Christopher Thomas Knight postanowił odejść do lasu w 1986 roku i spędził tam, z własnej woli, dwadzieścia siedem lat. Gdyby nie został schwytany przez stróżów prawa, zapewne wciąż żyłby w swoim obozowisku pośród leśnej głuszy. Historię jego pustelniczego życia spisał w formie reportażu Michael Finkel.


Ostatni pustelnikHenry David Thoreau żył samotnie w lesie przez dwa lata, dwa miesiące i dwa dni, a na podstawie czasu spędzonego w głuszy napisał zbiór esejów filozoficznych pod wspólnym tytułem „Walden”. Jego wyczyn z połowy XIX wieku do dziś robi wrażenie, ale jeśli zestawić go z dokonaniami żyjącego współcześnie Christophera Thomasa Knighta, to Thoreau wypadnie przy nim jak amator.

Knight przesiedział w lesie 27 lat. Tak bardzo nie chciał być znaleziony, że zaniechał palenia ognisk, by dym unoszący się znad koron drzew nie zdradził, gdzie znajduje się jego obozowisko. Stał się legendą stanu Maine, człowiekiem duchem, którego działalność dało się dostrzec, a jego samego – nie. Mowa o działalności, ponieważ Knight od czasu do czasu wyprawiał się do okolicznych siedzib celem uzupełnienia zapasów: po prostu kradł z usytuowanych w lesie domków letniskowych to, czego aktualnie potrzebował. Mogły to być baterie albo pozostawiona na werandzie powieść, puszka z konserwową żywnością albo zgrzewka piwa.

Miejscowa społeczność przez lata próbowała doszukać się logiki w tych kradzieżach – nie ginęło nic cennego, włamywacz nie powodował zniszczeń w domach i z wprawą omijał systemy alarmowe. Pozostawał nieuchwytny dla policji, nie natknął się na niego też nikt w właścicieli. Czy zatem w ogóle istniał? Czy może to kolejne pokolenia nastolatków podchwytywały legendę o pustelniku i dla żartu dokonywały drobnych kradzieży, sprawiając, że trwała nadal? – takim domysłom nie było końca. Położył im kres dopiero szczególnie ambitny policjant Terry Hughes, któremu udało się wreszcie schwytać złodziejaszka. Wszystko, czego dowiedział się o nim później było dziwniejsze od najdziwniejszych legend opowiadanych przez lokalnych mieszkańców i turystów odwiedzających okolice jezior North Pond i Little North Pond.

Dokonywanie porównań pomiędzy Knightem a Thoreau jest o tyle niesprawiedliwe, że drugi z tych dżentelmenów bardzo dokładnie zaplanował eksperyment w postaci dobrowolnego wygnania na obrzeża cywilizacji, aby uniknąć “zakłóceń współczesnego życia”, takich jak natłok zbędnych informacji serwowanych przez gazety, plotki o sąsiadach i niekończące się pragnienie posiadania dóbr materialnych, niekoniecznie potrzebnych do życia. Próba odkrycia powodu, który pchnął Christophera Knighta do zerwania więzów ze społeczeństwem, to zadanie, jakie przed sobą postawił Michael Finkel.

Wytrwałość Knighta, jego konsekwentna, wieloletnia odmowa życia pośród ludzi, stały się w Stanach Zjednoczonych powodem do publicznej dyskusji i wyrazistym manifestem, nawet jeśli niezamierzonym.

I nie jest to zadanie łatwe, bo Knight, osadzony w więzieniu za dokonywane przez lata kradzieże, wcale nie okazał się wylewnym rozmówcą. Ma jakąś istotną tajemnicę czy też jego głównym sekretem jest brak sekretu? Podjął decyzję o zamieszkaniu w lesie właściwie bez powodu, pod wpływem impulsu, jak sam deklaruje, czy przed czymś uciekał, coś dramatycznego chciał pozostawić za sobą? Dziennikarz podjął próbę rozwikłania tej zagadki i to wcale nie z powodu powierzchownej ciekawości.

Wytrwałość Knighta, jego konsekwentna, wieloletnia odmowa życia pośród ludzi, stały się w Stanach Zjednoczonych powodem do publicznej dyskusji i wyrazistym manifestem, nawet jeśli niezamierzonym. Nie zdarza się przecież codziennie, by uzdolniony młody chłopak z dobrej rodziny, ze smykałką do komputerów i wynikającą z niej szansą na świetną pracę, tak po prostu, z dnia na dzień, decydował się odejść ze społeczeństwa. Co było z nim nie tak? A może nie z nim, tylko ze społeczeństwem?

Finkel pisząc o wyczynie Knighta sięga też do historii pustelnictwa, przybliżając czytelnikom ideę dobrowolnego wygnania na przestrzeni dziejów. Pisze o indyjskich sadhu, egipskich matkach i ojcach pustyni, europejskich anachoretach. O pustelnictwie jako formie protestu, religijnego wyrazu albo wymuszonej okolicznościami ucieczki. Co zaskakujące, pomimo mnogości wcześniejszych przypadków i ich olbrzymiej różnorodności, żaden nie wydaje się podobny do dokonania Christophera Knighta, który, poprzez swój brak ideologicznej podbudowy, tym bardziej zmusza do uważnego przyjrzenia się cywilizacji, którą postanowił porzucić, chociaż będąc w lesie wciąż korzystał z jej wytworów. Jego los skłania do głębokich przemyśleń o tym, co ta cywilizacja nam daje, a co odbiera. Agnieszka Kantaruk

Michael Finkel, Ostatni pustelnik. 27 lat samotności z wyboru, Przekład: Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Wydawnictwo Poznańskie, Premiera: 18 lipca 2018
 
 

Ostatni pustelnik

Michael Finkel
Ostatni pustelnik. 27 lat samotności z wyboru
Przekład: Katarzyna Bażyńska-Chojnacka
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 18 lipca 2018
 

Jak wiele jest rzeczy, których potrzeby nie odczuwam! [1]
Sokrates, około 425 roku p.n.e.
[1] Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów, tłum. Irena Krońska (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

1.

Tam, gdzie mieszka pustelnik, większość drzew jest wysmukła, są jednak oplątane wokół olbrzymich głazów, a uschnięte konary walają się wszędzie jak gigantyczne bierki. Nie ma tu ścieżek. Niemal każdy z trudem brnąłby przez połamane, trzeszczące gałęzie. W ciemnościach las wydaje się nie do przebycia.
Wtedy właśnie pustelnik udaje się w drogę. Czeka do północy, po czym z plecakiem na ramionach i swą torbą włamywacza opuszcza obozowisko. Na łańcuszku na szyi wisi latarka kieszonkowa, ale on jeszcze jej nie potrzebuje. Porusza się na pamięć.
Przemyka przez las precyzyjnie i zwinnie, kluczy, porusza się energicznie, lecz nie zostawia za sobą połamanych gałązek. Na ziemi wciąż leżą brudne resztki śniegu, schowane przed słońcem, są też błotniste kałuże – w środkowym Maine przyszła wiosna – ale omija je wszystkie. Przeskakuje z kamienia na kamień, nie zostawiając za sobą śladów.
Pustelnik obawia się, że jeden ślad może go zdradzić. Tajemnica to kruchy stan, raz odsłonięta, kończy się na zawsze. Jeśli ci na niej zależy, to pozostawienie choćby jednego odcisku buta jest niedopuszczalne. Za duże ryzyko. Sunie zatem jak duch między łodygami szaleju i klonami, białymi brzozami i wiązami, aż wreszcie staje na kamienistym brzegu zamarzniętego jeziorka.
Ma ono nazwę Little Pond, często nazywa się je Little North Pond, ale pustelnik o tym nie wie. Sprowadził swój świat do rzeczy zasadniczych, więc nazwy nie mają dla niego znaczenia. Wie, jaka jest pora roku, wyczuwa ją zmysłami, w najdrobniejszym przejawie. Wie, że niepełnego półksiężyca dziś w nocy ubywa. Zwykle czeka na nów – im ciemniej, tym lepiej – ale dziś głód zwyciężył. Wie, która jest godzina i minuta. Ma stary, nakręcany zegarek, musi tak rozplanować czas, by zdążyć wrócić przed świtem. Nie wie, o ile nie policzy, który jest rok czy dziesięciolecie.
Chce przejść po zamarzniętej tafli wody, ale musi porzucić ten plan. Dzień był względnie ciepły, kilka kresek powyżej zera – wie, jaka jest temperatura – i kiedy siedział w obozowisku, pogoda pracowała na jego niekorzyść. Twardy lód jest błogosławieństwem, jeśli chodzi o ostrożne przemykanie się po bezdrożach, ale nawet przy lekko rozmiękłej powierzchni pustelnik zostawi za sobą ślad każdego kroku.
Czeka go zatem dłuższa droga. Wraca między drzewa, do przeskakiwania z korzenia na kamień. Niczym w grze w klasy skacze przez kilka kilometrów dookoła Little North Pond, a potem do przeciwległego brzegu samego North Pond. Mija kilkanaście chatek, skromnych drewnianych domków letniskowych, niepomalowanych, zamkniętych poza sezonem na cztery spusty. Był w wielu z nich, ale teraz nie ma na to czasu. Idzie prawie godzinę, wciąż nie zostawiając śladów i złamanych gałązek. Na niektóre korzenie następuje tak często, że są przez niego wyślizgane. Nawet wiedząc to, żaden tropiciel nigdy nie potrafiłby go znaleźć.
Zatrzymuje się u celu, przy letnim obozie Pine Tree. Obóz jest zamknięty, ale obsługa tu bywa i prawdopodobnie zostało nieco jedzenia w kuchni, a już na pewno są jakieś resztki z zeszłego sezonu. Stoi w cieniu drzew i obserwuje Pine Tree, przygląda się barakom mieszkalnym, szopie na narzędzia, świetlicy, stołówce. Nie ma nikogo. Jak zwykle na parkingu stoi kilka aut. Jeszcze czeka. Nigdy nazbyt wiele ostrożności.
W końcu jest gotowy. Po całym Pine Tree rozrzucone są czujniki ruchu, reflektory i kamery, zainstalowane głównie z jego powodu, ale to kpina. Mają określony zasięg – wystarczy go poznać i omijać te strefy. Pustelnik porusza się po obozie zygzakiem, zatrzymuje przy jakimś kamieniu, unosi go, wyciąga ukryty pod nim klucz i chowa do kieszeni na później. Potem wspina się po zboczu na parking i sprawdza drzwi wszystkich pojazdów. Ford pick-up jest otwarty. Zapala latareczkę i przetrząsa wnętrze.
Cukierki! Zawsze dobre. Dziesięć rolek dropsów wciśniętych w uchwyt na kubek. Chowa je do kieszeni. Zabiera też nieodpakowany płaszcz przeciwdeszczowy i srebrny zegarek Armitron. Nie jest drogi – gdyby wyglądał na cenny, pustelnik by go nie ukradł. Ma swój kodeks moralny. Ale dodatkowe zegarki są ważne; kiedy żyje się na łonie natury, w deszczu i śniegu, usterki są nieuchronne.
Omija kilka kolejnych czujników ruchu i podchodzi do tylnego wejścia stołówki. Tutaj zdejmuje z ramienia sportową torbę z narzędziami i otwiera suwak. W środku ma dwie szpachle, skrobak do farb, multitool Leathermana, kilka długich płaskich śrubokrętów oraz trzy zapasowe latarki i mnóstwo innych przedmiotów. Zna te drzwi – mają już zadrapania i wgniecenia od jego majstrowania – wybiera śrubokręt i wsuwa go w szparę między drzwiami a framugą obok klamki. Jeden wprawny ruch, drzwi otwierają się z trzaskiem i pustelnik wślizguje się do środka.
W ustach ściska zapaloną latarkę. Jest w dużej obozowej kuchni, w snopie światła połyskuje nieskazitelna stal, rząd śpiących chochli na relingu pod sufitem. Skręt w prawo, pięć kroków do spiżarni. Zdejmuje plecak i przegląda metalowe regały. Bierze dwa opakowania kawy i wrzuca je do plecaka. Oprócz tego tortellini, torbę pianek, baton zbożowy i paczkę chipsów.
To, czego naprawdę pożąda, znajduje się w drugim końcu kuchni i teraz zmierza właśnie tam. Wyjmuje klucz zabrany spod kamienia i wkłada go do zamka chłodni. Klucz jest przyczepiony do plastikowego breloczka z czterolistną koniczyną z jednym ułamanym listkiem. Jednak trzyipółlistna koniczyna nadal przynosi szczęście. Klamka przekręca się i mężczyzna wchodzi do chłodni. Teraz cała wieczorna misja, wszystkie trudy zostają nagrodzone.
Jest bardzo, niemal niebezpiecznie głodny. W namiocie z rzeczy jadalnych ma kilka krakersów, trochę mielonej kawy i kilka pudełeczek słodziku. I tyle. Gdyby poczekał dłużej, z wycieńczenia mógłby nie dać rady wyjść z namiotu. Oświetla latarką pudełka z hamburgerami i bloki sera, torby kiełbasek i paczki z bekonem. Serce w nim podskakuje, a brzuch domaga się swych praw, sięga więc po jedzenie i ładuje je do plecaka; do wyboru, do koloru.

2.

Żona budzi Terry’ego Hughesa szturchaniem. Terry słyszy brzęczyk i wyskakuje z łóżka jak sprężyna, gotów do działania. Szybko zerka na wyświetlacz, potem zbiega po schodach, tam wszystko jest na miejscu: broń, latarka, telefon komórkowy, kajdanki, trampki. Pas. Pas? Nie ma czasu na szukanie pasa, wskakuje do pick-upa i rusza.
Prosto do Oak Ridge, tam w lewo, prawie kilometr prosto, a potem szybko długim podjazdem do obozu Pine Tree. Jedzie bez świateł, ale auto i tak hałasuje, więc porzuca je w parku i wyskakuje z kabiny. Dalej idzie pieszo, najszybciej jak może, chociaż mniej zwinnie niż zwykle. Brak pasa oznacza, że ręce ma pełne sprzętu.
Mimo to pędzi w stronę stołówki, przeskakuje kamienie, omija drzewa, potem przykuca przy okienku. Serce bije mu szybko jak kolibrowi; od łóżka do okna równo w cztery minuty.
Hughes wciąga powietrze. Potem ostrożnie podnosi głowę i szybko zerka przez okno, próbując przebić wzrokiem półmrok kuchni Pine Tree. I widzi go: ten ktoś ma latarkę, z chłodni wydostaje się blada poświata. Czyżby naprawdę, po tych wszystkich latach, go dopadł? Na to wygląda. Hughes jest ciągle w spodniach od piżamy, poklepuje kaburę przypiętą w pasie – tak, broń jest na miejscu, mały glock.357. Naładowany. Bez bezpiecznika.
Światło się rozjaśnia, Hughes zastyga, a z chłodni wychodzi człowiek z plecakiem. Hughes nie tak go sobie wyobrażał. Mężczyzna jest większy, to raz, ale czystszy i świeżo ogolony. Nosi duże niemodne okulary i wełnianą czapkę narciarską; chodzi po kuchni, pozornie beztrosko, i wybiera produkty jak w osiedlowym spożywczaku.
Hughes pozwala sobie na przebłysk satysfakcji. Stróżom prawa idealne momenty zdarzają się niezwykle rzadko, a sierżant Hughes wie o tym doskonale. Od osiemnastu lat jest gajowym w Maine, a wcześniej, przez prawie dekadę, służył w marines. Mógłby także mieć doktorat z odwalania czarnej roboty, ślepych zaułków i wypełniania papierów. Ale wreszcie w tej pięknej chwili mądrość zdobyta przez rozczarowania przynosi nagrodę.
Kilka tygodni temu Hughes postanowił zakończyć rządy pustelnika. Wiedział, że w tym przypadku nie zadziałają żadne zwyczajne policyjne metody. Po ćwierćwieczu sporadycznych działań śledczych, w tym badania śladów, przelotów nad lasem i posypywania odcisków palców proszkiem, prowadzonych przez cztery niezależne organy ścigania – dwa biura szeryfów, policję stanową i służby leśne – nikt nie zdołał nawet ustalić nazwiska pustelnika. Hughes przepytał zatem specjalistów od najnowocześniejszych metod obserwacji, przeprowadził burze mózgów z prywatnymi detektywami, roztrząsał różne pomysły z kolegami z wojska. Żaden sposób nie przyniósł sukcesu.
Dzwonił do znajomych z patroli granicznych w Rangeley, przy przejściu granicznym między Maine i Quebekiem. Okazało się, że jeden z nich wrócił właśnie ze szkolenia, na którym zaprezentowano nowe wyposażenie Homeland Security – urządzenie ułatwiające tropienie osób próbujących przedostać się przez granicę. To ściśle strzeżona technologia, powiedział Hughesowi, zbyt zaawansowana dla zwykłego gajowego. Brzmiało idealnie. Hughes przysiągł milczeć o szczegółach i wkrótce koło kuchni Pine Tree kręciły się trzy patrole strażników granicznych. Jeden czujnik ukryli za maszyną do lodu, drugi za automatem z sokami. Odbiornik zainstalowali w domu Hughesa, u szczytu schodów, aby alarm był słyszalny w każdym pomieszczeniu. Hughes uczył się systemu dotąd, aż zaczął obsługiwać urządzenie intuicyjnie.
Ale to nie wszystko. Aby schwytać pustelnika, nie mógł sobie pozwolić na najmniejsze zaniedbanie. Jeden przypadkowy dźwięk zbliżającego się Hughesa, nieuważny błysk latarki i plan wziąłby w łeb. Nauczył się rozmieszczenia czujników ruchu, namierzył najlepsze miejsce dla ukrycia auta i przećwiczył drogę z domu do obozu, skracając za każdym razem czas o kilka sekund. Nabrał zwyczaju, by co wieczór układać pod ręką wszystkie niezbędne rzeczy; przeoczenie pasa było zwykłym ludzkim błędem. Potem czekał. Minęły dwa tygodnie. Brzęczyk – usłyszany najpierw przez jego żonę, Kim – odezwał się krótko po pierwszej w nocy.
A wszystko to, plus odrobina szczęścia, dla tego jednego idealnego momentu w pracy stróża prawa. Hughes przygląda się przez okno, jak rabuś metodycznie zapełnia plecak. Nie ma tu żadnych niejasności; żadnych poszlak. Złapał go na gorącym uczynku. I to właśnie w obozie Pine Tree. Przyjeżdżali tu dorośli i dzieci z niepełnosprawnościami ruchowymi i rozwojowymi – ośrodek prowadziła organizacja non profit, która utrzymywała się z donacji. Hughes od dawna pracował społecznie na jej rzecz. Czasem wędkował z obozowiczami w North Pond, łowiąc okonie i morony. Kim jest ten facet, który raz po raz okrada letni obóz dla niepełnosprawnych?
Hughes odchodzi ostrożnie od budynku, trzymając nisko głowę, i po cichu odbywa rozmowę przez telefon komórkowy. Strażnicy leśni nie zajmują się zwykle włamaniami – raczej ścigają kłusowników lub szukają zbłąkanych turystów – a ten przypadek stanowił klasyczny przykład obsesji pozasłużbowej. Poprosił dyspozytornię o zawiadomienie policjantki Diane Vance, która również tropiła pustelnika. Współpracowali od zawsze, oboje w tym samym roku ukończyli swoje akademie, potem przez dwadzieścia lat od czasu do czasu działali razem. Wymyślił, żeby to Vance dokonała aresztowania. I zajęła się papierkową robotą. Teraz Hughes wraca do obserwacji przy oknie.
Patrzy, jak mężczyzna zapina plecak i zarzuca go na ramiona. Wychodzi z kuchni i znika Hughesowi z pola widzenia w pustej stołówce. Zmierza do wyjścia, domyśla się Hughes, ale nie do tych drzwi, które wyważył. Hughes instynktownie obchodzi budynek, kierując się w stronę miejsca, gdzie powinien się pojawić pustelnik. Te drugie drzwi, jak wszystkie prowadzące do stołówki w Pine Tree, są pomalowane na wiśniowo i obramowane zieloną drewnianą framugą. Hughes jest sam, w środku nocy, i tylko sekundy dzielą go od potencjalnie niebezpiecznej konfrontacji. Musi podjąć skomplikowaną i błyskawiczną decyzję.
Jest przygotowany najlepiej jak się dało na wszelką możliwą ewentualność, od walki na pięści po wymianę ognia. Hughes ma czterdzieści cztery lata, ale nadal jest silny jak rekrut, ma fryzurę na amerykańskiego marines oraz kanciasty podbródek. Prowadzi zajęcia z technik walki wręcz w Maine Criminal Justice Academy. Nie ma mowy, żeby ustąpił choć na krok i pozwolił uciec intruzowi. Myśl o zapobieżeniu przestępstwu zagłuszała wszystkie obawy.
Włamywacz, myśli sobie Hughes, jest zapewne byłym wojskowym, dlatego może być uzbrojony. Być może gościu równie dobrze zna się na biciu, co na lesie. Hughes zajmuje pozycję przy wiśniowych drzwiach z glockiem w prawej ręce, latarką w lewej, oparty plecami o ścianę. Czeka, przebiegając w myślach różne scenariusze, aż wreszcie słyszy cichutkie stuknięcie i widzi opadającą klamkę.
Włamywacz wychodzi ze stołówki, Hughes włącza latarkę, świeci prosto w oczy mężczyźnie, celuje mu glockiem w czubek nosa, opierając dłoń z pistoletem na wierzchu ręki z latarką; obie ręce ma wyciągnięte. Mężczyzn dzielą od siebie jakieś dwa kroki, więc Hughes odskakuje nieco – nie chce, aby facet się na niego rzucił – wykrzykując jednocześnie dziko jedną frazę:
– Na ziemię! Na ziemię! Na ziemię!