Powieść “Z ciała i z duszy” to dzieje rodziny Stassos na tle amerykańskiego snu o sukcesie i… rzeczywistości po przebudzeniu.


Z ciała i z duszyLata czterdzieste. Constantine Stassos, grecki imigrant, w poszukiwaniu lepszego życia przybywa do Stanów Zjednoczonych.

Jego małżeństwo z Mary Cuccio, Włoszką z pochodzenia, daje początek nowej amerykańskiej rodzinie. Związek, który się zrodził z miłości, przez lata balansuje jednak na wąskiej krawędzi między brakiem zrozumienia a nienawiścią.

Opisane na przestrzeni stu lat dzieje rodziny Stassos odzwierciedlają nie tylko problemy jednostki – wygórowane ambicje, niezaspokojone pragnienie miłości, brak akceptacji własnej osobowości; rzucone są na tło amerykańskiego snu o sukcesie i … rzeczywistości po przebudzeniu.

Michael Cunningham uznawany jest za jednego z najciekawszych współczesnych pisarzy amerykańskich. REBIS opublikował jego powieści Dom na krańcu świata, Z ciała i z duszy, Wyjątkowe czasy, Nim zapadnie noc, Królowa śniegu i Godziny. Ta ostatnia zdobyła Nagrodę Pulitzera oraz PEN/Faulkner Award. Na jej podstawie Stephen Daldry nakręcił film z Meryl Streep, Julianne Moore i Nicole Kidman (nagrodzonej Oscarem i Złotym Globem za rolę Virginii Woolf).

Michael Cunningham
Z ciała i z duszy
Przekład: Maja Charkiewicz
seria Salamandra
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 21 października 2014
 
 

Z ciała i z duszy


Pewnego dnia wzburzony mężczyzna ciągnął ojca po ziemi w jego sadzie.
– Już przestań! – krzyknął wreszcie starzec chrapliwym głosem. – Ja swojego ojca dociągnąłem tylko do tego drzewa.
Gertrude Stein, The Making of Americans

Część 1
JAZDA SAMOCHODOWA Z FIGURAMI

1935

Constantine, ośmioletni chłopiec, pracował w ogrodzie ojca i rozmyślał o własnym poletku z wytyczonymi redlinami – pokrytym pyłem niewielkim kawałku granitowej skały – które znajdowało się w najwyżej położonej części rodzinnego gospodarstwa. Najpierw wyrywał chwasty na polu fasoli należącym do ojca, potem, poruszając się na czworakach między ostrymi, zdrewniałymi łodygami winorośli w winnicy, także będącej własnością ojca, kolejny raz szorstkim szarobeżowym sznurkiem przywiązywał niesforne pędy do palików. Kolor i szorstkość sznurka kojarzyły mu się ze znojem, na który człowiek jest sprawiedliwie skazany. Ilekroć ojciec mówił o „zapracowaniu się na śmierć, żeby utrzymać się przy życiu”, Constantine miał przed oczami ten sznurek – ostry, mocny, szarobury, najeżony włóknami, oplatający kulę ziemską jak paczkę. Ale ziemia się nie podda, nie podporządkuje się, tak zresztą jak pędy winorośli, które wymykają się z więzów i wzbijają ku niebu pod najróżniejszymi kątami. Kształtowanie winorośli należało do obowiązków Constantine’a; czuł do nich nienawiść, a zarazem respekt za ten ich nieposkromiony upór. Pędy miały swoją skrzętnie skrywaną tajemnicę, poplątane życie, tlącą się wolę. Ale to on, Constantine, odcierpi, jeśli one nie będą przywiązane do tyczek jak należy. Ojciec bezlitosnymi oczami potrafił wyśledzić jedną niesforną gałązkę wśród dziesięciu dorodnych, posłusznych łodyg.
Podczas pracy chłopiec myślał o swoim poletku o powierzchni zaledwie jednego metra kwadratowego, ukrytym w oddali na szczycie wzgórza rozświetlonego promieniami słońca, skrawku ziemi tak nic nieznaczącym dla skrupulatnie zaplanowanej przyszłości ojca, że został przekazany do zabawy Constantine’owi, najmłodszemu z rodzeństwa. Była to właściwie warstwa pyłu o grubości niewiele ponad trzy centymetry, zatrzymanego w zagłębieniu między skałami, ale on dzięki wytężonej pracy, dzięki sile woli zdoła zebrać z niej plon. Pełen entuzjazmu uzbierał w kuchni kilkanaście nasion, nikomu niepotrzebnych, które przylgnęły do noża albo spadły na podłogę, mimo że matka starała się ustrzec grzechu marnotrawstwa. Jego poletko znajdowało się wysoko między wypalonymi słońcem skałami, gdzie nikt nawet nie próbował dotrzeć. Jeżeli mu się powiedzie, będzie mógł doglądać swoich upraw, nikomu o nich nie mówiąc. Będzie mógł zaczekać, aż nadejdzie czas zbioru, a wtedy zejdzie ze wzgórza, niosąc z dumą bakłażana albo paprykę, a być może nawet pomidora. Wyłoni się z jesiennego półmroku, wejdzie do domu, gdzie matka będzie właśnie przygotowywała kolację dla ojca i braci. Wniesie ze sobą światło, przylgnięte do pleców, złociste. To światło przeniknie do kuchni przez drzwi, które on, wchodząc, otworzy. Matka, ojciec i bracia zwrócą wzrok na niego, najmłodszego w rodzinie, od którego tak niewiele można oczekiwać. Gdy z wysokości winnicy spoglądał w dół na okolicę: ruiny farmy Papandreusa, gaje oliwne należące do spółki Kalamata, połyskujące światła odległego miasteczka, rozmyślał o tym, jak pewnego dnia wejdzie na skały i znajdzie wśród nich zielone pędy przebijające się przez warstwę pyłu. Ksiądz pouczał, że cuda zdarzają się dzięki pracowitości i zrządzeniom losu. Constantine był wierzący.
Był także pracowity. Każdego dnia brał swoją rację wody, połowę wypijał, a resztą zraszał nasiona. Ten zabieg wykonywał z łatwością, ale była mu jeszcze potrzebna lepsza ziemia. Spodnie, które uszyła mu matka, nie miały kieszeni, a kradzież dwóch garści ziemi z ogrodu ojca i wędrówka z nią obok zagrody dla kóz i dalej, w górę po skalnym zboczu, tak by nikt tego nie zauważył, były nie do pomyślenia. Przenosił więc ziemię w jedyny możliwy sposób: każdego wieczoru, gdy zbliżał się koniec pracy, pochylał się, jak gdyby chciał podwiązać najniżej rosnące pędy winorośli, i nabierał ziemi w usta. Miała intensywny, uderzający do głowy zapach. Ciemne grudki pozostawiały na języku wstrętny smak fekaliów, który, choć trudno to zrozumieć, wydawał mu się dziwnie, niebezpiecznie doskonały. Z pełnymi ustami wędrował w górę, w kierunku skał. Niewiele ryzykował, nawet mijając ojca czy jednego z braci. Od dawna przyzwyczaili się, że prawie się nie odzywa. Uważali, że milczy, ponieważ ma nieskomplikowane myśli. A on nic nie mówił z obawy przed popełnieniem błędu. Świat składał się z ciernistej plątaniny błędów i żaden sznurek, bez względu na to jak mocno zawiązany, nie mógł utrzymać ich wszystkich w ryzach. Kara czaiła się wszędzie. Rozsądniej było nic nie mówić. Każdego wieczoru, jak zawsze w milczeniu, przechodził obok braci, którzy zazwyczaj jeszcze krzątali się przy kozach. Układał policzki w taki sposób, by nikt się nie domyślił, że ma pełne usta. Gdy przeszedł przez podwórko, wspinał się na skały, ze wszystkich sił starając się nie połknąć ziemi, ale było to nieuniknione i zawsze trochę przedostawało się do przełyku, a wtedy jej ostry smak przeciskał się w głąb przewodu pokarmowego. Ziemia była zmieszana z kozimi odchodami. Czuł, jak do oczu napływają mu łzy. Za każdym razem zdołał jednak donieść sporą grudkę, którą wypluwał na otwartą dłoń. Pośpiesznie, obawiając się, że któryś z braci poszedł za nim i będzie miał powód do drwin, umieszczał ziemię w swoim miniaturowym ogródku. Była przesiąknięta śliną. Rozkładał ją równo i myślał o matce, która zapominała na niego popatrzeć, ponieważ jej własne życie składało się z nazbyt wielu problemów, by mogła im wszystkim poświęcić uwagę. Myślał o niej, jak podaje posiłki jego wciąż nienasyconym, rozhukanym braciom. Próbował wyobrazić sobie wyraz jej twarzy, gdy on wieczorem, w dniu zbiorów przekroczy próg domu. Stanie w załamującej się, przyprószonej kurzem smudze światła na wprost całej swojej zdumionej rodziny. Potem zbliży się do stołu i położy na nim to, co przyniósł: strąk papryki, bakłażana, pomidora.

1949

Co za wieczór, prawda? – powiedziała Mary.
Constantine nie mógł się zdobyć na odpowiedź. Jej śmiałość i uroda, sama obecność, sprawiały, że słowa więzły mu w gardle. Siedział na skrzypiącej huśtawce i bezradnie obserwował, jak Mary przechyla się przez balustradę werandy swego rodzinnego domu. Spódnica ocierała jej się o nogi. Wiatr znad New Jersey igrał w jej włosach.
– Takie wieczory naprawdę robią na mnie wrażenie – ciągnęła. – Spójrz tylko na te gwiazdy. Tak bardzo chciałabym zgarnąć je w dłonie i rozsypać nad twoją głową.
– Mm – mruknął. Miał nadzieję, że ten stłumiony odgłos najlepiej oddaje przyjemność, jaką odczuwał. Minęło już prawie sześć miesięcy, a on wciąż nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Zupełnie nie docierało do jego świadomości, że spotyka się z tą nadzwyczajną amerykańską dziewczyną. Od niedawna toczy się jego drugie życie, w jej głowie. Niemal w każdej chwili obawiał się, że ona odkryje swoją pomyłkę.
– Z tymi gwiazdami na włosach wyglądałbyś cudownie – powiedziała, a on z brzmienia jej głosu wyczytał, że myśl o tym przestała ją już zajmować.
Gdy zniżała głos i dłońmi mimowolnie dotykała włosów, wiedział, że Mary traci zainteresowanie tym, co mówi, chociaż potrafiła opowiadać, zupełnie nie zwracając uwagi na własne słowa. Dotychczas nie spotkał osoby, która byłaby tak twarda i nieugięta, a jednocześnie z taką łatwością popadała w znudzenie.
Wstał i podszedł do niej, chcąc sprowadzić ją z obłoków na ziemię. Patrzył wraz z nią na niewielkie podwórko rozciągające się za domem jej rodziców, szopę z narzędziami jej ojca, feerię gwiazd nad jej i swoją głową.
– To ty wyglądasz wspaniale – wyszeptał.
– Och, oczywiście, że nie jest ze mną najgorzej – powiedziała, nie odwracając się w jego stronę. Jej głos wciąż był stłumiony jak głos lunatyka. – Ale to ty jesteś naprawdę piękny i dobrze o tym wiesz. Kilka dni temu koleżanka w szkole zapytała mnie, czy nie czuję się nieswojo, spotykając się z takim przystojniakiem jak ty. Zupełnie jakbym ujmowała się za wszystkimi mało atrakcyjnymi facetami.
– Ależ ja wcale nie jestem atrakcyjny.
Teraz zwróciła twarz w jego stronę. Był zdumiony na widok grymasu gniewu ściągającego jej policzki.
– Przestań się tak krygować – oburzyła się – to nie przystoi mężczyźnie.
Znowu powiedział coś niewłaściwego. Zdawało mu się, że zależy jej na tym, by okazał skromność. Zawsze starał się zachowywać tak, żeby się jej przypodobać.
– Ja nie… – próbował się usprawiedliwiać. – Chodziło mi tylko o to…
Skinęła głową i przesunęła palcem po jego koszuli.
– Nie przejmuj się mną – powiedziała. – Mam powody, żeby czuć się trochę podenerwowana. Przez te gwiazdy mąci mi się w głowie.
– Tak – przyznał. – Są rzeczywiście fantastyczne.
Cofnęła dłoń. Odwróciła się twarzą w stronę podwórka i zaczęła owijać kosmyk włosów wokół palca. Constantine obserwował ją z rozczulającym pragnieniem, które jak kamień uwięzło mu w gardle.
– Ale one gubią się tam, nad Newark – powiedziała. – Spójrz tylko, świecą, a potem nagle znikają i cały ich urok przepada. To smutne, nie uważasz?
Constantine był zakochany w Newark. Uwielbiał dumnie górujące nad nim kominy fabryczne, zwykły, domowy spokój kanciastych budynków z cegły. Wiedział jednak, że Mary oczekuje, by czuł niechęć do tego zwyczajnego piękna, które nauczył się kochać dzięki jej obecności.
– Tak, to prawda – przyznał – bardzo smutne.
– Och, Con, mam dość. Sama już nie wiem czego. Mam dość wszystkiego.
– Masz dość wszystkiego? – zdziwił się.
Roześmiała się, a w jej śmiechu zabrzmiała nuta ironii. Czasem powiedział coś, co jej wydawało się zabawne w sposób, który dla niego był nieczytelny. W jego stwierdzeniach czy pytaniach często dostrzegała gorzki żart, który tylko dla niej był zrozumiały.
– No wiesz, mam już dość szkoły. Nie widzę sensu uczenia się historii albo geometrii. Chcę mieć pracę jak ty.
– Chciałabyś pracować w brygadzie budowlanej? – zapytał.
– Ależ nie, głuptasie. Mogłabym pracować w biurze. Albo w sklepie z odzieżą.
– Powinnaś skończyć szkołę.
– Nie wiem tylko po co. Nauka nie idzie mi najlepiej.
– Ależ bardzo dobrze sobie radzisz – zapewnił ją. – Do czegokolwiek się weźmiesz, idzie ci doskonale.
Mocno zacisnęła kosmyk wokół palca. Znów była rozgniewana. Skąd mógł wiedzieć? Pochlebstwo jest przecież czasem mile widziane. Zdarza się, że odtrącone, powraca, jak gdyby ktoś cisnął w oczy garść żwiru.
– Wiem, że uważasz mnie za chodzący ideał, ale mnie daleko do doskonałości. Ty i mój ojciec musicie wreszcie sobie to uświadomić.
– Dobrze wiem, że nie jesteś ideałem – odpowiedział, ale jego słowa zabrzmiały fałszywie. Wypowiedział je niepewnie, z nieśmiałością młokosa, z wyraźną, zgrzytliwą nutą skruchy. – Jesteś dziewczyną, którą kocham – dodał po chwili już nieco odważniej. Czy ta deklaracja mogła być częścią wielkiego, trudnego do pojęcia żartu?
Nie roześmiała się.
– Oboje to powtarzamy – zauważyła, nie przestając patrzeć przed siebie, w głąb podwórza. – Miłość, miłość, miłość. Con, skąd wiesz, że mnie kochasz?
– Wiem. Myślę o tobie. Wszystko, co robię, robię dla ciebie.
– Jak byś się poczuł, gdybym ci powiedziała, że czasem zapominam o tobie na wiele godzin?
Milczał. Nieduże stworzenie, kot, a może opos, cicho poruszało się między puszkami na śmieci.
– Nie chodzi o to, że mi na tobie nie zależy – dodała. – Zależy, i to bardzo. Może jestem zbyt powierzchowna. Ciągle się zastanawiam, czy miłość nie powinna wszystkiego zmienić. To znaczy… Nadal jestem sobą. Jak dawniej, budzę się każdego ranka i, no wiesz, jestem taka sama jak dotąd i mam przed sobą kolejny dzień.
Constantine słyszał w uszach szum wzburzonych fal oceanu. Czy właśnie nadeszła ta chwila? Czy miała zamiar oznajmić mu, że lepiej będzie, jeśli przez jakiś czas nie będą się widywać? By zatrzymać czas, powstrzymać ruch powietrza, powiedział:
– Mogę cię zabrać, dokądkolwiek zechcesz. Jestem pomocnikiem majstra. Już wkrótce będę umiał wystarczająco dużo, by postarać się o inną pracę.
Spojrzała na niego. Miała zupełnie obojętny wyraz twarzy.
– Chcę lepszego życia – oznajmiła. – Nie jestem przesadnie zachłanna, naprawdę nie, chcę tylko…
Przeniosła wzrok z jego twarzy na werandę, na której stali. Constantine zobaczył ją taką, jaką widziała ją Mary: zardzewiała huśtawka, karton pełen butelek na mleko, wątłe geranium w niewielkiej ceramicznej doniczce. Uświadomił sobie, że jej rodzice i bracia żyją w tym domu, każde pielęgnując w sobie własne pretensje i żale. Ojciec Mary był zatruty fabrycznym pyłem. Matkę trapiły myśli o przekwitłej urodzie, która – taką zapewne miała kiedyś nadzieję – wprowadzi ją w inne życie. Joey, leniwy brat Mary, pogrążał się w upadku, sięgając na oślep dna jak sum, który wiedziony instynktem chce jak najszybciej znaleźć się w ciemnym mule rzeki.
Constantine ujął drobną doń Mary i zamknął w swojej.
– Będziesz je miała – zapewnił ją. – Tak. Może się spełnić każde twoje pragnienie.
– Naprawdę tak myślisz?
– Tak. Wiem, że tak.
Zamknęła oczy. Byli bezpieczni, nie wisiało nad nimi widmo żartu, a on zrozumiał, że nadszedł właściwy moment, by ją pocałować.