“Dziewczęta z Castle Deverill” to druga część Kronik Deverillów i kontynuacja bestsellera “Pieśni o miłości i wojnie”.


Dziewczęta z Castle DeverillJest rok 1925. Wojna dawno się skończyła. Ale doznano wielkich strat i życie nigdy już nie będzie takie same.

Położony na zachodzie Irlandii Castle Deverill, od setek lat uwielbiany dom rodziny Deverillów, zniszczyła pożoga.

Młoda i lekkomyślna Celia Deverill, nie mogąc znieść myśli, że zamek stoi porzucony, postanawia przywrócić posępną ruinę do dawnej świetności. Na szczęście dobrze wyszła za mąż i jest dość bogata, aby utrzymać go w rodzinie.

Ale ciemne chmury zbierają się raz jeszcze, gdy w 1929 roku dochodzi do załamania na rynkach finansowych. Wszystko, co wydawało się tak pewne, raz jeszcze staje pod znakiem zapytania

***

Nikt nie pisze epickich romansów tak jak Santa Montefiore. Wszystko, co wychodzi spod jej pióra, jest pisane prosto z serca.
Jojo Moyes

Santa Montefiore
Dziewczęta z Castle Deverill
Przekład: Alina Jakubowska
Seria: „Kroniki Deverillów”, część 2
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 25 października 2017
 
 

Dziewczęta z Castle Deverill


Barton Deverill

Ballinakelly, hrabstwo Cork, 1662

Słony wiatr omiatał białe plaże i skaliste urwiska przy Ballinakelly Bay, niosąc rozpaczliwy krzyk mew i łomot fal. Szare chmury wisiały nisko, a delikatna mżawka zasnuwała powietrze mglistym woalem. Patrząc na dywany zielonych pastwisk i żółtego janowca, trudno było uwierzyć w brutalną historię tej ziemi, ponieważ nawet w wyblakłym wczesnowiosennym świetle jej przyroda była nieskażona, wprost niewinnie piękna.
W chwili gdy, zdawało się, nieprzenikniony baldachim chmur nieco się przetarł, przepuszczając promień słońca, Barton Deverill, pierwszy lord Deverill z Ballinakelly, poprzysiągł sobie, że zabliźni rany po okrucieństwach Cromwella i przyniesie pocieszenie oraz pomyślność ludziom, nad którymi teraz panował. Otulony aksamitną peleryną w głębokim odcieniu purpury, w nasadzonym nonszalancko na głowę kapeluszu z szerokim rondem ozdobionym zawadiackim piórem i w wysokich skórzanych butach ze srebrnymi ostrogami oraz mieczem u boku, siedział na koniu, przesuwając wzrokiem po szerokich połaciach ziemi nadanej mu w dowód wdzięczności przez przywróconego na tron króla Karola II. Barton Deverill był jednym z głównych przywódców w walce z wojskami Cromwella dokonującymi podboju Irlandii. Po przegranej bitwie pod Worcester uciekł wraz z królem przez morze i towarzyszył mu podczas długiego wygnania; tytuł i ziemia były satysfakcjonującą rekompensatą za rodzinny majątek skonfiskowany mu przez Cromwella w Anglii oraz za lata poświęcenia dla Korony. Nie był już młodym mężczyzną, żądnym przygód i walki, lecz człowiekiem statecznym, pragnął schować miecz do pochwy i cieszyć się owocami swych dotychczasowych poczynań. Gdzie lepiej zapuścić korzenie niż na tej olśniewająco pięknej ziemi?
Zamek z wolna nabierał kształtu. Zapowiadało się, że będzie wspaniały – położony nad samym morzem, z wieżami i wieżyczkami o ostro zakończonych hełmach i wystarczająco grubymi murami, żeby odeprzeć wroga, chociaż lord Deverill miał nadzieję na położenie kresu przemocy. Co prawda, Barton był protestantem i Anglikiem do szpiku kości, nie widział jednak powodu, by on i irlandzcy katolicy nie mieli się nawzajem szanować i żyć w zgodzie. W końcu przeszłość żyje tylko w pamięci, natomiast przyszłość zależy od bieżącego nastawienia; wzajemne zrozumienie i akceptacja na pewno umożliwią pokój na tej ziemi.
Dał znak towarzyszącej mu pokaźnej świcie i wszyscy z wolna ruszyli ku małej osadzie Ballinakelly. Po nocnej ulewie droga rozmiękła, chlupot kopyt obwieścił więc ich przybycie, wywołując strach w sercach ludzi, którzy byli świadkami zbyt wielkiego rozlewu krwi, by ze spokojem przyjąć pojawienie się konnego zastępu Anglików. Mężczyźni przyglądali mu się ze zrozumiałą rezerwą, dopóki nie rozpoznali swego nowego lorda i władcy. Pobladłe kobiety na wszelki wypadek pospiesznie zabrały dzieci i ukryły się w domach, ryglując za sobą drzwi. Kilku nieustraszonych młodzików stało boso w mżawce jak strachy na wróble, z szeroko otwartymi, wygłodniałymi oczami, gdy angielscy szlachcice w wykwintnych skórzanych butach i kapeluszach z piórami wjeżdżali w sam ich środek.
Lord Deverill zatrzymał wierzchowca i zwrócił się do swego przyjaciela, sir Toby’ego Beckwyth-Stubbsa, krzepkiego mężczyzny z sumiastym kasztanowatym wąsem i długimi kręconymi włosami ułożonymi w misterne pukle.
– Oto serce mojego imperium – rzekł, robiąc zamaszysty gest dłonią w rękawiczce, po czym dodał z sarkazmem: – Doprawdy, widzę, że jestem tu kochany.
– Lata rozlewu krwi nauczyły ich ostrożności, Bartonie – odparł sir Toby. – Ale pewien jestem, że dzięki delikatnej perswazji zdołamy ich przywołać do porządku.
– Nie będzie takiej perswazji, o jakiej myślisz, przyjacielu. – Barton podniósł głos. – Będę wielkoduszny, jeśli przysięgną mi posłuszeństwo.
W tym momencie kobieta ubrana w długą czarną pelerynę wyszła na drogę. Wydawało się, że wiatr nagle ustał i wszystko znieruchomiało. Obdarte dzieciaki gdzieś znikły i pozostała tylko ta niewiasta, której suknia ciągnęła się po błocie.
– Któż to? – rzucił ostro lord Deverill.
Zarządca majątku podjechał do swego pana.
– Maggie O’Leary, milordzie – poinformował.
– Kimże jest ta Maggie O’Leary?
– Ziemia, na której pan buduje zamek, milordzie, należała do jej rodziny.
– Aha. – Lord Deverill potarł brodę. – I pewnie chce ją odzyskać?
Żart tak rozbawił jego towarzyszy, że zaśmiali się gromko, odrzucając głowy. Ale młoda kobieta wpatrywała się w nich z taką zuchwałością, że śmiech rychło uwiązł im w gardle, zamieniając się w zduszony chichot. Nikt nie odważył się odwzajemnić jej spojrzenia.
– Chętnie jej coś zapłacę – dodał lord Deverill pojednawczo.
– To wariatka – syknął zniecierpliwiony sir Toby. – Lepiej od razu jej się pozbądźmy.
Ale Barton Deverill uniósł rękę. W odważnej postawie kobiety było coś, co wzbudziło jego ciekawość.
– Posłuchajmy, co ma do powiedzenia.
Maggie O’Leary zatrzepotała białymi palcami, a ruch ten był tak lekki i płynny, że jej dłonie przywodziły na myśl parę śnieżnobiałych ptaków. Gdy zsunęła z głowy kaptur, Barton Deverill wstrzymał oddech. Nigdy nie widział tak urodziwej niewiasty, nawet na francuskim dworze. Włosy miała długie, czarne i lśniące niczym skrzydło kruka, a twarz bladą jak księżycowa poświata. Wydęła usta, pełne i czerwone jak owoce ostrokrzewu. Ale to jej błyszczące jasnozielone oczy sprawiły, że śmiech zamarł lordowskim sługom na ustach i zmusił ich do wykonania znaku krzyża.
– Miej się na baczności, panie – szeptali do niego. – Ani chybi to czarownica!
Maggie O’Leary uniosła głowę i utkwiła wzrok w lordzie Deverillu. Jej głos był niski i melodyjny jak wiatr.
– Is mise Peig Ni Laoghaire. A Tiarna Deverill, dhein tú éagóir orm agus ar mo shliocht trín ár dtalamh a thógáil agus ár spiorad a bhriseadh. Go dtí go gceartaíonn tú na h-éagóracha siúd, cuirim malacht ort féin agus d-oidhrí, I dtreo is go mbí sibh gan suaimhneas síoraí I ndomhan na n-anmharbh.
Lord Deverill zwrócił się do zarządcy.
– Co ona mówi? – Ale stary sługa przełknął ślinę, bojąc się powtórzyć jej słowa. – No, mówże, człowieku – ponaglił. – Czyżbyś stracił język?
– Dobrze, mój panie, ale niech Bóg nas chroni przed tą czarownicą! – Odchrząknął, po czym przetłumaczył niepewnym i drżącym głosem: – „Nazywam się Maggie O’Leary. Lordzie Deverillu, skrzywdziłeś mnie i moich potomków, odbierając nam ziemię i łamiąc nam ducha. Póki nie naprawisz wyrządzonych nam krzywd, przeklinam ciebie i twój ród, przeklinam was na wieczność. Niech wasze dusze nigdy nie zaznają spokoju, błąkając się między światem żywych i umarłych”.
Zza pleców dobiegły ich gwałtowne głębokie oddechy, a sir Toby sięgnął po miecz.
Lord Deverill odwrócił się do swoich ludzi i uśmiechnął się z zażenowaniem.
– Czy mamy się bać pustych słów jakiejś chłopki? – zadrwił.
Gdy znów odwrócił wzrok, Maggie zniknęła.

CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział 1

Ballinakelly, 1925

Kitty Trench pocałowała chłopca w miękki policzek. Gdy dziecko odwzajemniło uśmiech, w jej sercu wezbrała dojmująca czułość.
– Bądź grzeczny dla panny Elsie, Mały Jacku – rzekła łagodnie. Poklepała go po rudych włosach, które miały dokładnie taki sam odcień jak jej własne. – Niedługo wrócę. – Gdy zwracała się do niani, przywołała na twarz wyraz zdecydowania. – Pilnuj go dobrze, Elsie. Nie spuszczaj z oka!
Elsie zmarszczyła brwi, zastanawiając się, czy niepokój pani Trench ma coś wspólnego z dziwną Irlandką, która poprzedniego dnia pojawiła się w ich domu. Stała na trawniku, wpatrując się w dziecko, a wyraz jej twarzy był mieszaniną smutku i tęsknoty, jakby widok małego chłopca sprawiał jej ogromne cierpienie. Elsie podeszła do nieznajomej i spytała, czy może w czymś pomóc, ale kobieta wymamrotała jakieś przeprosiny i uciekła. Było to tak zadziwiające, że Elsie natychmiast opowiedziała o tym pani Trench. Jej gwałtowna reakcja wytrąciła nianię z równowagi. Kitty zbladła, a w jej oczach odmalowało się przerażenie, jakby od dawna bała się przybycia tej kobiety. Załamała ręce, ściągnęła brwi, nie wiedząc, co począć. Wyjrzała przez okno, a potem, jakby pod wpływem nagłego impulsu, wybiegła do ogrodu i zniknęła za bramą. Elsie nie wiedziała, co zaszło między tymi dwiema kobietami, ale gdy pół godziny później Kitty wróciła, oczy miała czerwone od płaczu i cała się trzęsła. Objęła chłopca i tak mocno go ściskała, że niania zaczęła się obawiać, czy go nie udusi. A potem zabrała go na górę do sypialni i zamknęła za sobą drzwi, pozostawiając Elsie w stanie najwyższego zdumienia.
Niania uśmiechnęła się teraz przekonująco do swojej pani.
– Nie spuszczę go z oka, obiecuję – powiedziała, biorąc dziecko za rękę. – Chodź, paniczu Jacku, pójdziemy pobawić się pociągiem.
Kitty poszła do stajni i osiodłała swoją klacz. Gdy mocno podciągała popręg, zaciskała szczękę, przypominając sobie wczorajsze bulwersujące wydarzenie, z powodu którego przez pół nocy biła się z myślami, a przez drugie pół dręczyły ją koszmary.
Wczoraj niespodziewanie odwiedziła ją Bridie Doyle, niegdyś jej pokojówka i przyjaciółka, a zarazem biologiczna matka Małego Jacka. Dziecko było owocem jej przelotnego i skandalizującego romansu z ojcem Kitty, Bertiem Deverillem. Bridie musiała zostawić noworodka w klasztorze i uciec do Ameryki. Potem ktoś zabrał niemowlę z klasztoru i podrzucił na progu Kitty, dołączając list z prośbą, by się nim zaopiekowała. Cóż innego mogła zrobić? – rozmyślała, wsiadając na konia. Przecież oddała Bridie wielką przysługę, za którą ta powinna być jej dozgonnie wdzięczna. Ojciec Kitty w końcu uznał syna, a Kitty wraz ze swym mężem, Robertem, wychowywała przyrodniego brata jak własne dziecko – i równie mocno go kochała. Nic na świecie nie mogło jej z nim rozłączyć. Nic. A teraz Bridie wróciła i chciała swego syna z powrotem. „Raz musiałam go zostawić, drugi raz tego nie zrobię” – powiedziała, a wtedy lodowata ręka strachu ścisnęła serce Kitty.
Kitty wyruszyła, tłumiąc łkanie. Nie tak dawno były sobie z Bridie bliskie jak siostry. Ta przyjaźń została jednym z jej najcenniejszych doświadczeń. Ale Kitty wiedziała, że z powodu Małego Jacka pojednanie między nimi będzie niemożliwe. Musiała zaakceptować, że Bridie, którą kiedyś kochała, już nie istnieje.
Kitty galopowała przez pola w kierunku zamku, który kiedyś był jej wspaniałym rodzinnym domem, a teraz leżał w ruinie, odwiedzany jedynie przez gawrony i duchy umarłych. Zanim przed czterema laty strawił go pożar, Castle Deverill trwał dumnie na swoim miejscu, zdawało się na wieczność, a chmury napływające znad morza odbijały się w jego wysokich oknach jak w jasnych rozmarzonych oczach. Przypomniała sobie mały salonik babci Adeline, pachnący torfem i bzem, oraz swego dziadka Huberta, który lubił strzelać do katolików z okien garderoby. Przypomniała sobie zapach stęchlizny w bibliotece, gdzie jadali ciasto porterowe i grywali w brydża, oraz skrytkę pod schodami dla służby, gdzie spotykała się w tajemnicy z Bridie, gdy była małą dziewczynką. Uśmiechnęła się na wspomnienie, jak wymykała się z Hunting Lodge, by poszukać rozrywki w towarzystwie swoich kochanych dziadków. W tamtych czasach zamek był dla niej ucieczką od nieczułej matki i dokuczliwej guwernantki, ale dziś symbolizował jedynie stratę – odejście w przeszłość epoki, która wydawała się o wiele bardziej czarująca niż teraźniejszość.
Kiedy galopowała przez pola, wspomnienia Castle Deverill z okresu jego świetności wypełniły jej serce intensywną tęsknotą. Ale ojciec postanowił sprzedać zamek i wkrótce przejdzie on w obce ręce. Myślała o Bartonie, pierwszym lordzie Deverillu z Ballinakelly, który zbudował zamek, i w sercu ścisnęło ją z emocji – prawie trzysta lat rodzinnej historii obróciło się w popiół, a wszyscy męscy potomkowie uwięzieni w zamkowych murach na wieczność jako przeklęte duchy, nigdy nie zaznają spokoju. Co się z nimi stanie? Ojciec postąpiłby szlachetnie, oddając ruiny O’Learym; w ten sposób uwolniłby swoich przodków i ocalił własną duszę. Ale Bertie Deverill nie wierzył w klątwy. Tylko Kitty i Adeline posiadały dar widzenia duchów i doskonale wiedziały, jaki los czeka Bertiego i jego potomków. W dzieciństwie Kitty uważała duchy za zabawne, ale dziś napawały ją smutkiem.
W końcu jej oczom ukazał się zamek. Zachodnia wieża, w której aż do śmierci rezydowała Adeline, stała nadal nietknięta, ale reszta przypominała szkielet gigantycznego zwierzęcia, stopniowo rozkładającego się w lesie. Bluszcze i powoje pięły się po resztkach murów, wkradając się przez puste oczodoły okien, dążąc do zawładnięcia każdym kamieniem. Ale dla Kitty zamek nadal miał magnetyczny urok.
Przejechała kłusem przez teren porośnięty wysokimi chwastami, gdzie kiedyś znajdował się trawnik do gry w krokieta. Zeskoczyła z konia i poprowadziła go naokoło murów do głównego wejścia. Tam, przy czarnym lśniącym samochodzie, czekała na nią kuzynka. Celia Mayberry stała sama, ubrana w długi czarny płaszcz, sięgający niemal do ziemi, blond włosy miała upięte w staranny koczek, a na głowie elegancki mały kapelusik. Na widok Kitty się rozpromieniła.
– Och, kochana Kitty! – wykrzyknęła z entuzjazmem, oplatając przyjaciółkę ramionami. Pachniała tuberozą oraz pieniędzmi.
Kitty z równą mocą odwzajemniła uścisk.
– Jakże się cieszę! – odpowiedziała szczerze. Kuzynka Celia, która w dzieciństwie spędzała tu każde lato wraz z resztą „londyńskich Deverillów”, jak nazywano angielskich kuzynów, kochała Castle Deverill prawie tak silnie jak ona. Kitty czuła potrzebę bliskiego z nią kontaktu, równie nieodpartą jak chęć powracania do wspomnień, ponieważ Celia była jedną z niewielu osób w jej życiu, które się nie zmieniły. Im Kitty robiła się starsza i przeszłość stawała się bardziej odległa, była za tę stałość Celii coraz bardziej wdzięczna. – Dlaczego nie zawiadomiłaś mnie, że przyjeżdżasz? Mogłaś zatrzymać się u nas.
– Chciałam ci zrobić niespodziankę – odparła Celia; wyglądała jak dziecko, które pragnie zdradzić jakiś sekret.
– No i zrobiłaś! – Kitty podniosła wzrok na spalone mury. – Wygląda jak duch, czyż nie? Duch naszego dzieciństwa.
– Zostanie odbudowany – rzekła Celia stanowczo.
Kitty spojrzała na nią z troską.
– Wiesz, kto go kupił? Nie wiem, czy przeżyję tę wiadomość.
Celia się roześmiała.
– Ja! – wykrzyknęła. – To ja go kupiłam! Czyż to nie cudowne? Zamierzam przywrócić ducha naszego dzieciństwa. Ty, ja i nasze dzieci będziemy mogły znów przeżywać wspaniałe chwile. Będzie jak dawniej!
– Ty, Celio? – Kitty z zaskoczenia na moment straciła dech. – Ty kupiłaś Castle Deverill?
– Formalnie Archie go kupił. Cóż z niego za szczodry mąż! – Rozpromieniła się ze szczęścia. – Czy to nie najlepszy sposób rozwiązania problemu, Kitty? Ja też należę do Deverillów! Mam takie samo prawo jak reszta rodziny. Powiedz, że jesteś szczęśliwa, no, powiedz wreszcie!
– Ma się rozumieć, że jestem szczęśliwa. Czuję ulgę, że nie kupił go ktoś obcy, ale muszę przyznać, że jestem trochę zazdrosna – odparła nieco zakłopotana Kitty.
Celia znów objęła ją ramionami.
– Proszę, nie miej do mnie urazy. Zrobiłam to dla nas. Dla rodziny. Nie chciałam, żeby zamek poszedł w obce ręce. To byłoby jak oddanie własnego dziecka. Nie zniosłabym myśli, że ktoś inny buduje swoje życie na naszych wspomnieniach. A tak wszyscy będziemy mogli się nim cieszyć. Ty możesz nadal mieszkać w White House, wuj Bertie, jeśli oczywiście zechce, w Hunting Lodge, i możemy znów być szczęśliwi. Po tych wszystkich cierpieniach, które przeżyliśmy, zasługujemy na szczęście, nie sądzisz?
Kitty uśmiechnęła się z czułością. Celia była prawdziwą królową sceny.
– Masz rację, Celio. Cudownie będzie obserwować, jak zamek wraca do życia. I to dzięki Deverillom. Tak być powinno. Żałuję tylko, że to nie ja tego dokonam.
Celia przyłożyła rękę w rękawiczce do brzucha.
– Będę miała dziecko, Kitty – oznajmiła z uśmiechem.
– Wielkie nieba, Celio, ile jeszcze niespodzianek masz dla mnie w zanadrzu?
– Tylko te dwie. A co z tobą? Pospiesz się. Modlę się, żebyśmy obydwie miały córki, które będą dorastać w Castle Deverill, tak jak kiedyś my.
Nagle Kitty zdała sobie sprawę, że Celia napisała na nowo swoją przeszłość, wierząc, że przebywała w zamkowych murach dłużej niż tylko podczas sierpniowych wakacji. Należała do tych powierzchownych ludzi, którzy ot tak, zależnie od okoliczności, potrafią zmienić swój życiorys i wierzą w absolutną prawdziwość swojej wersji.
– Chodź! – Celia chwyciła Kitty za rękę i pociągnęła za sobą przez framugę drzwi, za którymi kiedyś znajdował się paradny hol. – Wejdźmy do środka! Mam wielkie plany. Chcę, żeby ten zamek był dokładnie taki sam jak wtedy, gdy byłyśmy dziewczynkami, a może nawet jeszcze piękniejszy. Pamiętasz ostatni Letni Bal? Czyż nie był cudowny?
Kitty i Celia brnęły wśród sięgających do kolan chwastów, zdumione widokiem młodych drzewek, które wysiały się wśród ostów i ciernistych krzewów i wyciągały wiotkie gałązki ku światłu. Przechodziły po miękkiej ziemi z pokoju do pokoju, płosząc gawrony i sroki, które z oburzeniem wzbijały się w powietrze. Celia paplała, przywołując przeszłość w barwnych anegdotach i czułych reminiscencjach, ale Kitty nie mogła pozbyć się uczucia smutku, który owijał ją jak ciężki czarny welon. Z bólem serca wspominała dziadka Huberta, który zginął podczas pożaru, i babcię Adeline, zmarłą zaledwie przed miesiącem w zachodniej wieży. Pomyślała o bracie Bridie, Michaelu Doyle’u, który podpalił zamek, i swej głupocie, która zawiodła ją na farmę, gdzie nikt nie usłyszał jej krzyków, gdy była gwałcona. Myślami poszybowała do swego kochanka, Jacka O’Leary’ego, i spotkania z nim przy zamkowym murze, gdy mocno ją przytulając, błagał, żeby z nim uciekła do Ameryki. Wreszcie oczyma duszy ujrzała peron na stacji, gdzie Jack został aresztowany. Zaczęło jej się kręcić w głowie, serce ścisnęło się ze strachu, gdy upiory przeszłości wybudziły się ze snu. Zostawiła Celię w ruinach jadalni i pobiegła do biblioteki, szukając schronienia wśród przyjemniejszych wspomnień – brydża, wista i ciasta porterowego.
Kitty oparła się o ścianę. Z westchnieniem przymknęła oczy. Zdała sobie sprawę, że żywi ambiwalentne uczucia do tego kanarka ćwierkającego o domu, o którego przeszłości nie ma wielkiego pojęcia. Paplanina Celii cichła w oddali, tłumiona jękiem jesiennego wiatru, hulającego wśród zamkowych murów. A ledwie Kitty przymknęła powieki, szóstym zmysłem wyczuła gromadzące się wokół niej duchy. Chłodne powietrze stało się jeszcze zimniejsze. Nic nie mogło szybciej i pewniej sprowadzić ją znów do dzieciństwa. Ostrożnie otworzyła oczy. Stała przed nią babcia jak żywa, tylko młodsza niż w chwili śmierci; biła od niej oślepiająca jasność, jakby oświetlał ją reflektor. Za nią stał dziadek Hubert oraz Barton Deverill, pierwszy lord Ballinakelly, a dalej inni nieszczęśni potomkowie Deverillów, których klątwa Maggie O’Leary skazała na wieczną tułaczkę po krawędzi zaświatów; ich twarze przesuwały się przed jej oczami jak w kryształowym kalejdoskopie.