W książce “Viva” Patrick Deville tworzy panoramę wyjątkowego wrzenia rewolucyjnego, które miało miejsce w Meksyku w latach trzydziestych XX wieku.


VivaW krótkich rozdziałach pełnych anegdot, faktów historycznych, spotkań i zbiegów okoliczności, Patrick Deville tworzy panoramę wyjątkowego wrzenia rewolucyjnego, które miało miejsce w Meksyku – przede wszystkim w kilku jego miastach (w stolicy, ale również w Tampico czy Cuernavace) – w latach trzydziestych XX w.

Dwie najważniejsze postacie tej opowieści to Trocki, dla którego Meksyk był kolejnym etapem jego wygnania i który w odpowiedzi na procesy moskiewskie zorganizował IV Międzynarodówkę, oraz Malcolm Lowry, którego oszałamiające „Pod wulkanem” wstrząsnęło światem literackim. Drugi podziwiał pierwszego: światowa rewolucja robiła na nim wrażenie. Ale Trocki był również wielkim pisarzem, który mógłby odmienić historię literatury, gdyby jego szeroko zakrojona misja nie została zahamowana.

W tej opowieści krzyżują się drogi Fridy Kahlo, Diego Rivery, Tina Modotti, zagadkowego B. Travena o niezliczonych wcieleniach, André Bretona czy Antonina Artaud tropiącego ślady plemienia Tarahumara. To rodzaj zachwycającego danse macabre, w którym duch prowadzi każdego do jego grobu. To dużo lepsze od rezygnowania ze swoich marzeń.

Patrick Deville (ur. 1957), pisarz francuski, studiował literaturę porównawczą i filozofię na Uniwersytecie Nantejskim. Wiele podróżował: w latach 80. mieszkał na Bliskim Wschodzie, w Nigerii i Algierii, a w następnej dekadzie odwiedził Kubę, Urugwaj i Amerykę Środkową. Debiutował w 1987 roku powieścią “Cordon-bleu”. “Dżuma i cholera” (2012) to jego jedenasta książka. Nominowana do wszystkich najważniejszych francuskich nagród literackich (Goncourt, Renaudot, Medicis, Décembre), została uhonorowana Prix Femina. Książki Deville’a były tłumaczone na dwanaście języków. W Polsce – nakładem Noir sur Blanc – wydane zostały również “Pura vida. Życie & śmierć Williama Walkera”, “Ekwatoria”, “Kampucza” oraz “Viva”.

Patrick Deville
Viva
Przekład: Jan Maria Kłoczowski
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Premiera: 29 sierpnia 2018
 
 

Viva


z Tampico do Mexico

Przy trapie rozładowanego już norweskiego tankowca „Ruth” banicie Trockiemu zwrócony zostaje pistolet automatyczny, skonfiskowany na początku podróży trzy tygodnie wcześniej. Były dowodzący jednej z największych armii świata chowa do kieszeni to, co zostało mu z niegdysiejszej siły ognia. Jest mężczyzną w sile wieku, lat pięćdziesiąt siedem, białe zmierzwione włosy, u boku żona Natalia Iwanowna Siedowa. Oboje są bladzi, mrużą w słońcu oczy przyzwyczajone do cienia w kabinie. Na fotografii widzimy Trockiego w białym kaszkiecie przypominającym nieco czapkę wojskową. Na nabrzeżu czeka już generał w mundurze, kilku żołnierzy i młoda kobieta z czarnymi włosami upiętymi w kok. Odprowadzają Trockich na dworzec kolejowy w Tampico.

W salonce wyłożonej boazerią siedzi ich teraz czworo. Troccy, generał Beltrán o surowym spojrzeniu i młoda kobieta w kolorowej indiańskiej chuście: jej czarne złączone brwi przypominają skrzydła kosa. „Hidalgo” to prywatny pociąg prezydenta Lazara Cardenasa. Znany malarz Diego Rivera namówił go, by przyznać wizę wygnańcowi i uratować mu życie. Jest rok 1937, a trzy lata wcześniej zbiry generała Somozy zamordowały Sandina w Managui. Wieść o tym dotarła do Francji z opóźnieniem. Trocki ukrywał się wtedy w Barbizon. W Nikaragui panowała dyktatura Somozy, we Włoszech faszyzm, w Rosji – stalinizm. W wojnie domowej w Hiszpanii republikanie wkrótce poniosą klęskę, zwycięstwo zaś przypadnie frankistom. Od dziesięciu lat Trocki jest przegranym, który wędruje po planecie. Z komina lokomotywy bucha para. Trocki znów jedzie pociągiem. Po raz pierwszy meksykańskim.
Widział kiedyś zdjęcia ludzi Pancha Villi siedzących na dachach wagonów: pasy z nabojami na piersi, wielkie sombrera. Czytał Insurgent Mexico Johna Reeda, młodego pisarza, późniejszego autora Dziesięciu dni, które wstrząsnęły światem i piewcy rewolucji rosyjskiej. Ma przed oczyma pociągi, którymi przemierzał Europę w latach wygnania. Widzi mknący przez śniegi własny pociąg pancerny z czerwoną gwiazdą, w czasach gdy sam był komisarzem ludowym spraw wojskowych i dowodził pięcioma milionami ludzi. Teraz jest tylko banitą i siedzi na ławce naprzeciwko młodej kobiety o czarnych włosach upiętych grzebieniami z masy perłowej i wstążkami, a ten wielobarwny ptak przypomina mu już być może Larisę Reisner, poznaną blisko dwadzieścia lat wcześniej podczas zwycięskiego ataku Armii Czerwonej na Kazań.
Frida Kahlo wpatruje się w ukryte za okrągłymi szkłami okularów niebieskie oczy banity i uśmiecha się doń. Nie ma jeszcze trzydziestu lat. Jej mąż Diego Rivera znany jest na całym świecie, ale ten tu zyskał jeszcze większą sławę. Przełamał Historię na pół. Pociąg jedzie wzdłuż rzeki Pánuco, mija laguny u wyjazdu z miasta. Tempo wolniutkie. „Hidalgo” nie ma tej mocy co pociąg pancerny, w którym Trocki mieszkał przez dwa lata, przemieszczając się z frontu na front, od Moskwy po Krym, i zmuszając do odwrotu białych Wrangla. W miarę jak linia kolejowa wznosi się na wzgórza, oddalając się od tropikalnych brzegów Tampico i zielonego Morza Karaibskiego, nieznany pejzaż usycha. Zakurzone uliczki w mijanych miasteczkach, drewniane domki, jakieś sklepiki, rzeka, na niej barki wypełnione towarem, stada krów. Kilka godzin w zamkniętym wagonie wyłożonym boazerią, każdy zatopiony w swoich myślach. Niedawno, w Norwegii, Trocki i Natalia Iwanowna ledwo uszli śmierci. Boją się, że zostaną wyrzuceni za burtę, a potem ktoś upozoruje ich samobójstwo. Nie mają pojęcia, co ich czeka.
Gdyby tylko mógł pozostać anonimowy, Trocki wysiadłby na jednym z tych małych dworców, które podobałyby się Tołstojowi, i wmieszał się w tłum Indian i peonów. Wie, jak prowadzić gospodarstwo, zna zapach siana, słyszał, jak skrzypią koła wozu, widział czerwony horyzont nad łąkami. Czytać książki i uprawiać ogród. Kilka razy musiał się mocno wysilać, aby przezwyciężywszy pokusę odpoczynku i książek, wrócić do miasta i szalejącej Historii. Aby po Rewolucji, tak, po światowym zwycięstwie Rewolucji, wysiadać z pociągu, czytać i pisać, polować i łowić ryby, jak za każdym razem, gdy przegrywał. Partia szachów na bagnach wokół Ałma Aty podczas zesłania do Kazachstanu po zwycięstwie Stalina, a potem poranne połowy wokół tureckiej wyspy Prinkipo, gdy Stalin wygnał go do Stambułu.

Pociąg sunie ku wulkanom i płaskowyżom, mija suche zarośla, biedne ziemie, na których widok ojciec Trockiego wzruszyłby ramionami i splunął pod nogi. Stary Bronsztejn, chłop gospodarujący na żyznych ziemiach Ukrainy, zmarł na tyfus piętnaście lat wcześniej. Ten, który wychowywał się w lepiance krytej słomą, jest młodym człowiekiem, nazbyt zdolnym, by pomagać ojcu. Uczy się dobrze i jako pierwszy z rodzeństwa porzuca wiejskie życie, aby wcisnąć się w wąskie ramy numerus clausus narzuconego żydowskim studentom przez cara. Młody Lejba Dawidowicz Bronsztejn kieruje się rozumem i nie ufa emocjom. Kiedyś będzie pisarzem, ale teraz czas na studia i działalność polityczną w stoczniach odeskich. Trocki redaguje broszury, przemawia do robotników w wieku jego ojca, odkrywa potęgę słowa i naturalną charyzmę, wie, jak oddziaływać na umysły stoczniowców i Aleksandry Lwowny.
Odkrywa również więzienie, w celi uczy się języków i na koszt cara i jego przybocznych wykuwa swój światopogląd. W wieku dwudziestu lat zostaje zesłany na Syberię, pociąg, las, chata, lektury, ślub z piękną Aleksandrą Lwowną, która mu towarzyszy i rodzi dwie córki – Ninę i Zinę. Trocki będzie na tyle odważny, by rozstać się z nimi i uciekać samotnie, Rewolucja bowiem – niczym zagniewany bóg z Biblii – każe mu porzucić żonę i dzieci w heroicznym i brutalnym porywie, jaki znamy z żywotów świętych i proroków. To początek zmian tożsamości.
Lejba Dawidowicz Bronsztejn, do końca życia zwany przez przyjaciół LD lub Staruszkiem, korzysta z fałszywego paszportu na nazwisko Trocki, pod którym wejdzie do Historii. W przebraniu dostaje się furmanką do Irkucka, a stąd dalej na Zachód – Koleją Transsyberyjską. Uciekając, dociera do Austrii, a potem do Zurychu i Paryża, gdzie spotyka Natalię Iwanownę, świeżo upieczoną absolwentkę botaniki w Genewie. To właśnie ona kilkadziesiąt lat później siedzi obok Trockiego w pociągu „Hidalgo” prezydenta Cardenasa i śpi, opierając głowę na ramieniu męża. Ten również drzemie, zerkając od czasu do czasu na generała Beltrana i tajemniczą meksykańską kobietę o czarnych brwiach i czerwonych wargach, z kosem na czole.
Pociąg zwalnia na kolejnych wzniesieniach, ciągnie swoje wagony ku dwóm tysiącom metrów Mexico City, a styczniowe niebo, na którym krążą sępniki o wielkich czarnych skrzydłach, staje się coraz jaśniejsze i złote. Po tych trzech tygodniach na morzu Trocki czuje się nieco zagubiony. Mamy więc rok 1905 i czerwony Chrystus rozpościera skrzydła nad Sankt Petersburgiem, wzywa do siebie apostołów i męczenników. Biedacy umierają w styczniowym śniegu przed Pałacem Zimowym. Spośród tych wszystkich, za których głowę wyznaczono nagrodę, tylko Trocki wraca do Rosji tuż po wybuchu zamieszek, posługując się tym razem szlacheckim nazwiskiem Wikientjew. Wygląda i zachowuje się jak obywatel ziemski. Ogłoszono stan wyjątkowy. Staje na czele koła rewolucyjnego, a jego wzorem jest rewolucja francuska. Na trybunie cytuje Dantona: „Organizacja, raz jeszcze organizacja!”. A już niebawem chaos, ucieczka w panice, porażka, twierdza Pietropawłowska, dziesięć miesięcy aresztu śledczego, proces i znowu Syberia, pociąg. Stoi na peronie w szarej bluzie aresztanta. Carska policja pozwoliła mu zachować europejskie obuwie – karygodna amatorszczyzna: w podeszwie fałszywy paszport, a w wysokich obcasach złote monety, zupełnie jak w powieści Dumasa.
Aresztanci dowiadują się, że trafią do wsi Obdorskoje za kręgiem polarnym. Na etapie w Bieriezowie Trocki symuluje rwę kulszową. W oczekiwaniu na następny konwój zostaje w szpitalu. Przekupuje strażnika i pielęgniarza, opłaca sanie i przewodnika, kupuje futro i ucieka na Ural. W autobiografii Moje życie opowie o tym słowami, jakie moglibyśmy wyczytać u Jacka Londona: „Sanie sunęły równo i bez szmeru, jak łódź po lustrzanej powierzchni stawu. W gęstniejącym zmroku las wydawał się jeszcze ogromniejszy. Drogi nie widziałem zupełnie, ruchu sanek prawie nie odczuwałem. Zaczarowane drzewa szybko pędziły na nas, krzaki uciekały w bok, stare pnie, pokryte śniegiem, obok wysmukłych brzózek, przelatywały obok nas. Zdawało się, że wszystko jest pełne tajemnic. Czu-czu-czu-czu… – słychać było szybki i równomierny oddech renów w ciszy nocy leśnej”[1].
Uciekinier przekracza Ural, kieruje się na północ, przez Finlandię dociera do Berlina, zatrzymuje się na dłużej w Wiedniu. Ma dwadzieścia osiem lat, z których trzy spędził w areszcie i dwa na zesłaniu. Wszyscy rewolucjoniści znają już jego nazwisko i słyszeli o jego odwadze. Zostaje dziennikarzem, krytykiem literackim, spotyka Jaurèsa, składa hołd Tołstojowi na osiemdziesięciolecie urodzin i czyta Freuda, wyjeżdża na Bałkany, skąd wraca z reportażem. Po zamachu w Sarajewie trafia do Szwajcarii i ponownie do Paryża, pod numer 28 przy rue d’Odessa na Montparnassie, gdzie w grudniu 1914 roku dowie się o triumfalnym wkroczeniu Emiliana Zapaty i Francisca Villi do Mexico City. Rewolucja meksykańska wyprzedza rosyjską.

Dwóch żandarmów odstawia go pociągiem do Irunu i oddaje w ręce policji hiszpańskiej. Trwa bitwa pod Verdun i Francja wydala Trockiego. Nie wiadomo za bardzo, co z nim zrobić; zostaje przerzucony do Kadyksu, a potem do Madrytu. Można by go odesłać carowi. Zamiast tego przewożą go pociągiem do Barcelony, skąd 25 grudnia 1916 roku parowcem „Montserrat” odpływa pod przymusem do Nowego Jorku. Jest zima, więc aż do Gibraltaru morze daje się wszystkim we znaki. Podczas przechadzek po spłukanym deszczem pokładzie Trocki spotyka niezbyt dysponowanego wielkoluda w pelerynie, „pewnego boksera, zarazem pisarza beletrystę i kuzyna Oscara Wilde’a”. To Arthur Cravan, poeta o najkrótszych włosach świata, jak mówił o nim Blaise Cendrars. W Barcelonie Cravan runął na deski w szóstej rundzie, po nokautującym ciosie mistrza świata Jacka Johnsona. Ma przed sobą cały rejs na to, by dochodzić do siebie i nacierać się pomadą. Je kolację z Trockim i opowiada mu o swoich potajemnych podróżach anarchisty.
Trocki drzemie. Pociąg zbliża się do Mexico City. Generał Beltrán wkłada kaszkiet, wygładza mundur, zapina pas. W półśnie przelatują przez głowę Trockiego zdania być może gdzieś już przeczytane lub zapisane przez niego samego: „Przenosimy się zatem stale z miejsca na miejsce i Moskwa, Kronsztad, Twer, Sankt Petersburg, Ufa, Jekaterynosław, Ługańsk, Rostów, Tyflis, Baku, w których kolejno składamy wizyty, pozostawały zastraszone, wstrząśnięte, po części w gruzach, pogrążone w głębokiej żałobie. Stan naszych umysłów budził grozę, wiedliśmy straszne życie. Byliśmy tropieni, ścigani, osaczani. Nasze rysopisy rozlepiono we wszystkich miejscach publicznych. Wyznaczono nagrody za nasze głowy”[2].
To nie Trocki napisał te zdania. Ich autorem jest szwajcarski pisarz, przyjaciel Cravana, rozmawiali o nim na statku, żył jakiś czas w Rosji, a teraz wstąpił do Legii Cudzoziemskiej, publikował pod pseudonimem Blaise Cendrars, był tłumaczony na rosyjski przez Victora Serge’a, przyjaciela Trockiego z Lewicowej Opozycji. O tych powiązaniach gadali z Cravanem na pokładzie „Montserratu”. Pociąg zbliża się do przedmieść. Trocki zastanawia się, gdzie podziewa się teraz Victor Serge. Pewnego dnia spotkają się ponownie.

W Nowym Jorku dziennikarze czekają w porcie na Cravana, wielkoluda z rozciętym łukiem brwiowym i w pelerynie. To nie byle co – stoczyć walkę o tytuł mistrza świata w boksie, choćby i przegraną. Pozostali czekają na Trockiego. To nie byle co – założyć koło rewolucyjne w Sankt Petersburgu, nawet jeśli się przegrało. Cravan wita się ze znajomymi poetami awangardowymi, niebawem spotka swoją wielką miłość, Minę Loy. Rok później zniknie na zawsze w ogarniętym rewolucją Meksyku. Trocki wymienia uścisk dłoni z wygnańcem Bucharinem, wynajmuje pokój na Bronksie, wraca do zawodu dziennikarza, lektur w bibliotece i wykładów, publikuje długie tyrady w „The Class Struggle”.
I za kilka miesięcy mamy już rok siedemnasty.
Stany Zjednoczone przystępują do wojny, a ich wojska lądują w Saint-Nazaire. W Rosji wybucha rewolucja. Trocki opuszcza Nowy Jork, pod koniec marca wsiada na norweski statek „Christianafjord”. Na postoju w Kanadzie zostaje aresztowany przez Anglików, trafia do więzienia, dwa miesiące później jest wolny. Drogą morską dociera do Finlandii, wskakuje do pociągu. Wielka czarna lokomotywa mknie przez śniegi. Po pierwszej zesłańczej podróży dokoła świata znowu staje na czele sowietu w Piotrogrodzie. Tym razem on i Lenin nie dopuszczą do rozróby. Jest wielki Październik. Trocki staje na czele Komitetu Wojskowo-Rewolucyjnego. To jest tych dziesięć dni, o których epopeję napisze John Reed, stając się ich Tukidydesem. Trocki spotyka Fiodora Raskolnikowa i Larisę Reisner. Razem zdobędą Kazań.

Trocki ma trzydzieści osiem lat, rzuca palenie, tworzy Armię Czerwoną, negocjuje warunki pokojowe w Brześciu Litewskim i przygotowuje rewolucję w Niemczech, pisze do Karla Liebknechta i Róży Luksemburg, gdyż jest przekonany – jak wielu innych, w tym anarchista Ret Marut w Monachium, który w Tampico zostanie Travenem – że przyszłość Rewolucji to Niemcy. Jakiż to Nostradamus przepowiedział rok wcześniej tak szybkie zwycięstwo Leninowi, który w Zurychu grywał w szachy w kawiarniach, i Trockiemu przebywającemu na wygnaniu w Hiszpanii? Pociąg zwalnia i zatrzymuje się przy peronie. Drzemka trwająca od Tampico do Mexico, od Atlantyku po wulkany, wystarczyła na tyle, by przypomnieć sobie tylko pierwszą połowę życia, wstępną i chwalebną, od Odessy po Kazań. Aby sięgnąć pamięcią do drugiej, trzeba by znowu ruszyć pociągiem z Mexico City do Acapulco nad Pacyfikiem, za pasmem wulkanów, a potem zejść na pomost i dotrzeć do zerowego poziomu morza i wygnania.
Przed dworcem tłum otacza banitę i Natalię Siedową. Fotoreporterzy wyciągają swoje lampy magnezjowe. Ludzie generała Beltrana zapewniają bezpieczeństwo. Czarne samochody o dużych, szerokich kołach suną w konwoju przez Mexico City i kierują się do miasteczka Coyoacán. Meksykańska kobieta o czarnych brwiach, z kosem na czole, milcząca, piękna jak Larisa Reisner, siedzi obok Trockiego i Natalii. Otwiera im drzwi. Przechodzą przez zielony, pełen słońca, otoczony wysokim murem ogród. To będzie ich pierwszy adres w Meksyku. Później, po zabójstwie Trockiego, Natalia Iwanowna opowie Victorowi Serge’owi o szczęściu tego dnia, o pierwszych obrazkach z Meksyku po dalekiej Norwegii: „Niski niebieski domek, patio pełne roślin, chłodne pokoje, kolekcja sztuki prekolumbijskiej, wszędzie wokół obrazy”.