“Nigdy Nigdy”, powieść napisana przez Jurka Zielonkę, przynosi powiew świeżości w dziedzinie polskiej literatury młodzieżowej. Rodzinna tajemnica, egzotyczna Australia, jacht i próba zaadaptowania się do życia w nowym miejscu – to wszystko czeka na jej czytelników.


Nigdy NigdyCzy można nie cieszyć się z dwóch miesięcy wakacji w Australii? Można, jeśli ma się uzasadnione powody, tak jak Agata, główna bohaterka powieści „Nigdy Nigdy”. Nastolatka wraz z młodszą siostrą mają spędzić ten czas na odległym kontynencie w towarzystwie ojca, którego nie widziały od wielu lat. Młodsza, dziewięcioletnia Kamilka, zwana Milką, jest podekscytowana, co pozwala jej dobrze znosić perspektywę rozstania z opiekującą się dziewczynkami babcią, ale Agata czuje rozgoryczenie i złość na myśl o spotkaniu z człowiekiem, który, jak sądzi, doprowadził do rozpadu ich rodziny. Nie jest też szczęśliwa z powodu rozłąki ze swoim chłopakiem Kajtkiem i przyjaciółką Siwą, drażni ją fakt, że dorośli dokonali wszelkich ustaleń nie pytając jej o zgodę. Nie pomaga nawet fakt, że dla Agaty wyjazd do Australii będzie powrotem do kraju, gdzie spędziła pierwsze lata swego życia i zachowała wiele dobrych wspomnień z tamtego czasu. Dziewczyna już w dniu wyjazdu zaczyna odliczać dni do powrotu nawet nie przypuszczając, co tak naprawdę czeka ją i siostrę na miejscu.

Egzotyczna Australia w tle, to pierwszy element, który czyni powieść Jurka Zielonki wyjątkową na tle innych tytułów w dziedzinie polskiej literatury młodzieżowej. Autor, który spędził w kraju kangurów 25 lat, pracując jako licealny nauczyciel języka francuskiego, zdołał z powodzeniem wpleść całą galerię ciekawostek dotyczących życia na antypodach w fabułę powieści. Udało mu się to z wdziękiem i naturalnością, a także we właściwych proporcjach. Jego Australia wywołuje zaciekawienie, intryguje, pobudza wyobraźnię, ale nie ma w sobie nic z wyświechtanych symboli turystycznych. To kraj widziany z perspektywy młodej osoby zmuszonej w nim zamieszkać, skoncentrowanej na rodzinnych sprawach, ale jednocześnie odkrywającej na nowo znane sobie miejsca, budującej swój własny świat tak daleko od zostawionego za sobą domu w Polsce. Agata ma wiele do odkrycia, zmuszona będzie zweryfikować swoje wyobrażenia o dawno niewidzianym ojcu. W Australii skrywa się bowiem naprawdę zaskakująca rodzinna tajemnica, jakiej dziewczyna nawet nie przeczuwa. Stresu dostarczą też główniej bohaterce poczynania niebezpiecznego przestępcy, porywającego i mordującego w okolicy kilkuletnie dziewczynki. Czy Milka na pewno jest w Australii bezpieczna?

Jurek Zielonka pisze konkretnie i rzeczowo. I to wyróżnia go wśród autorów młodzieżowej prozy.

Jurek Zielonka o losach dziewcząt pisze konkretnie i rzeczowo. I to wyróżnia go wśród autorów młodzieżowej prozy. Żadnych przegadanych fragmentów, sentymentów, ckliwości. Do tego zaskakujące, dramatyczne, a jednocześnie logiczne i prawdopodobne zakończenie tej opowieści pokazujące, że autor nie tylko potrafi stworzyć precyzyjną i dobrze przemyślaną historię, ale też że traktuje młodego czytelnika najzupełniej poważnie. A wszystko to w wyjątkowej i wartej osobnego omówienia oprawie graficznej: tę powieść naprawdę znakomicie trzyma się w dłoniach ze względu na to, jak starannie została zaprojektowana. Nietypowy, jak na powieść, layout stron wewnętrznych z mocnymi graficznymi elementami, kolorowe wyróżnienia w bloku książki to dzieło Studia NEUS, natomiast okładkową ilustrację wykonała Izabela Dudzik. Rezultatem pracy wszystkich twórców jest książka znacząco odbiegająca od obecnych standardów, oczywiście na plus. Agnieszka Kantaruk

Jurek Zielonka, Nigdy Nigdy, Seria: Zmutowany toster, Wydawnictwo Poławiacze Pereł, Premiera: 10 października 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

 

Nigdy Nigdy

Jurek Zielonka
Nigdy Nigdy
Seria: Zmutowany toster
Wydawnictwo Poławiacze Pereł
Premiera: 10 października 2017
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

1.

Stoimy w milczeniu pod szkołą. Siwa, Kajtek i ja. To dziwne uczucie tak milczeć. Przez dwa tygodnie gadaliśmy jak najęci ciągle o jednym i tym samym, a tu nagle brakuje nam słów.
− Jak on mógł! – odzywam się w końcu. − Jakim prawem! Traktuje mnie jak rzecz!
− No cóż – mówi Siwa – trudno się dziwić. Wychował się w systemie patriarchalnym, więc myśli, że ma prawo. No ale….
− Ale co?
− To w końcu twój ojciec.
Fakt. To, że po raz ostatni widziałam go, gdy miałam sześć lat, i że od dawna nic już nas nie łączy, niczego nie zmienia. Mam ojca, choć w praktyce go nie mam. Mamy od roku też nie mam. Mieszkam z babcią i siostrą w bloku na wrocławskim Nowym Dworze. Ale… No tak, jaka ze mnie gapa! Przecież się nie przedstawiłam!
Na imię mi Agata. I szczerze − niezbyt lubię moje imię. Kiedyś zapytałam mamę, kto je dla mnie wybrał. „Jak to kto? Ja, oczywiście. Tylko ja mogłam wybrać ci tak piękne imię”. Potem dodała, że gdyby ojciec miał w tej kwestii coś do powiedzenia, pewnie nazwałby mnie jakimś żeglarskim terminem. Na przykład „Wanta” albo „Szekla”. Takie imię byłoby mniej banalne niż Agata, prawda? Mówiono by wtedy: „Czy ktoś widział Wantę Urbanik?” albo „Znowu nie masz pracy domowej, Szeklo!”, albo „Keja zawsze musi mieć ostatnie słowo”, albo „Jeśli nie wiecie, zapytajcie Cumę. Ona zawsze wszystko wie”, albo coś w tym stylu. A tak ciągle Agata i Agata. No trudno. Trzeba się z tym pogodzić. Imion, podobnie jak ojców, się nie wybiera.
Kajtek żegna się z nami, całuje mnie w policzek i biegnie na przystanek, żeby zdążyć na trening koszykówki. Zostaję z Siwą, po którą zaraz przyjedzie mama. Jadą na medytację w Stowarzyszeniu „Sangha”.
− To koszmar – mówi Siwa. – Od siedzenia w pozycji lotosu strasznie boli tyłek. A na dodatek nudzisz się jak mops i ciągle się boisz, że zaśniesz. Pomyśl sobie: wszyscy śpiewają to swoje „ooommm”, a ty się nagle walisz na bok i zaczynasz chrapać w najlepsze.
Chętnie bym jej okazała trochę współczucia, niestety teraz sama go potrzebuję:
− Błagam, poradź mi, co byś zrobiła na moim miejscu?
− Uciekła w Bieszczady, żyła przez parę lat w lesie ze stadem wilków, a potem napisała o tym światowy bestseller.
− Oj, przestań! Przecież nie zostawię Milki.
Siwa przygląda mi się uważnie, przygryza kosmyk włosów.
− Nic ci nie poradzę.
− Dlaczego?
− Bo tak naprawdę cię nie rozumiem.
− Czego nie rozumiesz?
− Na czym właściwie polega twój problem. Podejrzewam, że chodzi o strach. Boisz się o Kajtka, tak?
Typowa Siwa. Zawsze trafia w dziesiątkę.
− Boję się. Tak, to prawda… ale boję się też… bardzo się boję… spotkania z ojcem.
Wzrusza ramionami.
− Przed chwilą mówiłaś, że nic cię z nim nie łączy. Jeśli tak, to dlaczego nie powiesz sobie: „Jakiś nieznany facet z Australii, któremu, dziwnym zrządzeniem losu zawdzięczam połowę moich genów, zaprasza mnie na wakacje”. Wystarczy trochę dyplomacji, odrobinę dystansu i wyrachowania. Pojedziesz, zwiedzisz kawał świata i wrócisz. Taka okazja nie nadarzy się prędko.
− Ty byś tak mogła? Uśmiechać się, udawać, że wszystko jest okej? Nawet jeśli w głębi ducha wiesz, że tak nie jest?
− A masz wybór? − uśmiecha się cierpko Siwa. − C’est la vie, witamy w świecie dorosłych! A ty ile masz lat, pięć?
Rozlega się klakson. Mama Siwej macha do nas przez szybę.
− Muszę lecieć. Przemyśl to – dodaje. Biegnie w stronę samochodu, otwiera drzwi i raz jeszcze odwraca się w moją stronę. − A o Kajtka się nie martw, przypilnuję go.
Idę przez osiedle odebrać Milkę ze szkoły. Jest piękny czerwcowy dzień. Nie muszę się nigdzie śpieszyć, bo trening judo został przeniesiony na wtorek. Za tydzień zaczną się wakacje. Gdyby nie ta cała historia z ojcem, pewnie bym teraz coś śpiewała albo przynajmniej nuciła pod nosem.
Często śpiewam, gdy idę sama przez nasze osiedle, jednak nigdy wtedy, kiedy jestem smutna. Ludzie patrzą wówczas na mnie jak na wariatkę albo się uśmiechają, kiwając z uznaniem głowami. Uwielbiam śpiewać i podobno jestem w tym całkiem niezła. Tak uważa nasz pan od chóru. Przyjechał kiedyś specjalnie do nas do domu, żeby powiedzieć mamie, że mam talent i powinnam brać dodatkowe lekcje w szkole muzycznej. Mama chciała mnie zapisać, lecz miała wypadek i nic z tego nie wyszło.
Przed budą widzę Milkę otoczoną gromadką koleżanek. Coś im żywo tłumaczy, a one zdają się wsłuchiwać w każde jej słowo, Wpatrują się w nią jak w obrazek. Moja młodsza siostra jest bardzo ładna. Gdy dorośnie, nie będzie się mogła opędzić od chłopaków. Na mój widok żegna się z przyjaciółkami i po chwili jesteśmy razem.
− Co to za narada? – pytam. – Nie wiedziałam, że jesteś taką gwiazdą, Milu.
Ciekawe, że nawet wtedy, gdy się kogoś bardzo kocha, trudno się wyzbyć odrobiny uszczypliwości.
− Powiedziałam im, że jedziemy do Australii – oświadcza mała. – Aż je zatkało, wiesz?
To straszne, że moja rodzona siostra zupełnie nie podziela mojej rozpaczy. Wyobraża sobie, że spędzi wspaniałe wakacje w kraju, gdzie gałęzie drzew aż uginają się pod ciężarem zadowolonych koali, a ludzie spacerują po ulicach z kangurami na smyczy. Nawet straszne opowieści o rekinach, krokodylach i jadowitych wężach nie robią na niej wrażenia. I zupełnie mnie nie wspiera, gdy usiłuję odwieść babcię od tego pomysłu.
Nagle ktoś woła:
− Kamilko, czy możesz tu przyjść na chwilę?
W drzwiach szkoły stoi kobieta w niebieskiej sukience i patrzy w naszym kierunku.
− To nasza nowa pani – rzuca Milka i biegnie w jej stronę, zamienia z nią kilka słów, po czym wraca zziajana.
− Czego chciała? – pytam.
− Mieliśmy dzisiaj lekcję o tym, że nie powinniśmy wszystkim ufać. Szczególnie w drodze między domem a szkołą. Więc pani pytała, kim jest ta dziewczyna.
− Która dziewczyna?
− Jak to która? Ty!
− Aha. A ty pewnie powiedziałaś, że wydaje ci się znajoma, ale jej tak do końca nie ufasz?
− Komu?
− Tej dziewczynie.
− Której dziewczynie?
Rozmowa robi się coraz ciekawsza.
− To był żart, Milu. Chodziło mi o mnie.
− Nie. Powiedziałam pani, że ci ufam, bo jesteś moją siostrą.
− Kurde! Naprawdę? To super! I co ona na to?
− Bardzo się zdziwiła. Powiedziała, że nie ma między nami wielkiego podobieństwa.
No tak, mogłam się tego domyślić. Wszyscy zawsze zauważają, że fizycznie nie jesteśmy do siebie ani trochę podobne. Są między nami też inne różnice, na przykład to, że Milce słoń na ucho nadepnął. Lecz najbardziej różnimy się wyglądem. Nie wykluczam, że ona po prostu bardzo przypomina ojca. Niestety nie mogę tego potwierdzić, bo go prawie zupełnie nie pamiętam, a w domu nie zachowała się ani jedna jego fotografia. Przetrząsnęłam kiedyś całe mieszkanie: każdy album, każdą szufladę, każdą tajną skrytkę mamy (nawet tę najtajniejszą, w której trzymała zioła na odchudzanie, tabletki antykoncepcyjne i listy od ówczesnego wielbiciela, Huberta) i nie znalazłam nic, poza dwiema oddartymi połówkami starych czarno-białych zdjęć, pewnie jeszcze z czasów studenckich. Widoczna była na nich tylko ona (uśmiechnięta, szczęśliwa i piękna) i nietrudno było zgadnąć, że szczęście promieniujące z jej twarzy miało związek z osobą z brakującej części fotografii, której nigdzie nie zdołałam odnaleźć.
Wchodzimy po schodach, bo winda znowu nie działa. Już na pierwszym piętrze słyszę donośny głos babci. Domyślam się, że rozmawia przez telefon. Kiedyś myślałam, że ma zwyczaj krzyczeć do słuchawki ze względu na kłopoty ze słuchem. Nic bardziej mylnego. Słuch ma świetny, o czym przekonałam się przy śniadaniu, gdy szeptałam Milce do ucha coś na temat tragicznego losu, jaki ją spotka, jeśli jeszcze raz przyjdzie jej do głowy grzebać w mojej szafie. To, że babcia mówi tak głośno przez telefon, jest winą komunistów. Kiedy byli u władzy, rozmowy telefoniczne były megakiepskiej jakości. Babcia twierdzi, że to przez podsłuchy. Na dodatek często rozmawiała z mamą, która mieszkała wtedy w Australii. Ledwie słyszała jej głos i próbowała pokonać dzielące je tysiące kilometrów siłą swych płuc i strun głosowych. Z czasem głośne mówienie weszło jej w nawyk.
− Słucham?! Bilety?! Tak, już przyszły! Dziewczynki?! Są bardzo podekscytowane! Martwi mnie trochę, czy odnajdziecie się na lotnisku!
Zamieram w bezruchu. Babcia rozmawia z ojcem! Tak, to nie może być nikt inny. Przykładam palec do ust, nakazując Milce, żeby była cicho.
− Agatka?! Pewnie już wróciła ze szkoły! Dobrze! Zaraz zobaczę, czy jest u siebie w pokoju!
Ciągnę Milkę za rękę i zbiegamy po schodach. Serce wali mi w piersi jak oszalałe na myśl, że byłabym zmuszona z nim rozmawiać. O czym? Pewnie nie wydusiłabym z siebie ani słowa. A może wprost przeciwnie? Może wyrzuciłabym z siebie wszystko? Wykrzyczałabym, co myślę o krzywdzie, jaką wyrządził nam i mamie, i o jego głupim, okrutnym pomyśle, żeby znowu burzyć mi życie i wywracać do góry nogami mój świat. Na dodatek właśnie teraz, kiedy wszystko zaczyna się jakoś układać.

− Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi – zwraca się do mnie babcia podczas kolacji. – Przecież to będą wspaniałe wakacje. Koledzy wam zazdroszczą. Prawda, Kamilko?
Milka już otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale nasze spojrzenia się spotykają, więc zmienia zamiar i pośpiesznie zapycha otwarte usta łyżką budyniu. Przez chwilę zastanawiam się, co odpowiedzieć. Babcia ma chore serce i nie wolno jej podwyższać ciśnienia. Staram się mówić spokojnym tonem:
− Zrozum, babciu… jadę do osoby zupełnie mi obcej.
− Może więc najwyższy czas, żebyś ojca poznała.
− On przez te wszystkie lata nie miał na to ochoty.
− Teraz ma. Co więcej, ma do tego prawo.
Tyle razy powtarzam sobie, że nie wolno mi babci denerwować, jednak chwilami zapanowanie nad sobą jest ponad moje siły. W tym momencie czuję, jak stłumione emocje zaczynają się we mnie burzyć. Wydzierają się na powierzchnię niczym bąbelki gazu w otwartej butelce coli.
− Prawo…? Babciu, i ty to mówisz?!
− A co w tym dziwnego?
− Przecież go nigdy nie lubiłaś! Na własne uszy słyszałam, jak powiedziałaś pani Lachman, że złamał mamie życie. Nazwałaś go „Piotrusiem Panem, który nie chce dorosnąć, harcerzykiem, człowiekiem nieodpowiedzialnym i samolubnym, który ma w głowie tylko zabawę i swoje przyjemności”.
− To nieładnie podsłuchiwać, Agatko.
− Wcale nie podsłuchiwałam!
Mam ochotę dodać, że nie musiałam, bo rozmawiała wtedy z panią Lachman przez telefon i poza mną słyszała ją pewnie połowa mieszkańców bloku. W samą porę gryzę się w język.
− Rzeczywiście, kiedyś nie miałam o nim zbyt dobrej opinii – mówi. − Jednak ludzie się zmieniają. On też się zmienił. Myślę, że zarówno mama, jak i ja oceniałyśmy go zbyt surowo.
− Mama…? Mama na pewno nie chciałaby, żebyśmy tam jechały!
− Mylisz się. Od czasu jej… od czasu, gdy od nas odeszła, on dużo dla nas zrobił.
− Niby co takiego?
Waha się przez chwilę:
− Nigdy ci o tym nie wspominałam, ale chociażby ten piękny pomnik na jej grobie. Czy sądzisz, że byłabym w stanie zapłacić za coś takiego z mojej emerytury?
Nie wierzę własnym uszom.
− To… to on? On ufundował nagrobek mamy?
− Tak.
− A ty przyjęłaś od niego pieniądze?
− Oczywiście.
Zrywam się na równe nogi tak gwałtownie, że widelec z brzękiem spada na podłogę.
− Babciu, jak mogłaś?!
− Tego już za wiele, Agatko! Zachowujesz się skandalicznie!
Nagle wszystko pęka, bąbelki gniewu z sykiem wydobywają się na powierzchnię. Zupełnie tracę panowanie nad sobą.
− Pieniądze! Oczywiście, pieniądze! Gdy zaczyna gryźć sumienie, najłatwiej jest sięgnąć po portfel. On sobie pewnie wyobraża, że wszystko da się kupić. Mnie nie kupi! Za żadne pieniądze mu nie wybaczę! Nigdy! Nigdy! Gdyby nie on, nie wyjechałybyśmy z Australii i mama wciąż by żyła!
− Agatko, na miłość boską! Opanuj się!
Czuję, że zaraz wybuchnę płaczem, więc wybiegam z kuchni do sypialni, którą dzielę z Milką i rzucam się na łóżko. Przyciskam twarz do poduszki i liczę od stu w tył: sto… dziewięćdziesiąt dziewięć… dziewięćdziesiąt osiem… dziewięćdziesiąt siedem… Sama wymyśliłam tę technikę i stosuję ją, ilekroć mam wielką ochotę się rozbeczeć. Dzięki niej od roku nie uroniłam łzy. Ostatni raz płakałam na pogrzebie mamy i właśnie wtedy przysięgłam jej w duchu trzy rzeczy: że będę silna i już nigdy więcej nie będę płakać, że zaopiekuję się Milką i że będę dobra dla babci. No właśnie! Powiedziałam w myśli: „Mamo, przyrzekam ci też, że już nigdy nie zrobię nic, co mogłoby sprawić babci przykrość”. Tymczasem przed chwilą straciłam panowanie nad sobą i podniosłam przy niej głos. Okropnie mi wstyd i jestem na siebie wściekła. Przyciskam twarz jeszcze mocniej do poduszki i koncentruję się na liczeniu. Siedemdziesiąt dwa… siedemdziesiąt jeden…