“Świat można jeść w każdym miejscu” to kolejny tom twórczości zebranej Mirona Białoszewskiego. Cała seria, ukazująca się nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego, stanowi wyjątkową szkatułkę z poezją i innymi formami literackimi stworzonymi przez tego poetę.


Świat można jeść w każdym miejscu

Ze zbiorów Muzeum Literatury, prywatnych archiwów, Biblioteki Narodowej i z zasobów Państwowego Instytutu Wydawniczego pochodzą utwory literackie publikowane w wielotomowej serii dzieł zebranych Mirona Białoszewskiego. Urodzony w Warszawie artysta wielu talentów: poeta, prozaik, dramatopisarz, aktor, pozostawił po sobie bogatą spuściznę. Zaledwie w ostatnio wydanym tomie czternastym znalazło się aż sześć setek wcześniej niepublikowanych i rozproszonych wierszy i tekstów kabaretowych z ostatniego okresu twórczości poety.
„Świat można jeść w każdym miejscu” kończy serię pierwotnie wydaną w 1987 roku, popularną i cenioną pośród miłośników talentu Białoszewskiego. (NM)

Portret Mirona Białoszewskiego ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.

Nikodem Maraszkiewicz

Miron Białoszewski, Utwory zebrane. Tom 14, Państwowy Instytut Wydawniczy, Premiera w tej edycji: 20 września 2017
 
 

Świat można jeść w każdym miejscu

Miron Białoszewski
Utwory zebrane. Tom 14
Państwowy Instytut Wydawniczy
Premiera w tej edycji: 20 września 2017
 

Dowcipy pana Juliana
u mnie

Agnieszka, Anula, Malina:
— Tu nie ma balkonu.
On
— Ale będzie.
Tłumaczę niewidomej Jadwidze
— Agnieszka ma sweter
— koralowy
— koralowy, spódnicę
— w takie, popatrz, kropeczki
— nieszkodliwy rzut
a pan Julian wolniutko:
— to można wyp-rać
23 grudnia 75

Pani Liza

Dostała w spadku ileś, dużo
dostała uśmiechu
— co tu zrobić?
— co tu zrobić?
Zamówiła u Leonarda ten słynny portret.
Teraz się wszystkim przedstawia
— Gioconda jestem
— Gioconda jestem
A może to nie ta?
Nie. nie. Nie słuchajcie.
To plotkarze.
27 lipca 75

Berbera

Zamiata za sobą sporo poezji.
Zarabia piórem.
— Ja już nie umiem chodzić
w krótkich sukniach.
Wchodzi, a Le. woła
— o, przyszła Krysia Leśniczanka.
Nie umie się awanturować.
Kiedy jej w domu
syn cisnął talerzem,
chciał spróbować raz tak
że może lepiej,
to ona stanęła,
straciła orientację.
Wracała z Saskiej z badania serca,
które wypadło dobrze,
wstąpiła,
upał,
wachlowała się spódnicą do podłogi
— Napisz o mnie,
chcę być heroiną noweli,
może być nieprawda,
żeby tylko było „Berbera”.

— Do wtorku

We wtorek
— W autobusie jeden,
wysiadł ze mną.
„Gdzie pani mieszka?”
,,W tym mrówkowcu”.
,,On mi zasłonił cały widok,
chodźmy do kawiarni”.
„E, nie”

— Sąsiadka
od rana pije, do ściany
,,Czy ja mogę przyjść do pani
z psem?
Ja go zabawię”.
„Niech pani przyjdzie”. Przyszła.
Umiała go jakoś zabawiać.
Sama nieraz się boi. Jej mąż myśli, że ona pije ze mną.
Raz wpada ona
„Mój mąż chce mnie ubezwłasnowolnić”.
I kłopot.
Wychodzę dziś do ciebie
on mnie mija, nie kłania mi się, skąd
mówi o mnie
„ona chodzi pijana
cały czas
po klatce schodowej”.
31 lipca 1975

Nowe cztery strony świata z Chamowa

Kiedy tu się wprowadziłem,
patrzę, myślę sobie
— z każdego miejsca są drogi na cztery strony
świata
a tu jak?

Pierwsza strona
Trasa
Wisła
mosty
miasto w górze
— Bo tu to nie wiocha —
powiedział Tadzio —
Los Angeles.

Druga strona
Saska Kępa
stadiony
Targowa, wielka nieporządna
— uważam, że Targowa to dopiero Paryż
a bywalcy
— tak tak
bazary, cerkiew
nowe Pragi w olbrzymich piaskowcach
jakby się kto dorwał do piasku
coraz mokrzejszego w kolorach
pomarańczowy, czerwony,
rudy, fioletowy,
niebieski.
a dalej wielki ogon z Wiśniewa,
Piekiełka, Płud…

Trzecia strona
Grochów
otwarty, działki, forteca Hansena,
Wiatraczne rondo
obraca się na wszystkie strony,
kieruje, puszcza, zatrzymuje.
Na początku ja do Le.:
— Kiedy się jeździ na Grochów?
a on
— raz na rok,
i to nie.
A tu jeżdżę i jeżdżę
na przedmieścia Grochowa,
w gwiazdę,
na kocie łby, na guzikowce,
na wieczory autorskie,
w deszcze, w świty
i w upały.

Czwarta strona
Miało jej nie być,
bo tył Chamowa, i już Wisła.
No trochę bloków, zielsk.
Poszedłem w te zielska,
to Tadzio o tej stronie mówił
— widok na łąki
jak za szwedzkich czasów.
I tak. Jest i szwedzki krzyż. Świerszcze.
I bodiaki, stepy. I krzaki w wodzie.
I niby tego trochę, a tyle że o…
dopiero tu można użyć bujnie
w zielskach większych od człowieka.
1 sierpnia 1975

Uczta gazetowa

— Więc już wiedzą co robić ze śmieciami. Będą rozprasowywać. Karoserie samochodów też. Wszystko.
— Karoserie łatwiej niż te mokre po jedzeniu. Będą pewnie coś z tego robili. Jak prasowane, o, meble. Dla nowożeńców.
— Może ubrania.
— Tak. I domy. Śmiecie będą szły na domy. Jedna do drugiej będzie się chwaliła „ja to jeszcze mieszkam w prefabrykacie, nie w śmieciowcu”. Czekaj, bo muszę cię doprowadzić do środka wiaduktu, tam dopiero jest przejście, a potem do przystanku musimy się cofnąć kawał drogi. — Mówię do Jadwigi, bo ją prowadzę koło Dworca Gdańskiego, w upał. To ona mi te wiadomości. — Epoka rozprasowywania.
— I nieprzechodzenia.
— Tak, chcieliby jak najluźniej zabudowywać, ale wtedy się rozciąga, trzeba dowozić, ale do dowożenia trzeba dojść, przejść, a oni nie lubią dawać przechodzić.
5 sierpnia 1975

Rwanie piękności

— Postój tu, na chodniku, a ja pójdę rwać baobaby, tylko tam dalej.
— Dobrze dobrze
Wracam z baowachlarzami
— o, jak prędko — Jadwiga na to, prowadzę ją z tym pod sklep.
— Tu chwilkę poczekaj.
Idziemy z zakupami, z liściami, z ognichą do windy, pies bokser przed swoimi drzwiami ogląda się, daję mu powąchać
— Zaraz zaraz, wszystko wymaga wysiłku, ty usiądź tu, z tobą spokój, tu te zielska do tamtych starych, zmienić wodę, oj jakie ciężkie
— No właśnie
— No już, więc w tym zielonym dzbanie były gladiolusy, trochę przywiędłe, w wisiorach w różnych kolorach czerwieni, fioletu, takie indyki, nad nimi ogromna kumosa, taka choina z listkami i krupkami, pamiętasz takie
— tak, białe
— biało-zielone
— a tak
— i teraz te łopuchy, szmaragdowe, z tym razem więc od góry choinka, a od dołu wielka ćma paroskrzydłowa, zielona, z indorami. Tak, co lepsze na front, o, a tu po prawej stronie wysokie zielska zasuszone, do tego teraz dołożony dzisiejszy koper dziki, wyobraź sobie łodygi i pięćdziesiąt spadochronów… to razem jak ze starego podręcznika zielarskiego, w koper wetknąłem trzy zasuszone polskie mimozy, znów stara szkoła, po tej hrabinie, co prawdziwe szmaragdy podbijała zieloną bibułką.
Przyszedł Tadzio
— o, koper polny — spróbował — ma smak mydła.
Przyszli inni goście. Wyjąłem ognichę, ileś pawich piór z żółtymi kwiatuszkami na łodydze
— widzicie, to takie pióropusze niosą z dwóch stron, pośrodku papież w lektyce wysoko, wszystko się kiwa, w tłoku, znacie z telewizji?
Goście spytali
— Czy pan sam?
— Właśnie, czy ty sam to układasz, czy ktoś ci układa te kwiaty?
5 sierpnia 1975

Rodowodowo

Agnieszka powiedziała
— Chamowo, to brzmi starożytnie, Cham z Biblii
— Aha
A Tadzio
— Mnie to się kojarzy z ciotką, Chamonową. Powinno się pisać przez samo H.
— Nie nie.
— Nie. Ona ze swoją cjocią po wydostaniu się z Rzezi Humańskiej przyjeżdżała na letnisko tu, prawda? z dwiema służącymi…
[10 sierpnia 1975]