“Mgły Avalonu” to magiczna legenda Króla Artura, opowiedziana z perspektywy kobiet, które dzierżyły władzę zza tronu. Według krytyków to jedna z najwybitniejszych powieści fantasy w historii literatury.


Mgły Avalonu“Mgły Avalonu” to tzw. retelling opowieści o królu Arturze. Dzieje narodzin, rozkwitu i upadku świetności dworu króla Artura opowiedziane zostały z punktu widzenia bohaterek legendy, pozostających zazwyczaj w cieniu postaci męskich: głównie siostry Artura, Morgany Czarodziejki, ale także jego matki Igriany i żony Ginewry oraz Pani Jeziora – Viviany.

„Albowiem, tak jak mówię, zmienił się sam świat. Był taki czas, kiedy wędrowiec, jeśli miał ochotę i znał choćby kilka tajemnic, mógł wypłynąć łodzią na Morze Lata i dotrzeć nie do Glastonbury pełnego mnichów, lecz do Świętej Wyspy Avalon. W tamtych czasach wrota łączące światy unosiły się we mgle i otwierały się wedle woli i myśli wędrowca…”

Morgiana, obdarzona darem Wzroku i związana z losem Artura Pendragona, swego brata – kochanka, opowiada historię krótkiej świetności Camelotu.

Nie jest to jednak opowieść o rycerskich czynach, lecz widziana kobiecym okiem wizja społeczeństwa u progu dziejowych zmian.

***

Najlepsza wersja sagi arturiańskiej, jaką kiedykolwiek czytałem.
Isaac Asimov

Marion Eleanor Zimmer Bradley (ur. 3 czerwca 1930 w Albany, Nowy Jork, zm. 25 września 1999 w Berkeley, Kalifornia) – amerykańska autorka powieści fantasy. Jej najbardziej znane dzieło – cykl avaloński został zapoczątkowany w 1979 roku powieścią “Mgły Avalonu”. Kolejne to: Leśny dom (The Forest House, 1993, kolejne wydania od 1998 publikowane pod tytułem The Forests of Avalon), Pani Avalonu (Lady of Avalon, 1997), Kapłanka Avalonu (Priestess of Avalon, 2000) (razem z Dianą L. Paxson), The Ancestors of Avalon (2004) (razem z Dianą L. Paxson).

Marion Zimmer Bradley
Mgły Avalonu
Przekład: Dagmara Chojnacka
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Premiera w tej edycji: 4 czerwca 2018
 
 

Mgły Avalonu


„…Morgan le Fay wyszła za mąż, lecz została oddana do szkoły zakonnej, gdzie stała się wielką mistrzynią magii”.
Malory, Morte d’Arthur

Prolog

Mówi Morgiana…
W moich czasach zwano mnie różnie: siostrą, kochanką, kapłanką, czarownicą, królową. Teraz rzeczywiście stałam się jedną z Wiedzących i może nadejść czas, kiedy moja wiedza będzie potrzebna. A jednak, myśląc trzeźwo, zdaję sobie sprawę z tego, że ostatnie słowo będzie należało do chrześcijan, gdyż świat czarów na zawsze oddala się od świata, którym rządzi Chrystus. Nie wiodę sporu z Chrystusem, tylko z jego księżmi, którzy Wielką Boginię zowią demonem i zaprzeczają, iż kiedykolwiek miała Ona władzę na tym świecie. W najlepszym razie mówią, że Jej moc pochodziła od szatana. Albo ubierają Ją w błękitne szaty Pani z Nazaretu — która rzeczywiście na swój sposób posiadała moc — i mówią, że była wieczną dziewicą. Ale cóż dziewica może wiedzieć o smutkach i trudach ludzkości?
A teraz, gdy świat się zmienił, a Artur — mój brat, mój kochanek, ten, który królem był i królem być miał — leży martwy (lud powiada, że tylko śpi) na Świętej Wyspie Avalon, ta historia powinna być opowiedziana. O tym, jak było, zanim księża Białego Chrystusa nadeszli, by przesłonić wszystko swymi świętymi i swymi legendami.
Albowiem, tak jak mówię, zmienił się sam świat. Był taki czas, kiedy wędrowiec, jeśli miał ochotę i znał choćby kilka tajemnic, mógł wypłynąć łodzią na Morze Lata i dotrzeć nie do Glastonbury pełnego mnichów, lecz do Świętej Wyspy Avalon, gdyż w tamtych czasach wrota łączące światy unosiły się we mgle i otwierały wedle woli i myśli wędrowca. To właśnie jest wielka tajemnica, którą znali wszyscy światli ludzie w naszych czasach: tym, co człowiek myśli, stwarza wokół siebie świat, codziennie na nowo.
A teraz księża, myśląc, że to narusza moc ich Boga, który raz na zawsze stworzył niezmienny świat, zamknęli te drzwi (które były drzwiami jedynie w ludzkich umysłach) i droga wiedzie już tylko do wyspy księży, obwarowanej dźwiękami kościelnych dzwonów, które odpychają wszystkie myśli o tym innym świecie, ukrytym w ciemności. Księża mówią, że jeśli ten świat w ogóle istnieje, to jest własnością szatana i przedsionkiem do piekła, jeśli nie samym piekłem.
Nie wiem, co ich Bóg mógł, a czego nie mógł stworzyć.
Wbrew temu, co o mnie mówią, nigdy za wiele nie wiedziałam o księżach, nigdy też nie nosiłam habitu, jak ich zakonne niewolnice. Jeśli na dworze Artura w Kamelocie wolano tak o mnie myśleć, kiedy się tam pojawiałam (gdyż zawsze nosiłam czarne suknie przynależne Wiedzącej kapłance Wielkiej Matki), nie wyprowadzałam ich z błędu. A już pod koniec panowania Artura byłoby to nawet niebezpieczne. Dla wygody chyliłam więc głowę tak, jak nigdy by nie uczyniła moja wspaniała mistrzyni: Viviana, Pani Jeziora, niegdyś największa, poza mną, przyjaciółka Artura, a potem najzacieklejsza jego przeciwniczka, także — poza mną.
Ale walka się skończyła; mogłam w końcu pożegnać Artura, kiedy leżał umierający, nie jako mego wroga i wroga mojej Bogini, lecz tylko jako mojego brata i jak umierającego człowieka potrzebującego pomocy Matki, tak jak potrzebuje jej każdy. Wiedzą to nawet księża ze swoją wieczną dziewicą Maryją w błękitnych szatach; bo w godzinie śmierci ona też staje się Matką Świata.
Tak więc Artur leżał w końcu z głową na moich kolanach, nie widząc we mnie siostry, kochanki czy wroga, ale tylko kapłankę, Wiedzącą, Panią Jeziora; spoczywał na łonie Wielkiej Matki, z której się narodził i do której, tak jak każdy, musiał powrócić. I być może, kiedy wiozłam go łodzią, tym razem nie na wyspę mnichów, ale na prawdziwą Świętą Wyspę leżącą w skrytym w ciemnościach świecie poza naszym światem, na wyspę Avalon, gdzie teraz poza mną dotrzeć mogą tylko nieliczni, Artur żałował wrogości, która stanęła między nami.

*

Opowiadając tę historię, będę czasem mówiła o rzeczach, które wydarzyły się, kiedy byłam zbyt młoda, by je rozumieć, albo o zdarzeniach, przy których nie byłam osobiście. I być może mój słuchacz odwróci się, mówiąc: to pewnie jej czary. Jednak ja zawsze miałam dar Wzroku. Umiałam też zaglądać w ludzkie umysły; a wtedy byłam blisko związana z ludźmi, o których opowiadam. Był więc czas, że wszystko, o czym myśleli, było mi w jakiś sposób wiadome. A zatem opowiem moją historię.
Gdyż pewnego dnia opowiedzą ją także księża, tak jak oni ją widzieli. Może pomiędzy tymi dwoma opowieściami zajaśnieje promień prawdy.
To jest bowiem coś, czego nie wiedzą księża, ze swoim Jedynym Bogiem i Jedyną Prawdą: nie istnieje jedna prawdziwa opowieść. Prawda ma wiele twarzy, prawda jest jak ta stara ścieżka do Avalonu: tylko od twej własnej woli i od twych własnych myśli zależy, dokąd droga cię zawiedzie i czy na końcu znajdziesz się na Świętej Wyspie Wieczności, czy też pomiędzy księżmi i ich dzwonami, ich śmiercią, ich szatanem i piekłem, i wiecznym potępieniem… ale może jestem dla nich niesprawiedliwa. Nawet Pani Jeziora, która nienawidziła księży jak jadowitych żmij i miała po temu słuszne powody, skarciła mnie kiedyś za złe wyrażanie się o ich Bogu.
„Bo wszyscy Bogowie są jednym Bogiem”, powiedziała mi wtedy, jak to mówiła wiele razy wcześniej i jak ja powtarzałam wielokrotnie moim nowicjatkom, i jak będzie powtarzała każda kapłanka, która przyjdzie po mnie, „i wszystkie Boginie są jedną Boginią, tak jak jeden jest tylko Inicjator. I każdy człowiek ma swą własną prawdę i swego Boga w sercu”.
Może być więc tak, że prawda unosi się gdzieś pomiędzy drogą do Glastonbury, Wyspy Księży i drogą do Avalonu, na zawsze zagubioną we mgłach Morza Lata.
Ale oto jest moja prawda; opowiadam ją wam ja, Morgiana, którą w późniejszych czasach zwano Morgan le Fay.

Księga pierwsza

MISTRZYNI MAGII

1

Nawet w środku lata Tintagel był ponurym miejscem; Igriana, małżonka diuka Gorloisa, spoglądała w morze z przylądka. Wpatrując się w mgły i opary, zastanawiała się, po czym kiedykolwiek pozna, że dzień i noc są równej długości, by móc świętować Nowy Rok. Tego roku wiosenne burze były niezwykle gwałtowne. Dniami i nocami łoskot morza rozbrzmiewał echem po zamku, tak że w końcu nikt już nie mógł spać i nawet psy zawodziły żałośnie.
Tintagel… byli wciąż tacy, co wierzyli, że zamek został wzniesiony na tym urwistym, odległym krańcu długiego cypla wychodzącego w morze dzięki czarom starożytnych ludów z Ys. Diuk Gorlois śmiał się z tego i powiadał, że gdyby znał trochę tych czarów, powstrzymałby nimi morze przed wdzieraniem się w ląd. W ciągu czterech lat, odkąd przybyła tu jako żona Gorloisa, Igriana widziała, jak ziemia, dobra ziemia, znikała w wodach kornwalijskiego morza. Długie ramiona czarnych skał, ostre i urwiste, wyciągały się w morze z nadbrzeża. Kiedy świeciło słońce, bywało jasno i przejrzyście, a niebo i ziemia błyszczały jak klejnoty, którymi Gorlois obsypał ją w dniu, gdy powiedziała mu, że nosi ich pierwsze dziecko. Jednak Igriana nigdy nie lubiła ich zakładać. Klejnot, który w tej chwili zdobił jej szyję, podarowano jej w Avalonie: kamień księżycowy, który odbijał błękitną jasność morza i nieba; lecz we mgle dzisiejszego dnia nawet klejnot wyglądał matowo.
We mgle dźwięki niosą się na dużą odległość. Kiedy Igriana odwróciła się plecami do morza i stała, patrząc w kierunku lądu, wydało się jej, że słyszy stukot kopyt koni i mułów, i głosy, ludzkie głosy, tutaj, w tym opuszczonym Tintagel, gdzie nie żył nikt prócz kóz, owiec, pasterzy i ich psów, pań z zamku, kilku służących i paru starców dla ochrony.
Powoli Igriana zawróciła i skierowała się z powrotem do zamku. Jak zwykle, kiedy stała w jego cieniu, czuła się przytłoczona wynurzającym się z mgieł masywem tych prastarych kamieni piętrzących się na końcu długiego cypla wychodzącego w morze. Pasterze wierzyli, że zamek zbudowali starożytni z ziem Lyonnesse i Ys; w pogodne dni, jak mawiali rybacy, można było zobaczyć ich stare zamki głęboko pod wodą. Ale dla Igriany wyglądały one jedynie jak skalne wieże, stare góry i pagórki zatopione przez wciąż wdzierające się w ląd morze, które nawet teraz wgryzało się powoli w skały, na których stał zamek. Tutaj, na końcu świata, gdzie morze bez końca pożerało ziemię, łatwo było wierzyć w zatopione krainy na zachodzie; snuto opowieści o wielkiej ognistej górze, która wybuchnęła daleko na południu, a odmęty pochłonęły tam wielką krainę. Igriana nigdy nie wiedziała, czy wierzy w te opowieści, czy nie.
Tak. Z pewnością słyszała we mgle głosy. To nie mogli być dzicy jeźdźcy zza morza ani z wybrzeża Erin. Dawno minęły już czasy, kiedy musiała się obawiać każdego obcego dźwięku czy cienia. Nie był to też diuk, jej mąż. Bawił daleko na północy, walczył z Saksonami u boku Ambrozjusza Aurelianusa, Najwyższego Króla Brytanii; gdyby miał zamiar wracać, przysłałby wiadomość.
Nie musiała się obawiać. Gdyby jeźdźcy byli wrogami, powstrzymałyby ich straże i wojsko, które diuk pozostawił na posterunkach przy wjeździe na cypel, by broniły jego żony i dziecka. Żeby się przez nich przedrzeć, trzeba by całej armii. A któż wysyłałby armię przeciwko Tintagel?
Był taki czas, pomyślała bez żalu Igriana, wchodząc powoli na zamkowy dziedziniec, że wiedziałaby, kto nadjeżdża do zamku. I nagle ta myśl zasmuciła ją trochę. Od narodzenia Morgiany nawet już nie płakała za domem. A Gorlois był dla niej dobry. Uspokajał ją w pierwszym okresie pełnym strachu i nienawiści, obdarowywał klejnotami i pięknymi rzeczami, przywoził jej wojenne trofea. Otoczył ją służącymi i dwórkami i traktował ją zawsze jak równą sobie, z wyjątkiem narad wojennych. Nie mogłaby żądać więcej, chyba że poślubiłaby mężczyznę z Plemion. Ale w tym nie zostawiono jej wyboru. Córka Świętej Wyspy musi robić to, co najlepsze jest dla jej ludu, choćby oznaczało to pójście na śmierć w ofierze, poświęcenie dziewictwa w Świętym Związku czy zamążpójście, które, jak myślano, scementuje pewne sojusze; i to właśnie zrobiła Igriana, poślubiając romańskiego diuka Kornwalii, obywatela, który, choć Rzymianie opuścili już Brytanię, żył na sposób rzymski.
Zsunęła płaszcz z ramion; wewnątrz dziedzińca, poza zasięgiem przejmującego wiatru, było cieplej. I nagle mgła zawirowała i rozwiała się, a przed nią na chwilę pojawiła się postać, która zmaterializowała się z oparów: jej przyrodnia siostra, Viviana, Pani Jeziora, Pani Świętej Wyspy.
— Siostro! — Słowa zamarły w powietrzu i Igriana wiedziała, że nie krzyknęła ich na głos, a tylko wyszeptała, przyciskając ręce do piersi. — Czy ja naprawdę cię tutaj widzę?
Twarz Viviany wyrażała naganę, a głos wydawał się rozbrzmiewać w podmuchach wiejącego za murami wiatru.
Czy wyrzekłaś się Wzroku, Igriano? Z własnej woli?
Dotknięta tą niesprawiedliwością, Igriana odparła:
— To ty zarządziłaś, że mam poślubić Gorloisa… — Ale obraz jej siostry rozmył się we mgle, już go nie było, nigdy nie istniał. Igriana zamrugała, wizja zniknęła. Otuliła się płaszczem, bo poczuła zimno, przejmujące zimno. Wiedziała, że ta wizja wzięła swą moc z ciepła i życiowej siły jej własnego ciała. Nie wiedziałam, że wciąż jeszcze mogę widzieć w ten sposób, byłam pewna, że już nie potrafię… pomyślała. Potem zadrżała, przypominając sobie, że ojciec Columba na pewno uzna to za robotę diabła, a ona powinna się z tego wyspowiadać. Co prawda tutaj, na końcu świata, księża byli bardziej wyrozumiali, ale niewyznana wizja z pewnością spotkałaby się z naganą.
Skrzywiła się. Dlaczego miała traktować wizytę swojej własnej siostry jako dzieło diabła? Niech ojciec Columba gada sobie, co chce; może przynajmniej ten jego Bóg jest mądrzejszy od niego. Co, pomyślała Igriana, powstrzymując chichot, wcale nie byłoby takie trudne. Być może ojciec Columba został księdzem, bo żaden zakon druidów nie chciał mieć w swoich szeregach takiego głupca. Ten Bóg Chrystus wydawał się nie zwracać uwagi na to, że jego księża są głupi, jeśli tylko potrafili mamrotać swoje msze i trochę pisać i czytać. Ona, Igriana, miała więcej zakonnej wiedzy niż ojciec Columba i kiedy chciała, mówiła lepszą łaciną. Nie uważała się za osobę wykształconą; nie miała dość samozaparcia, by studiować głębszą wiedzę Starej Religii albo brać udział w Misteriach w stopniu większym, niż było to absolutnie wymagane od córki Świętej Wyspy. I mimo że nie była wtajemniczona w żadne Misteria, wśród tych zromanizowanych barbarzyńców mogła uchodzić za dobrze wykształconą damę.
W małej komnacie zamkowej, do której w pogodne dni wpadały słoneczne promienie, jej trzynastoletnia młodsza siostra Morgause, już zapowiadająca się na piękną kobietę, ubrana w luźną domową szatę z surowej wełny i stary zniszczony płaszcz Igriany, zarzucony na ramiona, beznamiętnie przędła podłużnym wrzecionem, nawijając nierówną przędzę na rozchwiany kołowrotek. Na podłodze u jej stóp mała Morgiana turlała stare wrzeciono jak piłkę, wpatrując się w esy-floresy, które wywijał nierównomierny kształt wrzeciona. Dziewczynka co chwila obracała je w innym kierunku swymi pulchnymi paluszkami.
— Nie wystarczy już tego przędzenia? — poskarżyła się Morgause. — Bolą mnie palce! Dlaczego cały czas muszę prząść i prząść, jakbym była dwórką?
— Każda dama musi się nauczyć prząść — skarciła ją Igriana, wiedząc, że tak właśnie powinna zrobić. — A twoja nitka to prawdziwa klęska, raz cienka, raz gruba… Palce przestaną cię boleć, kiedy je przyzwyczaisz. Bolące palce są oznaką twojego lenistwa, bo nie zahartowały się do tej pracy… — Wzięła od Morgause wrzeciono i kołowrotek i zaczęła je obracać z niedbałą łatwością; pod jej wprawnymi palcami nierówna przędza wygładzała się w idealnej grubości nitkę. — Patrz, można prząść tę przędzę, nie robiąc supełków… — Nagle znudziło się jej zachowywać tak, jak powinna. — Ale teraz możesz odłożyć wrzeciono. Zanim minie południe, będą tu goście.
Morgause spojrzała na nią zdziwiona.
— Nic nie słyszałam — powiedziała. — Nie było też żadnego gońca z wiadomością!
— To mnie nie dziwi — odparła Igriana. — Bo i nie było gońca. Otrzymałam Przesłanie. Viviana jest w drodze na zamek. I jest z nią Merlin. — O tym ostatnim sama nie wiedziała, dopóki tego nie powiedziała na głos. — Więc możesz zaprowadzić Morgianę do niani, a sama iść i włożyć świąteczną szatę, tę farbowaną szafranem.
Morgause ochoczo odłożyła wrzeciono, ale zatrzymała się i spojrzała na Igrianę.
— Moja szafranowa suknia? Dla mojej siostry?
— Nie dla naszej siostry, Morgause, ale dla Pani Świętej Wyspy i dla Posłańca Bogów. — Igriana upomniała ją ostro.
Morgause wpatrywała się we wzór na posadzce. Była wysoką, mocną dziewczyną, dopiero zaczynającą smukleć i dojrzewać; jej gęste włosy były rudawe, jak u Igriany, a jasna skóra usiana była piegami, choć usilnie stosowała okłady z mleka i błagała zielarkę o napary i maści, żeby się ich pozbyć. Miała dopiero trzynaście lat, a była już tak wysoka jak Igriana i zanosiło się, że będzie jeszcze wyższa. Niezgrabnie podniosła Morgianę i wyszła. Igriana zawołała za nią:
— Powiedz niani, żeby ubrała dziecko w świąteczną sukienkę, a potem możesz małą przynieść tutaj. Viviana jeszcze jej nie widziała.
Morgause odburknęła złośliwie, że nie widzi powodu, dlaczego wielka kapłanka miałaby chcieć oglądać berbecia, ale że mruknęła to pod nosem, Igriana miała wymówkę, by nie zwrócić jej uwagi.