Jak wielkiego nieszczęścia potrzeba, żeby świat w nie uwierzył? Wstrząsająca opowieść Wojciecha Tochmana o konsekwencjach wojny.


Jakbyś kamień jadłaZakończenie wojny w Bośni i Hercegowinie (1992-1995) ocalałym kobietom nie przynosi ulgi. Muszą odnaleźć swoich mężczyzn, którzy zaginęli. Pochować ich i opłakać. Bez pomocy dr Ewy Elwiry Klonowski byłoby to niemożliwe.

Wojciech Tochman wielokrotnie powracał do Bośni. Brał udział w ekshumacjach masowych mogił i i scalaniu ludzkich szczątków.

“Jakbyś kamień jadła” to dramatyczna opowieść o silnych kobietach, które mimo ogromu okrucieństwa, próbują przywrócić wartość życiu każdego człowieka.

Książka znalazła się w finale Nagrody NIKE 2003 oraz prestiżowej nagrody Prix RFI Témoin du Monde. Wydana m.in. w Londynie i Nowym Jorku była rekomendowana czytelnikom przez English Pen.

***

Lapidarność, z jaką Tochman opowiada o potwornościach wojny i jej toksycznych konsekwencjach, wywołuje potężny efekt właśnie dzięki oszczędności stylu: okrucieństwo mówi samo za siebie, nie potrzebuje opisu ani koloryzowania.
„The Times”

Wojciech Tochman
Jakbyś kamień jadła
Wydawnictwo Literackie
Wydanie czwarte
Premiera w tej edycji: 20 czerwca 2018
 
 

Jakbyś kamień jadła


Kiedy się patrzy na tak straszne nieszczęścia, to szalenie mocne staje się poczucie, że najpierw jest się człowiekiem. A dopiero później człowiekiem określonej narodowości. Człowieczeństwo łączy w nieszczęściu, w jego przeżywaniu. Chciałoby się, żeby ludzie tak to rozumieli.
Tadeusz Mazowiecki
specjalny sprawozdawca Organizacji Narodów Zjednoczonych z krajów byłej Jugosławii w latach 1992–1995

Imitacja

Jest sierpień. Jasna czeka na nas w kawiarni Big Ben.
Ma dojrzałą twarz, pogodne ciemne oczy (delikatnie podkreślone kredką), umalowane usta (czasem na krótko się uśmiecha), rudą zadbaną fryzurę, złoty łańcuszek, koszulkę na ramiączkach, wojskowe zielone spodnie z kieszeniami na nogawkach, lekkie beżowe pantofle. Piękna, dumna. Taką chce być.
– Taką kochał mnie mąż.
Jedziemy razem w stronę Nevesinja (Republika Serbska BiH).
Jasna (teraz w ciemnych okularach) siedzi na przednim fotelu.
– Tutaj się urodziłam, tutaj umarłam.
Uchyla okno, wiatr rozwiewa jej włosy.
– Życie to imitacja.
Mijamy miasteczko: ludzie spacerują, piją kawę w kawiarniach.
– W każdym z nich widzę mordercę.

Motel nad jeziorem

Pięć najpiękniejszych zabrano nad jezioro Boraćko (motel, domki kempingowe, dawny ośrodek wypoczynkowy), gdzie stacjonowały Białe Orły – paramilitarna organizacja serbska. Byli tam serbscy żołnierze z Banja Luki, z Knina. W czerwonych beretach. Pili.
Jeden z nich to Petar Divjaković – zwany Divjak. Według Jasny najbardziej okrutny. Teraz żyje w Nowym Sadzie (Serbia) i ma szczęśliwą rodzinę.
Kobiety rozdzielono. Jasnę zabrano do motelu. Po drodze zdjęła złoto z rąk i schowała do kieszeni, odruchowo, nie zastanawiała się nad tym. Wepchnęli ją do małego pomieszczenia, dwa na dwa metry. W środku – mężczyzna, którego twarzy Jasna dzisiaj nie pamięta.
Pamięta jego ogromny nóż za pasem.
Siedział na krześle, jej kazał usiąść naprzeciwko.
– Skąd jesteś? Mężatka? Ile masz dzieci?
Odpowiedziała.
– Mąż Muzułmanin?
Odpowiedziała. I dodała, że jej jest wszystko jedno, czy człowiek jest Serbem, czy Muzułmaninem. Nie po narodowości ani nie po religii trzeba ludzi oceniać.
– Balinko! Jak ci tak wszystko jedno, to dlaczego nie wyszłaś za Serba, żeby cię Serb pierdolił.
Balinka – tak w Bośni pogardliwie mówi się o muzułmańskiej kobiecie, tak się ją obraża.
Jasna skłamała, że miała chłopaka Serba, w liceum. Ale nie chciał się żenić.
– Jak miał na imię? – mężczyzna spytał natychmiast.
Cały czas przeszywał ją wzrokiem. Bała się, że gdy tylko spojrzy w bok, on poderżnie jej gardło.
Patrzyła mu prosto w oczy.
– Goran – podała imię kolegi z liceum, tego z pierwszej ławki. I dodała nazwisko.
– Jak się żenicie, to dostajecie dużo złota? Gdzie masz złoto?
Pomyślała, że jeśli się przyzna, że je ukryła – on ją zabije.
– Zostało w Mostarze.
– Teraz ci przejrzę kieszenie – mężczyzna ściszył głos i wyjął nóż zza pasa. – Sam Bóg ci nie pomoże, jeśli coś znajdę.
Poczuła, że to już.
Prosiła Allaha o śmierć od kuli, nie od noża.
Mężczyzna wstał, podszedł, dotknął jej, wrócił na krzesło.
– Wierzę ci.
Weszli inni. Trzech, czterech.
Wśród nich był Petar Divjaković, ten, który dzisiaj żyje w Nowym Sadzie i ma szczęśliwą rodzinę.
Rozpoczął się gwałt.

Pytania, których się nie zadaje

– Rozpoczął się gwałt – tyle Jasna ma do powiedzenia na ten temat. Ale mówi to głośno. W Bośni chyba tylko Jasna P. przyznaje publicznie, że jest ofiarą etnicznego gwałtu: gwałcili ją Serbowie, bo jest Muzułmanką.
Inne zgwałcone kobiety milczą, są pohańbione. Swą hańbę kryją nawet przed mężami (jeśli mężowie przeżyli).
Ale bywają tu i takie kobiety, które – w dyskrecji – dokładnie opowiadają, jak je gwałcono. Relacji wymaga od nich międzynarodowy wymiar sprawiedliwości. W relacjach powtarzają się niektóre szczegóły: kilku mężczyzn, ciemna sala, cios w twarz, beton, rozbieranie nożem…
Nie zadajemy Jasnie żadnych pytań. Nie jesteśmy trybunałem.

Imię i nazwisko

– W każdym z nich widzę mordercę – powtarza Jasna. – Ale kiedy jestem u siebie, w Mostarze, kiedy na nich nie patrzę, myślę inaczej: wszyscy przecież nie zabijali, każda zbrodnia ma swoje imię i nazwisko.
Zbrodnie w Nevesinju: pół tysiąca zabitych cywili.
Novica Guszić – komendant serbskiej armii w Hercegowinie. Niedawno zadzwoniła do niego dziennikarka sarajewskiego „Oslobodjenia” Edina Kamienica. Do Belgradu, tam uciekł. Zapytała o tamte dni w Nevesinju.
Odpowiedział: – A dlaczego nie pytasz mnie o masowe groby Serbów z 1941 roku?
Zdravko Kandić – ten, który kazał wywieźć mężczyzn do Brezy. Ludzie mówią, że mieszka teraz gdzieś koło Trebinja – ale kto dokładnie wie gdzie?
Krsto Savić, zwany Kicio – naczelnik milicji, jeszcze niedawno siedział w więzieniu w Foczy (Republika Serbska BiH). Jest podejrzany o zabójstwo, już po wojnie, serbskiego wojewody. Byliśmy w Foczy, staraliśmy się o rozmowę z Kiciem. Chcieliśmy go zapytać o tamten czerwiec w Nevesinju. Ale w więzieniu już go nie ma. Decyzją serbskiego sądu, choć nie ma jeszcze wyroku, został wypuszczony i będzie odpowiadał z wolnej stopy. Gdzie mieszka? Tego wiedzieć nie możemy.

Porządki

Jasna już wie, co to Breza. Tak nazywają się okoliczne lasy. Tutaj właśnie 18 maja 1999 roku otworzono masową mogiłę. Dół, może pół metra głęboki, dwadzieścia siedem niekompletnych ciał (w ekshumacji brała udział doktor Ewa Klonowski). Była to sekondarna grobnica, wtórny grób.
Jasna wie, że pod koniec sierpnia lub września 1993 roku na rozkaz Zdravka Kandicia i jego zwierzchnika Novicy Guszicia czterech ludzi poszło do jamy (tzw. pierwotnej), by przenieść ciała. Na górę Veleż, do innej dziury w ziemi. Trzeba było zrobić porządki, bo do Nevesinja wjeżdżały pierwsze oddziały Narodów Zjednoczonych.
Po kilku latach Jasna rozmawiała z jednym z tych, który przenosił. Dziś uważa go za brata.
Były więc dwie ekshumacje. Część kości znaleziono w jednej jamie, część w drugiej. Część oprawki czyichś okularów w jednej, odłamaną część w drugiej.
Pierwsza jama, pierwotny grób, dziesięć metrów głęboka. Nad jamą znaleziono sto czterdzieści cztery łuski i telefoniczne kable (wcześniej ich wiązali?). Nie wiadomo, czy zostali zabici zaraz po wywiezieniu sprzed szkoły (26 czerwca 1992), czy następnego dnia. Na większości ich zegarków datowniki zatrzymały się na 28 czerwca.
Jasna odnalazła męża.
Doktor Ewa zlepiła jego czaszkę w całość.
Był pogrzeb.

Drzewa

Płaską, szeroką doliną zbliżamy się do Presjeki. Przejeżdżamy przez wieś, w której urodził się ojciec Jasny i ona się tu urodziła. Wieś nie jest zniszczona, w muzułmańskich domach mieszkają dzisiaj Serbowie.
Teraz Presjeka. Gdzie? Po prawej stronie od wąskiego asfaltu, słabo ją widać. Szare kamienne szkielety domów (bez dachów, okien, drzwi) wtopiły się w tło kamiennego zbocza góry Crvanj. Upał jak zawsze, powietrze stoi, cisza.
Ale jest zielono i po tym można poznać, że tu była kiedyś wieś, siedliska (znamy podobne wsie z południa Polski, z Łemkowszczyzny). Grusze, śliwy, orzechy, czarne bzy, jarzębiny. Drzewa, drzewka, krzaki, jakieś pnącza rozpychają się bezkarnie w sieniach, piwnicach, łazienkach, pokojach, kuchniach, spiżarniach, warsztatach, stajniach, oborach, w szkolnych klasach, w kawiarni, w sklepie. Nikt tego pochodu drzew nie zatrzymuje, nie karczuje, nie przycina gałęzi. Obfite deszcze wiosną i jesienią dostarczają im życia.
Kilka domów jest nowych. Wychylają się zza ruin, to tu, to tam. Nie pasują do całości. Są otynkowane, mają okna i czerwone dachy. Do Presjeki wraca życie.
Starsza kobieta i starszy mężczyzna wychodzą na powitanie. Są szczęśliwi, że widzą Jasnę. Ubrani, jakby się spodziewali gości: on w beżowych zaprasowanych w kant spodniach i niebieskiej koszuli z kołnierzykiem. Ona w jasnej chuście, schludnej bluzce i wzorzystej spódnicy.
Nie mają dzieci. Nikt ich nie odwiedza.
Serbowie tu nie zaglądają.
Wtedy, gdy tułali się po górach (kiedy spadł granat tuż obok idących), znaleźli się w większej grupie. Większa grupa miała więcej szczęścia.
Do Presjeki wrócili niedawno. Z dotacji Unii Europejskiej odbudowano im ten nieduży dom. Ona posiała kwiatki, posadziła cebulę. On za pomocą gumowych węży odbudował fragment dawnego wodociągu. Mają wodę w kranie, ładną łazienkę.
Do Presjeki nie jeździ żaden autobus.
Raz na tydzień z Nevesinja przyjeżdża jeden Serb i sprzedaje im kawę, cukier, mąkę. Nie ma pracy, taki biznes sobie wymyślił.
Mają sto bośniackich marek emerytury, z tego kupują, co konieczne.
On jest chory na nerki, powinien iść na operację, ale nie ma dokąd. Wszędzie za daleko.
Z tymi nielicznymi sąsiadami, którzy niedawno wrócili, rozmawiają rzadko. Ich domy są rozrzucone (każdy odbudował na swoim) i trzeba by długo iść. A słońce pali. Nikt nie ma siły, wszyscy są starzy, chorzy. Wieczorem jest tu ciemno i cicho, aż strach wyjść pomiędzy ruiny.
W zimie będzie śniegu po pas. Kiedyś drzewo na opał mieli z własnego lasu. Teraz lasu nie ma (Serbowie wycięli). Muszą więc drzewo kupić, przywieźć, porąbać.
– Nie ma tutaj młodości – mówią. – Życie tu wróciło, ale na chwilę. To ostatnie lata Presjeki.
Jest w Presjece cmentarz. Stare pionowe nagrobki (z czasów tureckich, z czasów Tity) chylą się ku ziemi.
Nowych grobów nie ma. Od dziewięciu lat nikt tu nie umiera.
I ona, i on modlą się, żeby dobry Allah zabrał ich do siebie równocześnie.
Nie pytają Jasny o nic. Wiedzą, co przeszła.