“Ostatni obraz Sary de Vos” to rozgrywająca się na trzech kontynentach, obejmująca trzy epoki opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, sztuce i walce z dyskryminacją kobiet w świecie przez lata zdominowanym przez mężczyzn.


Ostatni obraz Sary de VosSiedemnastowieczny Amsterdam, koniec lat pięćdziesiątych w Nowym Jorku i rok 2000 w Sydney. Dominic Smith wykorzystuje w powieści te trzy różne perspektywy czasu i miejsca, by opowiedzieć przeplatające się historie, powiązane ze sobą jednym obrazem. Dzieło “Na skraju lasu” namalowane przez holenderską artystkę Sarę de Vos jest ilustracją utraty i żałoby, utrwalonym na płótnie stanem jej duszy, a jednocześnie protestem przeciwko zasadom stworzonym przez holenderskie gildie zrzeszające artystów.

Smith opowiada jednocześnie historię Sary i jej obrazu, który w roku 1957 w Nowym Jorku stał się przedmiotem kradzieży i fałszerstwa. To druga część historii, opowiadająca o złożonej i niespodziewanej relacji, jaka wytworzyła się między właścicielem obrazu i fałszerzem.

Gdy bogaty prawnik Marty de Groot, posiadacz kolekcji starych holenderskich obrazów utraci jedno ze swych płócien, zrobi coś, czego będzie żałował przez czterdzieści lat. W tym samym czasie młoda studentka historii sztuki, Ellie Shipley, namaluje jedyny w swoim życiu obraz, angażując się w fałszerstwo, i to zmieni jej życie na zawsze. Ścieżki Marty’ego i Ellie skrzyżują się ponownie w Sydney, a ich spotkanie po latach – gdy wreszcie padną słowa prawdy – stanie się okazją do sporządzenia rachunku sumienia, wyrzucenia z siebie zaszłych uraz i, wreszcie, do wybaczenia.

Postać Sary de Vos i jej obraz jest osią, która posłużyła autorowi do zbudowania wielowarstwowej precyzyjnej fabuły. Bohaterka jest postacią fikcyjną, została stworzona przez Dominica Smitha na podstawie fragmentów życiorysów holenderskich kobiet-malarek, tworzących w słynnym okresie “holenderskiego złotego wieku”, lekceważonych przez gildie malarzy zdominowane przez mężczyzn. Sara, pod wpływem tragicznych wydarzeń, które dotknęły jej rodzinę, tworzy dzieło będące wyzwaniem dla zasad narzucanych przez władze malarskiego cechu, co wyrzuca ją poza margines oficjalnego obiegu sztuki. Pozbawiona źródeł dochodu, zmuszona do spłacania grzywien na rzecz gildii, borykająca się z tragicznymi wspomnieniami, znajduje w końcu bezpieczną przystań z dala od pazernych władz związku artystów. Tam powstaje też jej ostatni obraz – podsumowanie życiowych doświadczeń, bólu i radości, wspomnień i marzeń o spokojnej przyszłości.

Eleanor Shipley, która po latach powróciła do kraju urodzenia, w roku 2000 ma dobrą pracę na Uniwersytecie w Sydney, a za sobą bogatą karierę historyka sztuki i renomę znawcy malarstwa holenderskiego. Jest jednak coś, co łączy ją z Sarą de Vos sprzed trzystu lat. To obraz, który Ellie sfałszowała w czasach studenckich i lata frustracji spowodowane dominacją mężczyzn w naukowym świecie historyków sztuki. Jej pionierska rozprawa doktorska na temat znaczenia holenderskich malarek długo była odrzucana przez męskie gremia, a droga do prestiżowych stanowisk była dla niej zamknięta. Trzeba było wielu lat – podobnie jak w przypadku Sary, by Ellie dotarła do punktu zawodowego spełnienia i pozbyła się bolesnych wspomnień z przeszłości.

Dominic Smith zastosował w powieści zróżnicowane środki wyrazu – w części dotyczącej życia Sary dominuje aura melancholii i mroku, oddając ciężar życia przeciętnych mieszkańców Holandii, ubogich artystów i wyrzutków. Część nowojorska powieści to radosny obraz szalonych lat pięćdziesiątych, klubów jazzowych i przepełnionych barów na Manhattanie, dobroczynnych kolacji i bezstresowego życia bogatej klasy średniej, dla której kolekcjonowanie dzieł malarskich jest sprawą prestiżu. Na drugim biegunie zaś mamy biednych studentów, artystów i rzesze pracowników najemnych, borykających się z codziennymi problemami, ale nie pozbawionych chwil radości.

Sekwencjom w Sydney, które w powieści stało się areną konfrontacji powieściowych postaci, znajdujących się już u kresu drogi życiowej, dokonujących podsumowań, rachunku sumienia i pławiących się w żalu za zmarnowanymi latami – Smith nadaje poczucie nostalgii, uspokojenia i powolności, znakomicie rysując tło dla finałowego spotkania bohaterów.

“Ostatni obraz Sary de Vos” to elegancko opowiedziana historia z płynnym przejściem między trzema narracjami i z intrygującą zagadką.

“Ostatni obraz Sary de Vos” to elegancko opowiedziana historia z płynnym przejściem między trzema narracjami i z intrygującą zagadką, stopniowo odsłanianą przez autora – co tak naprawdę wydarzyło się w Nowym Jorku, dlaczego i dla kogo została wykonana kopia obrazu i jakie reperkusje będzie miało fałszerstwo z 1957 roku dla wydarzeń we współczesnej Australii? Smith opisując perypetie powieściowych postaci porusza odwieczny problem dyskryminacji ze względu na płeć i pokazuje kobiety nie bojące się stanąć do walki z obowiązującymi zasadami. Jeśli dodać do tego żywy język, bohaterów z krwi i kości, realistyczne opisy ich emocji, dużo faktów z historii sztuki, a także sporo wiedzy o starych technikach malarskich – otrzymujemy wciągającą historię, nie tylko dla miłośników malarstwa i zagadek z przeszłości. Robert Wiśniewski

Dominic Smith, Ostatni obraz Sary de Vos, Przekład: Katarzyna Karłowska, seria: Salamandra, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 4 wrzesnia 2018
 
 

Ostatni obraz Sary de Vos

Dominic Smith
Ostatni obraz Sary de Vos
Przekład: Katarzyna Karłowska
seria: Salamandra
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 4 wrzesnia 2018
 

Nota od autora

Holenderscy artyści w XVII wieku zrzeszali się w gildiach Świętego Łukasza, które zarządzały całą ich działalnością zawodową, decydując także o tym, komu wolno sygnować i datować swoje obrazy. Do gildii należeli między innymi Rembrandt, Vermeer, Frans Hals i Jan van Goyen. Z historycznych zapisków wynika również, że w owym stuleciu w poczet członków przyjęto aż dwadzieścia pięć kobiet. Zachowało się niewiele ich dzieł, znane są także przypadki błędnych atrybucji — na przykład obrazy autorstwa Judith Leyster przez ponad sto lat przypisywano Fransowi Halsowi.
Dokumenty milczą na temat Sary van Baalbergen, pierwszej kobiety przyjętej do haarlemskiej Gildii Świętego Łukasza — w 1631 roku, dwa lata przed Judith Leyster. Losy jej dzieł są nieznane.
Niniejsza powieść to dzieło fikcji, wykorzystujące takie historyczne białe plamy jako pożywkę dla wyobraźni. Dla dobra fabuły autor połączył w niej szczegóły z biografii kilku kobiet żyjących w holenderskim złotym wieku.

Sara de Vos (1607–?, Holandia)
Na skraju lasu, 1636

olej na płótnie, 76 x 61 cm

Krajobraz zimowy o zmierzchu. Na pierwszym planie stoi oparta o brzozę dziewczyna; przyciska bladą dłoń do pnia i przygląda się wieśniakom, którzy jeżdżą na łyżwach po skutej lodem rzece. Łyżwiarzy jest kilku; są grubo ubrani dla ochrony przed zimnem, przypominają brązowo-żółte skrawki sukna unoszące się nad lodową taflą. Obok chłopca wykonującego szeroki zakręt drepcze rudy, pręgowany pies. Chłopiec unosi dłoń w rękawiczce; przywołuje dziewczynę: chodź do nas. Wzdłuż wysokiego brzegu w smugach dymu i blasku bijącym od palenisk przysypia wioska, jakby rumieniąca się na tle cynowego nieba. Horyzont przecina pojedynczy pas dziennego światła, jest też łąka rozjaśniona prześwitem w chmurach, a potem znienacka dostrzegamy bose stopy dziewczyny na śniegu. Na konarze tuż obok niej przysiadł kraczący kruk, upierzony na fioletowo, lekko opalizujący. Dziewczyna w jednym ręku trzyma postrzępioną czarną wstążkę, przeplecioną między szczupłymi palcami; widać rozdarcie przy rąbku sukni wystającej spod długiego, szarego szala. Twarz dziewczyny przedstawiona jest z profilu; jej ciemne, potargane włosy sięgają ramion. Patrzy na coś w oddali — tylko co ją właściwie zatrzymało w tym miejscu? Strach czy też dziwaczna poświata schyłku zimowego dnia? Tak jakby nie mogła albo nie chciała podejść do brzegu zamarzniętej rzeki. Po śladach jej stóp na śniegu można się cofać do lasu, gdzieś poza ramę. Jakimś sposobem wstąpiła w tę scenerię zza obrazu, z naszego, a nie swojego świata.

CZĘŚĆ
Pierwsza

Upper East Side, Manhattan

listopad 1957

Obraz skradli mu w tym samym tygodniu, w którym Rosjanie wysłali psa w kosmos. Buchnęli płótno ot tak ze ściany, znad wezgłowia małżeńskiego łoża, podczas kolacji charytatywnej na rzecz sierot. Tak właśnie Marty de Groot będzie opowiadał całą historię przez kolejne lata, w takim kształcie będzie nią raczył partnerów ze swojej kancelarii prawniczej i takimi słowami będzie nadawał jej komediowy żywot, dowcipkując sobie na proszonych kolacjach i przy drinkach w klubie miłośników gry w racqueta. My tu sobie w najlepsze maczamy krewetki w sosie koktajlowym, korzystając z najlepszej porcelany Rachel na tarasie, bo jak na początek listopada jest wyjątkowo ciepło, no rozumiecie, a tymczasem dwóch zbirów — albo powiedzmy dwóch podstawionych ludzi udających, że są z obsługi przyjęcia — podmienia prawdziwy obraz na jego kunsztowną fałszywkę. Z tej ostatniej frazy Marty de Groot będzie dumny szczególnie — „kunsztowna fałszywka”. Będzie ją stosował na użytek znajomych, agentów firmy ubezpieczeniowej i prywatnego detektywa, ponieważ owa fraza zawiązuje akcję, sugeruje, że ktoś wyjątkowo utalentowany, wręcz arcymózg jakiś, cierpliwie spiskował przeciwko niemu dokładnie tak jak ci Rosjanie, którzy konspirowali przez te wszystkie lata w celu skolonizowania stratosfery. Fraza pomoże też ukryć fakt, że Marty dopiero po iluś miesiącach się zorientował, że na jego ścianie wisi wyjątkowej urody falsyfikat.
Jest natomiast pewna rzecz, którą zasadniczo będzie pomijał, a mianowicie to, że Na skraju lasu, własność jego rodziny od ponad trzech stuleci, przekazał mu ojciec tuż przed śmiercią. Nie będzie też wspominał, że to jedyne zachowane dzieło Sary de Vos, pierwszej kobiety przyjętej — w 1631 roku — do jednej z holenderskich gildii Świętego Łukasza. No i zdecydowanie nie miałby komu wyznać, że lubił się wpatrywać w twarz dziewczyny, bladą i tajemniczą, podczas powolnego, kontemplacyjnego aktu miłosnego z żoną, od lat pogrążoną w melancholii po drugim poronieniu. Nie, to akurat zatrzyma dla siebie, niczym skrywaną przed innymi wiarę w jakiegoś kapryśnego boga. Jest wprawdzie agnostykiem, ale za to podatnym na agresję dzikich przesądów. Ot taki wygibas osobowości, którego raczej stara się nie ujawniać. W każdym razie z czasem zacznie podejrzewać, że to dzięki zniknięciu obrazu Rachel wyszła wreszcie z długotrwałej depresji, a on został wreszcie partnerem w kancelarii. I że być może ten przeklęty obraz tłumaczy trzysta lat podagry, reumatyzmu, zawałów, okresowej niepłodności i udarów w dziejach jego rodu. Gdziekolwiek wisiał — w Londynie, Amsterdamie czy Nowym Jorku — wszyscy poprzedni właściciele nie dożywali sześćdziesiątki.

Z tym WYNAJMIJ BITNIKA! to taki pomysł, dzięki któremu Rachel próbuje wrócić do świata żywych. Znudzona już samą perspektywą podejmowania lekko podchmielonych rzeczników patentowych ubranych w koszule z francuskimi mankietami i ich rozmów o nieruchomościach i rejsach jachtowych w Nantucket, przypomniała sobie reklamę, którą swego czasu wycięła z czasopisma dla absolwentów jakiejś uczelni, i teraz wygrzebała ją z kasetki na przepisy kulinarne. „Dodaj smaczku swojemu przyjęciu w Tuxedo Park… WYNAJMIJ BITNIKA! Z kompletnym wyposażeniem: broda, ciemne okulary, stara wojskowa kurtka, levisy, postrzępiona koszula, trampki albo sandały (opcjonalnie). Możliwe upusty za brak brody, schludność, buty albo świeżo przystrzyżone włosy. Dostępne także bitniczki”.
Skoro zamierzali co roku zbierać pieniądze na miejskie sieroty — nawet dla niej brzmiało to dickensowsko — no to czemu nie wpuścić miasta, nie wprowadzić odrobiny werwy i polotu rodem z Lower East Side i Greenwich Village? Kiedy zadzwoniła na numer podany w ogłoszeniu, odpowiedziała jej kobieta o nosowym głosie, prawdopodobnie czytająca jakiś gotowy tekst. Jednostajnym tonem zapewniła, że za zryczałtowaną opłatę wynoszącą 250 dolarów w wyznaczonym czasie mogą się stawić dwaj artyści, dwaj poeci i dwaj intelektualiści. Rachel oczyma duszy zobaczyła suterenę w Queens, gdzie pod jarzeniówkami siedzą rozwódki w słuchawkach na uszach, z daleka przypominające rządek fiołków afrykańskich. Wyobraziła sobie stadko bezrobotnych aktorów nadciągających z Hoboken z jej adresem zapisanym na reklamowych zapałkach. Kobieta zapytała: „A ilu bitników chciałaby pani zatrudnić?” oraz „Kobiety woli pani w meksykańskich szalach czy w bolerkach?”. Do końca rozmowy Rachel miała już dla nich wybraną całą garderobę, łącznie z balerinkami, beretami, okularami przeciwsłonecznymi i srebrnymi kolczykami. Działo się to kilka tygodni wcześniej, a teraz — w dniu przyjęcia — zastanawia się, czy pomysł nie jest aby w złym guście. Tu rosyjski pies krąży po orbicie okołoziemskiej, a ona boi się, że jej niewinny żarcik zostanie osądzony jako frywolny i niepatriotyczny. Zastanawia się nad tym przez cały poranek, niezdolna powiedzieć Marty’emu, że punktualnie o dziewiątej, podczas pokolacyjnych koktajli, pojawi się u nich grupka przedstawicieli cyganerii.

Marty też zaplanował jakąś tam rozrywkę, skromny pokaz na użytek gości i kolegów z pracy. Trzyma rzecz w tajemnicy, gdy tymczasem Rachel uwija się wśród ludzi z ekipy obsługującej przyjęcie. O piątej po wszystkich trzech kondygnacjach przedwojennego penthouse’u rozchodzi się zapach lilii i chleba, gwałtownie wybudzając jego zmysły. Staje przy dwuskrzydłowych, przeszklonych drzwiach, starając się nie wchodzić w drogę, i patrzy na wnętrza ozłocone światłem późnego popołudnia. Przelotnie nachodzi go uczucie nostalgii i satysfakcji, gdy zmierzch przelewa się przez przestrzeń. O tej porze dnia i roku wszystko wydaje się niesamowicie materialne i rzeczywiste, każdy przedmiot wprost jarzy się znaczeniem. W okresie dorastania uważał, że ten pokój jest niegościnny i muzealny. Wykładane drewnem, zszarzałe o zmierzchu wnętrza w tle siedemnastowiecznych holenderskich portretów przytłaczały, orientalne szkatułki z laki sprawiały wrażenie zimnych i wyniosłych, ale teraz te rzeczy należą już do niego i nastrój mu się poprawia, kiedy tak patrzy na nie w tej godzinie tuż przed zapaleniem pierwszej lampy. Życie ujęte w czterech ścianach, przeobrażone w przedmioty. Kiedy zamyka oczy, czuje zapach oleju lnianego bijący od pejzaży morskich, a z kolei tureckie dywaniki modlitewne pachną nie wiedzieć czemu jak ciepłe sianko. Nalewa sobie whisky single malt na dwa palce i mości się na duńskiej leżance obitej skórą — Rachel nazywa tę leżankę jego tronem Hamleta. Carraway, dziesięcioletni beagle, nadbiega truchtem z głębi korytarza; ślizga się po parkiecie, pobrzękując metalową plakietką. Marty opuszcza jedną dłoń i pozwala psu ją polizać. I wtedy właśnie, przez otwarte drzwi do zabudowanej szafkami kuchni, zauważa Rachel uwijającą się wśród ludzi z obsługi w wykrochmalonych, białych fartuchach. Z pochyloną głową, machinalnie poprawiając naszyjnik z pereł, konferuje z nimi dyplomatycznie, jakby chodziło o kwestie bezpieczeństwa narodowego, a nie pilaw z dzikim łososiem. Przychodzi mu na myśl, że w szale przygotowań — do podróży, kolacji, przyjęcia — ona prezentuje się zawsze najlepiej. Ostatnio zdarzają się chwile cichego zmęczenia, które oboje ignorują.
Jest stale na granicy głośnego zaczerpnięcia oddechu i za każdym razem, gdy wchodzi do jakiegoś pomieszczenia, tak jakby musi najpierw przystanąć na korytarzu, żeby zebrać się w sobie niczym aktor wkraczający na scenę. Czasami, gdy Marty wraca późno z biura, zastaje ją śpiącą w salonie, przy pogaszonych światłach, tuż obok skulonego Carrawaya. Znajduje puste kieliszki od wina porozstawiane po całym domu, w bibliotece, obok łóżka, i rosyjskie powieści powtykane między poduszki albo porzucone na tarasie, gdzie blakną i dostają oślich uszu, w zależności od pogody.
Rachel podchwytuje jego spojrzenie. Marty drapie Carrawaya za uszami, zgięty wpół spogląda na nią z uśmiechem, a ona rusza w jego stronę. Te ostatnie pięć lat, stwierdza w duchu, popchnęło zegar o jakieś dwadzieścia lat do przodu. Skończył wiosną czterdziestkę, co było swoistym ukoronowaniem jego buksującej kariery oraz ich wspólnej niemożności sprowadzenia na ten świat dzieci. Przychodzi mu na myśl, że wszystko zaczął zbyt późno — studia prawnicze, pracę, próby powiększenia rodziny. Odziedziczył spory majątek i to zatrzymało go w miejscu, obezwładniło aż do trzydziestego roku życia. Po siedmiu latach albo idziesz w górę, albo wylatujesz, taką oto konwencjonalną mądrość wpajano aspirującym do statusu partnera w kancelarii, a jemu właśnie stuknął ten siódmy rok. Widzi to w spojrzeniu podchodzącej do niego Rachel — „Czemu tak długo czekaliśmy?”. Rachel jest młodsza od niego o osiem lat, ale brak jej wytrzymałości. Nie jest słaba, ale za to nieufna i łatwo ją zranić. Chwilowo zawieszony w czasie spodziewa się, że Rachel idzie do niego, bo chce go obdarzyć statecznym, żoninym pocałunkiem, jednym z tych przećwiczonych gestów, które sporadycznie wypruwa z fałd swojej depresji. A tymczasem ona ostrzega tylko, żeby uważał na swoje garniturowe spodnie, bo może oblepić je sierść. Przechodzi blisko, dlatego Marty czuje burgunda w jej oddechu i nagle zaczyna się zastanawiać, co też ci ludzie z obsługi o niej myślą, a potem gardzi sobą, że go to w ogóle obeszło. Przygląda jej się, jak zmierza w stronę sypialni i znika. A on wciąż siedzi w tym samym miejscu, aż w końcu wnętrze pęcznieje od mroku. Wstaje wtedy i udaje się na wędrówkę od pokoju do pokoju, by pozapalać kolejne lampy.