“Miasteczko Surrender” Caleba Carra to intrygująca książka skupiająca uwagę czytelnika na problemach prowincjonalnej Ameryki – nastolatkach porzuconych przez rodziców i zaniedbaniach polityków i lokalnych władz, w przedwyborczym okresie dążących do zamiecenia niewygodnych tematów pod dywan.


Miasteczko SurrenderTrajan Jones, błyskotliwy, nie stroniący od niekonwencjonalnych metod analitycznych psycholog i profiler śledczy, i dr Michael Li, ekspert w dziedzinie dowodów kryminalistycznych, po przymusowej wyprowadzce z Nowego Jorku, gdzie przez lata współpracowali z Departamentem Policji jako niezależni eksperci, zamieszkali w małym miasteczku Surrender, w wiejskim okręgu Burgoyne położonym w północnej części stanu Nowy Jork. W trakcie pracy w Nowym Jorku oprócz niewątpliwych osiągnięć i sukcesów śledczych, panowie dali się także poznać jako krytycy metod pracy policji i techników kryminalistycznych, popełniających fatalne błędy i przeoczenia w trakcie zbierania, analizy i wykorzystywania w sali sądowej dowodów materialnych i zeznań świadków. Jak łatwo można się domyślić, takie podejście nie przysporzyło obu panom zbytniej popularności pośród wysoko postawionych funkcjonariuszy, którzy skorzystali z pierwszej lepszej okazji, by pozbyć się krnąbrnych ekspertów z miasta.

Gdy w okręgu Burgoyne dochodzi do kilku niewyjaśnionych i dziwnych przypadków śmierci nastoletnich chłopców i dziewcząt, miejscowe władze – prokuratura, biuro burmistrza i część wyższych rangą funkcjonariuszy policji szybko znajdują rozwiązanie tego problemu, obwiniając seryjnego mordercę, ale ich wysiłki zmierzające do zatrzymania tego domniemanego sprawcy nie są szczególnie skuteczne. Poproszeni o pomoc przez zaprzyjaźnionego szeryfa Trajan Jones i Mike Li wkrótce odkrywają, że ofiary to nastoletnie dzieci, porzucone wraz z domem przez nieodpowiedzialnych rodziców, pragnących rozpocząć nowe życie w odległym rejonie kraju, “nowa klasa młodych ludzi, którzy nie zaliczali się do żadnej z grup w oficjalnych stanowych statystykach, nie byli bowiem ani „osieroceni”, ani „wyrzuceni z domu”, ani „bezdomni”, tworzyli raczej nową, osobną kategorię dzieci odrzuconych”. Szybko okazuje się, że dwoje z takich młodych ludzi, Lucas Kurtz i jego starsza siostra Ambyr, posiadają informacje, które mogą rzucić światło na całą sprawę. Są to także informacje niebezpieczne dla ich posiadaczy i osób próbujących odkryć prawdę. Zaczyna się niebezpieczna gra, prowadząca do nieoczekiwanego finału…

Carr przedstawia mroczną stronę bogatej społeczności, nie zainteresowanej zbytnio losem jej słabszych członków, piętnuje także władze zajęte bardziej własną karierą niż potrzebami i bezpieczeństwem mieszkańców.

Caleb Carr w powieści “Miasteczko Surrender”, posiłkując się będącymi głównym wątkiem fabuły, wydarzeniami w fikcyjnym miasteczku Surrender i okręgu Burgoyne, krytykuje poczynania amerykańskich władz stanowych, często zmierzających do tuszowania niewygodnych faktów – braku systemowych rozwiązań narastającego problemu społecznego – “odrzutków”, popełniających samobójstwa, po tym, jak zostali porzuceni przez rodziców i pozostawieni sami sobie, odrzucanych także przez instytucje państwowe, stworzone teoretycznie po to, by w kryzysowych sytuacjach nieść pomoc. Carr przedstawia mroczną stronę bogatej społeczności, nie zainteresowanej zbytnio losem jej słabszych członków, piętnuje władze zajęte bardziej własną karierą niż potrzebami i bezpieczeństwem mieszkańców, nie wahające się sięgnąć w razie potrzeby po drastyczne środki, by uciszyć ludzi krnąbrnych i zadających za dużo niewygodnych pytań. Autor zwraca uwagę, że zamiatanie niewygodnych spraw pod dywan, szczególnie aktywne w okresach przedwyborczych, by nie stawiać w niekorzystnym świetle urzędujących i starających się o reelekcję polityków, odbywa się z udziałem całej machiny urzędniczej – policjantów, prokuratorów, medyków sądowych i laborantów kryminalistycznych.

Powieść Carra jest przesiąknięta amerykańskim duchem, malownicza w mroczny sposób, bogata w wiedzę z dziedziny kryminalistyki. Przypomina pod tym względem wcześniejsze powieści tego autora: “Alienistę” i “Anioła ciemności”. Czarny humor też tu jest, a wraz z nim liczne odniesienia do współczesnej popkultury wraz z jej muzyką, filmem i literaturą. Robert Wiśniewski

Caleb Carr (ur. 2 sierpnia 1955 w Nowym Jorku) – amerykański historyk wojskowości, dziennikarz i pisarz, który zdobył rozgłos powieściami, osadzonymi w realiach wieku pozłacanego (epoki w historii Stanów Zjednoczonych, trwającej od zakończenia wojny secesyjnej do rozpoczęcia wojny amerykańsko-hiszpańskiej w roku 1898).
Jest autorem bestsellerowego “Alienisty” – na jego podstawie nakręcono dla TNT dostępny na Netflixie serial z gwiazdorską obsadą: Danielem Brühlem, Lukiem Evansem i Dakotą Fanning – oraz “Anioła ciemności”.

Caleb Carr, Miasteczko Surrender, Przekład: Jerzy Kozłowski, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 21 sierpnia 2018
 

 

Miasteczko Surrender

Caleb Carr
Miasteczko Surrender
Przekład: Jerzy Kozłowski
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 21 sierpnia 2018
 

Część pierwsza

______________________________________________

Przekleństwo wiedzy

Jednakże odwrócenie procesu, dzięki któremu przyswoiliśmy
pewne informacje, jest niemożliwe – nie
można oduczyć się czegoś, co zostało nam wpojone.
W rzeczywistości istnieją dwa sposoby na pokonanie
Przekleństwa Wiedzy. Pierwszy z nich polega na nieprzyswajaniu
żadnej wiedzy. Drugi zakłada przekształcenie
mieszkających w naszej głowie koncepcji.

Chip Heath i Dan Heath,
Sztuka skutecznego przekazu, czyli Przyczepne koncepcje,
przekład Magdaleny Poniedziałek (Świat Książki, Warszawa 2009)

[…] bo w wielkiej mądrości – wiele utrapienia, a kto
przysparza wiedzy – przysparza i cierpień.

Księga Koheleta 1,18
(Biblia Tysiąclecia, Pallottinum, Poznań 2000)

Rozdział pierwszy

________

„W tym kraju nie da się przed tym uciec”

{ I }

Sprawa ta nie tyle zatrzęsła okręgiem Burgoyne w stanie Nowy Jork, ile niepostrzeżenie się tam zakradła, tak jak choroba drążąca ten region wylęgała się powoli, ukradkiem, na długo przed znalezieniem pierwszego ciała. Do mnie wiadomość o tym, że popełniono co najmniej jedną zbrodnię o nietypowym i prawdopodobnie dość brutalnym charakterze, dotarła za pośrednictwem zastępcy szeryfa, Pete’a Steinbrechera, na początku lipca tamtego lata. Mieszkałem wówczas od mniej więcej pięciu lat w Shiloh, jak nazywano farmę mleczną należącą do mojej niezamężnej ciotecznej babki, Clarissy Jones. Shiloh roztacza się wokół dużego domu w stylu włoskim, samotnego siedliska w Death’s Head Hollow, jednej z kilku dolin, które ciągną się od północnych krańców gór Taconic w dół, do miasteczka Surrender.
Chociaż przed zesłaniem w tę idylliczną okolicę wśród surowych gór przez jakieś siedem lub osiem lat pracowałem jako psycholog śledczy (głównie w nowojorskiej policji), podczas mojego pobytu na północy stanu jedynie od czasu do czasu współdziałałem z miejscowymi organami ścigania. Wskutek poważnych cięć budżetowych na każdym poziomie administracji państwowej w okręgu Burgoyne siły policyjne zostały mocno okrojone i takie pozostają: w miasteczku Surrender i jemu podobnych już dawno zamknięto lokalne komisariaty, a także oddziały biura szeryfa okręgowego, te nieliczne zaś regularne patrole, które policja jest wciąż w stanie prowadzić, skupiają się na Fraser, siedzibie władz okręgu. Małe społeczności z tego regionu same więc muszą dbać o własne bezpieczeństwo, co też z zadowoleniem czynią: w okręgu Burgoyne bowiem większość mieszkańców posiada broń i biuro szeryfa we Fraser lub policję stanową zawiadamia się jedynie w przypadku najbardziej drastycznego zakłócenia porządku.
Z tych i innych powodów moja działalność kryminologiczna od przeprowadzki na farmę ciotecznej babki (gdzie w dzieciństwie spędzałem prawie każdy weekend i wakacje) miała charakter głównie akademicki, a nie praktyczny: pod egidą Uniwersytetu Stanu Nowy Jork w Albany, czyli SUNY , prowadziłem zajęcia online poświęcone różnym kontrowersyjnym aspektom kryminalistyki. Znakomity Wydział Polityki Kryminalnej tej uczelni od dawna oferował szereg zajęć w dziedzinie kryminalistyki, zarówno na studiach pierwszego, jak i drugiego stopnia; lecz wykładowcy i kierownictwo wydziału, mądrze biorąc pod uwagę skandale, które w ciągu ostatnich dwudziestu lat nadszarpnęły reputację federalnych i regionalnych laboratoriów policyjnych, a także ogólnie całego pola kryminalistyki, postanowili tuż przed moją przeprowadzką w ich okolice zaoferować studentom fakultatywne zajęcia pozwalające zgłębić dobrze udokumentowane mankamenty tej dziedziny. Mój głos był jednym z tych, które w sposób najbardziej zdecydowany próbowały wyeksponować te słabości; a ponieważ moja praca (i metody leżące u jej podstaw) doprowadziła do serii głośnych konfliktów z laboratorium kryminalistycznym nowojorskiej policji, co uczyniło ze mnie ostatecznie persona non grata w rodzinnej metropolii, nie zdziwiłem się specjalnie (aczkolwiek byłem niezmiernie wdzięczny), gdy uczelnia w Albany zaproponowała mi pomoc w zorganizowaniu tych pogłębiających temat zajęć.
Razem z moim najbliższym współpracownikiem z Nowego Jorku, Mikiem Li – ekspertem w dziedzinie śladów kryminalistycznych i dowodów DNA, który całymi latami głośno krytykował powszechne i często fatalne błędy popełniane w czasie gromadzenia, przechowywania i wykorzystywania w sali sądowej tego typu dowodów – skwapliwie przyjęliśmy propozycję uczelni, pod warunkiem że nasze kursy, moje i Mike’a, będą prowadzone online. (Z powodu wciąż odczuwanych skutków zmagań w dzieciństwie z kostniakomięsakiem na lewej kości udowej i miednicy dłuższe podróże, nawet te osiemdziesiąt kilometrów do Albany i z powrotem, stawały się dla mnie coraz bardziej kłopotliwe). Kierownictwo wydziału i tak pragnęło zaznaczyć swoją obecność w szybko rozwijającym się świecie edukacji internetowej, więc chętnie spełniło mój warunek; i niebawem razem z Mikiem urządziliśmy wirtualną salę wykładową w starym, ruderowatym hangarze lotniczym stojącym na wzgórzu za dwiema wybudowanymi w połowie dziewiętnastego wieku zielonymi stodołami, które stanowiły centralną część farmy nadzorowanej żelazną ręką przez moją cioteczną babkę.
Ściśle mówiąc, tę naszą skype’ową klasę stworzyliśmy w kadłubie przedwojennego niemieckiego samolotu cywilnego Junkers JU-52/3m, którego konserwowanie było pasją ojca Clarissy. Przeleciawszy nim z Niemiec do Senegalu w 1935 roku okrężną trasą nad Europą i Afryką Północną, ten stary wariat przetransportował następnie maszynę drogą morską do Brazylii, po czym odleciał nią na północ: przygoda, która najwyraźniej była tak barwna – i kosztowna – jak tylko można sobie wyobrazić. Teraz jednak trzysilnikowa bestia była uziemiona, zajmując niczym samolot widmo niemal każdy centymetr kwadratowy hangaru; i z kadłuba maszyny razem z Mikiem staraliśmy się wyperswadować naszym studentom – po pierwsze, powszechnie uznawany pogląd, jakoby kryminalistyka (nie tylko gromadzenie dowodów śladowych, w tym DNA, lecz także dużo starsze praktyki typu daktyloskopia i balistyka) stanowiła niejako „parytet złota” w analizie dowodów i procedurach sądowych, a po drugie, równie popularną i szkodliwą koncepcję, jakoby za sprawą kryminalistyki psychologia śledcza, a zwłaszcza profilowanie stały się czymś nieco już przestarzałym.
Tamtego lipcowego popołudnia wygłosiłem właśnie długi i dość żarliwy wykład, wyjaśniając dokładnie, jak groźne stały się powyższe opinie, i zwracając się do moich studentów – przedstawicieli przyszłego pokolenia dochodzeniowców – by przywrócili zarówno psychologii, jak i profilowaniu należną im pozycję, utraconą w dużej mierze po tym, gdy na początku lat dziewięćdziesiątych rzekomo bardziej precyzyjne dziedziny kryminalistyki zaczęły monopolizować praktykę śledczą. Opuściwszy swoje stanowisko przed kilkoma dużymi monitorami, które zdominowały wnętrze junkersa, powoli pokonałem stalowe stopnie zainstalowane przez pradziadka pod włazem przy prawym skrzydle samolotu i wspierając się na lasce, wyszedłem z hangaru na papierosa. Spod hangaru zauważyłem wóz patrolowy Pete’a Steinbrechera sunący szybko doliną, z migającym kogutem, ale wyłączoną syreną: Pete znał Shiloh i moją drobną, acz w gorącej wodzie kąpaną cioteczną babkę wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że dźwięk syreny błyskawicznie wywabiłby Clarissę z domu, do którego wróciłaby dopiero po wygłoszeniu pod adresem zastępcy szeryfa surowej połajanki na temat wpływu takich dźwięków na mleczne krowy. Z tego i innych powodów Pete nie zapuszczał się tutaj w błahych sprawach – co więcej, jego obecność niemal stuprocentowo gwarantowała jedno…
– Mike – zawołałem, cofając się do wielkiej paszczy otwartej bramy hangaru – Pete Steinbrecher tu jedzie. – Usłyszałem, jak Mike przerywa przygotowania do zajęć, i dodałem beznamiętnym głosem: – Wygląda na to, że kogoś zamordowano…
W czasie, który był potrzebny Pete’owi, żeby zaparkować wóz pod jednym z budynków gospodarczych niedaleko hangaru, Mike wyskoczył z samolotu i zbiegł po stalowych schodkach, jak zwykle w takich sytuacjach ożywiony.
– Super! – rzucił, stając przy mnie. Jego oczy – często przymrużone po latach przyglądania się dowodom pod mikroskopem – teraz pod wpływem entuzjazmu otwierały się szerzej. – Mam odwołać swoje zajęcia? – Spojrzał na mnie niecierpliwie, kierując wzrok do góry (Mike ma niecałe metr siedemdziesiąt, nawet w chwilach ekscytacji, ja zaś, pomimo zwykle zgarbionej postawy, jestem dobre piętnaście centymetrów wyższy), i uśmiechnął się niemal diabolicznie, częstując się papierosem z paczki, którą mu podsunąłem.
– Wstrzymaj się – zasugerowałem, wyciągając z kamizelki kieszonkowy zegarek. Otworzyłem wieczko. – Masz jeszcze całe dwadzieścia minut… najpierw go wysłuchajmy.
– Ach! – Mike westchnął głośno, rozczarowany. – Skąd wiedziałem, że to powiesz, gweilo?
(Gdy go irytowałem, Mike miał w zwyczaju nazywać mnie po kantońsku „białym diabłem”).
– Spokojnie, żółta zarazo – odpowiedziałem. Schowawszy zegarek, wydobyłem zapalniczkę Zippo i podsunąłem ogień swojemu partnerowi.
– Do diabła, L.T. – rzucił Mike. – Mówiłem ci już, że „żółta zaraza” odnosi się do Japońców, a Chińczycy mają akurat o wiele więcej, kurwa, powodów, żeby ich nienawidzić niż wy. Więc zaklepuję sobie.
Odwróciłem się do niego rozbawiony.
– Zaklepujesz sobie?
– Prawo do nienawidzenia Japończyków – wyjaśnił Mike, machnąwszy papierosem.
– Aha. – Skinąłem głową, ale nie mogłem powstrzymać stłumionego śmiechu. – „Zaklepuję sobie”– wymamrotałem. – Czasem, jak coś powiesz, Michael…
– Dobra, dobra… daruj sobie, Trajan, mam szaloną ochotę na jakieś prawdziwe śledztwo.
– Szalony to ty jesteś. Nie wiemy nawet, czy chodzi o prawdziwe śledztwo; możliwe, że chce się tylko poradzić.
– Jasne – ironizował Mike, gdy zaciągając się, obserwowaliśmy zastępcę szeryfa, który zbliżał się do nas ścieżką. – Pete narażałby się na ostre starcie z Clarissą, gdyby szukał tylko porady.
– Daj mu się wypowiedzieć – rzekłem.
Podchodząc do nas, Pete podniósł rękę w geście powitania, po czym ściągnął szary kowbojski kapelusz i uścisnął nam dłonie.
– Doktorze – zwrócił się do mnie. – Mike. Nie macie może ochoty wesprzeć służb kryminalnych okręgu Burgoyne?
Pete był postawnym mężczyzną o mocnych niemieckich rysach typowych dla imigrantów z tego kraju, którzy całymi falami osiedlali się w północnej części stanu Nowy Jork w dziewiętnastym wieku. Dodatkowo jeszcze był posiadaczem spokojnego, dźwięcznego głosu, który podziwiałem u uczciwych, pracowitych stróżów prawa, w jego przypadku lekko zabarwionego niezbyt łatwym do określenia, lecz uroczym lokalnym akcentem, zupełnie nieprzypominającym wiejskich nosowych dźwięków przyswojonych sobie przez młodszych mieszkańców okolic – jak na ironię dopiero po tym, gdy rolnictwo przestało być ich głównym zajęciem.
– Zapalisz, Pete? – spytałem, podsuwając mu paczkę. Zauważyłem, on zresztą też, że dłoń drży mi lekko, lecz w sposób niekontrolowany, w oczekiwaniu na jego wiadomości.
– Wiesz dobrze, doktorze Jones, że moja stara kazała mi rzucić – odpowiedział Pete, wyciągając chusteczkę, żeby wytrzeć nią czoło. – Jeśli wrócę do domu, śmierdząc petami, potraktuje moją czaszkę kluczem nasadowym.
Rzeczywiście wiedziałem o tym, ale taka już była natura naszej znajomości, podobnie jak moich interakcji z Mikiem: bez opamiętania wbijaliśmy sobie nawzajem szpile. Schowawszy papierosy do kieszeni marynarki, poluzowałem krawat i spytałem:
– No to… kto nie żyje?
– Jezus Maria… – Uśmiech Pete’a zniknął nagle i jego twarz sposępniała, ale ważniejszym sygnałem, że stało się coś niezwykłego, było to, co właśnie powiedział. Mieszkańcy okręgu Burgoyne może i mają słabość do broni palnej, ale – w przeważającej mierze – nie do religii; a ci nieliczni, którzy tak jak Pete dokładają starań, żeby nie zamknięto garstki ostatnich kościołów, poważnie traktują ich misję i swoje religijne powinności, a mimo to aktualna sprawa i moja niefrasobliwa aluzja sprawiły, że powiedział coś, co dla niego było z pewnością prawdziwym bluźnierstwem. – Walisz od razu z grubej rury, doktorze, co? – odezwał się znowu ze smętną miną. Włożywszy kapelusz z powrotem na głowę, teraz już osuszoną z potu wyciśniętego przez lipcowy upał, Pete przybrał rzadki u niego oficjalny ton. – Prawdę powiedziawszy, wolałbym, żebyś sam rzucił okiem.
Przyjrzałem się bacznie mojemu dobremu przyjacielowi, jednemu z nielicznych w policyjnych szeregach okręgu.
– Pete? O co chodzi?
– Chcesz wejść na piwko? – zaproponował Mike, także przyglądając się twarzy zastępcy szeryfa i dostrzegając rzadkie na niej natężenie niepokoju, a nawet konsternacji.
Pete oczywiście już wcześniej miał do czynienia z ofiarami śmiertelnymi, nawet z morderstwami, a jednak w tym momencie był wyraźnie wstrząśnięty. W odpowiedzi na zaproszenie Mike’a pokręcił głową i posłał mu krótki uśmiech wdzięczności.
– Muszę wracać. Najlepiej z naszym doktorkiem. Ty też, Mike, możesz się z nami zabrać. Przydasz się.
Mike odwrócił się do mnie i bezskutecznie usiłował powściągnąć uśmiech satysfakcji.
– Cóż: dostałem oficjalne zaproszenie. Więc, L.T., nie masz już nic, kurwa, do gadania. – Zgasiwszy prędko papierosa pod butem, Mike zwrócił się do Pete’a: – Daj mi pięć minut dla studentów. Może zadam im dodatkową pracę domową. Zaczekasz?
– Pewnie – odpowiedział Pete, wyraźnie oddychając z ulgą. – Jeśli to tylko pięć minut, nie ma problemu.
– To ja też skorzystam z tych kilku minut – stwierdziłem, odwracając się w stronę pastwiska, które rozciągało się na zboczu nad hangarem. Wybieg o powierzchni około czterech hektarów zajmował teren, który prowadził do niewielkiego wzniesienia u stóp stromej, gęsto porośniętej lasem góry. Otoczony był wyjątkowo solidnym i nadzwyczaj wysokim, prawie trzymetrowym ogrodzeniem z grubego stalowego drutu wzmocnionego gęstą siatką. – Mam jeszcze coś do zrobienia…
– Idziesz nakarmić swojego „psa”? – spytał Pete ze swobodnym uśmiechem, rozluźniwszy się wreszcie.
– Tak. Idziesz ze mną?
– Doktorze, z całym szacunkiem, ale, uff, wiesz, że ta bestia…
– Czyli „rzadki gatunek afrykańskiego psa myśliwskiego”? – wtrąciłem szybko.
– Tak, tak, nie martw się, będę potwierdzał tę wersję. Ale wiesz, spinam się, gdy widzę to zwierzę.
– Im więcej czasu będziesz przy niej spędzał, tym mniej będziesz miał powodów do nerwów. Poza tym ona cię lubi. Trochę.
– No cóż, „trochę” to za mało, w każdym razie dziękuję. Zaczekam sobie tutaj.
Idąc w stronę nieodległej furtki w ogrodzeniu zabezpieczonej z obu stron dodatkowymi warstwami drutu, usłyszałem głos Pete’a:
– Jak to cholerstwo się wabi, przypomnij mi?
– Marcjanna! – zawołałem w odpowiedzi. – Ulubiona siostra rzymskiego cesarza Trajana.
– I on się dziwi – Pete zwrócił się do Mike’a – że nie mogę zapamiętać…
Gdy dotarłem do furtki i wydałem z siebie specyficzne zawołanie – swego rodzaju świergot, na którego dźwięk moja ulubiona siostra zwykle przybiegała w podskokach – zorientowałem się, że Marcjanny nigdzie nie widać. Długoletnie doświadczenie podpowiadało mi, że musiała schwytać jakiegoś dużego ptaka – najprawdopodobniej kruka lub wronę, może nawet jastrzębia, który dostrzegł na jej wybiegu jakiegoś małego gryzonia – i teraz raczyła się zdobyczą w dużej kamiennej jamie mojego pomysłu zbudowanej z płaskich, podłużnych głazów sprowadzonych z góry przez kilku pomocników traktorem i saniami. Ci pomocnicy nie wiedzieli wtedy, co budują ani co będzie się mieściło w tej konstrukcji; i gdy w swoim czasie się dowiedzieli, posłuchali mojej prośby – tak jak potem Pete i kilka innych osób – żeby nie zdradzić, kto mieszka w zagrodzie. W miarę upływu czasu po Surrender zaczęły krążyć różne spekulacje i plotki i mam wrażenie, że wszystkich wtajemniczonych rajcowało trochę to, że nie wyjawiają sekretu. Tak czy siak, pewien, że znam miejsce pobytu Marcjanny, otworzyłem chłodziarkę, w której rano zostawiłem spory połeć mrożonej wołowiny razem z suplementami. Do tej pory mięso zdążyło ładnie się rozmrozić i wcisnąwszy rozpuszczalne suplementy głęboko w czerwoną, krwawą tkankę, przerzuciłem posiłek nad siatką na goły plac ziemi przy furtce.
– Marcjanna! – zawołałem, doskonale bowiem znała brzmienie swojego imienia. – Jadę do sklepu, zaraz wracam! – Słowa „sklep” i „zaraz” też były jej znane, chociaż ich nie lubiła; wiedziałem jednak, że pod moją nieobecność nie będzie się martwiła, odwróciłem się więc i odszedłem do hangaru.
Mike szybko spławił studentów – niewątpliwie za szybko – i teraz znowu stał obok Pete’a ze swoją torbą na próbki u stóp. Wszyscy razem przeszliśmy prędko do wozu patrolowego i Mike niechętnie zgodził się odegrać więźnia, dając się zamknąć z tyłu, gdy ja podszedłem do drzwi od strony pasażera z przodu. Czekając, aż Pete otworzy swoje drzwi, rzuciłem z udawaną nonszalancją:
– Wiesz, Pete, nigdy wcześniej nie wzbraniałeś się przed podaniem przynajmniej płci i wieku ofiary. Co się dzieje?
– Piętnastolatka – rzekł Pete, znowu wyraźnie poruszony. – I to wszystko, co ze mnie na razie wyciągniecie.
Wsiadłszy do samochodu, zerknąłem do tyłu na Mike’a i spostrzegłem, że unosi brwi z niepohamowanym zaciekawieniem. Miał chrapkę na śledztwo z prawdziwego zdarzenia i wszystko wskazywało na to, że takowe się szykuje.
Gdy sadowiłem się w fotelu, Pete podał mi małą poduszkę, którą zabrał z typową dla siebie troskliwością.
– Masz – rzucił skrępowany. – Na twoje… biodro czy co tam.
– Bardzo miło z twojej strony, szeryfie – powiedziałem z wdzięcznością, usiłując podeprzeć lewą stronę miednicy i dolną część pleców, żeby było mi jak najwygodniej. – A możemy też wiedzieć, dokąd się wybieramy?
– West Briarwood – odpowiedział. – Ale naprawdę już więcej nic nie mówię. Czekajcie, aż tam zajedziemy.
I po tych słowach ruszyliśmy doliną. Pete raz jeszcze włączył koguta na dachu, nie dotykając przycisku syreny, i jechał szybciej, niż miał w zwyczaju. Ponadto zauważyłem, że nie włączył radia: posunięcie bardzo nietypowe jak na funkcjonariusza sił porządkowych; najwyraźniej nie chciał dopuścić do tego, byśmy podsłuchali policyjną paplaninę na temat miejsca, do którego zmierzaliśmy, i czekającej nas sprawy.