.
– Ale jak normalnie? Nie mamy pieniędzy na bilety przecież – on na to. – A jak nas złapie konduktor?
Cały Krzyś. Już widzi problem, już w jego głowie układa się łańcuszek konsekwencji. Dlatego właśnie on sam nigdy nie wymyślił żadnej psoty. On mógł najwyżej ulec.
– Wejdziemy do sracza, zamkniemy się i cześć.
Parę razy pojechaliśmy pociągiem do Wałbrzycha i z powrotem. Jak konduktor szedł, to my bach do ustępu. W Wałbrzychu dreptaliśmy w kółko po dworcu, bo nie było kasy na trolejbus do miasta, tam już się nie wślizgniesz, bo sprawdzali przy wsiadaniu. Jeśli nawet mieliśmy pieniądze, to i tak woleliśmy je wydać na kotleta. W dworcowym barze sprzedawali znakomite mielone w zestawie z bułą. Ich cudowny smak i zapach pamiętam do dziś.
W owych czasach, kiedy Sokołowsko było jeszcze uzdrowiskiem, a nie „uśmiertniskiem”, jak mówią dzisiaj, pociąg z Wałbrzycha do Mieroszowa miał tam swój przystanek. Tuż za mostem, na nasypie, zatrzymywał się na chwilę. Krzyś wyskakiwał, zbiegał schodkami w dół i gnał przez pola do domu, a ja jechałem dalej.
To była cała frajda, że się przejechało piętnaście kilometrów, nie płacąc. Już te parę złotych człowiek był do przodu. A jak się było parę złotych do przodu, to można było z nimi zrobić mnóstwo ciekawych rzeczy. Na przykład pójść do kina.
– Ale na ten film nie da się wejść, bo to film od osiemnastu lat – zauważał czujnie Krzyś.
– Dlatego my nie pójdziemy na ten film w Mieroszowie, tylko u ciebie w Sokołowsku.
W Mieroszowie było porządne kino stacjonarne. Trzeba było stanąć w kolejce do okienka, kupić bilet, a wstępu pilnowały dwie panie. Jak film był od osiemnastu lat, to się za skarby świata nie weszło, bo bileterki nas wszystkich znały. Kaplica. W Mieroszowie nie było nawet co próbować. Natomiast w Sokołowsku przy ulicy Głównej, naprzeciwko domu Kieślowskich, stał dom kultury, gdzie mieściła się siedziba radiowęzła, odbywały się prelekcje dla gruźlików i często gościło kino objazdowe. To było kino kapitalistyczne i nikt nie miał interesu, żeby sprawdzać czyjś wiek. Ten sam człowiek, który przywoził film i włączał projektor, sprzedawał bilety.
Krzysiek rzadko miał pieniądze na kino. Ja nie cierpiałem na głód pieniędzy. Oboje rodzice pracowali, nieraz miałem na dwa bilety, jaki to problem? Ale on niechętnie z tego korzystał, starał się załatwić forsę. Robił obchód po pawilonach, a tam zawsze w krzakach pod oknami znalazły się jakieś butelki, które dało się spieniężyć. A kiedy obaj nie mieliśmy forsy, wchodziliśmy do kina górą. Budynek ośrodka opierał się o skarpę. Można się było na nią wdrapać i przeskoczyć na stryszek nad salą projekcyjną. Na stryszku w podłodze była spora zakratowana dziura wentylacyjna, a nad nią wiatraczek. Kiedy śmigła się obracały, nic nie było widać, ale w chłodniejsze dni wiatraczek nie pracował i wtedy dało się przez dziurę dojrzeć kawałek ekranu. Dokładnie dół. Do wyboru – albo lewą część, albo prawą. W ten sposób obejrzeliśmy kilka filmów. Nie pamiętam tytułów, bo dla mnie ważniejsza była, prawdę mówiąc, sama przygoda, zaliczony wyczyn – to mnie bardziej obchodziło niż jakiś tam film. Ale któregoś dnia wleźliśmy na stryszek i choć pogoda zapowiadała co innego, wiatraczek jak na złość się kręcił. I wtedy wpadł mi do głowy szatański pomysł, na psotę życia.
Aż normalnie dreszcz mnie przeszedł.
– Słuchaj, a jak byśmy się wysikali do tego?
Z początku opierał się jak zwykle:
– No ale tak nie można. Przecież to poleci na nich. Będzie czuć. Złapią nas.
Ale ja już widziałem, że ochota u niego jest, że go korci jak diabli, że chce mi dorównać, pokazać, że i on w psotach coś jest wart.
Zrobiliśmy to. Wysikaliśmy się elegancko w wirujące skrzydełka nad wentylatorem, a te rozpryskały nasze siki na salę pełną kuracjuszy. Szczerze mówiąc, bardziej rozpryskały je na nas, jednak na widownię jakieś rozpryski też musiały spaść, bo gdy schodziliśmy, pod skarpą czekało na nas kilku wkurzonych facetów. Dostaliśmy łomot.
Co tam łomot, byłem dumny, że zrobiłem taki numer, i przede wszystkim, że Krzyśka namówiłem. To trochę tak, jakbym go rozprawiczył.
A on miał wyrzuty sumienia. Kilka razy jeszcze do tego wracał:
– Po co my to właściwie zrobiliśmy? Niepotrzebnie dokuczyliśmy tym ludziom. Dostaliśmy wciry i komu to było potrzebne?
Nie rozumiałem go. Czego tu żałować? Ważne, że się udało. To był naprawdę gruby numer.

Krzyś lubił zbierać celuloidowe serpentyny, które walały się w piachu pod skarpą na tyłach budynku. Wycinał nieporysowane kawałki, starannie zgrzewał końce, nawijał na szpulki po niciach i wkładał do pudełka. Z tyłu stawiał świeczkę. Gasiliśmy światło, błyskała zapałka, zaczynała się projekcja. Przykładałem oko do otworka, a on obracał zagiętą końcówkę drucika wystającego z obudowy. Film składał się z urwanych scen, bez żadnego związku, ale to mi nie przeszkadzało, przeciwnie, nawet ciekawiej się oglądało. Czasem jakieś klatki wkleiły się do góry nogami i wtedy było sporo śmiechu, nawet on się rozchmurzał. Ten projektor zrobił tylko dla nas. Dla mnie.
Nigdy już nie miałem takiego przyjaciela. Wiedziałem, że cokolwiek złego byśmy zrobili, on tego nikomu nie powtórzy, nigdy. Kamień w wodę. Byliśmy tylko on i ja. Koniec.
Żebym ja miał tego Kieślowskiego przy sobie dłużej, tobym nie był dziś tym, kim jestem. Niedawno przeglądałem swoje świadectwa i zobaczyłem, że w szóstej klasie, wtedy kiedy się przyjaźniliśmy, miałem najlepsze stopnie w życiu. Piątki i czwórki. A wcześniej i później tylko tróje.
Zanim zrozumiałem, że powinienem więcej brać od niego, nasze drogi się rozeszły. W siódmej klasie rodzice przenieśli mnie do szkoły „komunistycznej”, a wkrótce potem poszedłem do roboty w Cameli. Nie próbowałem dalej się uczyć. Posmakowały mi pieniądze, taka jest prawda. Mówiłem: co tam nauka, mam grosz. Zrealizowałem swój plan.
To nie był dobry plan. Nie dał mi satysfakcji absolutnie.
Jego plan był lepszy.