Niklas Orrenius przez rok towarzyszył Larsowi Vilksowi, kontrowersyjnemu szwedzkiemu artyście, wokół którego zrobiło się głośno, kiedy w 2007 roku narysował karykaturę Mahometa.


Strzały w KopenhadzeBluźnierczy rysunek ściągnął na niego i Szwecję gniew muzułmanów. Od tego momentu Vilks stał się oficjalnie wrogiem islamu, a radykalne organizacje nawołują do zabicia artysty. Kiedy doszło do pierwszego zamachu, Vilksowi przyznano stałą ochronę policji. Tym samym stał się „artystą radioaktywnym”, więźniem we własnym kraju i we własnym domu.

Działania artystyczne Vilksa są trudne w ocenie, szczególnie w takim kraju jak Szwecja, tak ceniącym swoje wartości: demokrację, wolność słowa i sekularyzację.

W reportażu, który prowadzi nas od pogrążonego w terrorze Paryża przez Kopenhagę i Oslo, do Sztokholmu, Örebro i Höganäs Niklas Orrenius tworzy portret współczesności, w której panuje coraz ostrzejszy ton debaty i nigdy nie da się zapomnieć o przemocy.

„Strzały w Kopenhadze” to wstrząsająca opowieść o naszej epoce, w której coraz więcej miejsca zajmuje ekstremizm muzułmański, nacjonalizm oraz wszelkie formy rasizmu.

Książka została nominowana do najbardziej prestiżowej szwedzkiej nagrody literackiej – Nagrody Augusta w kategorii Literatura faktu w 2016 roku i nagrodzona Wielką Nagrodą Dziennikarską.

Niklas Orrenius
Strzały w Kopenhadze
Przekład: Katarzyna Tubylewicz
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 22 sierpnia 2018
 
 

Strzały w Kopenhadze


Niektóre szczegóły dotyczące prywatnego życia Larsa Vilksa zostały pominięte, by nie ryzykować jego bezpieczeństwa. Z podobnych względów dokonano też zmiany niektórych imion.

Wstęp

Zamachy w Kopenhadze, zamachy w Paryżu

Lars Vilks leży na podłodze z kafelków w chłodni w Kopenhadze. Marznie, jest mu niewygodnie. Przed sobą ma poukładane jedna na drugiej skrzynki z piwem marki Tuborg. We wnęce przy wyjściu stoi policjant z odbezpieczoną bronią. Ktoś wrzeszcząc, dobija się do drzwi. To jeszcze jeden policjant. Zostaje wpuszczony, trzyma w rękach uniesiony do góry pistolet.
Wygląda na osobę w szoku, myśli Vilks.
Zauważa, że policjant jest ranny. To rana postrzałowa nogi, mężczyzna krwawi. Nie przestaje krzyczeć. Nie opuszcza broni. Słychać zbliżające się syreny.
Szwedzki artysta nie czuje strachu, pomimo strzałów, krwi i wrzasków.
Byli już wcześniej napastnicy, którzy próbowali go zabić. Został zaatakowany parokrotnie, potem przenoszono go do bezpiecznego pomieszczenia. Jednak teraz, kiedy leży w chłodni z nogami w dżinsach przyciśniętymi do podłogi, nie może odpędzić myśli, że tym razem jest inaczej. To, co się dzieje teraz, jest poważniejsze od wszystkiego, co zdarzyło się wcześniej.
Teraz wszystko się zmieni, myśli Vilks.
Kilka minut wcześniej: siedzi w sali wykładowej obok chłodni i słucha wykładu Inny Szewczenko, aktywistki FEMEN-u. Ukraińska feministka jest dziś drugą osobą występującą w centrum kultury Krudttønden. Seminarium nosi tytuł Sztuka, bluźnierstwo i wolność słowa. Szewczenko wskazuje Vilksowi i ponad trzydzieściorgu pozostałym słuchaczom na problem ale-osobowości:
– Ludzie ci mają zwyczaj mówić: „Wolność słowa – oczywiście tak, ale…”. Owo „ale” jest słowem kluczowym.
Seminarium zostało zorganizowane przez Komitet Larsa Vilksa – stowarzyszenie założone przez duńskich dziennikarzy i publicystów, by wspierać szwedzkiego artystę, na którego wydano wyrok śmierci.
Centrum Krudttønden znajduje się w dużym i zielonym parku Fælledparken w dzielnicy Østerbro. To stary ceglany budynek z XIX wieku, kiedyś znajdowały się w nim stajnie wojskowe. Wchodził w skład koszarów. W roku 1990, gdy z budynku nie korzystało już wojsko, został przebudowany i przekształcony w gminne centrum kultury, w którym odbywają się między innymi wydarzenia muzyczne i teatralne. Organizowane są tu koncerty jazzowe, działają kluby taneczne. Komitet Larsa Vilksa wynajmuje tutaj salę na swoje spotkania.
Vilks siedzi na scenie przy niewielkim stoliku, obok niego policjant z duńskich służb specjalnych – dzisiaj to jeden z jego ochroniarzy. Artysta wygląda jak zwykle: pognieciona jasnoniebieska koszula, pod spodem biały podkoszulek, niebieskie dżinsy, mocne okulary w grubych czarnych oprawkach. Siwe potargane włosy.
Za chwilę przyjdzie kolej na jego wypowiedź. Szewczenko kontynuuje przez mikrofon przemyślenia na temat wolności słowa oraz ale-osobowości:
– Dlaczego wciąż mówimy „ale”, kiedy…
Paf!
Strzał! Inna Szewczenko natychmiast rozumie, co się dzieje. Rzuca się na ziemię. Następuje kanonada, kolejne: paf-paf-paf-paf-paf-paf!, strzałów jest coraz więcej, nie mają końca. Terrorysta znajduje się na ulicy przed budynkiem. Strzela ze skradzionego karabinu maszynowego Mannlicher M95, standardowej broni duńskiej armii.
Omar el-Hussein to dobrze zbudowany dwudziestodwulatek ubrany w granatową kurtkę i ciemne spodnie. Twarz zasłonił jasnoczerwoną arafatką. Zanim zaczął strzelać, próbował otworzyć drzwi do sali wykładowej prowadzące prosto z ulicy. Naciskał klamkę, ale drzwi były zamknięte na klucz. Teraz przeszedł kilka metrów, do głównego wejścia budynku, żeby tamtędy spróbować dostać się do środka.
We foyer centrum kultury znajduje się sześciu policjantów zabezpieczających spotkanie Komitetu Vilksa, które ma wysoki stopień ryzyka. Dwóch z nich to szwedzcy ochroniarze artysty, dwóch należy do duńskich służb specjalnych PET, są jeszcze dwaj zwykli duńscy policjanci. Za blatem bufetu we foyer stoi dwóch barmanów gotowych do sprzedawania piwa, kawy i drinków.
Kiedy Omar el-Hussein podnosi karabin i naciska spust, ma zapewnioną dobrą widoczność, szyby drzwi wejściowych są duże. Trafia mundurowego PET w ramię, a drugiego duńskiego policjanta w udo. Kolejni dwaj zostają zranieni odłamkami szkła. Barmani chronią się za bufetem i nie doznają obrażeń.
W sali wykładowej czarne kotary zasłaniają okna wychodzące na foyer. Dlatego publiczność w środku nie widzi, co się dzieje, gdy mężczyzna z bronią automatyczną przystępuje do ataku. Za to słyszy. Strzały, tłukące się szkło, krzyki.
– Uciekaj, Lars! Szybko!! Już!!! – wrzeszczy duński policjant siedzący obok Vilksa.
Szturcha go, popycha przed sobą przez całą salę w stronę niedużej chłodni na drugim końcu pomieszczenia. Lars potyka się o krzesło, upada, policjant popycha go dalej, Vilks pełznie po podłodze, szybko, szybciej. Pośpiech sprawia, że w chłodni ląduje też Helle Merete Brix, dziennikarka zajmująca się kulturą, przewodnicząca Komitetu Larsa Vilksa. Po drodze zalicza mocne uderzenie w plecy. „Nie mogę już szybciej biec!” – myśli.
Drzwi do chłodni zamykają się. Lars Vilks i Helle Merete Brix dostają od policjanta polecenie, żeby wpełzli pod nieduży stół.
Dziennikarka leży teraz na podłodze chłodni, jest zszokowana. W całym jej ciele krąży adrenalina. Zimno podłogowych płytek przeszywa nogi w czarnej spódnicy i czarnych kozakach. Myśli galopują. Pięćdziesięciosześcioletnia Brix uważa siebie za osobę dość zdystansowaną, która niechętnie przekracza sferę cudzej prywatności. Jednak teraz czuje, że musi kogoś złapać za rękę. Po sekundzie namysłu wyciąga dłoń do mężczyzny obok.
Lars Vilks odpowiada uściskiem, trzymają się za ręce przez długą chwilę. On myśli o strzelaninie. Że nie przypomina jego wyobrażeń o dźwięku naładowanej broni palnej. Raczej fajerwerki.
Odwraca się w stronę Helle Merete Brix.
– Gadają, że po sześćdziesiątce to już koniec życia. Ale nie musi tak być – mówi.
Na zewnątrz zamachowiec kładzie rękę na klamce drzwi do domu kultury. Próbuje dostać się do środka, ale przeszkadzają mu w tym ochroniarze Vilksa. Oddają w jego stronę piętnaście strzałów. Kolejnych kilka dokłada duński policjant. Większość policyjnych kul nie przechodzi przez solidne, laminowane szyby, odbijają się od nich albo utykają w szkle. El-Hussein nie zostaje trafiony – ale ostrzał sprawia, że zawraca i zaczyna uciekać. Szwedzcy ochroniarze otrzymają z czasem za tę akcję medal od komendanta skańskiej policji.
W sali wykładowej, zaledwie metr od strzelaniny, znajduje się ambasador Francji w Danii François Zimeray. Ma pięćdziesiąt trzy lata, jest szczupłym mężczyzną o żywym spojrzeniu z ciemnymi kręconymi włosami, które na skroniach zaczynają już siwieć. Nie jest typowym dyplomatą, bardziej aktywistą, który przez całe dorosłe życie angażował się w walkę o prawa człowieka.
Seminarium Komitetu Vilksa odbywa się kilka tygodni po atakach terrorystycznych w Paryżu, na „Charlie Hebdo” i na żydowski sklep spożywczy Hyper Cacher. Zimeray był wtedy zdumiony i wzruszony reakcjami Duńczyków. Tysiące ludzi zebrały się przed francuską ambasadą na Kongens Nytorv z pochodniami, kwiatami i kondolencjami.
Ambasador ma zwyczaj powtarzać, że jest „trochę leniwy”. Jednak chociaż seminarium z udziałem Vilksa odbywa się w sobotę, dyplomata nie potrafił odmówić przyjścia, gdy dostał zaproszenie. Zwłaszcza że zna liderkę FEMENU-u Innę Szewczenko. W swojej wcześniejszej roli ambasadora do spraw praw człowieka pomógł jej uzyskać francuską wizę. Chce posłuchać jej wystąpienia.
Przyjeżdża do centrum kultury na rowerze. Potem będzie się zastanawiał nad tym wyborem środka transportu. W oczach ambasadora rower to symbol otwartości. Na rowerze jeżdżą ludzie beztroscy.
– Wydaje mi się, że nawet nie przypiąłem tego roweru do stojaka.
Po pierwszym strzale ambasador, podobnie jak Lars Vilks, myśli, że to petardy albo fajerwerki. Po trzecim strzale rozumie: to jak w „Charlie Hebdo”. Rzuca się na podłogę. To już koniec, myśli. Słyszy więcej strzałów.
Czeka na śmierć. Potem widzi, że komuś z publiczności udało się otworzyć zamknięte na klucz drzwi na ulicę. Wstaje i wybiega razem z innymi. Skręca w prawo. Wpada na klatkę schodową i tam się chowa.
Reżyser filmowy Finn Nørgaard to inny uczestnik seminarium, który także wydostał się z lokalu. Finn Nørgaard wybiera inną drogę niż większość uciekających: biegnie w lewo. Tuż za nim jest Omar el-Hussein. Zamachowiec strzela Nørgaardowi w plecy. Z bliska.
Kiedy kilka minut później Zimeray opuszcza kryjówkę na klatce schodowej i ostrożnie kieruje się z powrotem w stronę Krudttønden, zauważa Nørgaarda leżącego na chodniku. Reżyser nie żyje. Atak terrorystyczny ma pierwszą śmiertelną ofiarę.
Podczas gdy z ciała Nørgaarda uchodzi życie, Vilks wciąż jest zamknięty w chłodni razem z Helle Merete Brix.
Odkąd jego rysunek Profeten Muhammed som rondellhund (Prorok Mahomet jako pies na rondzie) stał się w 2007 roku znany opinii publicznej, organizacje terrorystyczne takie jak Al-Kaida czy Asz-Szabab nawołują swoich zwolenników do zabicia szwedzkiego artysty. Z tego powodu Vilks tak przywykł do życia z uzbrojonymi ochroniarzami, że nazywa ich „swoją rodziną” lub „chłopakami”. Zdarza się, że ochroniarze doradzają Vilksowi, który często ledwo wiąże koniec z końcem, gdzie kupić tańszą polędwicę oraz inne produkty.
Rozumie, dlaczego został wepchnięty do chłodni. Ochroniarze mają za zadanie dopilnować jego bezpieczeństwa. Jednak minęło już ponad pół godziny od strzelaniny. Siedemdziesięcioletnie ciało Vilksa zaczyna protestować przeciw niewygodnej pozycji, w której przymusowo tkwi razem z dziennikarką.
Do niewielkiego pomieszczenia wchodzi jeden z jego szwedzkich ochroniarzy. Z zewnątrz słychać głosy, już spokojniejsze niż wcześniej. Vilks i Brix podejmują próbę wstania z podłogi. Zauważa to jeden z policjantów.
– Nie! Zostańcie na miejscu! – krzyczy.
Przykucają i z powrotem wciskają się pod stół. Wiedzą już, że w strzelaninie rannych zostało kilku policjantów, ale nie dotarła do nich informacja o zabiciu Finna Nørgaarda.
Lars kontynuuje rozmowę z Helle Merete. Lekka ironia staje się ich sposobem na radzenie sobie z sytuacją, która jest i straszna, i absurdalna. Vilks wskazuje ręką znajdujące się przed nimi butelki tuborga:
– Skoro mamy tu jeszcze poleżeć, może powinniśmy sobie otworzyć piwko?
Helle Merete Brix uśmiecha się. Zazwyczaj w ogóle nie pija piwa. Niezobowiązujące komentarze artysty pomagają jej, kiedy leży na zimnej podłodze. Pomagają jej nawet jego kiepskie dowcipy. Dzięki temu udaje się jej powstrzymywać panikę.
W końcu mogą razem wyjść z chłodni. Ochroniarze i duńscy policjanci natychmiast przeprowadzają Vilksa do czekającego nań samochodu.
Brix wchodzi do sali wykładowej. Zdumiona orientuje się, że seminarium na temat wolności słowa i bluźnierstwa ponownie się toczy. Polsko-brytyjska artystka Agnieszka Kołek wygłasza wykład o sztuce niewygodnej. Jeden z organizatorów z Komitetu Larsa Vilksa, Niels Ivar Larsen, dziennikarz piszący o kulturze w „Dagbladet Information”, nakłonił ją, by po ataku wrócić do ustalonego programu.
– W świetle tego, co zaszło, chodziło o pryncypia. Uznałem, że jedyne, co możemy zrobić, to kontynuować – tłumaczył potem Larsen.
Agnieszka Kołek pokazuje zdjęcia w PowerPoincie i mówi o znaczeniu wolności słowa. Niewielu uczestników seminarium zdaje się jej słuchać. Większość patrzy w swoje telefony komórkowe i wysyła wiadomości do bliskich. Są uwięzieni w miejscu przestępstwa – policja blokuje teren wokół centrum Krudttønden. François Zimeray naciska ikonkę Twittera w komórce. „Still alive in the room – pisze na oficjalnym Twitterowym koncie ambasady @francedk. – Żyję, jestem w sali wykładowej”.
W końcu przyjeżdża autobus ewakuacyjny, który zabiera uczestników seminarium. Zostają zawiezieni na posterunek policji w Bellahøj. Czekają tam na nich pizza, kawa, psycholog oraz przesłuchanie.
Lars Vilks nie zostaje zawieziony na komisariat autobusem. Mknie przez Kopenhagę w konwoju. Trzy samochody policyjne z migającymi światłami i wyjącymi syrenami. Szybkie tempo. Inne samochody muszą ustąpić im miejsca.
W samochodzie nikt się nie odzywa. To niedobry moment, żeby pytać o coś policjantów, myśli Vilks. Nadal nie wie, że zamachowiec zastrzelił człowieka. Mimo to ogarnia go smutek. Seminarium na temat wolności słowa skończyło się strzelaniną i policyjnymi syrenami – to smutne, myśli. Nie dane mu było wygłosić wykładu o prześladowanej kubańskiej artystce Tani Bruguera.
Smutek przynosi też ulgę. Przez wiele lat Vilks słuchał i czytał o różnych ludziach w Szwecji, którzy podważali sens zapewniania mu tak poważnej ochrony policyjnej. Czy to naprawdę konieczne, żeby wydawać miliony koron na całodobowe zapewnianie bezpieczeństwa artyście? Czy groźby wiszące nad nim nie są trochę rozdmuchane?
Teraz, myśli wśród wycia syren Lars Vilks, mam z głowy ten rodzaj oskarżeń.

Tymczasem zaledwie kilometr od posterunku policji w Bellahøj, w kafejce internetowej Powerplay przed ekranem komputera siedzi Omar el-Hussein. Minęło sześć godzin, odkąd zamordował Finna Nørgaarda. Teraz przygotowuje następny atak. Szuka w internecie informacji o duńskim polityku Mogensie Camrem, znanym z niechęci do islamu i ostrych wypowiedzi.
Przez wiele lat Mogens Camre był socjaldemokratą. W roku 1999 zmienił partię na nacjonalistyczną i antymuzułmańską Duńską Partię Ludową (Dansk Folkeparti). „Przekonanie o istnieniu rozsądnych muzułmanów, którzy wspierają demokrację i prawa człowieka, jest iluzją” – twierdzi. Nazywa muzułmanów piątą kolumną, z którą należy się uporać tak, jak to zrobiono z Hitlerem.
Poczytawszy o Mogensie Camrem, El-Hussein wpisuje w wyszukiwarkę nowe słowo: „Synagoga”.
Ma dwadzieścia dwa lata, urodził się w Danii w rodzinie Palestyńczyków, którzy sami wychowali się w obozie dla uchodźców w Jordanii.
Był trudnym nastolatkiem. Kiedy miał dwanaście lat, jego wychowawca szkolny wezwał rodziców na rozmowę. Opowiedział o tym, jak Omar przeszkadza na lekcjach i jak trudno nad nim zapanować. Mama, biochemik z wykształcenia, pracująca jako laborantka, też uważała, że syn sprawia kłopoty. Za dobre rozwiązanie uznała przeprowadzenie się wraz z nim i jego młodszym bratem do Jordanii, żeby tam Omara „nauczyli rozsądku”. Po trzech latach wrócili do Danii, do dzielnicy Nørrebro w Kopenhadze. Chciała, żeby trzynastoletni już Omar uzyskał duńskie wykształcenie. Niedługo po przeprowadzce zaczął przestawać z ludźmi przestępczego gangu. Kradł samochody i włamywał się do mieszkań. Kilka razy uciekał z aresztu po tym, jak został ujęty przez policję.
Jednocześnie był obiecującym kickbokserem i rozpoczął naukę w liceum, w klasie o profilu humanistycznym. Dobrze mu szło w szkole. Jego dawni nauczyciele i koledzy z klasy, mówiąc o nim, używają słów „inteligentny”, „chętny do dyskusji” i „zdolny”. Ale są i tacy, którzy wspominają jego agresję, nieprzejednanie i nienawiść.
„Szczególnie interesował go konflikt palestyńsko-izraelski. Nie bał się mówić głośno o tym, że nienawidzi Żydów” – wspomina w duńskiej gazecie „Ekstra Bladet” Victor, jeden z kolegów szkolnych Omara.
Jako osiemnastolatek po raz pierwszy został skazany za przestępstwo z użyciem przemocy: pobił rówieśnika. Przerwał naukę w liceum, palił dużo haszyszu i popełniał coraz poważniejsze wykroczenia. Chodził po mieście uzbrojony w nóż, bagnet albo miecz i parokrotnie został skazany za złamanie zakazu posiadania broni.
W roku 2013 pod silnym wpływem narkotyków ugodził nożem mężczyznę, także rówieśnika, którego nigdy wcześniej nie spotkał. Zauważył go w lokalnym pociągu w Kopenhadze i opętany paranoją uznał, że to tamten go wcześniej zaatakował. Dwukrotnie mocno dźgnął mężczyznę: najpierw w udo, potem w pośladek. Ofiara uszła z życiem, ale rany mogły być śmiertelne.
W wieku dwudziestu jeden lat Omar el-Hussein został więc skazany na dwa lata więzienia, była to czwarta odsiadka w jego życiu.
Personel więzienia zauważył zmiany w zachowaniu El-Husseina. Kierownictwo zakładu penitencjarnego uznało, że więzień wykazuje oznaki ekstremizmu i radykalizacji, i w związku z tym skontaktowało się z duńskimi służbami specjalnymi PET, aby je ostrzec. Później PET poinformuje, że Omar el-Hussein „znajdował się na radarze służb specjalnych”, ale nie było powodu, by sądzić, że planuje atak terrorystyczny.
Został wypuszczony z więzienia dwa tygodnie przed seminarium Komitetu Larsa Vilksa. Na profilu na Facebooku zamieszczał filmiki propagandowe organizacji terrorystycznej Państwo Islamskie (ISIS) i zadeklarował lojalność względem jej przywódcy Abu Bakr al-Baghdadiego. (Nie podpisywał się wtedy nazwiskiem, ale pseudonimem „Abu Ramadan al-Muhajir”).
Siedem minut przed rozpoczęciem ataku na seminarium Komitetu Larsa Vilksa umieścił na swoim Facebooku wiadomość po arabsku:
Przyrzekam Abu Bakrowi wierność i posłuszeństwo w pomyślności i niepowodzeniu oraz że nie sprzeciwię się otrzymanym od niego rozkazom, chyba że chodziłoby o popełnienie świętokradztwa.
W Kopenhadze powtarza się ten sam schemat, który można było zobaczyć miesiąc wcześniej w Paryżu: Najpierw zamach na osoby broniące wolności słowa i krytyczne względem religii, potem atak na Żydów.
Poszukiwany przez wszystkich kopenhaskich policjantów Omar el-Hussein wychodzi z kawiarenki internetowej. Udaje się w stronę największej w mieście synagogi na ulicy Krystalgade. Pozbył się już karabinu maszynowego, jest uzbrojony w dwa pistolety.