Po 77 latach od wydania angielskiego ukazał się pierwszy polski przekład wojennego dziennika Alexandra Poloniusa “Widziałem oblężenie Warszawy”. To zapis, dzień po dniu, dramatycznych wydarzeń września 1939 roku w broniącej się przed niemiecką nawałą Warszawie i późniejszej ucieczki autora do Anglii – przez Polesie, Wilno, Kowno i Rygę.


Widziałem oblężenie WarszawyW momencie ukazania się w angielskich księgarniach, wiosną 1941 roku, książka polskiego autora, ukrywającego się ze zrozumiałych względów (jego rodzina i wielu bohaterów przywołanych we wspomnieniach żyło na ziemiach okupowanych przez Niemców i Sowietów) pod pseudonimem Alexander Polonius, była jednym z nielicznych świadectw dramatycznej obrony Warszawy we wrześniu 1939, bohaterstwa ludności stolicy i bestialstwa Niemców, nie cofających się przed niczym, byleby tylko zdobyć miasto.

W owym czasie najbardziej znaną na Zachodzie relacją z oblężenia Warszawy w 1939 roku były fotografie wykonane przez amerykańskiego fotoreportera Juliena Bryana. Amerykanin dotarł do stolicy 7 września z zamiarem dokumentowania życia miasta w okresie wojny i wyjechał z płonącej Warszawy 21 września, tydzień przed kapitulacją stolicy, zabierając ze sobą bogaty materiał dokumentujący życie ludności cywilnej, bohaterską postawę Warszawiaków i bestialstwo żołnierzy niemieckich w czasie oblężenia miasta. Taśmy filmowe wykorzystano do montażu filmu “Oblężenie” (“Siege”), pokazanego w USA wiosną 1940 roku.

Wspomnienia Poloniusa to równie poruszające i niezwykłe świadectwo tragicznych wrześniowych dni, precyzyjne zapiski naocznego świadka, dokumentujące życie stolicy, rodziny, sąsiadów, przywołujące atmosferę nadziei i niezłomnej wiary w zwycięstwo, pokazujące dramatyczne przeżycia jednostek i dramat miasta skazanego przez Hitlera na zagładę. Jak pisze autor, jego książka to dla czytelnika “okazja do śledzenia moich przygód podczas tak obfitującego w wydarzenia września oraz pełnych niebezpieczeństw dni ucieczki przez okupowane tereny”. I dalej: (Opisuję to, co) „widziałem na własne oczy i chociaż rozwój wypadków pokazuje, że moja ówczesna interpretacja wydarzeń nie zawsze była trafna, same w sobie fakty są niezaprzeczalne. I takie chcę przedstawić czytelnikowi”.

Autor, przed wojną na stałe mieszkający w Londynie, w połowie sierpnia 1939 roku przyjechał na wakacje do swojej warszawskiej rodziny. Pierwsze zapisy w pamiętniku opisują podróż pociągiem do Polski, przez Holandię i Niemcy i kilkudniowy pobyt w górskim uzdrowisku. Do Warszawy przybył w ostatniej chwili przed wybuchem wojny, w pierwszych dniach września na krótko wyjechał z miasta do letniej posiadłości rodzinnej, gdzie zaangażował się w działania lokalnej Straży Obywatelskiej. Zapisy z pobytu na wsi to dokument narastającego chaosu, niepewności, walki z niemieckimi szpiegami i sabotażystami, opis nastrojów prowincji w pierwszych dniach wojny.

Powrót do Warszawy oznaczał dla Polonusa wkroczenie w sam środek wojennego koszmaru. Dziennik z dni oblężenia to dokument niemieckiej wojny totalnej – bombardowania całego miasta, także obiektów cywilnych i oznakowanych czerwonym krzyżem szpitali, masakrowania z samolotów cywilnych uchodźców i mordowania jeńców wojennych. Z drugiej strony to zapis nastrojów Warszawiaków – entuzjazm przy kopaniu okopów i przygotowywaniu obrony, trwanie w przekonaniu, że nadejdzie pomoc aliancka i losy wojny się odmienią, chwile gorzkiego rozczarowania, gdy pomoc nie nadeszła, a wojska sowieckie zaatakowały kraj od wschodu.

Ostatnia część książki obejmuje dni, gdy po kapitulacji Warszawy Polonius wraz z przyjacielem przedzierali się na wschód, aby dotrzeć do portu w Rydze na Łotwie, skąd pozostała jeszcze możliwość dotarcia przez Szwecję i Norwegię do Anglii. W zapisach z wędrówki przez tereny Polski zajęte przez Sowietów, podzieloną Litwę i jeszcze neutralną Łotwę dominuje opis wojennego chaosu, panoszących się żołnierzy sowieckich w połatanych mundurach i z karabinami na sznurkach, rozmowy ze świadkami zbrodni wojsk okupacyjnych i mieszkańcami żyjącymi w coraz większej niepewności, co przyniesie kolejny dzień.

walor dokumentalny książki Poloniusa i jego reporterskie zdolności wysuwają się na pierwszy plan, choć nie brakuje w niej analiz i spostrzeżeń ogólniejszych

Walor dokumentalny książki Poloniusa i jego reporterskie zdolności wysuwają się na pierwszy plan, choć nie brakuje w niej analiz i spostrzeżeń ogólniejszych, dotyczących polityki, wojskowości i ekonomii przedwojennej Polski. “To nasza polska bolączka: jesteśmy bardzo biedni. Cóż z tego, że mamy wspaniały naród, patriotyzm, entuzjazm i gotowość do ciężkiej pracy, skoro wciąż nie posiadamy środków, aby to wszystko wesprzeć” – pisze w nawiązaniu do słabości polskiej armii, a w innym miejscu lapidarnie diagnozuje stan gospodarki: “Przez długie lata kryzysu ekonomicznego nie dymiły kominy fabryk i nie powstawały nowe przedsiębiorstwa, a te, które zdołały się utrzymać, były sparaliżowane wskutek biurokracji i ingerencji rządu. Przedsiębiorców traktowano jak kryminalistów, których trzeba bacznie śledzić, a nie wspomagać w każdy możliwy sposób. Skutki tego widoczne są dzisiaj, kiedy stajemy do walki na śmierć i życie biedni i bez odpowiednich środków.”

W Posłowiu książki jej tłumacz, Marek Przybyłowicz, opisuje swoje starania, by rozszyfrować tożsamość autora, co okazało się zadaniem niełatwym. Kilka lat poszukiwań w bibliotekach na całym świecie, uniwersytetach i archiwach, rozmów z historykami długo nie dawały rezultatów. Ostatecznie z wielu strzępów informacji Przybyłowiczowi udało się z dużym prawdopodobieństwem ustalić, kto kryje się pod pseudonimem Alexander Polonius, choć do odkrycia pozostało jeszcze sporo faktów z jego biografii. Jedno pozostaje pewne – to człowiek inteligentny i wykształcony, zaradny i wrażliwy, patriota bolejący nad losem ojczyzny, a jego dziennik to ostrzeżenie dla ówczesnych czytelników przed zagrożeniami, jakie niosą światu faszyzm i bolszewizm oraz wojna totalna, obejmująca bez pardonu infrastrukturę i ludność cywilną. Robert Wiśniewski

Alexander Polonius, Widziałem oblężenie Warszawy, Przekład: Marek Przybyłowicz, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 21 sierpnia 2018
 
 

Widziałem oblężenie Warszawy

Alexander Polonius
Widziałem oblężenie Warszawy
Przekład: Marek Przybyłowicz
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 21 sierpnia 2018
 

PRZEDMOWA

W imię Pańskie!

– Czy ma pan coś do oclenia? – zapytał urzędnik celny Jego Królewskiej Mości w Newcastle-on-Tyne 23 października 1939 roku, po tym jak zszedłem ze statku, którym przypłynąłem z Bergen. Z uśmiechem spojrzał na moją skromną walizeczkę, jakże sfatygowaną i niemal pustą. – Żadnych notatek, fotografii, dokumentów?
– Mam dziennik z wojny w Polsce.
Był on jedyną rzeczą, którą przywiozłem z Warszawy.
Urzędnik był na tyle pobłażliwy, że zatrzymałem dziennik – dla mnie relację, dla innych okazję do śledzenia moich przygód podczas tak obfitującego w wydarzenia września oraz pełnych niebezpieczeństw dni ucieczki przez okupowane tereny.
Choć mam dobrą pamięć, nie mogę wykluczyć, iż nie zdołałem zapamiętać wszystkich faktów i nazwisk. Wydarzenia rozgrywały się po prostu zbyt szybko, aby móc nad tym wszystkim zapanować. Zapisywałem jednak fakty dzień po dniu, czasami nawet godzina po godzinie, w miarę jak pozwalały na to warunki oblężenia, i teraz jestem w stanie zrekonstruować to, co przetoczyło się przed moimi oczami i co usłyszały moje uszy.
Zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie niektóre moje notatki nie odpowiadają faktom, ale wydarzenia wyglądają tak, jak widziałem je podczas ich zapisywania.
W oblężonej stolicy wszelkie wieści i pogłoski miały wielkie znaczenie, gdyż zwykli śmiertelnicy, tacy jak ja, nie mieli dostępu do źródeł ani tajnych informacji. Z największą pieczołowitością zatem zaznaczam te zapiski, które oparte są na doświadczeniach innych osób. Całą resztę jednakowoż widziałem na własne oczy i chociaż rozwój wypadków pokazuje, że moja ówczesna interpretacja wydarzeń nie zawsze była trafna, same w sobie fakty są niezaprzeczalne. I takie chcę przedstawić czytelnikowi.
A więc w imię Pańskie!

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przerwane wakacje

W ostatnich dziesięciu latach nie było na naszym uniwersytecie mniej pomyślnego roku niż ten. Ze względu na kryzys monachijski wykłady rozpoczęły się z tygodniowym opóźnieniem. Cały pierwszy trymestr był jednym wielkim zamieszaniem i praca wróciła do normy dopiero podczas drugiego, tyle tylko, że mieliśmy mniej amerykańskich studentów niż zwykle. Jednak z początkiem trzeciego trymestru zarówno wśród studentów, jak i kadry dała się wyczuć ta lekka atmosfera podekscytowania, która nie sprzyja dobrej pracy. Całe dnie wszyscy spędzali na czytaniu gazet. Wydarzenia następowały szybko i panowała ogólna nerwowość.
Inter arma silent Musae. Wydział badań naukowych również nie miał się najlepiej – prowadził rutynową pracę, ale oprócz tego rezultaty były mizerne. Młodsi studenci byli bardziej zainteresowani dopiero co wprowadzonym poborem i datą powołania do służby niż egzaminami, których wyniki w ogólnej ocenie były poniżej średniej.
Tak więc koniec roku był dla wszystkich prawdziwą ulgą.
Należałem do tych, którzy nie wierzyli, iż Niemcy ośmielą się rozpocząć wojnę, niemniej zawsze byłem zdania, że tylko zdecydowana postawa jest w stanie ich powstrzymać.
Wierzyłem w rząd brytyjski, ufając, że podejmie on wszelkie kroki, aby wzmocnić i w krótkim czasie uzbroić kraj. Innymi słowy, nie sądziłem, że wojna wybuchnie, mimo iż niebo nad Europą zaciągało się czarnymi chmurami. Myślałem, że brytyjski, francuski i polski rząd są już dobrze przygotowane na taką ewentualność. Byłem optymistą i miałem nadzieję, że z wielkiej chmury będzie mały, a może i żaden deszcz. Pewne fakty jednakże podkopały częściowo mój optymizm, w szczególności skromne finansowe wsparcie, jakiego Wielka Brytania udzieliła Polsce, chociaż powszechnie wiedziano, jak bardzo potrzebuje ona wyposażenia, które nie mogło być zakupione bez silnego finansowego zaplecza.
Prawdopodobnie jeszcze mniejsza była świadomość niebezpieczeństwa w samej Polsce, mimo że presja Niemiec wzrastała z każdym dniem. Dziesięcioletni pakt o nieagresji, ta ostatnia deska ratunku dla relacji polsko-niemieckich, został jednostronnie wypowiedziany przez Hitlera. Polskie spokój i opanowanie bardzo mnie zaskakiwały, ale z drugiej strony pomagały mi wierzyć, że – jeśli mamy zdecydowaną wolę przeciwstawić się jego agresji – w najbliższej przyszłości nie będzie wojny.
W związku z tym zaplanowałem wakacje zupełnie normalnie, mówiąc sobie, iż w tych niebezpiecznych dniach nie można snuć dalekosiężnych planów. Nie widziałem rodziny od pewnego już czasu i ojciec zdążył napisać kilka listów, w których sugerował, że powinienem wpaść na chwilę do domu.
Mój brat Feliks został wezwany na miesięczne szkolenie wojskowe w maju, ale zdążył już wrócić do cywila, matka2 natomiast potrzebowała wypoczynku u wód po publikacji swojej książki. Wszystko wskazywało na to, że faktycznie powinienem jechać do domu.
Poza tym wyjazd do Polski, a szczególnie do Warszawy, był zawsze dla mnie wielką przyjemnością. Spotykałem przyjaciół z uniwersytetu, odwiedzałem wydawców czasopism, z którymi pozostawałem w przyjaznych stosunkach i dla których pracowałem jako brytyjski korespondent. Ale przede wszystkim miło było podziwiać ducha ciężkiej pracy, z którym Polacy przystępowali do budowy i rozwoju kraju. Zawsze wracałem z Polski wypoczęty i pełen nadziei, po tym jak doświadczałem sukcesu i postępu w wielu dziedzinach życia.
Budowano drogi, otwierano centra, rozbudowywano komunikację, powstawały nowe miejsca na uniwersytetach, biblioteki, wystawy malarstwa, otwierano szkoły architektury i sztuki – wszystko, co dotyczyło kultury i rozwoju kraju, było w rozkwicie. Rzeczpospolita rozwijała się i ten rozwój sprawiał mi wiele radości. W końcu to był mój kraj.
O ile wiem, jestem jedynym członkiem mojej rodziny, który kiedykolwiek mieszkał za granicą. Rodzina Poloniusów od zawsze żyła w Polsce, uprawiała polską ziemię i od czasu do czasu, za sprawą jakiegoś wybryku natury, dostarczała ojczyźnie naukowców i nauczycieli.
Wyjazd do Warszawy był jak list od żony mówiący o postępach w rozwoju dziecka: „Piotruś waży trzy kilo”.
„Piotruś znowu przybrał na wadze”. „On już waży całe sześć kilo”. To wieści, które niewiele mówią osobom postronnym, ale są tak ważne dla ojca. Pamiętam dzień, w którym usłyszałem: „Nasza stolica ma już milion mieszkańców”, a każdego roku, kiedy odwiedzałem Warszawę, słyszałem o nowych budynkach, dzielnicach, placach, ogrodach, a także szkołach, które dopełniały tego pięknego obrazu.
Tego roku nie mogłem się doczekać, kiedy zobaczę nowe bulwary nad Wisłą, o których pisał mi Feliks. Był tam z matką, gdyż obecnie można było dotrzeć tamtędy do Bielan. Wzdłuż nich powstało kilka wspaniałych restauracji. Ludność Warszawy, której tak brakowało porządnego miejsca letniego wypoczynku, będzie mogła teraz korzystać w pełni z tych atrakcyjnych terenów nad rzeką.
Nowe gatunki zwierząt zostały sprowadzone do przebudowanego pod zarządem profesora Żabińskiego ogrodu zoologicznego.
Moja siostra Zula z entuzjazmem pisała mi o kolejnym skrzydle Muzeum Narodowego, które w całości zostało przeniesione do nowej siedziby. Jeszcze nie oglądałem kolekcji obrazów Wyspiańskiego, mojego ulubionego malarza i poety, którego akwarele i pastele ukazywały żarliwy, niepoddający się żadnym ograniczeniom talent i były tak bardzo pokrewne pejzażom Gauguina.
Ach tak! I najnowsze osiągnięcie energicznego prezydenta Warszawy, Starzyńskiego – odsłonięcie niektórych starych murów miejskich dzięki wyburzeniu slumsów.
Rosjanie podczas długiej okupacji zrobili co w ich mocy, by nie dopuścić do jakiegokolwiek postępu i „zohydzić” miasto czy też – gdy zbudowali sobór – je „zrusyfikować”. Ale teraz nowe pokolenie Polaków ciężko pracowało nad odkryciem prawdziwej Warszawy i zbudowaniem nowej.
Było tak wiele do zobaczenia, że byłem pewien, iż znowu wyjadę, nie zobaczywszy wszystkiego. Jakże chciałem wreszcie obejrzeć nowe rewie i sztuki oraz usłyszeć najświeższe, zabawne i niewinnie nieprzyzwoite warszawskie dowcipy, które lotem błyskawicy roznoszą się po salonach i modnych kawiarniach.
Cieszyło mnie, że Polska wreszcie zakończyła flirt z Niemcami, a naszym politykom wrócił zdrowy rozsądek. Zeszłego roku antyliberalna fala, przelewająca się przez miasta i uniwersytety, osiągnęła – ku rozpaczy wszystkich przyzwoitych ludzi – dosyć wysoki poziom, ale jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęła, kiedy tylko Hitler otwarcie ogłosił swoje wrogie zamiary wobec Polski.
Zbliżał się dzień mojego wyjazdu. Chciałem być w Warszawie w pierwszym tygodniu sierpnia. Ostatnią rzeczą w Londynie było uzyskanie niemieckiej wizy, której teraz wymagano od wszystkich podróżujących.
Moja wizyta w konsulacie Niemiec była krótka, niemniej bardzo interesująca. Nowe biuro wydziału paszportowego znajduje się obecnie w byłym poselstwie austriackim na Belgrave Square, do niedawna domu muzyki i nauki.
W wielkim pokoju z miękkim tureckim dywanem, ładnymi meblami i ozdobnym kominkiem znajdowało się wiele szkaradnych stołów. Przy każdym z nich siedziała młoda Niemka, która wydawała wizy z uśmiechem ściśle przypisanym do rodzaju podróżnych.
Nieliczni, którzy jeszcze chcieli jechać do Niemiec w celach turystycznych, byli kierowani do najatrakcyjniejszej blondynki. Wydawała ona wizy łatwo i szybko, okraszając to zapraszającym uśmiechem. Biznesmeni byli traktowani równie uprzejmie, ale uśmiech był już mniej czarujący. Ludzie tacy jak ja, którzy potrzebowali jedynie wizy tranzytowej i nie zamierzali zatrzymywać się w tym kraju ani wydawać w nim pieniędzy, otrzymywali wyłącznie dokument, bez uśmiechu. Uchodźcy albo nieszczęśni obywatele podbitej Austrii czy Czechosłowacji musieli udać się do innego pomieszczenia i tylko oni mogli powiedzieć, jak byli tam traktowani.
Wszystko w Niemczech jest usystematyzowane i zorganizowane – nawet uśmiechy i okazywanie dobrych manier mierzy się ilością gotówki, którą chcesz wydać.
To wszystko obserwował cesarz Franciszek Józef, posępnie uśmiechając się z pozłacanych ram swego portretu. Wielki cesarz Austrii, kiedyś pan i władca sześćdziesięciu milionów dusz, został zredukowany do wasala Trzeciej Rzeszy i był uprzejmie tolerowany na ścianie konsulatu przez nowych urzędników.

Opuściłem Londyn w sierpniowe święto bankowe, poniedziałek wolny od pracy, i podróżując za dnia przez Holandię, około południa we wtorek dotarłem do Neu Bentschen na wschodniej granicy Niemiec. Ze względu na napiętą sytuację polityczną pociąg był prawie pusty. Jednak napotkałem tutaj trudności w postaci kontroli walutowej i dowiedziałem się, że aby wywieźć pieniądze z Niemiec, muszę posiadać dodatkowe zaświadczenia. Z tego powodu spóźniłem się na pociąg do Warszawy. Było to bardzo denerwujące, ale nic nie można było na to poradzić. Kazałem zanieść bagaże do przechowalni i oto znalazłem się sam na peronie tej granicznej stacji.
Czułem się trochę niesamowicie. Absolutnie nie było ku temu powodów – wszystko było w całkowitym porządku, liczni policjanci i SS-mani zniknęli w budynkach stacji, kolejarze sprzątali papiery i niedopałki oraz opróżniali kosze na śmieci, podczas gdy inni oliwili zwrotnice. A jednak byłem zaniepokojony. Czułem, że nie powinienem być zbyt dociekliwy, że ciekawość może być niebezpieczna. Słyszałem już, że Niemcy stają się coraz bardziej nieuprzejmi wobec pasażerów, zwłaszcza członkowie SS, których buta i pewność siebie nie wróżyły niczego dobrego na przyszłość. Niemiecka skrupulatność nie kryła się już za maską wyuczonej grzeczności, co było szczególnie widoczne we wschodnich rejonach Rzeszy. Wszystko w Niemczech jest bardziej sztywne i ciężkie, nawet uprzejmość. Podczas gdy my, na przykład, bronimy się przed niechcianymi gośćmi za pomocą słowa „Private” na drzwiach, Niemcy zastąpią je zwrotem „Surowo wzbronione” albo „Policyjny zakaz”. I tak jest u nich w każdej dziedzinie życia.
Nic nie wskazywało na to, że pasażerowie z wizami tranzytowymi nie mogą wchodzić do budynku dworca, ale że była to miejscowość przygraniczna i przepisy mogły być zaostrzone, uznałem za stosowne zapytać tragarza, czy mogę pójść do bufetu. Otrzymałem raczej gburowatą odpowiedź, iż restauracja jest po drugiej stronie ulicy i tam mogę się udać. Nagle mężczyzna ten dodał:
– Lepiej niech pan pójdzie do miasteczka, jeśli panu pozwolą. Nie spodoba się panu na stacji.
– Dlaczegóż to? – zapytałem, wręczając mu hojny napiwek, który sprawił, że stał się bardziej rozmowny.
– Właśnie transportują polskich Żydów siłą ewakuowanych z Rzeszy. Cała stacja jest ich pełna, ale dopóki nie przejedzie międzynarodowy ekspres, nie wolno im pokazywać się na peronie. Zawiadowca nie uważa za stosowne, by pasażerowie oglądali takie widoki.
Nagle ucichł. Obok nas stał dobrze zbudowany SS-man w pełnym umundurowaniu, czarnych getrach, z pistoletem i noszonym przez każdego członka tej formacji kordzikiem. Tragarz gorliwie zajął się swoją pracą, zostawiając mnie sam na sam z SS-manem. Nie wiedząc, jak rozpocząć rozmowę, powiedziałem:
– Mam nadzieję, że nie będzie pan miał mi za złe, jeśli udam się do restauracji.
– A co mnie to obchodzi? Przypuszczam, że może pan pójść, jeśli zapyta pan peronowego – odparł bardzo nieuprzejmie.
Prasa rozpisywała się o okrutnym wypędzaniu przez Niemców Żydów z polskimi paszportami, i to bez względu na to, od jak dawna mieszkali oni w Rzeszy. Pakowano ich do pociągów, przewożono przez granicę i porzucano na ziemi niczyjej między dwoma granicznymi miastami. To, co działo się na moich oczach, było zapewne częścią tej brutalnej zsyłki.
Minąwszy kasy, wszedłem do hallu. Zobaczyłem tu ogrom żydowskiego nieszczęścia – przeważnie kobiety z dziećmi oraz starych ludzi siedzących obok lub na swoich tobołkach. SS-mani zepchnęli ich pod ściany, aby zrobić przejście do kas. Żydzi byli stłoczeni jak zwierzęta, niepewni, przerażeni, ponurzy. Kilka matek pytało, czy mogą napełnić butelki wodą.
– Nie teraz – padła odpowiedź. – Napełnicie flaszki, jak zajedziecie do Polski!
– Ale moje dziecko musi się napić. Nie może mu pan przecież odmówić kropli wody. Wrócę za minutkę! – błagała kobieta.
– Nie teraz, powiedziałem! – warknął zwalisty mężczyzna ze swastyką.
Usiadłem na ławce w pobliżu i udając, że czytam książkę, uważnie obserwowałem rozwój wydarzeń. Wrzawa kobiet i płacz dzieci sprowadziły wyższego urzędnika.
– O co ten cały zgiełk? – zapytał znudzony młodego SS-mana, a otrzymawszy odpowiedź, szczeknął na kobiety: – Cisza, to nie getto! Jeszcze nie jesteście w Polsce. Kazano wam czekać. Teraz nie będzie żadnej wody. Pozwolę jej nabrać przed odjazdem pociągu.
– Ale czekamy już tak długo – głośno narzekały kobiety. – Kiedy ten pociąg odjedzie?
– Odjedzie, kiedy odjedzie. Zamknijcie się! – rzucił urzędnik i obróciwszy się na pięcie, odszedł.
Konieczność oglądania takiej sceny była nie do opisania przykra. Niewolników nie potraktowano by gorzej. Niemniej byłem na wakacjach i nie chciałem być świadkiem tragedii, na która nie miałem żadnego wpływu. Życzyłem tylko owym ludziom skrócenia tej biedy i tego, by pociąg zabrał ich wreszcie do ich nowego kraju, w którym będą mogli żyć w godnych warunkach.
Poszedłem do restauracji. Można było tu dostać wszystkie niemieckie czasopisma ilustrowane i pochylało się właśnie nad nimi, popijając pilznera, kilku urzędników celnych i SS-manów. Wszystkie pisma były kolportowane przez jedną agencję propagandową odpowiedzialną za obszary przylegające do wschodniej granicy, o czym zaświadczała odpowiednia pieczęć.
Po obiedzie otrzymałem pozwolenie na przechadzkę po miasteczku. Było ono czyste i wydawało się opuszczone, bez śladu wojska. Kilkoro dzieci kupowało słodycze w sklepiku, ale oprócz nich ulice były puste.
Obok kościoła, między wierzbami płaczącymi, stała tablica ogłoszeń. Wisiał na niej plakat z reprodukcją obrazu Dorégo przedstawiającego dokonaną przez Brytyjczyków masakrę hinduskich kobiet i dzieci. Były tam także obelżywe ataki na komandora Stephena King-Halla i jego K-H News-Letter Service, wypominające mu prześladowania ludności w Indiach. To wszystko miało udowodnić, że Brytyjczycy gnębią własnych obywateli, udając jednocześnie bogobojnych dobroczyńców. Był to typowy niemiecki plakat propagandowy – prymitywny, a jednak dający złudzenie bezstronności poprzez wykorzystanie obrazu namalowanego przez Francuza. Proszę, nie tylko Niemcy tak myślą o Brytyjczykach. Spójrzcie! Nawet Francuz Doré ukazuje ich w takim świetle. Francuz nie powinien być posądzany o nieprzychylność wobec Brytyjczyków, a tu proszę! Popatrzcie i oceńcie sami okrucieństwo Anglików widziane oczami ich sprzymierzeńca! Jaki interes ma zatem komandor King-Hall w węszeniu i wtykaniu nosa w niemieckie sprawy? Jedyną wszakże rzeczą, o której plakat nie mówił, był fakt, iż obraz Dorégo został namalowany wiele dekad wcześniej i cokolwiek by sądzić o brytyjskich rządach w Indiach, nie miało to już dzisiaj zastosowania.
Spacerkiem udałem się z powrotem w kierunku stacji, chłonąc ciepło słońca, które pomału zachodziło za kościołem, pozłacając swoimi promieniami zielone listki wierzb płaczących. Było bezwietrznie.
Jakże przesadzone wydawały się w tym momencie wszystkie te doniesienia prasowe o niemieckich przygotowaniach do wojny i koncentracji ich wojsk na granicy. Oto byłem tu, w nadgranicznym mieście, i nie zobaczyłem ani śladu żołnierza. Prawda, widziałem ich wielu z okien pociągu w drodze do Berlina, ale tu, w Neu Bentschen, nie dostrzegłem ani jednego. Tak, będę mógł powiedzieć przyjaciołom w Warszawie, że nie widziałem tutaj niczego niepokojącego. Ilu ludzi kiedykolwiek zatrzymuje się w tym miejscu? Przypuszczam, że niewielu, szczególnie teraz, kiedy ruch między Polską a Niemcami jest tak ograniczony. Słyszano nawet o aresztowaniach.
Rozważając to wszystko, pomału wracałem na stację. Lecz cóż to za dziwny hałas, jakieś zawodzenie i płacz dochodzące z placu przy dworcu? Nawet z tej odległości wydawało się, że ktoś jest tam bity. Nie myliłem się – na dziedzińcu znajdowało się wielu żydowskich emigrantów. Byli oni popychani i zmuszani do pozostawienia bagaży, wybuch paniki wisiał w powietrzu. Mężowie wołali żony, które od nich oddzielono, matki z desperacją krzyczały na dzieci, kilka kobiet prosiło SS-manów, aby pozwolili im zabrać pościel, gdyż nie będą miały gdzie spać, jeszcze inni błagali o zgodę na wysłanie listu do tych, którzy zostali. Wszystkie te prośby spotykały się ze stanowczą i chłodną odmową.