Książka “Ci, o których pamiętamy” to efekt dziennikarskiej podróży, przywołującej portugalską Rewolucję Goździków w 1974 roku, podróży przez wspomnienia, rozczarowania i złudzenia jej uczestników.


Ci, o których pamiętamyW 2004 r. Ana Maria Machado, portugalska reporterka z Waszyngtonu, została poproszona o nakręcenie filmu dokumentalnego o rewolucji z 1974 r., “Rewolucji Goździków”, uważanej przez amerykańskiego ambasadora w Lizbonie za rzadki moment w europejskiej historii.

Ana zatrudnia dwóch byłych kolegów, wspólnie odwiedzają i przeprowadzają wywiady z różnymi aktorami i świadkami zamachu stanu, powracając do mitów rewolucji z 2. połowy XX wieku.

Dziennikarska podróż pokazuje zaskakujący efekt upływu czasu nie tylko samym bohaterom minionych wydarzeń, ale także społeczeństwu portugalskiemu.

Przemienione postacie w swej pamięci starają się odtworzyć to, co było rewolucyjnym złudzeniem, rozczarowaniem wielu uczestników i ciężką drogą prowadzącą do demokracji. Równolegle do tej akcji toczy się inna, osobista i intymna historia: historia ojca bohatera, António Machado.

„Każdy żyje teraz w Demokracji, swoistym miejscu wygnania. Ale pewnego dnia wszystkie nieszczęścia zostaną zapomniane, kiedy nastanie czas wspomnień…”

Lídia Jorge urodziła się w 1946 r. w Algarve. Jej prace tłumaczono na wiele języków. Pisarka cieszy się dużym zainteresowaniem krytyków krajowych i międzynarodowych. Jest laureatką nagrody Fundacji Güntera Grassa w Niemczech – Albatros (2006) oraz nagrody Millennium BCP Portugalskiego Stowarzyszenia Autorów.

Lídia Jorge
Ci, o których pamiętamy
Przekład: Tamara Sobolska
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 22 sierpnia 2018
 
 

Ci, o których pamiętamy


Opowieść

Były ambasador, ubrany w jedwab, trzymał w dłoni szklaneczkę szkockiej, i mimo iż mogłoby się to wydawać dość dziwne, droga prowadząca do niezapomnianych właśnie w niej miała swój początek. Ten sam płyn wypełniał szklanki towarzyszących mu osób i być może właśnie dlatego gardłowe śmiechy wypełniające obszerny salon były tak swobodne, kiedy gospodarz odezwał się do stojącego najbliżej:
– Teraz, gdy kilku handlowców zaangażowało się w udowodnienie, że Ziemia jest płaska, nie zabraknie i takich, którzy zaczną twierdzić, że historia jest okrągła. Widzicie? Tak powstaje dobry koncept. Ziemia płaska jak serwetka, historia bez punktu początkowego, jak kula. A ty, Bob? Jak zdemaskujesz tak świetnie skonstruowaną mistyfikację?
Mężczyźni stojący obok rozpłynęli się w śmiechu. A potem zawołali Portugalkę, żeby pośmiała się z nimi. Opuściła kąt, w którym stała, i dołączyła do grupy świetnie bawiącej się w obecności gospodarza, choć po chwili w pomieszczeniu zostali jedynie mężczyzna ubrany w jedwab, jego chrześniak Robert Peterson i ona czy raczej, lepiej rzecz ujmując, ja. Zapadła cisza kontrastująca z odgłosami radości dobiegającymi z innych części domu, tworząc zbyt długą pauzę aż do chwili, kiedy ojciec chrzestny przyjaznym kiwnięciem głowy przywołał mnie do dużego okna. Na zewnątrz, spóźnione o kilka godzin w stosunku do prognozy pogody, białe drobinki zaczynały unosić się w powietrzu, a były ambasador uznał za interesujące, że byłam obecna przy ich pojawieniu się.
– Proszę tu podejść, miss Machado – powiedział – i zobaczyć, co pada z nieba na nasz ogród.
Podeszłam i we troje patrzyliśmy przez okno, owładnięci czarem i melancholią.

Lecz subtelna kontemplacja zwiastuna śniegu nie trwała dłużej niż parę sekund. Po chwili ojciec chrzestny ocknął się z zapatrzenia i zapytał Boba, jakby śnieg nie istniał, a jej nie było obok:
– À propos, chrześniaku, jaką podjęła decyzję w związku z tym, co zaproponowałem?
I obaj zaczęli wymieniać uwagi dotyczące kalendarza przyszłych podróży do pustynnych krajów, gdzie po upływie sześciu miesięcy wojna trwała bez przerwy i bez szansy na zakończenie. Data wyjazdu została wyznaczona, lot z przesiadką zarezerwowany. Niechętny takim planom, ojciec chrzestny nalegał:
– Pamiętaj, że w tej misji może zastąpić ją ktoś inny. Tysiące młodych reporterów w jej wieku jest w tej chwili w drodze na pustynię, by rozmawiać z wdowami męczenników. Cóż ona tam znajdzie, czego nie mogliby znaleźć inni?
Ojciec chrzestny i chrześniak rozmawiali po angielsku i znowu she to byłam ja, dopóki mężczyzna w jedwabiach nie rozpoczął długiego wywodu na temat nałogu pisania reportaży z pól bitew.

Usiedliśmy.

Gospodarz mówił, trzymając w dłoni szklaneczkę, obracając ją, jakby była klejnotem, a ja pomyślałam, że znajdujący się w niej płyn równie dobrze mógłby być zabarwioną wodą, a nie whisky. Powoli, zwracając się do Boba Petersona, rozwodził się nad nałogiem relacjonowania konfliktów zbrojnych, nałogiem, który dosięgnął jego chrześniaka Boba i prawdopodobnie wszystkich, którzy przechodzili przez jego ręce, nie wyłączając jej, dziewczyny, która tam była. Mocno zdegustowany tym faktem, ojciec chrzestny zaczął przedstawiać swoją teorię dotyczącą owego smutnego uzależnienia, na które zawsze składały się nieoczekiwane zmiany w kalendarzu, nagłe nieodwracalne zdarzenia i niezastąpieni reporterzy. Mogliśmy więc być spokojni, że nigdy, do końca życia, nie zabraknie nam tematów, a jeśli chodzi o rzezie i wdowy, to gdziekolwiek i kiedykolwiek, na nieszczęście wszystkich, zawsze znajdziemy temat. Wszystko jedynie po to, by zrównoważyć nieustające prawo powtarzalności, z którego spirali warto by wybrać pojawiające się od czasu do czasu momenty wytchnienia. Dyplomata mówił i w trakcie swej przemowy, metodycznie monotonnej, jakby samo jej słuchanie miało być pewnego rodzaju próbą, zwrócił się do mnie po portugalsku:
– Miss Machado, wspomniałem już mojemu chrześniakowi, że nie zawsze historia jest koszmarem, z którego bezskutecznie staramy się obudzić, by wrócić do punktu wyjścia. Proszę zauważyć, że czasem, rzadko, lecz jednak, historia jest przyjemnym snem, tak spokojnym, iż warto, by śniący po przebudzeniu, za wszelką cenę, starał się go zachować, nie pozwolił mu na rozpłynięcie się. Bądźmy realistami, kiedy nam się to przytrafia, budzimy się ze snu, a powinniśmy czuwać, zachowując wyjątkowość chwili, wydłużając ją w pamięci w równie wyjątkowy sposób. Mam rację czy nie? – I odwracając się do Boba, kontynuował po angielsku: – Już ci mówiłem, nie wolno rezygnować. Na początek sugeruję pięć do sześciu odcinków, jak w tych seriach z dawnych dobrych czasów, kiedy byłeś genialnym chłopcem i twoje produkcje były znacznie lepsze od tego, co planowałeś. Tytuł mógłby brzmieć Oczekiwanie na Historię albo jakoś podobnie. Znakomita pierwsza część, na początek proponuję miss Machado. Dziewczyna mogłaby otworzyć serię przypadkiem swojego kraju, tym nadzwyczajnym przypadkiem, który miał miejsce w pani ojczyźnie jakieś dwadzieścia pięć czy nawet więcej lat temu. Czas płynie, coraz szybciej, coraz szybciej, czas zawsze się otwiera, czyż nie tak, Bob?
Przyjmij moją radę. Powinna pojechać tam jak najszybciej i zebrać resztę zwiędłych kwiatów, które nadal tkwią wciśnięte w kostki brukowe Lizbony. Wyślij ją tam, chrześniaku, wyślij ją, zanim będzie za późno. Proponuję, żeby seria nosiła tytuł Historia przebudzona.
Były ambasador podniósł szklankę na wysokość oczu i wzniósł długi toast, jakby ktoś w głębi salonu oczekiwał przyjścia na świat syna.

Nie powiedziałam jeszcze, że dom ambasadora zbudowany był z drewna i szkła ani że wznosił się nad brzegiem Potomacu, znad którego od czasu do czasu dobiegał szum wody. Nie zaznaczyłam również, że domostwo było otoczone czerwonymi dębami i że pierwsze płatki śniegu, zamiast je przykrywać, eksponowały ich ognisty blask kontrastujący z wilgotną zielenią. Nie miałoby to większego znaczenia, gdyby nie fakt, że ci dwaj Amerykanie prowadzili mnie nieoczekiwanie do miejsc, których nie chciałam ponownie odwiedzać, a śnieg padający na ogród z coraz większą intensywnością paraliżował mnie, podczas gdy inne kolory płonęły. Zostałam uwięziona przez kolory. Nie minęło wiele czasu, kiedy były ambasador powiedział po portugalsku z silnym akcentem:
– Miss Machado, porozmawiajmy. Kiedy wydarzył się portugalski cud, nie było mnie jeszcze w pani kraju. Przyjechałem dopiero dziewięć miesięcy później. Lizbońskie ulice znajdowały się w kulminacyjnym momencie rewolucyjnej zawieruchy, co przysporzyło mi sporo pracy. – Mówiąc to, ambasador znowu zaczął się śmiać, oceniając ilość whisky i obracając szklaneczkę. Dodał jeszcze: – Oj, przysporzyło mi pracy, przysporzyło. Dało też jedną z największych satysfakcji w życiu. Teraz mogę powiedzieć, że odniosłem zwycięstwo nad sekretarzem stanu w naszym sporze, który był wówczas znany pod dość dziwną nazwą. Chce pani wiedzieć, jak nazwano nasz spór? W kuluarach Departamentu Stanu nazywano go „wojną portugalskich pazurów” między Henrym a Frankiem, co w jego przypadku było dość oczywiste, bo nosił przydomek „Lwia Grzywa”, straszliwy. Tak mówiono tutaj, w Waszyngtonie, chociaż do niczego takiego w pani kraju nie doszło. W Lizbonie pisano go home soon pod moim nazwiskiem, jakbym był przeszkodą, a na ścianach obok malowano kwiaty. To właśnie wtedy, miss Machado, w środku owej zawieruchy poznałem pani ojca.

Czułam dochodzący z zewnątrz zapach śniegu i zapach strachu rodzący się wewnątrz, w wielkim salonie. Tamtego dnia Bob Peterson przyprowadził mnie ze sobą tylko po to, żebym mogła trochę porozmawiać w swoim języku, wyrazić po portugalsku tragedię, której byłam świadkiem na drodze wiodącej na cmentarz w Wadi al-Salam, lecz nieoczekiwanie rozmawialiśmy nie tylko o moim kraju, wyszliśmy również na spotkanie odległej postaci mojego ojca i miałam wrażenie, że oba tematy zlały się w jedno. Wydawało mi się to nieprawdopodobne. Były ambasador odezwał się po angielsku:
– O tak! Bob wie, co mam na myśli.
Chrześniak nie odzywał się, słuchał. Ostrzegał mnie, kiedy byliśmy w drodze, żebym miała się na baczności, bo każdy szanujący się mężczyzna w pewnym wieku ma do opowiedzenia całą swoją iliadę, a jego wuj miał ich nawet kilka. Przekonywałam się o tym. Ojciec chrzestny kontynuował:
– Bob dobrze wie, jak w tamtych czasach, o ósmej rano, tuż po rozłożeniu mapy świata na stole konferencyjnym, każdego dnia pojawiały się na niej, wszędzie po trochu, krwistoczerwone chorągiewki. Noc naszego wypoczynku była dniem ich gorączkowych zmagań. Tak układają się strefy czasowe, tak układają się południki. Tak układały się krwistoczerwone chorągiewki. Zimna wojna w niektórych regionach świata była dość gorąca. Nauczyliśmy się dzielenia i odejmowania nad mapą świata. Dzielenie świata na dwa wiele upraszczało. Przynajmniej tego się nauczyliśmy. A jeśli chodzi o odejmowanie, nauczyliśmy się ogromnie dużo. Patrzyliśmy na rozłożoną mapę i wykonywaliśmy nasze obliczenia. By rozsądnie zmniejszyć liczbę strat tu, trzeba było poświęcić dwie czy trzy głowy tam. Dzielenie. Poświęcaliśmy trzydzieści żyć, by uniknąć marnotrawstwa utraty trzech tysięcy, setkę, by oszczędzić milion. Na tym polegała zimna wojna, na liczeniu oszczędności. Prawo nieustającej chłosty zminimalizowane w najwyższym stopniu. I tak każdego dnia. Nagle, kiedy najmniej się tego spodziewaliśmy, na zachodnim krańcu Europy pojawiło się to. Punktualnie o ósmej. Dziwne poruszenie w pani kraju. Pokojowe odsunięcie od władzy. Nikt nie wierzył w ruch, który nazywał siebie „pokojowym”. Czekaliśmy spokojnie, chcieliśmy w odpowiednim momencie umieścić na mapie czerwoną chorągiewkę. Wydawało się naturalne, że tak właśnie się stanie. Minęły jednak dwa dni i nie wydarzyło się nic poważnego. Rzeczywiście, doszło do odsunięcia od władzy bez rozlewu krwi. Cały świat, w oczekiwaniu, spoglądał na pani kraj. Jak to możliwe? Przypadek bez precedensu. Skrawek ziemi, wielkości chustki do nosa, bez najmniejszego znaczenia nagle zmienia się w pannę młodą pożądaną przez wszystkich. W rezultacie trzeba było zmienić figury w rozgrywanej na stole konferencyjnym partii szachów. Od tamtej chwili mapa podejrzeń nie była rozkładana w ten sam sposób. Różnica nie polegała na różnorodności typów ludzkich, które jednego dnia świętowały, a już następnego pojawiały się u nas z misją szpiegowania, intrygowania, śledzenia i zajęcia kraju, polegała tylko i aż na jakości tych ludzi.

Były ambasador pochylił się nad tacą, na której stały szklanki, poprawił jedwabny garnitur, w którego kieszonce znajdowały się pozłacane długopisy, i powiedział po portugalsku:
– Może pani wierzyć, miss Machado, że nigdy podczas wykonywania swojej pracy nie spotkałem tak rozsądnego narodu jak ten, do którego pani należy. Narodu biednego, bez znajomości algebry, bez umiejętności pisania, przez pięćdziesiąt lat niosącego na barkach dyktaturę, z nogami przykutymi do ziemi, i nagle… zamach stanu, wszyscy wychodzą na ulice krzyczeć, każdy ze swoją wizją, swoim projektem i swoim interesem, jedni grożą drugim, człowiek przy człowieku, twarz przy twarzy, wielu ma broń w ręce i, koniec końców, wyzywają się, biją, aresztują, ale nie zabijają. Widziałem, byłem przy tym. O tamtej rzeczywistości trzeba opowiedzieć, zanim będzie za późno. Rozumie pani, o czym mówię?

Nie musiałam rozumieć.

Teraz, z perspektywy sześciu lat, wierniej odtwarzam słowa ambasadora niż wtedy, kiedy ich słuchałam, siedząc naprzeciwko niego. Niewiele mnie wtedy obchodził zachwyt nad cnotami odległego narodu, który jedynie przez przypadek był moim. Przyznaję. Tamte pompatyczne rozważania, prowadzone na przemian w dwóch językach pod płaszczykiem banalnej rozmowy, która z banalnej stawała się napięta, nie dotyczyły mnie. Chodziło o „pani naród”. Ojciec chrzestny przywoływał obraz spokojnych ludzi, ludzi, którymi chciałby rządzić każdy minister, których pasterzem chciałby być każdy kapłan, każdy obrońca z urzędu chciałby bronić. Mówił z hamowanym zaangażowaniem, jakby kraj, którego obraz przywoływał, był ukochaną osobą. Opowiadał o szlachetnym ludzie, jego niegroźnej broni, jego radosnych manifestacjach i wielkich pokojowych zgromadzeniach, przywoływał obraz tego, co było jego własną strategią – oczekiwanie, karmione ostrożnością w nadziei na chwilę, kiedy ulica, na której wrzał szlachetny naród, uspokoi się i nastąpi prawdziwe rozdanie kart, wymagające od niego subtelnego ćwiczenia cierpliwości przez cały siedemdziesiąty piąty. Miał bardzo dobrą pamięć. Sekretarz stanu Lwia Grzywa, widząc jego umiar w działaniu w tamtym czasie, wściekał się – i nic w tym dziwnego – mówiąc, że wysłał do Lizbony twardziela, który okazał się mięczakiem. Mięczakiem, który zamiast działać, pouczał. I chrzestny Boba, rozbawiony, przypominał, jak to on sam i jego staff, wbrew nadchodzącym instrukcjom, nie podejmowali żadnej inwazyjnej interwencji, żadnej trudnej nocnej pracy, i prowadząc bezustanną grę w „dowiedz się i czekaj” – zupełnie jakby odkąd wojna była serwowana na zimno, nie istniała pamięć – wygrali partyjkę. Piękną partyjkę. Słuchałam go, podczas gdy na piętrze nad nami goście śmiali się, i sama poczułam ochotę, by się śmiać, zwłaszcza wówczas, gdy były ambasador starał się przypomnieć sobie nazwę kwiatów, które w siedemdziesiątym czwartym Portugalczycy wtykali w lufy karabinów, i nie udawało mu się to. Wszyscy troje, jakby nasze umysły zostały zaprogramowane na równoczesną niepamięć, zacięliśmy się na tym słowie. Ja udawałam zapomnienie. Gospodarz wahał się.
– Jak się nazywały te kwiaty? – zapytał.

Tamte czerwone kwiaty?

Żadne z nas nie pamiętało. Niewiarygodne, wszyscy troje wiedzieliśmy, że płatki tych kwiatów były postrzępione, że miały wyraźnie zaznaczoną węższą część u mocnej nasady, że zostały podarowane przez kwiaciarki zaraz rano dwudziestego piątego, kiedy powstańcy przemierzali Baixę, i nawet Bob o tym wiedział, wiedział, że zaczęło się od prezentu jednej z handlarek, kiedy zbuntowana kolumna robiła rundę wokół placu, nawet on to wiedział, a mimo to żadne z nas nie pamiętało nazwy kwiatu. Jak to możliwe, że pani nie wie? Zaniepokojony gospodarz przyznał, że jest zdumiony, dlaczego ta nazwa nie tkwi na stałe w mojej głowie, ale znał ten proces, wiedział, że odległość geograficzna i mieszanka języków tworzą czasem niewyobrażalne dziury w pamięci językowej osoby migrującej. To kwestia połączeń synaptycznych w mózgu, które tracą orientację podczas zmiany języka. Skoro tak jest, to jak nazywał się tamten kwiat? Podczas gdy Bob nie potrafił się zdecydować, wszyscy troje utkwiliśmy wzrok w suficie salonu. Nagle Bob stracił cierpliwość, zdecydował się, jednym susem znalazł się przy wewnętrznych drzwiach, otworzył je, wszedł piętro wyżej, skąd dochodziły śmiechy, a kiedy wrócił, przyniósł ze sobą nazwę kwiatu. Miał czerwoną twarz. Był oburzony. Jak mogliśmy nie pamiętać, że chodziło o carnations? Red carnations. Powiedział po angielsku.
Były ambasador również czuł coś w rodzaju zażenowania.
Goździki, oczywiście, to były goździki. How awful, it’s carnations, of course, dear Bob! Jak to możliwe, że nie przyszła mu do głowy nazwa tej rośliny? Dlaczego? W tym momencie obrócił swoje krzesło w moją stronę.
– Wie pani, miss Machado, kiedy wróci pani do Lizbony i dobrze poszuka między kamykami wszechobecnej kostki brukowej, znajdzie pani jeszcze resztki kwiatów, jedynej broni, do jakiej uciekł się pani naród, by obalić stare typy i by porozumieć się między sobą. To daje do myślenia komuś, kto przemierzył inne zakątki Ziemi i był świadkiem wielu różnych zdarzeń. Nie dalej jak w zeszłym roku, na stadionach Santiago, doszło do wiadomych wydarzeń. To miejsca złych wspomnień. Przypadek chłopca, który komponował i śpiewał ballady, któremu zmiażdżono palce kolbą karabinu i którego nafaszerowano czterdziestoma czterema kulami, był zabawą w bardzo złym guście. Autorzy tego wyczynu napisali do przyjaciół, że wystrzelili dziesięć kul, żeby nie śpiewał, dziesięć, żeby nie pisał, dziesięć, żeby nie komponował, dziesięć, żeby się nie wygadał, i ostatnie cztery, żeby można było pomyśleć, że to dzieło Stanów Zjednoczonych Ameryki. Cztery kule w serce. Wytłumaczenie ostatnich czterech było naprawdę w jak najgorszym stylu. Satyra napisana przez Chilijczyków na żywym ciele obiegła świat, by na nas zrzucić winę. Wiadomo jak to jest, pod pozorem pokazywania najeźdźcy portretuje się podbitego. Bardzo subtelne. W przypadku pani kraju było inaczej, jedyna w swoim rodzaju rzeczywistość. Portugalska broń, portugalska rewolucja, naród dobry, szlachetny, nastawiony pokojowo do tego stopnia, że jego jedyną bronią były kwiaty. Rozsądni ludzie. Wie pani, miss Machado, kiedy usłyszałem pani nazwisko w reportażach CBS i zauważyłem lekki cudzoziemski akcent, pani nazwisko i sposób mówienia przywołały pamięć o tamtym narodzie, tamtych czasach i o felietonach Antónia Machado, pani ojca. Wiele mu zawdzięczałem, wie pani? Nigdy nie poznaliśmy się osobiście, ale znałem go dobrze, znałem go tak, jak powinni znać się mężczyźni: poprzez niepokoje nawiedzające ich myśli, kiedy zostaną wypowiedziane na głos. To, miss Machado, oznacza bycie dobrym towarzyszem na dany czas, oznacza mieć odwagę dać się dobrze poznać. To był ten przypadek. Doskonale pamiętam felietony Antónia Machado, człowieka, który przewidywał przyszłość na ostatniej stronie gazety. Dwie kolumny. Czytało się bardzo dobrze to, co pisał człowiek przewidujący przyszłość. Dzień po dniu przewidywał, przewidywał przyszłość, a ja, przedstawiciel innego kraju, odszyfrowywałem jego przewidywania, żonglowałem nimi, delektowałem się sposobem, w jaki to robił. Jeśli autor felietonów nie powinien przewidywać przyszłości, to kto? Niech mi pani powie, miss Machado.