Sześciu dżentelmenów i jeden cel – zniszczenie machiny wojennej Hitlera. Historia przedstawiona w książce “Ministerstwo Niedżentelmeńskich Działań Wojennych” z typową dla Gilesa Miltona werwą i okiem do szczegółów, bazuje na gruntownych badaniach i nieznanych do tej pory materiałach archiwalnych.


Ministerstwo Niedżentelmeńskich Działań WojennychW książce “Ministerstwo Niedżentelmeńskich Działań Wojennych” Giles Milton odkrywa kulisy brytyjskim operacji sabotażowych podczas drugiej wojny światowej.

Wiosną 1939 roku powołano w Londynie do życia ściśle tajną organizację: jej celem było knucie, mające doprowadzić do zniszczenia machiny wojennej Hitlera za pomocą spektakularnych aktów sabotażu.

Działania partyzanckie, które potem prowadzono były równie wyjątkowe, jak sześciu mężczyzn, którzy nimi kierowali. Churchill wybrał ich, bo byli wściekle pomysłowi i nie mieli w sobie nic z dżentelmenów. Jeden z nich, Cecil Clarke, niepospolity inżynier, pracował w latach trzydziestych XX wieku nad konstrukcją futurystycznych przyczep kampingowych. Teraz jego talent został zaprzęgnięty do mniej szlachetnego zadania: miał zbudować brudną bombę do zamachu na ulubieńca Hitlera, Reinharda Heydricha. Kolejnym członkiem tej grupy był William Fairbairn, zażywny emeryt, a jednocześnie światowy ekspert w dziedzinie skrytobójstwa. Miał szkolić partyzantów zrzucanych na spadochronach za linią wroga.

Ta szóstka, dowodzona przez znanego z wytworności Szkota, Colina Gubbinsa, tworzyła tajną wewnętrzną komórkę, która zaplanowała najzuchwalsze akty sabotażu w czasie drugiej wojny światowej. Winston Churchill nazywał ją swoim Ministerstwem Niedżentelmeńskich Działań Wojennych. Jego sześciu „ministrów”, wspomaganych przez grupę niesamowitych kobiet, wykazało się taką skutecznością, że udało się im zmienić przebieg wojny.

Historia przedstawiona w „Ministerstwie Niedżentelmeńskich Działań Wojennych” z typową dla Gilesa Miltona werwą i okiem do szczegółów, bazuje na gruntownych badaniach i nieznanych do tej pory materiałach archiwalnych. Wciągająca i barwna opowieść o brawurowych czynach i przygodzie jest także być może ostatnią zapełnioną białą kartą z dziejów drugiej wojny światowej.

***

Milton ma niesamowite oko do szczegółów, dzięki czemu obrazowo przywołuje przeszłość do życia.
„The Spectator”

Mistrz opowieści historycznej.
„Sunday Times”

Niezachwiana pewność siebie, z jaką Milton pisze, jest oparta na gruntownych badaniach i jego inteligencji.
„Times Literary Supplement”

Giles Milton (ur. 1966) – brytyjski pisarz i historyk specjalizujący się w odkrywaniu tajemnic przeszłości. Nakładem Noir sur Blanc ukazały dotąd jego trzy książki historyczne – “Samuraj William:, “Białe złoto”, “Wolfram” i “Rosyjska ruletka” – oraz zabawna powieść “Nos Edwarda Trencoma”. W “Rosyjskiej ruletce”, opierając się na wspomnieniach szpiegów oraz licznych tajnych niegdyś dokumentach, Milton pozwala nam wejrzeć w mroczny świat szpiegostwa i zobaczyć, co działo się w Rosji w następstwie rewolucji 1917 roku.
Nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc ukazały się następujące książki Gilesa Miltona: Samuraj William (2004), Nos Edwarda Trencoma (2011), Białe złoto (2012), Wolfram (2013), Rosyjska ruletka (2015).

Giles Milton
Ministerstwo Niedżentelmeńskich Działań Wojennych
Przekład: Krzysztof Obłucki
Oficyna Literacka Noir sur Blanc
Premiera: 4 lipca 2018
 
 

Ministerstwo Niedżentelmeńskich Działań Wojennych


2

NIE ZAWSZE ZGODNIE Z PRAWEM

Joan Bright mieszkała w Argentynie, Hiszpanii i w Meksyku, a doświadczenia zebrane w trakcie życia za granicą nauczyły ją jednego: tylko Brytyjczycy przestrzegali reguł. Formowali karnie kolejki do autobusów, mówili „przepraszam”, nawet kiedy nie było takiej potrzeby. Jej zdaniem, dobre obyczaje i fair play były integralnymi cechami Brytyjczyków.
To samo dotyczyło sportu. W miasteczkach całego kraju mówiący poprawnym językiem młodzi ludzie w białych koszulach i flanelowych spodniach grali w krykieta, grę mającą tyle zasad, że tylko Brytyjczycy mogli ją wynaleźć. Nawet bardziej siłowe dyscypliny sportu, jak boks, miały swój regulamin. W 1867 roku dziewiąty markiz Queensberry (choć trudno uznać go za dżentelmena) podpisał się pod zbiorem zasad zapewniających, że walki bokserskie będą prowadzone w duchu dobrych obyczajów. Już nie wolno było uderzać leżącego – zostało to uznane za zachowanie niegodne.
Kiedy pod koniec lat trzydziestych XX wieku stosunki międzynarodowe stawały się coraz bardziej napięte, kwestia tego, co stanowi o dżentelmeńskiej walce, stała się tematem burzliwej dyskusji w rubryce Listy od czytelników w „The Times”. Jakiś doktor L.P. Jacks z Oxfordshire włożył kij w mrowisko, kiedy napisał do redakcji, że tylko miecz jest „bronią dżentelmena”. Jego argumentacja to kwintesencja brytyjskości. Atakowanie kogoś mieczem „przypominało dawanie przeciwnikowi szansy i czyniło to bardziej pojedynkiem sportowym między nim a mną”[1].
Nie wszyscy się z tym zgadzali. Piszący ze swojego klubu w St James Edward Abraham chciał wiedzieć, jakim cudem można było uważać za dżentelmeńskie „chlastanie mieczem czyjejś żyły szyjnej”[2], a za niedżentelmeńskie uznawać zabicie kogoś bagnetem. Jakie było zdanie doktora Jacksa w sprawie broni mniej konwencjonalnej? Jak choćby gaz musztardowy? Był dżentelmeński? Czy może niedżentelmeński?
Wybuchła gwałtowna sprzeczka, gdy inni czytelnicy włączyli się do dyskusji. Leslie Douglas-Mann wyznał, że ma w nosie zasady walki. Jeśli chciało się wygrać – i to za wszelką cenę – nie zostawało miejsca na dżentelmeńskie zachowania. Pistolety, gaz czy granaty – należało być przygotowanym na ubrudzenie sobie rąk. „Uderzenie w twarz maczugą z kolcami – dowodził – jest prawdopodobnie równie nieprzyjemne jak trujący gaz”[3].
Sprawę roztrząsano tygodniami, aż poirytowany doktor Jacks (który wszystko to rozpoczął) poprosił o dżentelmeński rozejm. „Niech mi będzie wolno wycofać mój lekkomyślny opis miecza jako broni dżentelmena – napisał – i przedstawić go z większą ostrożnością, jako broń mniej niedżentelmeńską od gazu trującego”[4].
Ta epistolarna wymiana zdań nie miałaby znaczenia na dłuższą metę, gdyby nie fakt, że poruszyła ważną kwestię. Czy we współczesnej wojnie było miejsce na zasady?
Sprawa trafiła ostatecznie pod obrady Izby Gmin. Większość parlamentarzystów miała rygorystycznie konserwatywne poglądy i żywiołowo broniła pewnych reguł, ale jeden z nich nie podzielał ich zdania. Robert Bower był członkiem Partii Konserwatywnej i reprezentował Cleveland, a swoim niedżentelmeńskim zachowaniem zdążył już zyskać złą sławę w Westminsterze. Dwa lata wcześniej zaszokował partyjnych kolegów używaniem nieparlamentarnego języka i obrażaniem żydowskiego deputowanego napastliwymi rasistowskimi drwinami. Deputowany, o którym mowa, Emanuel Shinwell poczuł się tak urażony, że podszedł do Bowera i uderzył go pięścią w twarz.
A teraz Bower był ponownie gotów do wciągnięcia niedżentelmeńskiej flagi na maszt. Powiedział, że jest zaszokowany sposobem, w jaki koledzy torysi traktowali Hitlera i nadal obchodzili się z nim jak z jajem, choć Niemiec łamał wszystkie międzynarodowe prawa. Bower oświadczył, że w postępowaniu z nazistami nie było już miejsca na przestrzeganie reguł. „Kiedy walczy się o życie z bezlitosnym przeciwnikiem – mówił – nie można stosować regulaminu Queensberry’ego”.
Szydził z członków rządu za ich przestarzały stosunek do grania fair i twierdził, że większość z nich raczej przegra wojnę, niż „zrobi coś niegodnego ideału dżentelmena”.
Koledzy Bowera z parlamentu poczuli się zbulwersowani tym, co usłyszeli, ale szanowny reprezentant Cleveland jeszcze nie skończył. Ostrzegł, że Wielka Brytania będzie skazana na zagładę, jeśli nie zmieni starych sposobów myślenia. „Potrzebny nam rząd, który będzie bezlitosny, nieustępliwy i pozbawiony skrupułów – grzmiał. – Mówiąc krótko: chcemy kilku łobuzów w tym rządzie”[5].

Surowe wychowanie, jakie Colin Gubbins odebrał w Szkocji, wpoiło mu silne poczucie moralności, a mimo to z radością zostawiał innym roztrząsanie etycznych plusów i minusów niedżentelmeńskiej walki. Bardziej interesowała go praktyczna strona skutecznej walki partyzanckiej z faszystowskimi Niemcami.
Stało się jasne, że sam niczego nie wskóra. Potrzebny był jeszcze wewnętrzny zespół ekspertów, który pomógłby mu zaplanować jak najlepszy sposób uderzenia w faszystowską machinę wojenną. Takich ekspertów nie było raczej w regularnym wojsku. Gubbins musiał znaleźć ludzi łamiących zasady: indywidualistów i ekscentryków obdarzonych zdolnością lateralnego myślenia i lubiących coś niszczyć.
Nie minął jeszcze tydzień jego pobytu na Caxton Street, kiedy dołączył do niego Millis Jefferis, oficer jakby rodem z partyzantki, który wpadł na pomysł skonstruowania min magnetycznych.
„Czerwony na twarzy, o dobrym sercu”[6] – tak pomyślała Joan Bright w chwili poznania Jefferisa, nałogowego palacza. Millis zjawił się otoczony kłębami dymu papierosowego, wnosząc jeszcze więcej nikotyny do jej życia. Przez pierwsze dni na Caxton Street wzbudzał w niej respekt. W porównaniu z zawsze uprzejmym Gubbinsem był szorstki, niecierpliwy i grubiański. Nosił pogniecione marynarki, wymięte spodnie i generalnie sprawiał wrażenie człowieka, który ma w pogardzie wojskową etykietę. Zdaniem szwagra, wyglądał „bardziej na bukmachera z toru wyścigowego” niż na żołnierza[7]. Joan nie była tego taka pewna. Wystarczyło jedno spojrzenie na jego rumiane policzki, by uznała, że „nigdy nie należał do innej formacji poza Królewskimi Wojskami Inżynieryjnymi”.
Choć nie przestawał budzić w niej grozy przez następne tygodnie, szybko doceniła to, że miał znacznie więcej do zaoferowania od typowego Brytyjczyka. Dociekliwy, bardzo twórczy i – co najważniejsze – samouk, był „pomysłowym geniuszem, a jego marzenia i myśli krążyły wokół wszelkich form jakiejś piekielnej machiny, a im potężniejszy był wybuch, tym głośniej się śmiał”[8].
Jefferis miał ogorzałą twarz, bo za długo przebywał na słońcu na dużych wysokościach w indyjskich Himalajach. Inżynier z wykształcenia, rozpoczął karierę na niespokojnej północno-zachodniej granicy, potem przydzielono go do wojsk inżynieryjnych w Madrasie. Gdy przyszło do projektowania mostów i wiaduktów, szybko stało się jasne, że ma talent w rękach. W „Royal Engineers Journal” opisano go jako „wybitnego człowieka o rzadko spotykanym geniuszu twórczym”[9], kogoś, kto potrafi za pomocą unikatowej kombinacji algebry i wyobraźni połączyć brzegi nieprzebytych himalajskich wąwozów. Jeden z jego podwładnych powiedział, że nigdy nie spotkał kogoś o tak silnej motywacji do odniesienia sukcesu. „Przeszkody istniały tylko po to, żeby je przezwyciężać, nie było takiej komplikacji, której nie dałoby się pokonać za pomocą odrobiny pomyślunku i determinacji”.
Jefferis przeżył krwawą kampanię w Waziristanie w 1922 roku. Dotąd przedzierał się przez niedostępne góry, aż stworzył coś w rodzaju drogi łączącej strategiczne osiedla Isha i Razmak. Był to wyczyn tym bardziej niezwykły, że on i jego afgańscy wykonawcy byli bez przerwy ostrzeliwani przez ukrytych snajperów. „Założę się, że nigdy nie mieliście kogoś na tym poziomie”[10] – napisał major z jego kompanii. Jego brawura w obliczu przeciwności została nagrodzona Krzyżem Wojskowym. Co ważniejsze, zapewniła mu osobiste doświadczenia z walki partyzanckiej.
Colin Gubbins szybko spostrzegł, że za niechlujnym wyglądem Jefferisa skrywają się wyjątkowe umiejętności – te same, które okazały się bardzo przydatne w Waziristanie. Pływające mosty i betonowe słupy były jedynie marginalnym przykładem jego umiłowania matematyki stosowanej. Jefferis wierzył bowiem, że każdy problem da się rozwiązać za pomocą algebry, lecz nie prostych równań algebraicznych, jakich uczą w szkole, ale równań zdumiewająco skomplikowanych. To rzeczywiście było jego wielkim życiowym odkryciem: wszystko sprowadza się do równań, jeśli tylko człowiek wystarczająco uważnie się temu przyjrzy.
Jefferis opracował algebraiczną formułę wyjaśniającą, jak udaje się albatrosowi pozostawać w powietrzu bez machania skrzydłami. Napisał równanie, które pozwalało przewidzieć punkt, w którym chart złapie zająca na dowolnym torze wyścigowym, przy założeniu, że chart biegnie trochę szybciej od swojej ofiary. Kiedy wiosną 1939 roku Joan została mu przedstawiona, podobne sprawy wydawały się nieistotne, ale Jefferis widział to inaczej. Jeśli bowiem można przewidzieć, kiedy chart złapie zająca, to można również dojść do tego, w którym momencie pocisk trafi w samolot. A to sprawiało, że zarówno algebra, jak i Jefferis stali się naprawdę ważni.
W czasie służby na północno-zachodniej granicy Indii Jefferis doznał zadziwiającej przemiany. Do tej pory żył i oddychał dla mostów, marzył o mostach. Kiedy jednak wlókł się noga za nogą w drodze powrotnej do miasta Isha, pozbawiony ludzi po bezpardonowej kampanii, poczuł obezwładniającą chęć wysadzania mostów w powietrze.
Bliscy przyjaciele zauważyli tę nagłą przemianę. „Millis Jefferis zaczął nie lubić mostów – zanotował pewien zakłopotany tym faktem obserwator – i aż się rwał do ich niszczenia”. W tej antypatii była pewna logika. Przeżycia w Waziristanie pokazały Jefferisowi bezpośrednio, jak ważne są tory kolejowe i mosty ze strategicznego punktu widzenia. Jeśli uszkodzi się most, można zatrzymać marsz całej armii.
Wcielenie go do zespołu na Caxton Street stało się punktem zwrotnym w jego życiu. Powierzono mu kierowanie niewielką grupą, pomocniczą wobec zespołu Gubbinsa, nazwaną MI(R)c, której zadaniem było „projektowanie i produkcja specjalnej broni do niestandardowej walki z wrogiem”. Ta właśnie broń miała przesądzać o zwycięstwach lub porażkach partyzanckich operacji Gubbinsa.
Teraz, gdy Jefferis siedział często zniecierpliwiony przy biurku, przekładał swoje mroczne myśli na jeszcze mroczniejszą rzeczywistość. Inni patrzyli z podziwem i trwogą, gdy gryzmolił liczby, litery i równania na luźnych kartkach papieru milimetrowego, systematycznie zmieniając skomplikowane działania matematyczne na wykresy zniszczenia. Kiedy skończył obliczenia, „postarał się o duże bloki rysunkowe z kartonami podzielonymi na półtoramilimetrowe kwadraty”[11], a potem zaczął rysować szczegółowe plany wiaduktów, żeby opracować najlepszy sposób zmiany ich w gruzy. Wynik jego pracy miał zostać wydrukowany jako dodatek do jadalnych broszur Gubbinsa.
Tytuł pozostawia wyobraźni niewiele miejsca. Książeczka How to Use High Explosives [Jak używać materiałów wybuchowych] zawierała bardzo precyzyjne rady dla każdego, kto chciał wysadzić w powietrze most, budynek, tory kolejowe lub drogę. Ilustrowały ją rysunki wykonane piórkiem, pokazujące, „jak umieścić laskę dynamitu pod wagonem sypialnym albo gdzie położyć pod mostem śmiercionośną paczkę owiniętą szarym papierem”[12].
Znajdowały się tam również pomocne wskazówki: jak uszkodzić tłoki lokomotywy, jak unieruchomić zwrotnicę, jak wysadzić w powietrze maszt linii wysokiego napięcia (należało umieścić dynamit pod trzema nogami, nie czterema, bo wtedy się nie przewróci) i jak najlepiej sabotować pracę fabryk.
Ta niewielka broszura była pierwszym podręcznikiem w dziejach brytyjskiej armii przedstawiającym, w jaki sposób niszczyć cywilne cele za pomocą niewielkich ładunków wybuchowych.
Niezadowolony z przedkładanych mu projektów broni, Jefferis zaczął sam ją projektować i budować. Każdy dławiony chichot rozlegający się w głębi biura obwieszczał wymyślenie nowej śmiercionośnej broni. „Wysadzanie w powietrze torów kolejowych najbardziej do niego przemawiało – napisał jeden z jego kolegów – ale zaraz potem było palenie mostów pontonowych”. Szczególną przyjemność sprawiało mu projektowanie miny, w przypadku której sam pociąg służył jako detonator. Wynalazł też bardzo pomysłową pływającą minę zapalającą, która wybuchała przy zetknięciu z pontonem.
W wolnym czasie zaprojektował minę pułapkę, która miała być bardzo niemiłą niespodzianką dla każdego faszysty, na tyle pechowego, żeby na nią nadepnąć. Jednym z jego iście piekielnych wynalazków była mina o niewinnie brzmiącej nazwie „zwolnij przycisk” – mina, „którą można było ukryć pod książką albo pod klapą miski sedesowej, lub pod czymś w tym rodzaju, wybuchała w chwili, gdy uniosło się dociskający ją przedmiot”. Mężczyźni niemający nawyku podnoszenia deski sedesowej zyskali świetną wymówkę, żeby w dalszym ciągu tego nie robić.
Jednak najbardziej diabelski ładunek został nazwany „kastratorem”, ukryty i uwalniany sprężynowo, robił dokładnie to, na co wskazywało jego miano. „Na pewno był to skuteczny i tani sposób obniżania przyrostu naturalnego Niemców – napisał cierpko Stuart Macrae – jako że jeden egzemplarz kosztował tylko dwa funty”[13].
Wszystkie prototypowe ładunki należało jednak przetestować. Szczęściem przy Caxton Street dysponowano trzymanym w tajemnicy zapasem plastycznego materiału wybuchowego (plastiku), zamkniętym w szafce na materiały biurowe. Tylko jeden człowiek miał do niej klucz – pochodzący z londyńskiego East Endu cwaniaczek, który „z nawyku i w sposób naturalny mówił rymowanym slangiem”[14]. Ten człowiek zarabiał poprzednio na życie jako przemytnik broni i organizator walk bokserskich, przez co dodawał charakteru nielegalnym działaniom grupy z Caxton Street.
Niektóre z większych rodzajów broni Millisa Jefferisa wypróbowywano na farmie w Bedfordshire, należącej do brata Cecila Clarke’a. Miejsce okazało się idealne do detonowania jego potężnych bomb zapalających. Godziny pracy były jednak zbyt krótkie, żeby ciągle jeździć na wieś, dlatego Jefferis zdecydował się na tereny Richmond Park.
Detonował tam kolejne duże ładunki wybuchowe, uważając rzecz jasna na spacerowiczów, ludzi wyprowadzających psy oraz na żyjące w okolicy jelenie. Jedna mina, z ciasno upakowanym azotanem amonu i proszkiem aluminiowym, wybuchła kiedyś z taką siłą, że całe skiby ziemi wyleciały pod niebo, zostawiając po sobie „krater robiący ogromne wrażenie”[15].