“Zostać” to niezwykła opowieść o miłości i zdradzie, śmierci i zaufaniu.


ZostaćFelix, Max, Juliane i Paul spotykają się podczas podróży do Rzymu. Młodzi, pełni energii i wiary, w planach mają beztroskie lato, a dalej – świetlaną przyszłość. Jeszcze nie wiedzą, że ich życie zmienia się właśnie raz na zawsze…

Juliane i Paul wkrótce się pobierają. Felix i Max zostają przyjaciółmi. Po przypadkowym spotkaniu drogi tych czworga ostatecznie się rozchodzą.

Jednak kiedy 20 lat później Juliane wpada na Felixa w galerii sztuki, odżywają wspomnienia. Ich romans wybucha dokładnie jeden dzień i trzynaście godzin potem.

Juliane miota się między mężem a kochankiem. Zostać czy odejść? Z Felixem łączy ją namiętność, ale to z Paulem czuje się szczęśliwa. Niespodziewanie, niemal z dnia na dzień Felix kończy tę znajomość.

Gdy Paul kilka miesięcy później wyjawi żonie powód, znów stanie im przed oczami Rzym, pociąg i wspólna podróż…

Judith W. Taschler
Zostać
Przekład: Aldona Zaniewska
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 4 lipca 2018
 
 

Zostać


„A więc świat jest aż tak piękny” – pomyślał po kilku minutach uważnego oglądania, z niemal dziecięcym wybuchem zachwytu. „Aż taki wspaniały! Jeszcze ma tyle barw, tyle doskonałych kątów i linii… Jakie to wszystko jest piękne!”
Sándor Márai, Wyspa, tłum. Feliks Netz

Czerwiec 2015

Paul

Zostańmy jeszcze trochę.
Ucieszyłbym się, gdybym dzisiejszej nocy nie musiał być sam.
Czy żona na mnie nie czeka? Nie, nie czeka, jest z kimś innym. No, teraz spojrzałeś na mnie zaskoczony! Jeśli chcesz, opowiem ci, gdzie jest i co tam robi. Chyba nie będzie źle, jeśli o tym opowiem. Zanim mnie to całkiem wykończy. A ty jesteś jedynym człowiekiem, któremu chciałbym to opowiedzieć. Przy tobie nie mam wątpliwości, czy mogę się ze wszystkiego, naprawdę ze wszystkiego zwierzyć. Wciąż jeszcze jesteś moim najlepszym przyjacielem, chociaż tak rzadko się widujemy, odkąd mieszkasz w Sydney.
Dobrze jest tu z tobą siedzieć i gadać, jak dawniej. Kosmos prawie się nie zmienił, prawda? Mój Boże, ile czasu spędziliśmy tu jako studenci – dyskutowaliśmy, filozofowaliśmy i pletliśmy mnóstwo bzdur. Nie wiem jak ty, ale ja lubię wspominać tamte czasy. Cieszę się, że właśnie ty siedzisz dziś naprzeciwko mnie, i to akurat tu, w tym barze. Nie byłem tu całą wieczność! A potem, pół roku temu, znów pierwszy raz tu przyszedłem. Akurat z tym mężczyzną, z którym teraz jest moja żona.
Tamtej nocy odkryłem, że mają romans. Jak się dowiedziałem? Dzięki pewnemu wyjątkowemu deserowi. Naprawdę! Kulki lodów podpowiedziały mi, że moja żona ma romans.
Też chcesz jeszcze jedno piwo? Tak?
Dobrze mi zrobi, jeśli to wszystko z siebie wyrzucę. Właściwie chyba potrzebuję spowiedzi. Śmiejesz się? Wiem, to brzmi dziwnie, moja żona ma romans, a ja koniecznie potrzebuję spowiedzi.
I to prawdziwej spowiedzi, przed księdzem, a przede wszystkim przed Bogiem!
Pamiętasz jeszcze naszą pierwszą spowiedź w szkole? Zamknięty w sobie nauczyciel religii pomaszerował z nami do zimnego kościoła, gdzie czekaliśmy w rzędach ławek, zdenerwowani i ze skurczonymi żołądkami układaliśmy w głowie zdania, które powiemy staremu księdzu w ciasnym, ciemnym konfesjonale. Nie wiedzieliśmy, co mamy powiedzieć! Byliśmy dziećmi i w gruncie rzeczy niczego złego nie zrobiliśmy. Większość po prostu powtarzała te parę zdań, które podpowiedział nam nauczyciel, żebyśmy się trochę mniej bali: okłamałem rodziców, nie słuchałem się ich, kłóciłem się z rodzeństwem. Również ja, dygocząc, wypowiadałem te zdania, choć to nie była prawda. Zawsze słuchałem się rodziców, nie odważyłbym się ich okłamać, a z siostrą też się nie kłóciłem. Zawsze byliśmy dla siebie uprzejmi, już w dzieciństwie, w domu zawsze traktowaliśmy się z szacunkiem, to pewnie jeszcze pamiętasz. Tak bardzo ci się to podobało? Tak, czasem myślałem, że twój podziw dla mojej rodziny był niemal pełen czci.
Zazdrościłem ci twojej rodziny.
Coś tam księdzu powiedziałem, nie zastanawiając się nad tym, co tak naprawdę nabroiłem. Chyba wszyscy tak robiliśmy. Nie byłem uczciwy, coś nakłamałem sobie i księdzu. Chociaż już wtedy to i owo powinienem był wyznać: byłem zarozumiały, wydawałem się sobie lepszy od swoich kolegów, nienawidziłem rodziców i dziadków, bo mnie wychowali właśnie tak, że wydawałem się sobie lepszy niż inne dzieci. Ale nie byłem pewien, czy mój spowiednik chciałby to usłyszeć, bo był bliskim przyjacielem moich rodziców. Widywałem go w każdą niedzielę, a czasem przychodził do nas na kolację. Więc to nie była uczciwa spowiedź, tylko farsa.
Dlaczego ci o tym mówię? Może dlatego, że to typowe dla całego mojego życia? Nie wiem. Właściwie chciałem opowiedzieć o czymś zupełnie innym. Tak, o tym wieczorze, kiedy odkryłem, że żona mnie zdradza.

Tego dnia, to było tuż przed Bożym Narodzeniem, pracowałem trochę dłużej w kancelarii, około dziewiątej wieczorem chciałem już jechać do domu i postanowiłem jeszcze na chwilę wpaść do pewnego klienta, którego kilku podpisów pilnie potrzebowałem.
Dzwonię więc do swego klienta, nazywa się Felix Hofmann, na komórkę, ale nie odbiera, a że mieszka przy Döblinger Hauptstrasse 27 – tak, dobrze słyszałeś, ten człowiek mieszka w tym samym domu, a nawet w tym samym mieszkaniu, w którym mieszkałem w czasach studenckich – niedaleko kancelarii, spontanicznie decyduję się do niego wpaść.
Drzwi wejściowe na dole są otwarte i już na klatce schodowej ogarnia mnie dziwny nastrój. Dzwonię wprost do jego drzwi, a gdy otwiera, zaskakuje go mój widok. Kto spodziewa się swego adwokata o dziewiątej wieczorem? Najpierw mówi, że wpadnie następnego dnia do kancelarii i przyniesie podpisane papiery, potem jednak zaprasza mnie do środka, żeby to załatwić od ręki.
Wchodzę więc znów po dwudziestu trzech latach do swojego dawnego mieszkania, wciąż jeszcze wydaje mi się znajome, zapach jest taki sam jak wtedy. Wszędzie stoją zapakowane kartony, liczne obrazki oparte o ściany, większość to fotografie, najwyraźniej z podróży, ale są wśród nich również malowidła. Chwiejnie przechodzę pomiędzy nimi, ostrożnie, za tym mężczyzną.
Znasz je? To uczucie, że człowiek opuszcza teraźniejszość i jest z powrotem w przeszłości? Idę korytarzem i rozglądam się, nic nie leży na podłodze, starym poplamionym parkiecie w jodełkę. Widzę przed oczami stary perski dywan – wściekle drogą rzecz, pamiątkę po mojej babce – który tam leżał, a którego Isabella nie mogła znieść. Pewnego dnia po prostu go zwinąłem i wyniosłem. Jak się później dowiedziałem, podarowała go dwóm bezdomnym – to wytrąciło mnie z równowagi.
Wyobrażam sobie siebie jak w filmie. Nagle znów jestem młodym człowiekiem, który mieszka tu ze swoją pierwszą dziewczyną. Tak, wierzę, że ciało może pamiętać miejsca, w których człowiek dłużej mieszkał albo gdzie zdarzyło się coś szczególnego. Ty nie? Ale moje ciało przypomina sobie to mieszkanie, gdy do niego wchodzę. Zauważam, ku swojemu zaskoczeniu, że jest mi niedobrze, wszystko mnie boli, poza tym nagle czuję się stary, zmęczony i wypalony.
Ten mężczyzna idzie ze mną do salonu. Gdy tam mieszkaliśmy, to pomieszczenie służyło nam za sypialnię, na podłodze leżał tylko dwuosobowy materac, bo Isabella uważała łóżko za zbyt kołtuńskie. Jeszcze dokładnie pamiętam to miejsce, w którym leżał, mam przed oczami kolorową pościel, pomięte poduszki, a dookoła bezładnie porozrzucane ubrania, które zawsze doprowadzały mnie do pasji. Kolana mi drżą.
Nagle wydarza się coś dziwnego. Kiedy stoimy w salonie i rozmawiamy, wkrada się we mnie, oprócz starych wspomnień, jeszcze jedno uczucie, przeczucie, że coś wybuchowego jest w tym pomieszczeniu, w tym mieszkaniu. Nie jakiś prawdziwy materiał wybuchowy, to oczywiście przesada, ale ewidentnie coś wisi w powietrzu, coś, co mnie bardzo konsternuje, co koniecznie muszę zgłębić.
Udaje mi się wreszcie oderwać od wspomnień i skupić się na swoim rozmówcy. Daję mężczyźnie papiery, objaśniam treść i pokazuję, gdzie ma się podpisać. Hofmann, dziewięć lat młodszy ode mnie, stoi, uważnie słucha, a potem przegląda dokumenty. Ma na sobie zwykłą niebieską koszulkę, dżinsy i czarne skarpetki, nic więcej, żadnych kapci. Mężczyzna wydaje mi się sympatyczny i w tym momencie myślę jeszcze, że chętnie bym go poznał bliżej. Spotkaliśmy się przed dwudziestu laty w nocnym pociągu do Rzymu – to była mniej niż przelotna znajomość z podróży – niewiele o nim wiem. Oprócz tej sprawy z mieszkaniem.
Dwa tygodnie wcześniej przyszedł do mojej kancelarii, niezapowiedziany. Miałem wprawdzie niejasne przeczucie, że skądś go znam, ale nie pamiętałem nazwiska, sam wiesz, z iloma ludźmi mam na co dzień do czynienia. Kto zapamiętuje nazwisko jakiegoś człowieka, z którym dwie dekady wcześniej pewnej nocy siedział w jednym przedziale w pociągu i rozmawiał? Ale on wciąż pamiętał moje nazwisko i to, że jestem adwokatem, i chciał, żebym go reprezentował w sprawie przeciwko właścicielowi domu, twierdził, że nie zna w Wiedniu żadnego innego adwokata. Powiedział mi o mieszkaniu i że musi się jak najszybciej wyprowadzić. Powód dosłownie odjął mi mowę. Obiecałem mu osobiście poprowadzić jego sprawę i nie oddawać jej współpracownikom, nie mogłem inaczej, było w tej sytuacji coś, od czego nie można się było uwolnić. A także coś obciążającego, tak, jego sytuacja mnie obciążała. Po tej wizycie w kancelarii całymi dniami nie mogłem o niczym innym myśleć ani spać.
Co mnie obciążało, pytasz? Poczekaj, najpierw chciałbym ci do końca opowiedzieć o tym dziwacznym wieczorze.
Rozmawiamy krótko o jego wyprowadzce z mieszkania. Pytam, czy trudno było tak szybko znaleźć nowe i czy ma kogoś, kto pomoże mu w przeprowadzce, i czy potrzebuje pomocy. Mężczyzna dziękuje i mówi coś o swoim przyjacielu, Maksie, który go bardzo wspiera. Obojętnym ruchem odsuwa dwa używane talerze na bok i kładzie papiery na stole, żeby je podpisać. Pytam go, czy ma gościa i czy mu nie przeszkadzam.
– Była u mnie na kolacji przyjaciółka, ale musiała pilnie jechać do domu – odpowiada, sięgając po długopis.
Patrzę na jego pochylone plecy, przypatruję się, jak energicznie pisze swoje nazwisko, a potem moje spojrzenie szybuje ku deserowym talerzom. Wszystko we mnie zastyga. Po resztkach na talerzach rozpoznaję, że Hofmann jadł kolację z moją żoną.
Śmiejesz się? Jak mogę to rozpoznać po resztkach jedzenia?
Na jednym z talerzy widać naprawdę tylko resztki, roztopione lody waniliowe i ciemny sos pod nimi. Ale na drugim talerzu jest jeszcze nieruszony, roztopiony deser. To banana split, ułożony w kształcie męskich narządów płciowych: banan jest przekrojony na pół, na jednym końcu dwie kulki lodów ułożone po lewej i prawej stronie, a na drugim końcu kilka bryzgów sosu czekoladowego.
To wyrazisty deser i nosi niewątpliwy podpis Juliane.
Taki sam deser zrobiła kiedyś dla mnie, przed wielu laty, jeszcze przed naszym ślubem. Pamiętam to tak dokładnie, bo był to jedyny raz, kiedy przyrządziła dla mnie coś tak dwuznacznego, była troszkę wstawiona. Później myślałem, że to do niej nie pasowało, bo jeśli chodzi o seksualność, Juliane była i jest raczej, jak by to określić, powściągliwa.
W naszym małżeństwie nie było też na porządku dziennym jakichkolwiek nieprzyzwoitych dowcipów. Nigdy nie rozmawialiśmy również o preferencjach w łóżku i wcale bym tego nie chciał. Gdy Juliane podała mi ten deser, nie znaliśmy się jeszcze zbyt dobrze, nie wiedzieliśmy, jakie to drugie jest na co dzień i jak działa. Wpadła do mnie bez zapowiedzi, z torbą zakupów i objęła mnie tak gwałtownie jak nigdy. Zaszyła się w kuchni i gotowała dla mnie, przyrządziła stek z przystawkami i właśnie ten deser. Podając go, powiedziała: „Voilà, oto moja twórcza produkcja o nazwie bananowa erekcja”. Fakt, że się to rymowało, uznała za bardzo zabawny, dostała ataku śmiechu. Później poszliśmy do łóżka, a ona powtarzała, że bardzo mnie kocha i potrzebuje.
Stoję zatem w mieszkaniu mojego klienta, gapię się na deser bananowa erekcja i staram się odzyskać równowagę, gdy ten mężczyzna przegląda i podpisuje papiery. Po prostu wiem: Juliane tu była. Prawdopodobnie jedno z dzieci zadzwoniło i musiała szybko wyjść, pewnie omal się nie minęliśmy.
Mogła tam jeszcze być, powiadasz, w którymś z pokoi.
Ta myśl też mi przemknęła. Być może, ale w to nie wierzę. Zadzwoniłem wprost do drzwi mieszkania, Hofmann otworzył dość szybko, nie wiedząc, kto za nimi stoi, i dlatego nie miał żadnego powodu, a poza tym czasu, żeby kogoś ukryć. Poza tym nie widziałem rzeczy Juliane, torebki, butów.
W tym momencie mam gonitwę myśli. Fakt, że nic mi nie powiedziała o zaproszeniu i kolacji z Hofmannem, każe mi odrzucić domniemanie niewinności. Pamiętam, że kilka miesięcy wcześniej zadawałem sobie pytanie, czy ma romans. Dlaczego? Bo przez jakiś czas wychodziła częściej niż zwykle i wydawała się jakaś odmieniona. Ale stawiałem raczej na jakiegoś kolegę z pracy w szkole muzycznej. Na niego, to znaczy na Hofmanna, bym nie wpadł. Nigdy w życiu. Zadawałem sobie pytanie, kiedy nawiązali kontakt.
Nerwowo zastanawiam się, jak powinienem zareagować. Mam go wprost zapytać: „Moja żona tu była? To ona zrobiła ten deser? Macie romans?”.
Patrzę na niego z góry i wiem, że nie potrafię tego zrobić, po prostu nie dam rady. Dlaczego? Dlatego, że nie chcę skompromitować ani jego, ani siebie. Nie radzę sobie z niezręcznymi i kompromitującymi sytuacjami, nieważne, czy jestem ich źródłem, czy obiektem. Zawsze tak było.
Wiesz o tym?
Spokojnie możesz nazywać mnie tchórzem!
Na szczęście się minęliśmy, tak myślę. Nie chciałbym się znaleźć w tak niezręcznej sytuacji, że spotykam ją u niego, i Juliane też nie chciałbym widzieć w tak niezręcznym położeniu. I owszem, tego mężczyzny, który przede mną stoi, również nie.
Udaje mi się wziąć głęboki oddech. Hofmann podpisuje ostatni dokument i wstaje. Rozpoczynamy luźną rozmowę, a ja nagle zaczynam mówić o podróży do Rzymu i o tym, cóż to był za przypadek – biorąc pod uwagę tak dużą liczbę wagonów i przedziałów – że wsiadł akurat do tego przedziału, w którym już siedzieliśmy ja i Juliane.
Tak, poznałem żonę podczas tej podróży.
On patrzy na mnie uważnie i pyta, czy mam ochotę pójść z nim i czegoś się napić. Zastanawiam się chwilę i mówię:
– Tak. Czemu nie?
Wychodzimy z mieszkania i idziemy tutaj, do Kosmosu, gdzie wypijamy trochę za dużo i rozmawiamy o wszystkim, co przychodzi nam do głowy, również o przypadkach i o tym, czy w ogóle istnieją. Siedzimy i rozmawiamy dwie godziny, to znaczy przez większość czasu on mówi, a mnie to cieszy, ograniczam się do błahostek. Opowiada mi, co w ostatnich tygodniach robił, i kiedy go słucham, nie czuję wściekłości, przeciwnie. Czuję, jak ogarnia mnie ulga. Jakie to dziwne, myślę, koło się zamyka. Mam przed oczami Hofmanna i Juliane, jak przed dwudziestu laty leżą obok mnie na odsuniętych siedzeniach i przekonani, że inni w przedziale śpią, nieśmiało się całują.
Dobrze, tak uważam, że to on, a nie kto inny, on nie jest rywalem, którego można traktować poważnie, a to wszystko nie potrwa długo – w gruncie rzeczy miałem wielkie szczęście, że Juliane tak wybrała. Jako adwokat zajmuję się rozwodami, wiem, że większość ludzi wcześniej czy później zdradza, i aż za dobrze znam tego konsekwencje.
Im więcej się zatem nad tym zastanawiam, tym bardziej się uspokajam, romans mojej żony przestaje budzić lęk. Zadaję sobie kolejne pytanie: „A może nawet pozwolę mu na tę miłostkę z moją żoną? Czy będę mógł potem zasnąć? Będę się wtedy czuł mniej odpowiedzialny, mniej winny?”. I przez chwilę mi świta, że prawdopodobnie tak właśnie będzie.
Postanawiam, że na razie nie będę pytał Juliane o Feliksa, tylko po prostu poczekam i będę obserwował sytuację. Jeśli ja o tym wiem, ale oni nie wiedzą, że wiem, w pewnym stopniu to ja pociągam za sznurki. Tak, to daje mi poczucie bezpieczeństwa. Tak sobie myślę, gdy wsiadam do samochodu i jadę do domu. Do żony i dzieci.
Tak to było, przed sześcioma miesiącami. Tak odkryłem romans.
A dzisiaj w nocy, pytasz? Dzisiaj zostanie z tym mężczyzną całą noc, jestem pewny, może też jeszcze jutro.
I dlaczego miałbym teraz potrzebować spowiedzi? Chcesz usłyszeć wszystko?